Wydawanie posiłków w szpitalu

Wydawanie posiłków w szpitalu (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

reportaż

"Szpital to nie tylko lekarze i pielęgniarki. Już czas, żeby ludzie się o tym przekonali"

Robert, kierowca karetki, nosi inkubatory i pacjentów. Karolina z kuchni sama obsługuje jeden oddział, ma jeszcze pomagać na innym i sprzątać w wolnych chwilach. Sprzątaczka Justyna martwi się, że szpital po 20 latach pracy "wyoutsourcuje" ją do prywatnej firmy. Pracownicy Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu zapowiadają protest.

O potrzebach lekarzy i pielęgniarek Polska już słyszała, ale szpitale to nie tylko biały personel. Zatrudnieni w nich pracownicy niemedyczni od lat szorują po dnie pensji minimalnej. - Tu wystarczy podłożyć zapałkę, a szpital wybuchnie - Marcin Laskowski, szef "Solidarności" w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu, nie ma wątpliwości. Jak może być inaczej, skoro:

sprzątaczka zarabia 1800 zł na rękę,

pracownica kuchni - 1800 zł,

sekretarka medyczna - 2100 zł,

kierowca karetki - 3000 zł.

Mówimy o personelu z dużym stażem, na przykład 20-letnim. Nowi zarabialiby znacznie mniej. Dlatego nowych nie ma.

Laskowski 18 lat przepracował w oddziale ratunkowym. - Jest coraz gorzej - mówi. - Ratownicy w nowych obowiązkach mają na przykład wywożenie zwłok. Jakby mało mieli zadań. To samo dotyczy innych grup. Obowiązków przybywa.

Kierowana przez niego "Solidarność" żąda podwyżek dla wszystkich pracowników - nie tylko lekarzy i pielęgniarek. Do tego premii oraz wzrostu zatrudnienia. - Od lipca negocjujemy. Dyrekcja lekceważy nasze postulaty. Wysyłaliśmy pismo do Rektora Uniwersytetu Opolskiego, właściciela szpitala. Zero odzewu. Jesteśmy zdesperowani - mówi Laskowski. Na styczeń planują protest, a w razie konieczności strajk. A dokładnie: strajk głodowy.

- Personel zamierza zamknąć się w szpitalu i protestować tak długo, aż rzeczywistość zmieni się na lepsze. Sprzątaczki, technicy radiologii i analityki medycznej, ratownicy medyczni, sekretarki i rejestratorki medyczne, kierowcy. Wszyscy są zmęczeni. Jeżeli dyrekcja nie zrealizuje naszych postulatów, to na 100 procent rozpoczniemy strajk głodowy - zapowiada Laskowski.

Pytam, co to oznacza dla szpitala. - Karetki nie wyjadą. Obiady nie trafią do pacjentów. Oddział ratunkowy, dziś przepełniony, stanie w miejscu. Paraliż.

"Czy ja wożę ziemniaki?"

Pokój jest ciasny i ciemny. W środku szafka, telewizor, dwa tapczany. Przydają się. Robert na ostatnim dyżurze jeździł od 19.00 do 3.00 w nocy. W przerwach między kursami może położyć się choć na pięć minut.

Szpitalne oddziały są w remoncie, dlatego kierowców ambulansów dyrekcja przeniosła do stróżówki przy bramie głównej. Do szpitala mają kilkaset metrów, pięć minut spacerkiem. Niby niedużo, ale trochę to denerwujący dystans, zwłaszcza kiedy Robert odbiera telefon z dziecięcego OIOM-u: "Chłopaki, pomożecie przenieść inkubator? Zaniesiecie historię choroby? Pojedziecie z pacjentem na badanie?". I tak biegają, chociaż nijak to się ma do pracy kierowcy.

Robert dostaje 18,70 zł brutto za godzinę. Z nocnymi dyżurami wychodzi 3000 zł miesięcznie na rękę. Jeździ w karetce typu "N", czyli przewożącej noworodki. Zdarza się, że zawozi dziecko do szpitala w Krakowie, Katowicach czy Wrocławiu. Kiedyś jeździł razem z pielęgniarką, lekarzem i ratownikiem medycznym. Ratowników "obcięli", ale nadal ktoś musi wsadzić  inkubator do karetki. Taki sprzęt to jest 108 kilogramów. Szczęśliwie ma małe kółka. Tylko dlatego kierowca da radę włożyć go do pojazdu, wjechać nim do windy, przenieść przez próg. I robi to sam. Zgodnie z BHP po dźwiganiu powinien mieć godzinną przerwę. Ale nie ma, bo dziecko w zagrożeniu życia, trzeba pędzić na sygnale. Robert w głowie ma mapę: jak się podjeżdża na oddział noworodkowy w Krapkowicach, z której strony jest wjazd do Wrocławia na Banacha albo na katowicką Ligotę.

Parę razy w miesiącu wypada mu dyżur na przewozówce, czyli karetce odwożącej do domów pacjentów, którzy sami nie są w stanie wrócić. W takiej karetce, pieszczotliwie nazywanej "świniobusem", wozi się wszystkich. Jeżdżą trolle, czyli pijani i bezdomni, pacjenci ze stopą cukrzycową, gnijącą, do amputacji. Śmierdzi tak, że nawet zimą musisz okna otwierać. Ludzi po operacjach biodra i pacjentów na wózkach Robert wnosi na czwarte piętro, bez windy. Co się nadźwiga, to jego.

To są normalne rzeczy wpisane w zawód, tylko że kiedyś Robert czuł więcej szacunku.

Jako kierowca karetki Robert dostaje 18,70 zł brutto za godzinę (fot. Shutterstock)
Jako kierowca karetki Robert dostaje 18,70 zł brutto za godzinę (fot. Shutterstock)

Na przykład: urlopy. Robert twierdzi, że dyrekcja sama decyduje, kiedy on dostanie wolne. W piątek patrzy na grafik i widzi, że następny wtorek zostaje w domu. Albo że ma wolne przez cztery dni w styczniu, a za cholerę akurat wtedy wolnego nie potrzebuje. Nikt się go o zdanie nie pyta. Może dlatego, że ludzi brakuje, a grafik trzeba zapełnić? Liczba kierowców spadła z 12 do sześciu. Poszli na emeryturę albo zrezygnowali z pracy, bo pensja marna.

Co na to szefostwo? Dyrektor szpitala Dariusz Madera nie znajdzie czasu na rozmowę ani o tym, ani o innych problemach swoich pracowników. W mailowej odpowiedzi zapewnia, że plany urlopów robione są na cały rok z góry - na pewno więc kierowcy sami decydują, kiedy biorą wolne.

Robert dorzuci zatem jeszcze parę słów o samochodach, które nie są na bieżąco naprawiane. Ręczny nie działa, wyje skrzynia biegów, łożysko siada, a oni i tak mają jeździć. Kolega Roberta po ekspresówce sunął 80 kilometrów na godzinę, bo coś padło i nie dało się szybciej jechać. Innemu pod Zamościem siadły klocki. Naprawiał u majstra w stodole. Robert się zastanawia: czy ja wożę ziemniaki? Czy ciężko chore dzieci?

Szpital zaprzecza. Rzecznik Małgorzata Lis-Skupińska zapewnia mnie w mailu, że ambulanse są na bieżąco serwisowane. Najbardziej awaryjny stary tabor został już dawno sprzedany, szpital ma tylko samochody nowe lub w miarę nowe. Nie zawarł umowy serwisowej z żadnym zakładem, bo to zbyt kosztowne. Zamiast tego przy każdej usterce wybiera najkorzystniejszą ofertę z rynku.

Kiedy podrążyć i popytać, okaże się, że wszystkie niedogodności kierowcy byliby w stanie znieść. Podstawowy problem to pieniądze. Nie wymagają cudów, wystarczy przy wypłacie trójka z przodu z lekkim hakiem. Żeby nie musieli dorabiać w dni wolne, bo tu każdy ma jeszcze swoją działalność. Jeden rozwozi przesyłki, drugi dorabia jako instruktor prawa jazdy. Za jedną pensję rodziny przecież nie utrzymają.

Przenieść do prywaciarza

Zagadka - dlaczego posiłki w szpitalach są zimne? Karolina chyba zna odpowiedź. Jeśli do ogarnięcia jest 70 osób, to nie ma cudów - zanim dojedzie do ostatniego łóżka, obiad zdąży już wystygnąć.

Karolina jest "kuchenkową", co w szpitalnym slangu oznacza, że wywozi posiłek z kuchni w metalowych pojemnikach, rozkłada na porcje, układa na talerzu szynkę, chleb i masło, leje herbatę do kubków, rozwozi do pacjentów, a potem wrzuca brudne naczynia do średniowiecznej zmywarki, która głośno chodzi i zużywa mnóstwo wody, za to nie jest w stanie domyć talerzy i kubków.

Kiedyś na jednym oddziale pracowała z dwiema koleżankami. Teraz została sama, a żeby było jeszcze śmieszniej, to musi uzupełniać braki kadrowe na innych oddziałach. Procedury mówią: pracuj wolno i dokładnie. I co z tego? Ciężki, metalowy wózek do przewożenia obiadów powinny obsługiwać dwie osoby, ale przy każdym biega jedna. Trzeba sobie radzić, żeby zdążyć. Pacjenci nie są zachwyceni, jak śniadanie dostaną o 11 albo obiad o 16. Ale szybciej po prostu Karolina nie może, chyba że się sklonuje.

Wiele osób ze szpitalnego personelu odeszło na emeryturę (Fot. Łukasz Ogrodowczyk / Agencja Gazeta)
Wiele osób ze szpitalnego personelu odeszło na emeryturę (Fot. Łukasz Ogrodowczyk / Agencja Gazeta)

Koleżanki poznikały na emeryturach. Dyrekcja próbuje teraz ściągać nowych pracowników, nawet przychodzą młode dziewczyny. Porobią dwa dni i uciekają, bo za najniższą krajową - w 2019 roku to było 1634 zł na rękę - nie chce im się biegać.

Ostatnio "kuchenkowym" doszły kolejne obowiązki. Mają w wolnych chwilach sprzątać. W ten sposób szpital łata kolejne braki kadrowe. Kiedyś sanepid na to nie pozwalał. No bo jak to: ktoś jedną ręką myje toalety, a drugą podaje obiad? Później jednak zabrakło rąk do pracy i to, co kiedyś było niedopuszczalne, teraz jest normą. Za to "kuchenkowe" dostały 150 zł brutto podwyżki. Nie wszystkie się zgodziły, bo roboty jest dwa razy więcej.

Małgorzata Lis-Skupińska wyjaśnia: - Przecież panie "kuchenkowe" same zgodziły się na nowe obowiązki. Sprzątanie odbywa się w godzinach, kiedy kuchnia nie wydaje posiłków, więc "kuchenkowe" i tak nie wykonywały żadnej pracy.

"Kuchenkowe" twierdzą, że dyrekcja straszy podpisaniem umowy z prywatną firmą, która zajmie się obsługą kuchni i je przejmie. - Przepraszam bardzo, ale ja nie jestem workiem kartofli. Jak będę chciała, to zgodzę się na przejście do prywatnej firmy. A jak nie, to niech mnie zwolnią, proszę bardzo, przynajmniej odprawę dostanę - mówi Karolina buńczucznie, ale z żalem.

Widmo prywatyzacji krąży też nad sprzątaczkami. Justyna, która dba o czystość w opolskim szpitalu, zastanawia się, czy dziewczyny zatrudnione za grosze przez zewnętrzną firmę będą tak chętnie zlewały mocz pacjentów z cewników do wiadra. Mierzyły tego moczu ilość? Czyściły ssaki, które zbierają wydzielinę pacjentów? Wycierały krew ze złamanej nogi i wymioty na oddziale ratunkowym? A w międzyczasie zabiorą pacjenta na prześwietlenia? Sprzątanie szpitala to nie to samo co sprzątanie biura. Justyna coś wie na ten temat. Pracuje tu od 20 lat. Dostaje 1800 zł na rękę. Nie czuje się dobrze, myśląc, że po 20 latach dyrekcja szpitala chce ją "wyoutsourcować" do prywaciarza.

Małgorzata Lis-Skupińska stawia sprawę inaczej. Outsourcing w szpitalach jest coraz popularniejszy, szeroko stosowany w biznesie, zwiększa elastyczność i szybkość usługi. - W USK od lat stosowany jest outsourcing procesu prania czy prowadzenia kotłowni, jak na razie nikt nie zgłaszał zastrzeżeń do prowadzonych usług - twierdzi. Tymczasem na ciemne strony tego rozwiązania  od dawna wskazują eksperci. Chwaloną szybkość i elastyczność firmy outsourcingowe osiągają przez śmieciowe umowy i głodowe stawki, a jakość usług pozostawia wiele do życzenia.

Dyrekcja opolskiego szpitala przyznaje, że analizuje zlecenie na zewnątrz żywienia oraz sprzątania, jednak nie zapadły w tej sprawie jeszcze żadne decyzje. Lis-Skupińska zapewnia: nawet jeśli szpital skorzysta z outsourcingu, nie zamierza zwalniać swoich pracowników. Karolina inaczej zapamiętała rozmowy z dyrekcją. - Ponad 20 lat tyrałyśmy na oddziałach, a dzisiaj nas się planuje wyrzucić, przepraszam, "przekazać" do prywaciarza - mówi. - A był taki czas, że ja na ten oddział własne naczynia z domu przynosiłam, bo na 60 pacjentów szpital zapewnił mi 30 kubków. Ludzie mówią: jak wam się nie podoba, to idźcie do Lidla na kasę. I może pójdę, ale to wszyscy ludzie mają na kasie pracować? To kto wtedy będzie szpital ogarniał?

Na niszczarki nas nie stać

- Przepraszam, ale pańską operację przełożymy. Musi pan poczekać dwa miesiące jeszcze - tłumaczy Agata. I choć pacjent ma wszystkie powody, by ją obrzucić wymyślnymi przekleństwami, to Agata tak go omota swoim głosem, że koniec końców nigdy do tego nie dochodzi. To właśnie robi 20 lat doświadczenia sekretarki medycznej.

W szpitalu wszystko jest inne niż w "normalnych" firmach. Inaczej się sprząta, karmi i myje, inaczej się pracuje w sekretariacie. Agata własną głową odpowiada za każdą teczkę dokumentacji, biega więc za medycznym personelem i pilnuje, żeby wszystkie papiery trafiły na miejsce. Jest na pierwszej linii ognia. Musi pacjentom wytłumaczyć, że właśnie trafił się przypadek ciężki, niecierpiący zwłoki, dlatego muszą poczekać dłużej w kolejce.

Jeszcze niedawno jej drugi język to była łacina. Teraz łaciny już się nie używa, wszedł do użycia za to inny, nie mniej egzotyczny - język NFZ. Trzeba ludzkie choroby, cierpienie i urazy przełożyć na skomplikowany język kodów, procedur, nazw i punktów, żeby pacjenta właściwie zakodować do rozliczenia. Taki dobrać kod żeby, rzecz jasna, z NFZ-etu dostać jak najwięcej pieniędzy.

W szpitalu brakuje sprzętu niezbędnego do poprawnego wykonywania pracy, m.in.  odpowiedniej niszczarki do dokumentacji pacjentów (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)
W szpitalu brakuje sprzętu niezbędnego do poprawnego wykonywania pracy, m.in. odpowiedniej niszczarki do dokumentacji pacjentów (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Jak już to wszystko zrobi, porejestruje, sprawdzi ubezpieczenie, założy kartę statystyczną, wprowadzi do systemu, skataloguje i ułoży, to musi jeszcze zrobić porządek w papierach. Agata ma w gabinecie grube tekturowe teczki pełne dokumentacji medycznej. Każdy papier trzeba ręcznie, ołówkiem, ponumerować, zanim przeniesie się go do archiwum. Musi też niszczyć kopie dokumentacji. Zgodnie z RODO nie można jej przechowywać w dwóch egzemplarzach. Tu się pojawia problem, bo przepisy dokładnie określają, jak każdy papier ma być zniszczony: pocięty wzdłuż i w poprzek, żeby nie dało się nic, a zwłaszcza nazwiska, odczytać. Tak sprytnej niszczarki w całym szpitalu nie ma, więc trzeba tak kartką manipulować nad urządzeniem dostępnym, żeby te dane wrażliwe się na pewno pokroiły. W ogóle ze sprzętem jest problem, Agata nie ma pod ręką drukarki czy ksero, więc z papierami biega po szpitalu, szukając wolnej maszyny. Boi się nawet iść na urlop, bo wie, że jak wróci, czeka na nią sterta dokumentów. Nikt za nią tej pracy nie wykona.

Po 20 latach pracy pensja Agaty to 2100 zł na rękę. - Mam coraz więcej do zrobienia, a pensja to wciąż podstawa plus obowiązkowy dodatek za wysługę lat. Skoro są pieniądze na remonty, przebudowy, nowe stanowisko dla dyrektora, to może wreszcie znajdą się też na moją podwyżkę?

Dyrekcja: Są podwyżki, o co chodzi?

Trzeba przyznać, że za trudną sytuację personelu medycznego nie odpowiada tylko dyrekcja. Szpital żyje z kontraktów z NFZ-etem. W roku 2019 taki kontrakt wyniósł około 200 mln zł. Umowa na 2020 rok nie jest jeszcze znana, ale dyrekcja szacuje, że kwota powiększy się mniej więcej o jeden procent. To nie są pieniądze, które pozwolą pokryć płacowe oczekiwania pracowników. Tym bardziej w obliczu planowanych podwyżek cen prądu, wywozu śmieci, towarów i usług, leków, specjalistycznego sprzętu, wyrobów medycznych. Koszty działalności  przekraczają osiągane przychody - szpital od lat generuje straty. A większość wydatków to właśnie pensje pracowników.

Opolski szpital ma wprawdzie słowo "uniwersytecki" w nazwie, ale żadne profity z tego nie wynikają. Uniwersytet Opolski pokrywa jedynie koszty działalności dydaktycznej i naukowej, czyli szkolenia studentów.

Szpital od lat generuje straty (fot. Anna Kraśko / Agencja Gazeta)
Szpital od lat generuje straty (fot. Anna Kraśko / Agencja Gazeta)

Ale też dyrekcja zaciskanie pasa mogłaby zacząć od siebie. Tymczasem we wrześniu 2019 roku zatrudniono nowego dyrektora do spraw administracyjnych. Wcześniej szpital radził sobie bez tej funkcji. Objął ją Marcin Miga, dotychczas wicekanclerz Uniwersytetu Opolskiego. W ten sposób liczba dyrektorów powiększyła się - jest ich czterech. Lokalna "Wyborcza" informowała, że stanowisko dyrektor Miga dostał bez konkursu. Dziennikarze nie otrzymali odpowiedzi na pytanie, ile zarabia nowy dyrektor. Ja też zapytałem o zarobki dyrekcji. Usłyszałem, że przy nowych przepisach szefostwo nie ma obowiązku informować o ich wysokości. W 2016 roku, jak jeszcze taki obowiązek miała, dyrektor główny Dariusz Madera zarabiał ok. 10 tysięcy na rękę miesięcznie.

Szefostwo szpitala broni się jeszcze, dodając, że wynagrodzenia personelu stale rosną. W zeszłym roku średnio o 11 proc. W ten sposób np. sprzątaczki dostały więcej średnio o 225 zł brutto, sekretarki medyczne - 195 zł, kierowcy - 230 zł. 

Pytam pracowników, co myślą o podwyżkach.

Justyna, sprzątająca: - Podnieśli, bo musieli, bo ustawa kazała im podnieść płacę minimalną. Żadna to łaska dyrekcji.

Karolina, "kuchenkowa": - Podwyżki były: 150 zł brutto.  W zamian o połowę zwiększono nam zakres obowiązków. Nie uważam, żeby to było uczciwe.

Agata, sekretarka medyczna: - Podwyżki zawsze wynikają z tego, że rząd podnosi płacę minimalną lub płacę pracowników medycznych. Nigdy nie zdarzyło się tak, żeby dyrekcja dodała nam coś sama z siebie, doceniając naszą pracę albo wyrównując pensje do inflacji.

Tylko skąd szpital ma brać pieniądze, jeśli NFZ ich skąpi? "Kuchenkowa" Karolina ma jedną radę: obciąć pensje lekarzom. - Słyszałam, że lekarz na kontrakcie zarabia 50 tys. zł, a ja ledwo wiążę koniec z końcem. To niemoralne. Przecież jesteśmy częścią jednego zespołu.

- Ale lekarzy też brakuje. Jeśli obetniemy im pensje, to uciekną. Co wtedy? - dopytuję. Karolina odpowiada pytaniem na pytanie: - A co będzie, jak my przestaniemy pracować?

No właśnie: co wtedy? Zapytałem dyrekcję, czy jest gotowa na strajk pracowników niemedycznych. Co wtedy zrobi? Odpowiedź: dyrekcja do strajku się nie przygotowuje, bo nie widzi takiego ryzyka.

Pracownicy z kolei tłumaczą, że poza strajkiem nie widzą innego wyjścia. Karolina: - My tu ponad 20 lat pracujemy. Ja serce temu szpitalowi oddałam. Każda grupa zawodowa jest w szpitalu potrzebna, bo szpital to nie tylko lekarze i pielęgniarki. Już czas, żeby ludzie się o tym przekonali.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (616)
Zaloguj się
  • Mopsik Mały

    Oceniono 53 razy 39

    Manipulacja faktami - lekarz na kontakcie może zarobić 50 tysięcy, pod warunkiem, że tak naprawdę pracuje na 3 etaty, czyli przez cały miesiąc jest na dyżurze. Cała sprawa wynika z braku regulacji czasu pracy lekarzy. Kierowca ciężarówki na tachometer i nie może jechać dłużej, niż pozwalają przepisy, czyli musi robić przerwy, a w ciągu dnia musi mieć odpowiednią liczbę godzin odpoczynku. Lekarz na kontrakcie może legalnie pracować 24h/dobę i to na dodatek kilka dni z rzędu. Lekarz specjalista jest w stanie zarobić na kontrakcie 120zł/h, co przy powiedzmy dwudziestu dyżurach po 24h każdy, da te 50 tysięcy złotych. Niestety są zarówno dyrektorzy szpitali, którzy z powodu ogromnego niedoboru lekarzy pozwalają na pracę lekarzy w trybie pełnych dwudziestu dób, jak i są lekarze, którzy na taką pracę się decydują. Wracając do kierowcy ciężarówki i lekarza - obydwoje trzymają nitkę z ludzkim życiem. Jednak rządówi wygodnie jest przymykać oko na lawanie praw pracownika i praw człowieka w przypadku lekarzy i skrupulatnie egzekwować czas pracy kierowców ciężarówek. Dlatego? Odpowiedź jest prosta. Jeżeli wszyscy lekarze zaczęliby pracować 7h 35m dziennie, jak to wynika z oficjalnego limitu, bardzo szybko by się okazało, że 2/3 szpitali trzeba natychmiast zamknąć, w tym wszystkie w małych miejscowościach. Drugim skutkiem byłoby to, że stawka za godzinę pracy lekarza, w zasadzie z dnia na dzień, skoczyłaby ze 120zł/h do 360zł/h - a to dlatego, że dyrektorzy szpitali byliby zmuszeni zapłacić każdą cenę, żeby tylko zapewnić ciągłość funkcjonowania szpitala.
    Podsumowując, rozumiem intencję autora, który chciał pokazać dysproporcje w wynagradzaniu różnych grup pracowników służby zdrowia - rzeczywiście obecne dysproporcje są nieetyczne. Natomiast przedstawienie lekarzy, jako tych, którzy spijają śmietankę i żerują na systemie, jest również sprzeczne z etyką (dziennikarską). Prawdziwa przyczyna tkwi w całkowitej niewydolności obecnego systemu opieki zdrowotnej. Lekarze, którzy pracują wyłącznie 170h/miesiąc (czyli tyle ile kierowca ciężarówki, pracownik korporacji), zarobią ok. 15-20 tysięcy zł. Nie jest to mało, ale też nie jest to kwota powalająca - zarówno kierowca ciężarówki, jak i doświadczony specjalista w korporacji może tyle zarobić - osobiście więc twierdzę, że lekarz specjalista zarabia słabo na tle innych zawodów, wymagających niejednokrotne znacznie mniejszych umiejętności, wykształcenia i odpowiedzialności. Zgadzam się, że pozostali pracownicy służby zdrowia (ratownicy medyczni, pielęgniarki, salowe, itd.) zarabiają znacznie poniżej przyzwoitości - mniej niż osoba na kasie w markecie, mniej niż pracownik budowlany, mniej niż kierowca ciężarówki, itd. Natomiast bardzo nie podoba mi się teza autora, że przyczyną tego stanu rzeczy są lekarze i ich ogromne zarobki. To jest obrzudliwa manipulacja faktami i populizm, równy papce propagandowej, podawanej przez Jacka Krskiego.
    O przyczynach zapaści służby zdrowia można pisać w nieskończoność. Organizacja pracy pracowników służby zdrowia była efektywniejsza w poprzednim systemie socjalistycznym, a i wtedy była skrajnie nieefektywna. Strumień pieniądzy, który wypływa bokiem z jednostek zarządzanych przez państwo, swobodnie mógłby doprowadzić do uzdrowienia szeroko pojętej administracji państwowej, w tym służby zdrowia. Niestety są ryby, które w mętnej wodzie czują się najlepiej - i dotyczy to solidarnie polityków zarówno rządzących, jak i opozycji.
    Drogi autorze, są dziennikarze, którzy zarabiają na kontrakcie 50 tysięcy złotych! I są salowe w szpitalach, które pracują za minimalne wynagrodzenie...

  • myszoptak

    Oceniono 53 razy 37

    Pieniądze są dla Rydzyka.
    A nie na żadne szpitale.
    I na Polską Fundację Narodową.

  • jozinzpolski

    Oceniono 38 razy 34

    Może jakiś komentarz Karczewskiego, który na bezpłatnym przyrobił 400 tysi ?

  • jutrzenka38

    Oceniono 28 razy 24

    Nie chodzi o to, że lekarze zarabiają tak dużo. Odpowiedzialność, wiedza, lata nauki muszą się liczyć. Problemem jest to, że chyba w żadnym innym kraju nie ma takich kominów płacowych, jak w Polsce. Niech lekarze zarabiają dobrze, ale panie "kuchenkowe", panie sprzątające i pozostały personel powinni zarabiać godnie (nie mówię,że "krocie"). Jak to jest, że aniołki prezesa jednego z banków zarabiają około 50 tysięcy złotych miesięcznie, a pani sekretarka medyczna - niewiele ponad 2 tysiące. Dziwne rzeczy się dzieją, a takie kominy płacowe rodzą głębokie frustracje, dlatego rozumiem niemedyczny personel szpitali

  • malwach1

    Oceniono 20 razy 20

    Też jestem sekretarką medyczną i też minimalna placa. Roboty huk, no i jestem buforem między pacjentem a lekarzem. Bo pacjent gdzieś musi wyładować frustracje, a lekarza się boi...

  • state77

    Oceniono 18 razy 18

    W każdym szpitalu jest kapelan na etacie a nawet dwoch. 5 tys na reke za wyciaganie od starych schorowanych ludzi ostatnich groszy na "dom Pana" i "chore dzieci".

  • czytelnik.koneser

    Oceniono 28 razy 18

    No cóż, żyjemy w dziwnych czasach. Osobiście najbardziej dziwi mnie, że współczesne pokolenia godzą się np. na to, żeby taki Lewandowski, Ronaldo i im podobni zarabiali kilkaset razy więcej niż np. ludzie, którzy dokonują znacznie więcej dla naszego zdrowia, kultury i nauki. Bez obrazy, ale piłkarze nie grzeszą żadnym przełomowym talentem dla naszego gatunku, który predestynował ich do takich wysokich zarobków. Żyjemy w dość prymitywnym świecie, niemniej i tak o wiele lepszym niż w czasach inkwizycji.

  • prokuraturarejonowa

    Oceniono 19 razy 17

    Rząd Kaczyńskiego nie widzi problemów w służbie zdrowia. Dla rządu w służbie zdrowia wszystko jest ok, nic nie wymaga naprawy. Nic nie zamierza reformować.

    Dla rządu Kaczyńskiego problem są jedynie sądy. Sądy będą "reformować" do upadłego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX