Vivien Leigh  i Clark Gable w 'Przeminęło z wiatrem'

Vivien Leigh i Clark Gable w 'Przeminęło z wiatrem' (fot. Deems Taylor / wikimedia.org / domena publiczna)

ludzie

Przez lata walczyła z ciężką chorobą. Nie przestawała grać, nawet gdy padł ostatni klaps

Była aktywna zawodowo przez ponad 30 lat, ale zagrała w zaledwie 19 filmach. Jej małżeństwo z jednym z największych aktorów ówczesnych czasów sprawiło, że interesowały się nią miliony. Dziś pamiętamy ją głównie jako Scarlett O'Harę z "Przeminęło z wiatrem". Vivien Leigh wrosła w tę rolę tak bardzo, że dziś trudno sobie w niej wyobrazić kogokolwiek innego.

Dwukrotnie nagrodzona Oscarem Vivien Leigh mówiła, że w każdej roli ujawnia się pewien aspekt jej osobowości. Ale aktorka była też piękną kobietą. Jej dziecinna, niewinna twarz potrafiła w mgnieniu oka nabrać karcącego wyrazu i ciskać pioruny. Choć odeszła przedwcześnie, dzięki rolom takim jak Scarlett O'Hara czy Blanche Dubois Vivien Leigh na zawsze zapisała się w historii kina.

Narodziny gwiazdy

Vivian Mary Hartley przyszła na świat 5 listopada 1913 roku w prowincji Dardżyling w Indiach Brytyjskich jako jedyne dziecko Gertrudy i Ernesta Hartleyów. Ojciec dziewczynki był zamożnym bankierem giełdowym, rodzinie znakomicie się powodziło. Vivian dorastała w ówczesnej kolonii brytyjskiej jak mała księżniczka, otoczona armią służby, gotowej w mgnieniu oka spełnić każdą jej zachciankę. Jako trzylatka zadebiutowała na deskach amatorskiego teatru, wzbudzając swoim występem dumę u ojca - miłośnika sztuki. Ale choć pan Hartley uwielbiał swoją jedynaczkę i chętnie zapewniał jej rozrywki, jego żona miała do wychowania dzieci zdecydowanie bardziej konserwatywne podejście. Dlatego kiedy Vivian skończyła sześć lat, zdecydowano, że wyjedzie kształcić się do przyklasztornej szkoły z internatem w Anglii. Taka praktyka, choć dziś wydaje się nieludzka, była wówczas wśród zamieszkujących Indie brytyjskich wyższych sfer naturalnym porządkiem rzeczy. Europejska edukacja miała zapewnić dziewczętom szansę na znalezienie lepszej partii.

Vivian leczyła tęsknotę za oddalonymi o wiele tysięcy mil rodzicami udziałem w szkolnych przedstawieniach. Aktorstwo było jej pasją. Kiedy skończyła 15 lat, państwo Hartleyowie wrócili z Indii do Anglii i Vivian znów mogła cieszyć się beztroskim życiem u ich boku. Dzięki solidnej edukacji, którą kontynuowała w europejskich państwach, w których akurat mieszkała wraz z rodzicami, panna Hartley nie tylko miała maniery godne wyższych sfer, ale też biegle mówiła po francusku i włosku. Vivian kształciła się we Francji i Włoszech. Mimo to wszystko wskazywało na to, że plany jej matki odnośnie do poślubienia przez córkę brytyjskiego arystokraty spełzną na niczym. Siedemnastoletnia Vivian zakochała się w młodym Niemcu i oświadczyła rodzicom, że zamierza go poślubić. Młodzieńczy romans został jednak ukrócony przez kategoryczny sprzeciw państwa Hartleyów i dwa lata później Vivian wyszła za bardziej godnego - zdaniem jej matki - mężczyznę, czyli starszego o 13 lat zamożnego adwokata Herberta Leigh Holmana. Państwo Hartleyowie cieszyli się, że wydanie córki za bogatego człowieka poprawi ich sytuację. Wielki Kryzys sprawił bowiem, że z dawnego majątku zostało niewiele.

Mąż Vivian, choć sam nie był fanem teatru, nie sprzeciwiał się aktorskim zainteresowaniom żony. Początkowo traktował je jako niegroźne hobby. Nie protestował, gdy chciała kontynuować studia w Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej, które zaczęła jeszcze przed ślubem.  Choć 20-letnia Vivian została wkrótce matką małej Suzanne, szybko po porodzie wróciła na studia. Zaskoczonemu tym faktem mężowi wyjaśniła, że aktorstwo jest jej pasją, a nie sposobem kobiety z wyższych sfer na zabicie czasu. Wówczas pomiędzy małżonkami pojawiły się zgrzyty - Holman chciał, by jego żona skupiła się na życiu rodzinnym. Jednak determinacja Vivian się opłaciła - wkrótce zainteresował się nią agent, John Gliddon, który zaczął znajdować jej niewielkie rólki filmowe, m.in. w "Things are looking up" z 1935 roku.

Vivien Leigh i Marlon Brando (fot. Materiały Prasowe)
Vivien Leigh i Marlon Brando (fot. Materiały Prasowe)

W tamtym czasie, za radą Gliddona, początkująca aktorka zdecydowała się na zmianę nazwiska na Leigh, od drugiego imienia męża. Miał to być sposób na udobruchanie zazdrosnego o pracę żony Holmana. Ról cały czas jednak brakowało. Wiele osób z branży wątpiło w jej talent. Problemem był też zbyt piskliwy głos. To właśnie on sprawił, że reżyser Alexander Korda stwierdził, że Leigh nie ma potencjału filmowego. Ale już kilka miesięcy później zrozumiał swój błąd.

Przełom w karierze Vivian przyszedł za sprawą komedii "Look Up and Laugh" (1935). Leigh zebrała dobre recenzje, ale chwalono w nich głównie jej urodę. Za to rola w sztuce "Maska Cnoty" (1935) Sidneya Carolla odbiła się znacznie szerszym echem. Na Vivian zwróciła uwagę nie tylko krytyka, która obsypała ją pochwałami, ale też obecny na widowni Alexander Korda. Mężczyzna był tak zachwycony występem aktorki, którą jeszcze niedawno odrzucił, że zaproponował jej kontrakt. Leigh, występująca od tego czasu pod imieniem Vivien, stała się popularna, zaczęto prosić ją o wywiady, o jej urodzie rozpisywały się kobiece magazyny.

Pod wrażeniem młodej aktorki był też jej kolega po fachu, aktor Laurence Olivier. Po spektaklu podszedł do Vivien, by jej pogratulować, i tak pomiędzy aktorami narodziło się uczucie. Problem polegał na tym, że Leigh miała męża i córkę, a Larry - jak zawsze nazywała go aktorka - żonę Jill Esmond i dziecko w drodze. Rodzinne zobowiązania nie przeszkodziły jednak tej dwójce we wdaniu się w romans. Po tym, jak zagrali razem w filmie "Wyspa w płomieniach" (1937), nikt nie miał już wątpliwości, że para na planie nie musiała wcale udawać miłości. Ale choć romans był tajemnicą poliszynela, Holman nie chciał dać żonie rozwodu, twierdząc, że to tylko zauroczenie, które szybko minie. Tym razem nie miał racji.

Atak na Hollywood

Związek z Olivierem z tygodnia na tydzień nabierał rumieńców, a kariera Leigh nabierała rozpędu. W 1938 roku aktorka zagrała u boku Roberta Taylora w filmie "Jankes w Oksfordzie", który okazał się sukcesem. Ale choć Leigh coraz częściej zbierała pochlebne recenzje, jej sukces ograniczał się do Anglii. Aktorce natomiast marzyła się kariera za oceanem. Kiedy więc w 1938 roku usłyszała, że wytwórnia filmowa w Hollywood poszukuje odtwórczyni głównej roli kobiecej w adaptacji powieści Margaret Mitchell "Przeminęło z wiatrem", Vivien postanowiła, że to ona zagra Scarlett.

Leigh była fanką powieści Mitchell i czytała ją kilkukrotnie. Fascynowała ją postać Scarlett - niezwykle urodziwej, na pozór próżnej kokietki, a tak naprawdę potrafiącej zawalczyć o swoje silnej kobiety. Vivien uważała, że znakomicie pasuje do tej roli. Pozostawało przekonać do tego producenta filmu, Davida O. Selznicka. A ten na wstępie zaznaczył, że nie chce europejskiej aktorki ze "śmiesznym akcentem". Tymczasem Leigh mówiła jak prawdziwa brytyjska arystokratka, co nijak nie przystawało do roli mieszkanki Południa Stanów. Ale dla zdeterminowanej aktorki nie było to przeszkodą. Miała asa w rękawie i postanowiła mądrze go wykorzystać.

Vivien Leigh w filmie 'Przeminęło z wiatrem' (fot. Fawcett Publications)
Vivien Leigh w filmie 'Przeminęło z wiatrem' (fot. Fawcett Publications)

Amerykański agent Leigh był zarazem londyńskim reprezentantem agencji Myrona Selznicka, brata Davida. Vivien za pomocą agenta zdobyła więc zaproszenie na przyjęcie w Los Angeles, na którym jednym z gości był Myron. Mężczyzna widział aktorkę w jej poprzednich filmach i doceniał jej talent, ale uważał, że do roli Scarlett jest zdecydowanie zbyt brytyjska. Tymczasem podczas przyjęcia Vivien zachowywała się i rozmawiała z Myronem tak, że mężczyzna uwierzył, iż będzie idealną Scarlett. Na korzyść Leigh działał też fakt, że choć zdjęcia do "Przeminęło z wiatrem" miały się lada dzień zacząć, Selznick wciąż nie miał odtwórczyni głównej roli, która zyskała miano najbardziej pożądanej w historii filmu. Ubiegało się o nią ponad 140 kandydatek, w tym takie gwiazdy jak Katharine Hepburn, Paulette Goddard i Bette Davis, ale uczestniczący osobiście w przesłuchaniach producent z żadnej nie był zadowolony. W efekcie musiał ugiąć się pod naciskiem sponsorów, grożących wycofaniem pieniędzy. Kazał więc reżyserowi, którym na początku był niewymieniony w czołówce filmu George Cukor, aby w oczekiwaniu na odtwórczynię roli Scarlett "kręcił cokolwiek". Problem polegał na tym, że scen, w których panna O'Hara nie występuje, było niewiele. Co ciekawe, Selznick brał Vivien pod uwagę jako odtwórczynię głównej roli, ale aktorka była cały czas związana kontraktem z Alexandrem Kordą, co nastręczało sporych trudności, w tym dużych kosztów "odstępnego". Ale kiedy reżyser zobaczył Vivien po raz pierwszy, zrozumiał, iż jest kandydatką tak idealną, że jest w stanie o nią walczyć. Ostatecznie negocjacje z Kordą, które wcześniej zdawały się utknąć w martwym punkcie, zakończyły się więc sukcesem.

Legenda głosi, że David O. Selznick zobaczył Vivien Leigh po raz pierwszy na tle pożaru Atlanty. To właśnie tę scenę zdecydował się jako pierwszą nakręcić Cukor - głównych aktorów i tak zastępowali w niej dublerzy. Podczas gdy dekoracje filmowe płonęły, Myron Selznick przedstawił bratu młodą aktorkę słowami: "Cześć, geniuszu! Poznaj swoją Scarlett!". I choć kobieta powiedziała tylko dwa słowa: "Vivien Leigh", David O. Selznick czuł, że jego brat ma rację. Zdjęcia próbne potwierdziły jego przeczucia i tak w styczniu 1939 roku Leigh oficjalnie dostała rolę, która miała uczynić ją nieśmiertelną. Czas spędzony na planie nie był łatwy - po 10 dniach Selznick zastąpił George'a Cukora Victorem Flemingiem. Z pierwszym reżyserem wciąż wybuchały kłótnie na temat scenariusza i po jednej z nich Cukor zrezygnował. Z kolei Fleming pod koniec zdjęć zachorował i dowodzenie na planie przejął Sam Wood. Ostatecznie w czołówce widnieje jednak tylko nazwisko Fleminga. Dodatkowo Leigh, delikatnie mówiąc, nie przepadała za swoim filmowym ukochanym - grającym rolę Ashleya Lesliem Howardem. Trudna okazała się też rozłąka z Laurence'em Olivierem, do którego Vivien pisała w liście: "Kotku, mój kotku! Jak ja nie znoszę grania w filmach! Nie cierpię, nie cierpię i nigdy więcej już nie zagram w żadnym filmie!".

Ale ostatecznie profesjonalne podejście zwyciężyło. Vivien Leigh nie tylko nauczyła się mówić z południowym akcentem, dała też popis sztuki aktorskiej, dzięki któremu niemal stała się graną przez siebie postacią. Zdobyła miliony wielbicieli, a jej występ nagrodzono w 1939 roku Oscarem. Była pierwszą brytyjską aktorką, która zdobyła to wyróżnienie.

Cisza przed burzą

Z sukcesem w życiu zawodowym zbiegła się pomyślność na gruncie prywatnym. Niemal równocześnie tak mąż Vivien Leigh, jak żona Laurence'a Oliviera zgodzili się na rozwód. W przypadku aktorki nie obyło się jednak bez poświęceń. Holman postawił warunek: zwróci żonie wolność, ale to on będzie sprawował wyłączną opiekę nad ich córką. Vivien się zgodziła. Syn Oliviera, Tarquin, został przy matce. Ale tylko Vivien słyszała zarzuty, że porzuciła własne dziecko. Na docinki miała odpowiedzieć: "Piękni ludzie tworzą swoje własne zasady".

Nareszcie wolni, 31 sierpnia 1940 roku w Santa Barbara Vivien Leigh i Lawrence Olivier wzięli ślub, świadkową była Katherine Hepburn. Przyjaciele pary wspominali, że państwo młodzi w drodze na ranczo San Ysidro, gdzie zaplanowano ślub, pokłócili się o jakąś błahostkę tak bardzo, że do ceremonii o mały włos by nie doszło. Ale kłótnie i awantury były na równi z wylewnymi wyznaniami miłości stałą w związku dwojga artystów.

Vivien Leigh i Laurence Olivier (fot. Photoplay magazine / wikimedia.org / domena publiczna)
Vivien Leigh i Laurence Olivier (fot. Photoplay magazine / wikimedia.org / domena publiczna)

Wielkim marzeniem Vivien było wystąpienie z mężem wspólnie na planie filmowym. Dlatego walczyła o rolę w "Rebece" Hitchcocka, a następnie w "Dumie i uprzedzeniu" (1940). Żadnej nie udało jej się zdobyć, wygrała za to casting do "Pożegnalnego walca". Ale główna rola męska przypadła ostatecznie nie Olivierowi, a Robertowi Taylorowi, z którym wystąpiła już w filmie "Jankes w Oksfordzie". Historia tragicznego romansu żołnierza i baletnicy spotkała się z przychylną reakcją zarówno krytyki, jak i widzów, a Vivien potwierdziła swój status hollywoodzkiej gwiazdy.

Aby zrealizować marzenie małżeńskiej współpracy, Lee i Olivier postanowili w 1940 roku wystawić na Broadwayu "Romea i Julię". W spektakl para zainwestowała niebagatelną wówczas kwotę 10 tysięcy dolarów. Niestety, przedsięwzięcie poniosło porażkę na całej linii. Krytyka nie zostawiła na nim suchej nitki, określając aktorów jako pięknych, ale kompletnie niewiarygodnych w swoich rolach. Recenzje posłużyły też za pretekst do sądu nad parą, która przez swój związek zniszczyła dwa małżeństwa. Olivierowi dostało się też za brak zaangażowania w czyn wojenny - zdaniem wielu jako Anglik bardziej niż na scenie przydałby się na froncie.

Małżonkowie utopili w przedstawieniu niemal całe swoje oszczędności. W kolejnym roku udało im się jednak zagrać wspólnie w filmie "21 Days Together" i melodramacie "Lady Hamilton" (1941). Potwierdzili swój status najsłynniejszej pary w Hollywood. Oboje piękni, uwodzili dyskretną elegancją i nienagannymi manierami. Leigh przyciągała uwagę swoją urodą i stylem - w przeciwieństwie do amerykańskich koleżanek po fachu nie epatowała wdziękami, ubierała się z klasą i raczej zachowawczo. Miała kompleks na tle swoich dłoni. Uważała, że są za duże i brzydkie, dlatego chowała je pod rękawiczkami. Jej kolekcja liczyła ponoć ponad 150 par.

Ale choć Leigh i Olivier brylowali na przyjęciach, wkrótce zmęczył ich hollywoodzki blichtr i tempo życia, dlatego zdecydowali się na powrót do Anglii. Wszystko jednak wskazywało na to, że dobra passa Vivien się skończyła. W lewym płucu aktorki zdiagnozowano gruźlicę, przez co musiała poddać się leczeniu i odłożyć aktorskie plany na bok. Terapia przyniosła wreszcie oczekiwany efekt i Vivien mogła już wrócić do gry. Dostała rolę w "Cezarze i Kleopatrze" (1945), ale w trakcie zdjęć odkryła, że jest w ciąży. Niestety, wkrótce potem poroniła. Natłok nieszczęść nie pozostał bez wpływu na psychikę aktorki. Leigh zaczęła miewać napady szału, podczas których wyzywała współpracowników i rzucała w nich różnymi przedmiotami. Początkowo jej zachowanie zrzucano na karb traumy po utracie ciąży, wkrótce jednak wyszło na jaw, że sprawa jest znacznie bardziej poważna.

Nic więcej już się nie zdarzy

Pod koniec 1945 roku u Vivien Leigh zdiagnozowano chorobę afektywną dwubiegunową. Aktorka cierpiała na epizody depresji przeplatane atakami szału, których później często nawet nie pamiętała. Leczenie, z elektrowstrząsami włącznie, początkowo przyniosło jednak poprawę. Dzięki temu Vivien mogła zagrać w świetnie przyjętej sztuce "The Skin of Our Teeth" (1946). Niestety, sukces na deskach teatru nie przełożył się na powodzenie na srebrnym ekranie. Klapami okazały się i "Cezar i Kleopatra", i "Anna Karenina" (1948). Jak łatwo się domyślić, niepowodzenia znów nadwyrężyły i tak kruchą psychikę Vivien.

W 1947 roku król Jerzy VI przyznał Laurence'owi Olivierowi tytuł szlachecki Rycerza Kawalera, co czyniło z aktorki Lady Olivier. Ona jednak nie potrafiła cieszyć się z wyróżnienia. Obsesyjnie dążyła do tego, aby dorównać mężowi w jego sukcesach, a nawet go prześcignąć. Zazdrość i chora rywalizacja były zarzewiem coraz nowszych sporów, podczas których dochodziło nawet do rękoczynów.

Vivien Leigh i Clark Gable na znaczkach pocztowych (fot. Shutterstock)
Vivien Leigh i Clark Gable na znaczkach pocztowych (fot. Shutterstock)

Pomimo niesnasek państwo Olivier znów zdecydowali się na współpracę. W 1949 roku Larry wyreżyserował spektakl wg dzieła Tennessee Williamsa "Tramwaj zwany pożądaniem", w którym Vivien zagrała rolę Blanche DuBois. Spektakl wzbudził kontrowersje ze względu na odniesienia do homoseksualizmu i wolności seksualnej, ale odniósł sukces finansowy. Być może to dzięki niemu Leigh udało się wywalczyć sobie tę samą rolę w filmowej adaptacji sztuki w reżyserii Elii Kazana.

Choć Leigh jest najbardziej znana z roli Scarlett, krytycy uważają, że to właśnie w roli Blanche najpełniej objawił się jej talent. Jednocześnie rola kruchej kobiety była dla zmagającej się z chorobą psychiczną aktorki próbą odwagi. Jako Blanche Leigh ujawniła aspekty swojej osobowości, które wcześniej skrzętnie ukrywała - tak w życiu, jak na ekranie. Kruchość, nagłe ataki złości, dogłębne poczucie osamotnienia. Problem polegał na tym, że Vivien nie zostawiła tych emocji za sobą, kiedy na planie padł ostatni klaps. Wręcz przeciwnie, w prawdziwym życiu stawały się dla niej coraz trudniejsze do zniesienia.

Za występ w "Tramwaju zwanym pożądaniem" Vivien otrzymała drugiego Oscara. W następnych latach pracowała niemal bez przerwy - w radiu, w teatrze, na planie. Towarzyszyła mężowi w zagranicznych wyjazdach, ale pod koniec lat 50. małżeństwo Olivierów wisiało na włosku. Laurence nie był już w stanie znieść pogarszającego się stanu żony, jej napadów szału i łez. Pewnego razu podczas podróży pociągiem Leigh w ataku manii wybiła okno i zaczęła wrzeszczeć. Innym razem robiła przypadkowym ludziom wyrzuty, ciskając wulgaryzmy. Miała halucynacje, słyszała głosy. Olivier czuł się wobec stanu żony bezradny. A ona popijała leki psychotropowe alkoholem, dodatkowo sobie szkodząc. Wszystko to sprawiło, że w 1960 roku para zdecydowała się na rozwód. Aktorka wkrótce potem związała się z Jackiem Merivalem, ale z Olivierem do końca życia łączyła ją przyjacielska relacja.

Nowy partner obiecał Laurence'owi, że zaopiekuje się Vivien i początkowo wydawało się, iż aktorka czuje się lepiej. Znów zbierała pozytywne recenzje za występy teatralne, a w 1963 roku przyznano jej nagrodę Tony dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej w musicalu za rolę w "Towarzyszu". Choroba jednak nie odpuszczała. Leigh znów aplikowano elektrowstrząsy i aktorkę często widywano z charakterystycznymi bliznami na skroniach - pamiątkami po zabiegach. Mimo nawracających napadów depresji i ataków szału oraz opinii niezwykle trudnej gwiazdy, jaka z ich winy ciągnęła się za Leigh, udało jej się zdobyć rolę w filmowej adaptacji kolejnej sztuki Tennessee Williamsa, "Rzymska wiosna pani Stone" (1961).

Ostatnim filmowym występem aktorki był "Statek szaleńców" z 1965 roku. Wkrótce potem do problemów psychicznych Vivien dołączyły kłopoty ze zdrowiem - nawracające napady kaszlu i duszności. Okazało się, że to kolejny atak gruźlicy. Ta informacja była druzgocąca dla aktorki, która miotając się po domu, obsesyjnie powtarzała kwestię Scarlett O'Hary: "To koniec mojego życia. Nic więcej już się w nim nie zdarzy".

Choć Vivien początkowo przekonywała wszystkich, że spędzi w łóżku kilka tygodni, a potem wróci do pracy, 8 lipca 1967 roku Merivale znalazł partnerkę w łóżku. Kiedy wiadomość o jej śmierci obiegła świat, w londyńskich teatrach na cześć aktorki zgaszono na godzinę światła.

Natalia Jeziorek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ i Wydziału Form Przemysłowych ASP. Na florenckiej Polimodzie studiowała fashion marketing i organizację eventów. Obecnie współpracuje z magazynem "K MAG", portalami Sezon, Pride i Enter the Room.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (24)
Zaloguj się
  • tanczacy.z.myslami

    0

    "Klapami okazały się i "Cezar i Kleopatra", i "Anna Karenina" (1948)."

    "Anna Karenina" klapą?? Jak dla mnie - świetna ekranizacja.

  • tinorossi

    Oceniono 12 razy 0

    Artykul mnie zainteresowal, nie wiedziałem , ze aktorka cierpiała na poważne choroby . No i to zdanie : Piekni ludzie tworza swoje własne zasady . Dodalbym jeszcze to samo o wielkich . Nie możemy od nich wymagac tego samego co od nas .

  • adas.michnik

    Oceniono 3 razy 1

    Może kogoś zainteresuje.
    To tak odnośnie tego zdania (które jest ze statystycznego punktu widzenia absurdem:
    "Była aktywna zawodowo przez ponad 30 lat, ale zagrała w zaledwie 19 filmach."

    youtu.be/xsF8K1WsK6Q?t=1285

  • klm747

    Oceniono 5 razy 1

    bełkot kretynki Jeziorek

  • franclajn

    Oceniono 4 razy 2

    Ciekawy artykuł. Szybko się czyta.. Wiele nowego dowiedziałem się z tekstu o aktorce, która zawsze mnie zachwycała. Sądzę teraz, że na ekranie tylko dlatego była tak wiarygodna, bo w życiu też tak samo lub podobnie zachowywała się. Zdaje mi się, że pomogła jej w grze na scenie i przed kamerą choroba psychiczna. Brzmi to paradoksalnie, ale czy zna ktoś wybitnego twórcę, który byłby zupełnie normalny?

  • real.avalanche

    Oceniono 4 razy 2

    Scarlett O'Hara niezwykle urodziwą? Czy szanowna autorka w ogóle zajrzała do książki "Przeminęło z wiatrem"? Zaczyna się tak: "Scarlett O'Hara nie była piękna..."

  • Lester Greelack

    Oceniono 3 razy 3

    Pani Natalio. Choroba afektywna dwubiegunowa została zdefiniowana dopiero w latach 70. Wtedy to była cyklofrenia, reakcja maniakalno-depresyjna, cyklotymia. Pierwszy lek pojawił się dopiero w 1949.
    A wiele innych wybitnych aktorek cierpi na tą przypadłość: min Catherine Zeta-Jones czy śp. Carrie Fisher. Nie tylko Vivien ChaD zniszczył karierę ...

  • zwyx08

    Oceniono 4 razy 4

    "negocjacje, które wcześniej zdawały się utknąć" - to jest niegramatyczne.

  • stanislaw.sk

    Oceniono 8 razy 6

    Zazdrość i chora rywalizacja była, jest i będzie zawsze zarzewiem sporów nie tylko w branży aktorskiej; jest obecna np. wśród polityków.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX