Andrzej Krajewski

Andrzej Krajewski (fot. mat. prasowe)

wywiad gazeta.pl

''Gdyby większość ludzi lubiła przeprowadzki, chodziłbym cały w złocie''

Wydaje mi się, że to szczególna zmora dla nas, Polaków. Lubimy podróżować, ale w kwestiach zmian zamieszkania jesteśmy zachowawczy - mówi Andrzej Krajewski, specjalista od przeprowadzek.

Chcę się przeprowadzić powiedzmy z Warszawy do Sopotu. Dzwonię do pana i od ręki zamawiam transport?

Najpierw przyjeżdżam do pani zrobić rozeznanie. Sprawdzam warunki potencjalnego zlecenia, na przykład: które to piętro, czy jest winda, czy towarowa, czy osobowa, czy będzie można podjechać samochodem pod blok. Wreszcie - jaki dobytek jest do przewiezienia.

Sama muszę go spakować, czy ktoś zrobi to za mnie?

To zależy, który z wariantów usługi pani wybierze. Może pani sama zająć się osobistymi przedmiotami, np. bielizną czy ulubionymi sztućcami. Ale możemy też zapakować cały pani dobytek. Robimy to o wiele szybciej, bo mamy do tego odpowiednie materiały i większe doświadczenie. Najważniejsze jest, by dobrać wariant oferty do realnych potrzeb klienta.

Musimy też przestrzegać norm i procedur, jesteśmy szanującą się firmą. Każdy z naszych nowych pracowników uczy się pakowania pod okiem starszego pracownika, aż dojdzie do perfekcji. Robimy też szkolenia dla personelu - teoretyczne i praktyczne, także za granicą.

Mamy własne opakowania, np. wielowarstwowe kartony czy opakowania typu wardrobe, czyli przenośne szafy z kartonu z wieszakami. Korzysta się z nich, gdy klient życzy sobie, by przewieźć jego garderobę w nienaruszonym stanie. Otwieramy jego domową szafę i przenosimy zawartość do kartonowej. Tak zapakowane rzeczy mogą przejechać całą Europę.

Profesjonalne firmy transportowe mają meblowozy przystosowane do przewożenia mebli. Są wyposażone w windy, w środku są wyłożone wykładzinami. Mają mocowania i pasy, które zabezpieczają ładunek, by się nie przemieszczał.

Przeprowadzka to dzisiaj kosztowne przedsięwzięcie?

Są taryfikatory, ale elastyczne. Koszt zależy przede wszystkim od warunków przeprowadzki, także od tego, ilu pracowników będzie w nią zaangażowanych, ile materiałów zostanie zużytych, jak długo potrwa przeprowadzka, wreszcie - jak daleko trzeba pojechać. Dlatego wcześniej zawsze jadę na miejsce, żeby ocenić całe przedsięwzięcie od strony logistycznej.

Wiadomo, że inaczej wygląda przeprowadzka pani Krystyny, której meble i porcelanę trzeba przewieźć z Ursynowa na Saską Kępę, a inaczej dużego koncernu, który wymaga przeniesienia 150 stanowisk pracy, komputerów, mebli i dokumentacji na drugi koniec Europy. Bywa, że korzystamy wtedy dodatkowo z transportu powietrznego czy morskiego.  


Samochód powoli zapełnia się czyimś dobytkiem (fot. mat. prasowe)

Koszt, czysto hipotetyczny, obejmujący załogę trzyosobową, 12-tonowy meblowóz ze skrzynią ładunkową na 48 metrów sześciennych, wyposażony w niezbędny materiał i sprzęt do bezpiecznej i prawidłowej przeprowadzki mieszkania dwupokojowego z kuchnią, to między 4 a 6 tysięcy złotych. Cena zawiera dojazd, koszt pracowników i materiałów, a także demontaż czy montaż niezbędnych elementów. Nie wchodzą w nią usługi specjalistyczne, np. transport pianina.

Ile pan ludzi i firm przeprowadził?

Nie liczyłem, ale pewnie kilka tysięcy. 

Lubi pan to?

Oczywiście, dzięki tej pracy zwiedziłem pół świata. Od Helsinek po Porto, od Mołdawii po Szkocję, od Sztokholmu po Salerno. Każde zlecenie jest dla mnie wyzwaniem. Staram się podchodzić do przeprowadzek pragmatycznie, metodycznie. Używam sprawdzonych rozwiązań.

A klienci - lubią się przeprowadzać?

Gdyby większość ludzi lubiła przeprowadzki, chodziłbym cały w złocie. Ale najczęściej traktuje się je jako ostateczność. Wydaje mi się, że to szczególna zmora dla nas, Polaków. Lubimy podróżować, ale w kwestiach zmian zamieszkania jesteśmy zachowawczy. Wiem, bo zdarza mi się realizować przeprowadzki za granicą. Tam ludzie nie są tak zestresowani jak my, są bardziej otwarci. Ale nie chcę uogólniać.

Wszystko też zależy od okoliczności. Niektórzy zmieniają mieszkanie czy biuro na większe czy w lepszym miejscu. Ale są i tacy, choć zdecydowanie rzadziej, dla których przeprowadzka wiąże się z rozwodem. Albo zmianą lokum na mniejsze.

Kiedyś przeprowadzaliśmy klienta spod Warszawy, z domku jednorodzinnego do Opola. Mówił, że kawalerka, do której się przenosi, jest tymczasowa. Ciężarówka ledwo się domknęła, była przeważona. W trakcie podróży klient upił się do nieprzytomności i gdy w środku nocy dotarliśmy na miejsce, poprosił w pierwszej kolejności o wniesienia łóżka, po czym natychmiast poszedł spać. A my rozładowywaliśmy jego dobytek do rana.


Czasem trzeba skorzystać ze specjalistycznego sprzętu (fot. mat. prasowe)

Zdarza się, że klienci są podenerwowani?

Bywa. Najgorzej, jak klient się upiera, że szafa bez rozkręcania na pewno przejdzie przez drzwi, bo "szwagier z ojcem tędy wnieśli". A ja gołym okiem widzę, że szafa się nie zmieści. Takie sytuacje powtarzają się w nieskończoność.  A przecież biorę na siebie odpowiedzialność, że nie zniszczę nie tylko szafy, ale i ścian czy framug. Więc muszę zadziałać ostrożnie, żeby nic nie uszkodzić.

A jak wyglądają przeprowadzki instytucji, sądów czy muzeów?

Dużo jest pakowania regałów, dokumentów, segregatorów. Nie są to jednak zwykłe dokumenty - nierzadko są to akta spraw, dane personalne, często nośniki cyfrowe, do których stosujemy specjalne procedury. Przede wszystkim poufność. Podobnie jak w przypadku dużych koncernów, które powierzają nam do przetransportowania dokumenty dotyczące działania firmy, potwierdzenia operacji finansowych, teczki z działu HR. To są dokumentacje obejmujące niejednokrotnie parę tysięcy metrów bieżących.

W jaki sposób dochowuje się tajemnicy?

Pracownicy sądów, muzeów czy dużych koncernów często pakują poufne dokumenty w swoim zakresie. My dostarczamy im na tę okoliczność plastikowe pojemniki z jednorazową plombą, z których mogą skorzystać. W podobny sposób są też zabezpieczane dokumenty banków czy instytucji.

Jeśli pakowanie poufnych dokumentów spoczywa na firmie przeprowadzkowej, zajmują się tym pracownicy przeszkoleni z RODO i mający odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Zawsze jednak towarzyszy im przedstawiciel banku czy muzeum, który koordynuje prace.

Przewożenie kolekcji muzealnych pewnie jest mniej emocjonujące?

Skąd! Przewoziliśmy na przykład spuściznę Marii Dąbrowskiej z Muzeum im. Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu do jej nowo otwieranego muzeum przy ulicy Polnej w Warszawie. To było fascynujące, bo mogliśmy "dotknąć" historii, zobaczyć, jak wyglądało jej mieszkanie, jakie miała meble czy przedmioty codziennego użytku. Transportowaliśmy też pieczołowicie zapakowane książki pisarki, dokumenty i osobiste pamiątki.

Całego przedsięwzięcia doglądali kustosz z muzeum pisarki i koordynator przeprowadzki. Wszystko było skrupulatnie zinwentaryzowane i zaplombowane.

Transportu cennych przedmiotów pilnuje pewnie uzbrojony strażnik?

Zdarza się to dość często. Tak wygląda przewóz dzieł sztuki, obiektów muzealnych oraz eksponatów. Jest z nimi sporo pracy, bo inaczej pakuje się obraz, inaczej rzeźbę, a jeszcze inaczej rycinę. Do tego trzeba wziąć pod uwagę odpowiednią temperaturę, wilgotność, światło czy nawet drgania samochodu, które mogą eksponat uszkodzić. Na szczęście przedmioty, które w latach 90. owijało się w koce z targowiska, dziś wkłada się do specjalistycznych pojemników. Obiekty muzealne zazwyczaj pakujemy do transportu w skrzynie z wypełniaczem, wykonane za zamówienie przez stolarza.


Pracownicy profesjonalnej firmy przeprowadzkowej mogą też zdemontować meble (fot. mat. prasowe)

Opowie mi pan o najdziwniejszych przeprowadzkach, przy jakich pan pracował?

Dzięki zleceniu mogłem zobaczyć Stonehenge, ponieważ klient, Anglik, został na kilka dni zatrzymany na lotnisku w Polsce. Próbował wnieść do samolotu urnę z prochami ojca w torbie podręcznej. Miał mnóstwo problemów. Spędziłem w Anglii tydzień na jego koszt. On zmagał się w Polsce z procedurami celnymi, a ja mogłem zwiedzać.

Kiedyś przewoziłem dla jednej z filharmonii ważący kilkaset kilogramów kryształowy żyrandol i łóżko wodne z hydromasażem oraz wypełnieniem o wadze 1,2 tony. Klient podczas rozmowy ofertowej nie wspomniał, jaka jest waga łóżka. Wysłaliśmy troje ludzi, a trzeba było zamówić dodatkową załogę i wypompować płyn.

Ciekawe było też zlecenie ze szkolnej stołówki, z której mieliśmy wynieść i przewieźć kocioł o pojemności 600 litrów. Zamówiliśmy hydraulika, który miał uprawnienia do odłączenia tego typu instalacji. Stołówka została niedawno wyremontowana, wymieniono okna. Nikt nie przewidział, że ten kocioł trzeba będzie wynieść. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?

Że mieliście spory kłopot.

No właśnie! Kocioł miał 170 centymetrów szerokości i ważył ze 400 kilogramów. W oknie się nie mieścił. Musieliśmy je zdemontować. Zamówiliśmy podnośniki i przez otwór, po zbudowaniu odpowiedniego pomostu, wyciągnęliśmy kocioł, używając dźwigu. Gigantyczne przedsięwzięcie!

W tej pracy nie ma gotowych rozwiązań. Zawsze może wydarzyć się coś nieprzewidzianego. Trzeba być kreatywnym, a czasem gotowym do improwizacji. Choć nie pamiętam, żebym musiał zrezygnować z transportu jakiegoś obiektu, bo nie wiedziałem, jak to zrobić.

Kiedyś na przykład wciągaliśmy pianino przez taras na drugie piętro. Współpracujemy też z siecią siłowni, której zmienialiśmy aranżację i przewoziliśmy sprzęt. Ktoś pomyśli, że idealni do przenoszenia sprzętu siłowego byliby kulturyści. A nie! Trzeba było techniki i doświadczenia, a nie siły. Poradziliśmy sobie przy pomocy specjalnych pasów, które od wielu lat służą do transportu ciężkich przedmiotów.

Czasem bywa zabawnie?

Kiedy ktoś, co się często zdarza w korporacjach, nie potrafi złożyć kartonu. Wtedy robimy takim pracownikom szybkie szkolenie. Ale jak już sobie poradzą ze złożeniem kartonów, to nie trzymają się dalszych wskazówek. Zamiast skleić każdy dwa razy taśmą oklejają go w całości. I dzwoni do mnie koordynator z tej firmy, mówiąc: "Panie Andrzeju, bo taśma się skończyła". Dowożę więc kolejne rolki. Ale i tak zwykle taśmy przeznaczonej na 300 kartonów wystarcza na 150. Czasem jedna osoba zużywa na trzy kartony siedem rolek taśmy.

Ale to nie wszystko. Niektórzy wrzucają do kartonu wszystko naraz, jak popadnie - dokumenty, kubki, buty, płyny, kwiatek w doniczce, który wiadomo, że się połamie, a na koniec czajnik wypełniony wodą. Taka fantazja. Więc bywa zabawnie, ale zdarzają się też przyjemne niespodzianki.


Przeprowadzka to skomplikowane logistyczne przedsięwzięcia (fot. mat. prasowe)

Jakie na przykład?

Przeprowadzałem kiedyś pewną starszą panią, którą syn zabierał do siebie do mieszkania. To była rodzina z tradycjami - płótna przodków, antyki, obrazy. Mnóstwo szkła i angielskiej przedwojennej porcelany, którą ta pani pieczołowicie sama pakowała. Pomagając jej, wziąłem do ręki dzbanuszek, z którego wypadł złoty łańcuszek. Oddałem go synowi starszej pani, a on bardzo mi podziękował i pobiegł do mamy. Okazało się, że kilkanaście lat temu, na jakimś rodzinnym spotkaniu u tej pani, cała rodzina mocno się pokłóciła. Bo komuś ten łańcuszek zginął i pojawiło się przypuszczenie, że ktoś go ukradł. A on latami leżał w tym dzbanuszku.

Poczułem satysfakcję, że dzięki mojej spostrzegawczości rodzina się pogodziła. Taki pozytywny akcent w tej pracy! Naprawdę czułem satysfakcję, że zrobiłem coś pożytecznego. 

Kiedyś przeprowadzałem panią, która była właścicielką salonów tatuaży. Przenosiła się do mieszkania na dziewiątym piętrze i musiała zabrać ze sobą antyczny, ciężki, kufer szerokości łóżka, który nie mieścił się do windy. Nie można było przenieść go też w pionie. Zamówiliśmy więc dźwig, który podniósł kufer i przez okno wstawił go do mieszkania. Kosztowało to klientkę dodatkowo około dwóch tysięcy złotych.

Nie zniszczył się?

Firmy zajmujące się przeprowadzkami mają wykupione ubezpieczenia. Polisa chroni je w przypadku, gdyby coś się zniszczyło.

A gdyby zaginęło?

Dotyka pani tabu. Do którejkolwiek firmy od przeprowadzek by pani nie zadzwoniła, dowie się pani, że im nigdy nic nie zginęło. A to się przecież zdarza. Także przed takimi przypadkami chroni nas polisa ubezpieczeniowa, a przede wszystkim wzajemne zaufanie, jakie mamy do siebie w zespole.

I powiem pani na koniec, że o czyjś powierzony mi dorobek życia staram się dbać bardziej niż o własny.


Praca w firmie przeprowadzkowej to okazja do podróży. Andrzej Krajewski w Luksemburgu ( (fot. mat. prasowe)

Andrzej Krajewski. Koordynator sekcji logistyki w firmie Adexim. W branży pracuje od kilkunastu lat.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (13)
Zaloguj się
  • jakobhorner

    Oceniono 15 razy 5

    podpisujcie artykuły sponsorowane.

  • soczekzselera

    Oceniono 3 razy 3

    W trakcie czytania artykułu poczułam, ze gdyby te moje 8 przeprowadzek robiła taka firma to miałabym mniejszą traumę . Ale! Zaraz! Te zdjęcia! Gość słusznych rozmiarów chodzący w buciorach po blacie i brzegu zlewozmywaka, wyginająć je widocznie nawet przy niskiej jakości zdjęć. Hola! A jak sie przechylą i upadną 2 kartony albo i wszystkie , które niesie Pan po schodach . Co mi po ich polisie ubezpieczeniowej jak w kartonach same pamiątki..Moze szkolenia powinni robic z mieszania jakości przedmiotów , zeby nie gromadzic w jednym kartonie rzeczy sentymentalnie waznych bo sie moze "rozw..ć"
    No ale ogólnie to super i swiat mozna zwiedzic , szczególnie jak zleceniodawca siedziw pace i próbuje sie wybronic ..Oby jak najdłuzej :):):)

  • g106

    Oceniono 3 razy 3

    "Uwielbiam" kiedy nie odpowiada się na pytanie:
    "Nie zniszczył się?
    Firmy zajmujące się przeprowadzkami mają wykupione ubezpieczenia. Polisa chroni je w przypadku, gdyby coś się zniszczyło"
    To znaczy zniszczył się czy nie? Wystarczyła odpowiedź Tak lub Nie

  • mateuszzex

    Oceniono 5 razy 3

    Artykol sponsorowany, ale slabo zrobiony.
    nie powinno sie znalsc zdjecie, na ktorym widac pracownika ktory niesie 4 kartony jeden na drugim. kiedy sa 3, jest 20% szansy, ze 3 spadnie, kiedy sa 4 prawdopodobienstwo roznie do 75%. zdjecie szefa z reklamowka to zenada

  • anika145

    Oceniono 5 razy 3

    Niezłe ciacho.

  • tinorossi

    Oceniono 4 razy 2

    Jedno jest pewne , swietnie , ze sa takie firmy , cena za zwykla przeprowadzke nie jest wysoka , a jakie ułatwienie ! Pamietam jeszcze jako chlopak partyzanckie przeprowadzki za czasów PRLu ( choć i wtedy był chyba Wegielek ) . To było ciężkie przezycie . Z pewnoscia jest to tez praca ciezka , ale ciekawa . Zdjecia faktycznie nie najlepiej dobrane .

  • wenge1

    Oceniono 4 razy 0

    Hmm, niby profesjonaliści, a artykuł ozdobiony zdjęciem (ostatnie zdj.) pracownika niosącego 4 pudła, gdzie nad dwoma nikt nie ma żadnej kontroli!
    Oczywiście, w tych dwóch pudłach na pewno nie ma porcelany, ani innych tłukących się rzeczy?
    Pan demontujący (montujący) kuchnię chodzący po blacie i nierdzewnym zlewozmywaku w butach bez żadnego zabezpieczenia to też przykład solidności i dbałości o czyjś dorobek "bardziej niż o własny".
    Śmiesznie to wygląda przy tych peanach na temat własnego mega profesjonalizmu!
    Ważne, że złoty łańcuszek się znalazł i pogodził rodzinę.
    Jak miała to być reklama, to dziękuję. Nie skorzystam!

  • mr.hell

    Oceniono 2 razy 0

    czemu ludzie emigrują? może przez fiskalnych fanatyków? czy gazeta należy do nich?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX