"Straciłem matkę, a teraz obserwuję żonę, która pada ofiarą tych samych sił" - to fragment oświadczenia księcia Harry'ego, które towarzyszyło informacji, że wraz z Meghan pozywa tabloid "Mail on Sunday". Był początek października 2019 roku. Trzy miesiące później, półtora roku po ślubie w Windsorze, oglądanym przez dwa miliardy telewidzów na całym świecie (w tym 20 milionów w Wielkiej Brytanii), bajka Meghan i Harry'ego skończyła się psychologicznym dreszczowcem. Para ogłosiła na początku stycznia, że nie chce już być częścią dworu Windsorów. Wbrew temu, co pisały początkowo gazety, podkręcając oczywiście historię, by ją lepiej sprzedać, nie była to decyzja ani nagła, ani aż tak zaskakująca.
Media? Zależy które!
Meghan i Harry dyskutowali z królową o wyjściu ze ścisłej rodziny królewskiej od wielu miesięcy. Poinformowali o tym świat na Instagramie, dając biuru prasowemu królowej 10 minut na reakcję, z prostej przyczyny: ich sekret miał właśnie ujawnić - na podstawie przecieków z dworu - tabloid Ruperta Murdocha "The Sun". Nie chcieli dać gazecie tej satysfakcji. Pragnęli, by o ich decyzji świat dowiedział się od nich, a nie z łamów złośliwego brukowca. Mało to dyplomatyczne, może i mało skuteczne, ale bardzo zrozumiałe.
Równolegle do wyjścia z rodziny, odrzucenia pieniędzy od podatników, rezygnacji z tytułów i wyjazdu na amerykański kontynent (póki co do Kanady) zapadło też inne postanowienie: Meghan i Harry nie będą już udzielać wywiadów ani umawiać się na sesje fotograficzne z tymi gazetami, które traktowały ich bez szacunku i z którymi para spotka się w sądzie. Wśród odsuniętych gazet będą na pewno "The Daily Mail" (znana z antyimigranckich i rasistowskich tekstów), "The Sun", a zapewne i "Daily Mirror", centrolewicowy tabloid, który łączy z prawicowymi brukowcami wspólny ból - spadające nakłady i kurczące się gwałtownie wpływy z reklam - i wspólne "wartości": zwiększenie sprzedaży za wszelką cenę.
Antybiotykiem na kurczenie się rynku prasy był już od lat 90. serial medialny pod roboczym tytułem "przygody rodziny królewskiej". Potrzeba kolejnych odcinków tego serialu stawała się coraz bardziej nagląca. Jeszcze w latach 80. i 90. XX wieku redaktorzy zdejmowali z łamów reklamy, jeśli zakłócały kompozycję stron. I nieistotne było, że oznaczało to stratę na przykład 30 tysięcy funtów. Dziś tabloidy są gotowe zrobić wszystko, by zarobić: nie mają problemu z reklamami na pół pierwszej strony, publikują teksty na podstawie szpiegowania poczty głosowej (książę Harry podał za to prasę do sądu) i szukają za wszelką cenę sensacji, publikując spekulacje jako fakty. Kilka gazet czekają wkrótce procesy z Meghan i Harrym, które zapowiedzieli jeszcze w październiku ubiegłego roku.
Zasady gry
"Obróbka" członków królewskiej rodziny przez tabloidy ma swoisty rytm, cele i specyfikę. W tę okrutną maszynkę wpadały po kolei: Diana, Kate i w końcu Meghan.
Na początku zawsze jest miesiąc miodowy. Jak przebiegał w przypadku Meghan? Była "Amerykańską księżniczką" (tak pisał tabloid z USA "New York Post"), starszą i bardziej dojrzałą niż młodziutka w chwili ślubu z Karolem Diana (według biografki Penny Junor). Dla czarnoskórych Brytyjczyków stanowiła dowód, że "księżniczka nie musi być biała". Media były wręcz entuzjastyczne, także prasa bulwarowa. Powód? Ten entuzjazm sprzedawał wtedy wydania gazety. Był to jednak tylko pierwszy etap działania tabloidów. Nadchodziły kolejne.
Najpierw bowiem gazety bulwarowe tworzą idealnego celebrytę, postać z bajki, by stopniowo, niczym rasowy psychopata, rozpocząć "dekonstrukcję", zmienić tę kryształową postać w bohaterkę skandalu. Trochę jak w dziecinnej zabawie, gdy maluch kochający swoje zabawki, ustawia je z troską na brzegu wanny, a potem je topi, patrząc, jak "giną".
Jeszcze przed ślubem Diany, "królowej ludzkich serc", brytyjskie tabloidy pisały, że przybyło jej zbyt wiele centymetrów w pasie. A przecież była angielską różą, białą Brytyjką z arystokratycznej rodziny zaprzyjaźnionej z Windsorami. Potem czytelnicy dostawali informacje o chorej na bulimię Dianie, która wymiotowała i rzucała się ze schodów, będąc w ciąży, i próbowała odebrać sobie życie. Podobnie gazety "jeździły" po narzeczonej Williama, Kate, wykpiwając ją za niskie pochodzenie, choć jej rodzice - wówczas milionerzy - mogliby zafundować Windsorom remont którejś z ich rozpadających się rezydencji.
Śniada Meghan miała dużo gorzej niż Kate. Bo ledwo skrywana ksenofobia (a nawet rasizm) to wyznawana po cichu ideologia setek tysięcy czytelników takich brytyjskich bulwarówek jak "Daily Mail" czy "Express". Aluzje do przodków Meghan, pracujących jako służący na zamku Windsor, albo pisanie o awansie od niewolnika na plantacji do księżnej stanowią dla czytelników bulwarówek swoisty "fun". Czytając "ploteczki", doznają przyjemności podobnej do tej, jaką odczuwają plotkarze wymieniający się sprośnymi nowościami przy okazji spotkania w lokalnym supermarkecie.
Jednocześnie od Meghan, tak samo jak od Kate i Diany, oczekiwano, że otworzy się przed mediami, pogodzi z ciągłym monitoringiem, utratą prywatności i będzie dostarczać plotek i historyjek na swój temat. Przy tym, jak nakazuje dworska tradycja Windsorów, będzie godna, honorowa i posłuszna dworskim rytuałom.
Ten proces mój ulubiony autor książek o monarchii, Johann Hari, w książeczce "God Save The Queen", nazywa "dworską maszyną masarską" wyrabiającą bezkształtne "parówki".
Chwyty za brzuch
Tabloidy już w XIX wieku odkryły, że czytelnicy doznają sadystycznej przyjemności, widząc upadek lub kompromitację wielkich tego świata. Ideałem jest prawdziwy skandal - rozwód, romans. I śmierć. Ta ostatnia jest dla tabloidów czymś wspaniałym, co czyni cuda dla sprzedaży gazet. Ale do wydarzeń takich jak śmierć księżnej Monako Grace Kelly albo "świętej" Diany nie dochodzi zbyt często. Trzeba więc "zrobić" skandal, zamieszać, by czytelnik, mało wyrobiony (a rodziną królewską interesuje się - poza arystokracją - niższa klasa średnia i część klasy robotniczej, reszta ma ten temat w nosie) kupił gazetę lub kliknął w jej stronę online.
Tabloidy wytwarzają plotki na skalę przemysłową. Brytyjskie gazety zarzucały żonie Harry'ego nawet to, że trzyma się w ciąży za brzuch, by zwrócić na siebie uwagę! Kiedy niedawno w ciąży była Kate, pisano, jak rozkosznie i z troską podtrzymuje brzuszek... "Express" pisał, że Kate je awokado, magiczny owoc, który ma zapobiegać wymiotom podczas ciąży. Kiedy skosztowała go Meghan, okazało się, że awokado to owoc "wojny i naruszeń praw człowieka". W 2016 roku decyzja Kate i Williama, by nie spędzać świąt z Elżbietą II, została przez "Daily Mail" przyjęta ze zrozumieniem. Trzy lata później, w grudniu 2019 roku, ten sam brukowiec pisał o smutku królowej z powodu analogicznego postępowania Meghan i Harry'ego... Przykłady można mnożyć.
Brytyjskie gazety "robiły" afery, opisując paskudny charakter Meghan, jej ataki na pracowników (rzekome), kłótnię z Kate (rzekomą), próby podporządkowania Harry'ego (rzekome). Przyczyna była jasna dla każdego redaktora popularnych gazet: występy Meghan w organizacjach charytatywnych szybko znudziły się czytelnikom. Pisano o nich mało, nawet kiedy mówiła z zacięciem jak prawdziwa feministka, ryzykując gniew dworu. Nie pomogły przecieki, że Meghan chce być nową Dianą. Stosunek mediów był negatywny. Została wykreowana na czarny charakter, na obcą, zarozumiałą Amerykankę z obcej czytelnikom tabloidów kultury.
Do tego doszły kolejne oskarżenia: o luksusy - wydanie 500 tysięcy dolarów na imprezę przed narodzinami Archiego oraz o występ w zbyt drogiej sukni podczas sesji zaręczynowej (fakt, że kosztowała 56 tysięcy funtów), a na koniec o wydanie na remont Frogmore House 2,4 miliona funtów. Gdyby Meghan oszczędzała, pisano by o jej skąpstwie.
Na ostatniej prostej pojawiły się zarzuty lekceważenia zasad ekologii i zbyt częste loty prywatnymi odrzutowcami. Tymczasem to inwazja paparazzich i reakcje tłumu skłaniały Harry'ego, by chronić w ten sposób rodzinę przed współpasażerami, co próbował wytłumaczyć.
Jak zostać jędzą
Tabloidy są głuche na takie argumenty. Muszą nakręcić temat. Celebryci są tylko marionetkami, których charaktery "wymyślają" z tygodnia na tydzień redaktorzy. Tak samo robiły z księżną Dianą, która parę tygodni przed wypadkiem w Paryżu robiła za "czarny charakter", rozwódkę "prowadzającą się z Arabami", co groziło tym, że Harry i William będą mieć brata lub siostrę o nie dość białym kolorze skóry. Taka była wymowa wielu tekstów w gazetach. Diana, która całe życie grała z tabloidami w ich grę, umawiając się na "ustawki" z paparazzimi, świetnie wiedziała, że to kolejna faza działania "maszynki" bulwarówek, którą trzeba przetrwać. Nie zdążyła, zginęła w Paryżu 31 sierpnia 1997 roku. Z Meghan bulwarówki chciały postępować podobnie. "Była rozkładana na części i rekonstruowana dziesiątki razy, aż stała się negatywną postacią z komiksu" - pisała Yomi Adegoke w "The Washington Post". Meghan została jędzą. Jej śmiertelnym grzechem była odmowa gry w grę tabloidów. Podstawową zasadą jest tu swoisty ekshibicjonizm - na przykład odsłonięcie się przed światem w chwilach narodzin i chrztu dzieci. Ale ona nie ujawniła, gdzie i jak rodzi, a chrzest był utrzymywany w sekrecie godnym tajnej operacji wojskowej. Bulwarówki mogły tylko rachować, ile straciły na dążeniu krnąbrnej księżnej do prywatności... Na urodzinach i chrztach dzieci księżnej Kate zarobiły przecież miliony!
Meghan dowiodła, że nic sobie nie robi z aprobaty lub dezaprobaty tabloidów, a to drugi grzech śmiertelny. Gazety te udają bowiem, że są mediami wpływowymi i moralnymi. I chcą uchodzić za rzecznika "suwerena" - po wyborach w 1993 roku "The Sun" napisał przecież: "To ta gazeta wygrała te wybory". Meghan jest w dodatku otwarcie postępowa (ta feministka!), nie wstydzi się swojego koloru skóry i kultury afroamerykańskiej (co innego chór na ślubie, a co innego codzienność!). Nie wstydziła się rozwodu, nie ukrywa pieniędzy i przyjemności z ich wydawania (ach, ci prostaccy Amerykanie). Taka księżna aż się prosi o tekst o jej bezduszności i prymitywizmie!
Trudno się więc dziwić, że brytyjskie tabloidy i magazyny bulwarowe traktowały Meghan niemal z pogardą, wypisując kompletne bzdury. Pisma rozdawane w supermarketach (np. New Idea) nie mają zresztą taryfy ulgowej nawet dla królowej i Camilli! Jedno z nich opisało w ubiegłym roku bójkę (sic!) między żoną Karola i Elżbietą II. Dla tych najgorszych gazet powoływanie się na "źródła na dworze" to wystarczający listek figowy, by redagować dowolne bajki, zwykle horrory, które część społeczeństwa chętnie kupi. W epoce postmodernizmu wygłodzeni czytelnicy tabloidów niewiele robią sobie z faktów. Prawda jest nudna? Tym gorzej dla prawdy. Rodzina królewska, która zwykle nie wytacza mediom procesów (Meghan i Harry przełamali tę tradycję!), to idealny obiekt do bezkarnego wypisywania bujd - naiwny czytelnik chętnie poczyta współczesną wersję "soap opery". Papier (i upload do sieci) przyjmie wszystko, z pierwszej ręki "dworskiego źródła", czyli z komputera żurnalisty z wyobraźnią (a "The Sun" i "Daily Mirror" to miejsce, gdzie pracuje wielu absolwentów Oksfordu i Cambridge).
"Daily Mail" pisał więc, że narzeczona Harry'ego pochodzi wprost z Compton, dzielnicy Los Angeles słynącej z przestępczości, afroamerykańskich gangów i nędzy. Fakty były inne: Meghan wychowała się w centrum metropolii i chodziła do prywatnych szkół. A siostra obecnego premiera Borisa Johnsona, Rachel Johnson, pisała w "Daily Mail", że rodzina królewska wzbogaci się dzięki "bogatemu i egzotycznemu DNA" Meghan. Przykłady takich opinii i artykułów można mnożyć. Nikt oczywiście nie pisał wprost, że Meghan jest "nieczysta rasowo", bo za to idzie się w Wielkiej Brytanii do więzienia. Ale, jak zauważa Afua Hirsch, autorka książki "Brit(ish): On Race, Identity and Belonging": "Traktowanie Meghan dowiodło, że niezależnie od wszystkiego (...) w tym społeczeństwie rasizm jest jak idąca za tobą zmora".
Statystyki niechęci
Od maja 2018 roku do stycznia 2019 roku, według analizy opracowanej przez "The Guardian", Meghan poświęcono w brytyjskiej prasie 843 artykuły - 43 procent z nich miało negatywny wydźwięk, a tylko 20 procent pozytywny, reszta była neutralna. Dla porównania: teksty o Kate były w 45 procentach pozytywne, w 8 procentach negatywne, reszta to artykuły neutralne. O Meghan bardzo wiele napisano, opierając się na plotkach rozpowszechnianych przez jej ojca, Thomasa, i jej przyrodnią siostrę. Oboje postanowili trochę zarobić. I zarabiają do dziś. Mimo że są wyraźnie tendencyjni, a siostra Meghan właściwie niewiele o niej wie...
Czy powinniśmy się więc dziwić, że młoda, bogata i może kapryśna, ale niegłupia i bardzo niezależna kobieta nie złożyła koniec końców swojego życia w ofierze tabloidom i stetryczałej brytyjskiej monarchii? Przypomnijmy: zanim Meghan poznała Harry'ego, nie była nikim. Miała witrynę z dwoma milionami fanów i brała za publiczne występy po 20 tysięcy dolarów! Udzielała się też w wielu organizacjach charytatywnych (odwiedziła Rwandę w ramach kampanii zapewniania dostępu do czystej wody) i przemawiała na konferencji ONZ w temacie praw kobiet.
Oczywiście życie w złotej klatce Meghan i Harry'ego mogłoby być marzeniem większości z nas, zwykłych śmiertelników. Zapewne mieli wszystko, czego chcieli, bo uchodzili za przyszłość "nowej monarchii". Nie mieli paru rzeczy: sensu życia, wolności i godności. No i prywatności. Dlatego uciekli. Można z nich kpić, można im zazdrościć. Można też ich podziwiać za odwagę.
Powinien to dążenie dobrze rozumieć William, którego media zostawiły w spokoju podczas studiów, a potem pozwoliły mu wychować troje dzieci tylko dzięki umowie, że pewne naruszenia prywatności są niedopuszczalne... Przez parę lat po śmierci księżnej Diany udawało się okiełznać apetyty gazet na przehandlowanie prywatności jej synów w zamian za sprzedaż i kliknięcia. Dziś, w dobie kryzysu finansowego prasy, obowiązuje znów coraz bardziej wolna amerykanka. Życie celebrytom uprzykrzają już nie tak bardzo paparazzi, co anonimowi redaktorzy przepisujący historyjki z supermarketowych magazynów.
Czy walka ze smokiem tabloidów, których korespondenci stracą dostęp do książęcej pary, zakończy się triumfem Meghan i Harry'ego? Być może książęcej parze uda się wypromować kilka inicjatyw, uda im się z pewnością zarobić (zdaniem specjalistycznych firm w USA - około 500 milionów dolarów w pierwszym roku nowego, samodzielnego życia). Ale prywatność? Na to nie mają co liczyć w świecie owładniętym celebryckim szaleństwem!
"Tabloidy nie będą teraz niczym skrępowane" - zauważa w "The Times" Valentine Low, specjalistka od rodziny królewskiej. W końcu status członka rodziny królewskiej dawał książęcej parze jakąś ochronę, a paparazzi w Wielkiej Brytanii muszą się bardziej pilnować niż w USA. Może być więc tak, że Meghan i Harry w pewnym sensie wpadną z deszczu pod rynnę. Ale ich bunt ma jednak głęboki sens. Uciekają nie tylko przed rasistowskimi i złośliwymi nagłówkami, ale także przed życiem w złotej klatce rozmienianym na drobne podczas niekończących się oficjalnych wizyt. Według niedawnego sondażu instytutu badania opinii publicznej YouGov takiego życia - jednocześnie nudnego i nerwowego - nie chciałaby połowa Brytyjczyków. I to mimo towarzyszących mu luksusów.
Meghan i Harry nadali swojej przyszłości jakiś nowy sens i mogą liczyć na siebie. To dla "royalsa" kapitalna rzecz. Nawet jeśli Harry będzie trochę tęsknić do babci, do brata i do bratowej. Bo według pewnych źródeł na dworze Harry i Kate... No wiecie... To będzie historia, którą "dmuchniemy" za pół roku. Teraz pokłócimy ze sobą Meghan i Harry'ego w Kanadzie...
Marek Rybarczyk. Były dziennikarz Radia BBC i wieloletni korespondent "Gazety Wyborczej" w Londynie, potem publicysta "Przekroju" i "Newsweeka". Autor bestsellerów, m.in. "Elżbieta II. O czym nie mówi królowa?". Polak zakochany w brytyjskiej kulturze, a zarazem Brytyjczyk ceniący sobie dystans i autoironię.