Barbara Ubryk

Barbara Ubryk (fot. Paul Klentzl, Barbara Ubryk w ilustracji, po 1869 / polona.pl)

wywiad gazeta.pl

Stawała nago w oknie, więc je zamurowano. Siostra Barbara Ubryk ponad 20 lat żyła w zamknięciu

Umieszczono ją w karnej celi bez światła. Rozebrano piec, żeby nie zrobiła sobie krzywdy kaflami i wyniesiono łóżko, bo rzucała w innych deskami. Barbara darła na sobie habit i koszule, w końcu nie dawano jej nowych ubrań - opowiada Natalia Budzyńska, autorka książki "Ja nie mam duszy".

"Ja nie mam duszy" to arcyciekawa i wstrząsająca opowieść o żyjącej w XIX wieku zakonnicy Barbarze Ubryk.

Na postać Barbary trafiłam jakieś trzy lata temu, pisząc książkę o świętym bracie Albercie. W dokumentach opisujących jego życie i opiekę nad osobami wykluczonymi pojawiła się wzmianka o bogatej dziewczynie, która oddała cały swój majątek potrzebującym. Wysłano ją więc do szpitala psychiatrycznego na obserwację, gdzie przebywała w jednej sali ze "słynną Barbarą Ubryk". Zafrapowało mnie to.

I zaczęłaś szukać.

Najpierw trafiłam na sensacyjne artykuły z ówczesnej brukowej prasy. Dowiedziałam się, że Barbara Ubryk była zakonnicą, którą siostry karmelitanki bose na ponad dwadzieścia lat zamknęły w celi klasztoru. 

Zaintrygowała mnie jako kobieta, jako osoba cierpiąca. Chciałam ją bliżej poznać, nie wystarczały mi informacje z plotkarskich broszur wydawanych w połowie XIX wieku. Napisałam więc mejla do karmelitanek bosych w Krakowie z prośbą o dostęp ich archiwum.

Siostry odpisały szybko?

Po jakichś dwóch tygodniach dostałam odpowiedź od siostry przełożonej, że modlą się za Barbarę Ubryk, ale nie widzą możliwości współpracy ze mną w tej sprawie. Choć wiadomo, że w ich archiwum musiały zachować się dokumenty na przykład z Księgi Profesji, w której zapisywało się rozmowę z kandydatką do zakonu. Do swojego archiwum nie wpuścili mnie też karmelici bosi, którzy wizytowali zakon karmelitanek. Odpisali mi, że żadnych dokumentów dotyczących sprawy Barbary nie mają.

Ale ty nie zrezygnowałaś?

Okazało się, że w Archiwum Narodowym w Krakowie przechowywane są akta sprawy karnej dotyczącej przetrzymywania Barbary Ubryk w zamknięciu. Dostałam grubą teczkę ze śledztwa z 1869 roku z protokołami przesłuchań zakonnic i lekarzy, którzy badali Barbarę.


Akta sprawy Barbary Ubryk (fot. Natalia Budzyńska)

Potem trafiłam na artykuły z ówczesnych gazet, które przez ponad miesiąc na bieżąco relacjonowały wydarzenia po odnalezieniu przez śledczych mojej bohaterki w zamkniętej celi karmelitańskiego klasztoru na Wesołej w Krakowie. Znalazłam też ryciny z jej podobizną - sąd nie zgodził się na robienie jej zdjęć i trzeba wspomnieć, że te wizerunki to owoc wyobraźni prasowych rysowników.  Gdy znaleziono Barbarę miała około 50 lat, ważyła 34 kilo i była bardzo wyniszczona.

Gdzie ją przetrzymywano?

Tę celę w XVI-wiecznym klasztorze, nazywano karceres - była przeznaczona do odbywania kar. Miała zakratowane okno i wychodek, czyli niczym nie zakrytą dziurę w podłodze prowadzącą do dołu kloacznego. 

Okno w celi Barbary zamurowano, została tylko wąska szpara zapewniająca dopływ odrobiny powietrza. Sędzia śledczy i świadkowie, którzy w lipcu 1869 roku weszli do środka, opisali, że w pomieszczeniu panowała niemal całkowita ciemność. Poza tym nie było tam żadnych mebli, na podłodze leżał barłóg z siana, odrzucił ich okropny smród. Barbara była naga.

Piszesz, że sama rozrywała na sobie ubranie.

Siostra Barbara Ubryk miała pierwszy psychotyczny epizod jeszcze jako 20-latka, w zakonie u wizytek, gdzie najpierw wstąpiła. Wydalono ją z powodu choroby, więc zgłosiła się do karmelitanek bosych w Krakowie, bo marzyła o surowym, zamkniętym zakonie. Po rocznym nowicjacie została przyjęta, ale osiem lat później psychoza znów się uaktywniła.

Co się stało?

Zaczęło się od skrupułów na tle religijnym, wielogodzinnych spowiedzi i unikania przyjmowania Komunii Świętej. Potem doszły dziwne zachowania, zupełnie nieadekwatne do sytuacji, autoagresja, lęki. Karmelitanki od razu wezwały lekarza, który początkowo bardzo troskliwie się Barbarą opiekował. Robił wszystko to, co praktykowano wówczas w szpitalu, czyli aplikował środki przeczyszczające, zimne okłady, przykładanie pijawek i upuszczanie krwi. Gdy była agresywna, wiązano ją w kaftan bezpieczeństwa. Barbara miała halucynacje, omamy, słyszała głosy, samookaleczała się. Jednak najbardziej uciążliwe były dla sióstr jej reakcje hiperseksualne, obnażała się, była wulgarna. Naga stawała w oknie, dlatego też je zamurowano.

Siostry radziły się kolejnych lekarzy?

Właśnie po ich sugestiach umieszczono ją w karnej celi bez światła. Rozebrano też piec, żeby nie zrobiła sobie krzywdy kaflami i wyniesiono łóżko, bo rzucała w innych deskami. Barbara darła na sobie habit i koszule, w końcu nie dawano jej nowych ubrań. Myślę, że w pewnym momencie siostry, zmęczone całą tą sytuacją, poddały się. I zostawiły Barbarę samej sobie.

Trudno się pogodzić z tym, że przed ostatnie siedem lat pobytu w karnej celi Barbarą nikt się nie zajmował, nikt jej nie odwiedzał. Lekarz opiekujący się w 1869 roku karmelitankami zeznał, że siostry w ogóle go do niej nie zaprowadziły, nigdy mu o niej nie wspominały, gdy bywał w klasztorze, odwiedzając chore zakonnice. Barbara żyła w totalnej izolacji. Dostawała jedynie jedzenie przez szparę w drzwiach. Słomę zmieniano jej wtedy co kilka miesięcy, pewnie też przy tej okazji ją myto.

Dziś możemy się domyślać, że wieloletnia izolacja prawdopodobnie pogłębiła chorobę. Co ciekawe, od początku nie było w ogóle mowy o opętaniu. Siostry nie miały wątpliwości, że to choroba psychiczna.


Jedna z rycin obrazujących znalezienie Barbary Ubryk w celi klasztoru. Zdjęcia uwięzionej zakonnicy nigdy nie zrobiono (fot. wyd. A. Planck, Dręczenie zakonnicy w Krakowie [...] Die Marter der Nonne in Krakau [...], po 1869 / polona.pl)

Dlaczego więc nie oddały jej do szpitala?

Karmelitanki bose to najsurowszy zakon żeński. Po ślubach wieczystych nie można już z niego wychodzić, czego kandydatki były świadome. Zdawały sobie sprawę, że od tej chwili będą żyć już tylko za kratami, które odgradzają je od świata, że nie mogą wyjść na ulicę czy odwiedzić rodzinnego domu. Zwolnienie z klauzury mógł dać tylko przełożony z Rzymu i to w wyjątkowych wypadkach. Tego się właściwie nie praktykowało.

Karmelitanki bose żyły w niewielkich wspólnotach liczących po około 20 sióstr, każda miała swoją celę i to się właściwie nie zmieniło do dzisiaj. W klasztorze panowało milczenie, siostry uczone były nawet tego, żeby poruszać się bezszelestnie. Sporo kontemplowały, żyły w ciszy, nawet praca ręczna, jaką wykonywały, miała być jak najprostsza, aby nie zajmowała umysłu. Ich myśli miały być skierowane tylko ku Bogu. W razie trudności życiowych, jakie przydarzały się w okresie nowicjatu, mogły przez kratę porozmawiać z kimś z rodziny. Jednak Barbara z tej możliwości nie korzystała - jej rodzice zmarli, gdy była nastolatką, a siostry mieszkały w Warszawie.

Do czasu ujawnienia się psychozy Barbara była radosna i przyjazna. Siostry ją lubiły.  Dlaczego, gdy zachorowała, nie oddano jej do szpitala? Reguła mówiła, że gdy za karmelitanką krata się zamyka, przestaje ona istnieć dla świata. Gdy zachoruje, przychodzą do niej lekarze, a siostry ją pielęgnują.

Nawet gdy zachoruje psychicznie?

Tego reguła zakonu nie przewidziała. Lekarze od początku mówili siostrom, że Barbarę należy umieścić w szpitalu, ale na to musiałby wyrazić zgodę rezydujący w Rzymie generał zakonu, który zwolniłby ją ze ślubów. Siostry ponoć o takie pozwolenie prosiły, jednak w trakcie śledztwa generał oznajmił, że żadnych listów nie dostał. Wiedział co prawda o istnieniu Barbary Ubryk, ale gdy co parę lat przyjeżdżał na wizytację, siostry nigdy jej generałowi nie pokazały. Inna sprawa, że i on nie chciał jej oglądać.

Wiadomo, z jakiego powodu?

W śledztwie siostry zeznały, że bały się generała zgorszyć widokiem nagiej, wykrzykującej wulgaryzmy kobiety. To o tyle dziwne, że w celach sąsiadujących z tą, w której żyła Barbara, mieszkały młodziutkie nowicjuszki. One tego wszystkiego słuchać mogły.

Teraz - co opowiadał mi kilka dni temu znajomy terapeuta i psychiatra współpracujący ze zgromadzeniami zakonnymi - siostry mogą wychodzić z klasztoru na psychoterapię. Gdy jest potrzeba, idą też oczywiście do szpitala. Dotyczy to również karmelitanek. Ale te zmiany zaczęły  się pojawiać dopiero w latach 60. XX wieku, po II Soborze Watykańskim.


Kraków w 1869 roku (fot. autor nieznany, widok ogólny od strony Wisły, 1865-1975 / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Czy uważasz, że ówczesne karmelitanki były potworami?

To za duże słowo. Poza tym staram się ich nie osądzać. Pokazuję fakty, a czytelnik jest sam je oceni, jeśli czuje taką potrzebę. Oczywiście mam swoje emocje, złości mnie na przykład postawa sióstr w czasie przesłuchań. Nie znalazłam tam ani krzty przyznania się do winy. Do końca szły w zaparte, zwłaszcza przełożona Maria Wężyk i jej poprzedniczka. Twierdziły, że robiły wszystko, co kazali im lekarze, nie rozumiały, o co się je oskarża, a nawet uważały, że skoro Barbara Ubryk przeżyła w zamknięciu ponad dwadzieścia lat, to dowód, że nie opiekowały się nią aż tak źle.

Naprawdę nie czuły skruchy?

We współczesnej książce o św. Rafale Kalinowskim, karmelicie bosym, który był spowiednikiem Marii Wężyk, znalazłam fragment o przełożonej karmelitanek. Ponoć pod koniec swego życia matka Maria bardzo żałowała tego, co zrobiła, i wspomnienie o Barbarze nie dawało jej spokoju. Napisałam list do siostry, która napisała tę książkę. Poprosiłam o źródło tych słów Marii Wężyk, ale odpowiedzi nie dostałam.

Udało ci się ustalić, jaką kobietą była Barbara Ubryk?

Anna Ubryk - Barbara to imię zakonne - urodziła się w 1817 roku. Gdy przyszła do karmelitanek, miała 23 lata. Plotkowano, że była piękną dziewczyną. Ale trudno to stwierdzić, bo śledczy zastali w karceresie kobietę wyniszczoną, siwiejącą. Jak stwierdzili lekarze sądowi, nigdy nie rodziła, ale nie wiadomo, czy miała stosunki seksualne.

Pochodziła z Węgrowa na Mazowszu, z przeciętnej rodziny, miała trzy siostry. Jej ojciec, póki żył, prowadził zakład stolarski i zatrudniał kilku czeladników, którzy - jak wówczas praktykowano - mieszkali z rodziną Barbary.

Jedna z zakonnic zeznała, że skarżyła się na złe traktowanie przez ojca. Jeśliby szukać jakiejś traumy seksualnej z dzieciństwa, która byłby powodem takich objawów psychozy, to można zadać pytanie, czy to on ją skrzywdził seksualnie, czy może któryś z czeladników? No bo skąd u niej znajomość tak szokującego plebejskiego słownictwa dotyczącego spraw płci i seksu?

A wiadomo, w jaki sposób o sprawie dowiedzieli się śledczy?

20 lipca 1869 roku do Sądu Rejonowego w Krakowie przyszedł anonim. Nadawca pisał, że u karmelitanek bosych od 20 lat więziona jest siostra Barbara Ubryk. List dotarł do rąk młodego sędziego śledczego o nazwisku Gebhardt, który był poza układami towarzyskimi Krakowa, a trzeba wiedzieć, że ówczesna palestra, arystokraci i profesorowe Uniwersytetu Jagiellońskiego byli publicznie związani z Kościołem. Udzielali się w różnych bractwach religijnych i chodzili na wszystkie uroczystości kościelne.

Sędzia Gebhardt anonim potraktował poważnie i nakazał zająć się sprawą. Trzeba było jednak ogromnej delikatności, bo rzecz dotyczyła zasłużonego zgromadzenia, poza tym obowiązywał przecież konkordat, więc należało zawiadomić o wszystkim biskupa Antoniego Gałeckiego. Sędzia zjawił się u niego zaraz na drugi dzień, a biskup, choć podejrzewał mistyfikację, wydał jednak natychmiast zgodę na wejście komisji śledczej za klauzurę i napisał do karmelitanek list nakazujący pełną współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Do komisji dołączył swojego przedstawiciela, na czym zresztą zależało sędziemu śledczemu. Chodziło o całkowitą przejrzystość procedury.

Kto napisał anonim?

Weteran powstania styczniowego Antoni Gąsiorowski, do którego dotarły pogłoski o przetrzymywanej zakonnicy. Ciekawa jest również błyskawiczna reakcja biskupa Gałeckiego. Nie czekał na decyzję z Watykanu, takie rzeczy się nie zdarzały!


Schemat celi Barbary Ubryk oraz szpital Świętego Ducha, w którym przebywała (fot. Natalia Budzyńska, XIX-wieczna akwarela B. Gąsiorowskiego)

Może dlatego, że o Barbarze Ubryk rozpisywała się w XIX wieku nie tylko polska, ale i światowa prasa.

Ale to zainteresowanie pojawiło się kilka dni później, reakcja biskupa nie miała z tym nic wspólnego. Skandal, jaki wybuchł wokół Barbary, natychmiast wykorzystały zarówno środowiska antyklerykalne, jak i prokościelne. Europa była wówczas bardzo liberalna, więc historia obrosła w najróżniejsze mity, chociażby takie, że Barbarę wykorzystywali seksualnie spowiednicy przychodzący do karmelitanek. Na co nie było w aktach żadnych dowodów. Jeden z dziennikarzy liberalnej krakowskiej gazety "Kraj" zakonnice i zakonników nazywał "plugawym robactwem". A dwa dni po ujawnieniu sprawy Barbary przez miasto przeszły największe w historii Polski antyklerykalne manifestacje.

Protesty, na których czele stali przedstawiciele krakowskiej inteligencji, wymknęły się szybko spod kontroli. Dołączyli do nich chuligani, i tak przed dwa dni i dwie noce Kraków był dosłownie oblężony. Wybuchły zamieszki, tłum zniszczył bramę u karmelitanek, wybijano szyby w innych klasztorach, pobito przełożonego jezuitów i innych zakonników. Żądano zlikwidowania i zamknięcia wszystkich klasztorów. A wojska austriackie w ogóle się do tych wydarzeń nie mieszały. 

Jednocześnie cała krakowska arystokracja stanęła po stronie karmelitanek. Obrońcy sióstr twierdzili, że przecież zajmowały się one Barbarą i że to one są męczennicami. Nie bez znaczenia był fakt, że przełożona karmelitanek Maria Wężyk pochodziła z arystokratycznej rodziny. Znajomi jej ojca od razu założyli stowarzyszenie "Warownia Krzyża" i wspierali karmelitanki.


Krakowski rynek w latach, gdy Barbara przebywała w klasztorze na Wesołej (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Mimo to podjęto próbę sądowego wyjaśnienia sprawy Barbary Ubryk.

Jeszcze podczas zamieszek, w niedzielę, co też było znamiennie, aresztowano matkę Marię Wężyk i jej poprzedniczkę Teresę Kosierkiewicz, która zdecydowała o zamknięciu Barbary. Jako trzecia dobrowolnie zgłosiła się siostra opiekująca się chorą przeoryszą Marią. Siostry spędziły w areszcie miesiąc.

Jednak żadna z sióstr przełożonych nie poniosła odpowiedzialności za to, co działo się z Barbarą Ubryk?

Śledztwo wówczas wyglądało następująco: prokurator zbierał dowody, które przedstawiał sądowi. Sędzia miał zdecydować, czy zgromadzony materiał pozwala, by postępowanie wprowadzić w drugi etap tzw. śledztwa szczegółowego, a potem czy zarzut o nieuprawnione ograniczenie wolności osobistej człowieka siostry powinno się poddać procesowi. Po przeanalizowaniu akt sędzia uznał jednak, że siostry nie zostaną oskarżone.

Po miesiącu zwolniono je więc z aresztu i sprawę bez rozprawy umorzono. Na czele składu sędziowskiego, który uniewinnił siostry, był powinowaty Marii Wężyk. Co prawda na początku sprawy się z niej wycofał, co ogłosił w prasie, a potem po cichu wrócił do śledztwa i podpisał decyzję o uniewinnieniu. Uzasadniał to chorobą psychiczną Barbary i regułą zgromadzenia, uznając, że karmelitanki nic nie mogły zrobić.

Czy po uwolnieniu Barbarze Ubryk żyło się lepiej?

Zaraz po znalezieniu została umyta, ubrana w nowy habit i przeniesiona do szpitala dla obłąkanych. W szpitalu zajmowały się Barbarą siostry szarytki, one też po latach zorganizowały jej pogrzeb. Ale jeszcze za życia ludzie przychodzili ją oglądać - w tamtych czasach można było zwiedzać szpitale psychiatryczne.

Barbara Ubryk zmarła w szpitalu, 1891 roku, zapomniana przez wszystkich. Miała 74 lata. Najbardziej przerażające jest dla mnie to, że wszyscy potraktowali tę kobietę instrumentalnie. Stała się na krótki czas narzędziem walki światopoglądowej antyklerykałów i antypapistów ze środowiskami konserwatywnymi. Potem nie obchodziła już nikogo. Ostatnie lata spędziła w szpitalu, który mieścił się naprzeciwko klasztoru Karmelitanek, dosłownie po drugiej stronie ulicy.

Kiedy skończyłam pisać książkę, wydawnictwo postanowiło uprzedzić karmelitanki, że "Ja nie mam duszy" się ukaże. Redaktor zaniósł im próbny wydruk. Nie wiem, czy go przeczytały.


Natalia Budzyńska i okładka jej książki o Barbarze Ubryk (fot. Zofia Kędziora)

Natalia Budzyńska. Dziennikarka i kulturoznawca, autorka biografii i reportaży, m.in. nieszablonowej biografii św. brata Alberta Chmielowskiego pt. "Brat Albert. Biografia" oraz reporterskiej opowieści o krewnym, który w czasie II wojny światowej pracował jako lekarz w obozach koncentracyjnych pt. "Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS". Laureatka nagrody FENIKS 2018 w kategorii eseistyka.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (57)
Zaloguj się
  • kwiecien12

    Oceniono 37 razy 25

    W 21 wieku kler nadal faszeruje społeczeństwo bzdurnymi doktrynami . Chyba czas na uwolnienie Polaków a szczególnie młodych ludzi . Każda religia to zaraza dla nowoczesnego świata .

  • e.duticalo

    Oceniono 37 razy 25

    KAŻDY KOŚCIÓŁ I JEGO STRUKTURY TO ZŁO!!!!

  • tinorossi

    Oceniono 22 razy 22

    Z wywiadu zapamietalem dobrze jedno zdanie : " wieloletnia izolacja prawdopodobnie poglebila chorobę " . Ludzie , uważajcie na to co mówicie !! 20 lat w izolacji miało może poprawić stan psychicznie chorej osoby ?? Zamknijcie zdrowego , po roku będzie chory . Smutna historia , szyta jednak na XIXnastowieczne czasy wszechobecnej ignorancji ,braku empatii i wspolczucia . Coz moglo spotkać Barbare poza murami klasztoru-izolatki ? Prymitywny " szpital " psychiatryczny , zwiedzany bez ograniczen ?

  • rozterka47

    Oceniono 28 razy 20

    One nigdy nie czują się winne , czy to Magdalenki , czy Karmelitki Bose, czy Boromeuszki .
    Terror i zniewolenie jest atrybutem każdej religii .

  • joe_brody

    Oceniono 19 razy 19

    'Teraz siostry mogą wychodzić z klasztoru na psychoterapię. Gdy jest potrzeba, idą też oczywiście do szpitala. Dotyczy to również karmelitanek' - to jest tylko połowa prawdy. Bo po opuszczeniu szpitala nie ma już powrotu do karmelu, chyba że coś się zmieniło w ostatnich kilku latach. Koleżanka żony przez to przeszła, kiedy musiała się poddać operacji usunięcia wyrostka. Została goła, bosa i bezdomna, bez pieniędzy i żadnych przydatnych umiejętności...

  • karo80.0

    Oceniono 22 razy 16

    Albo rozum, albo religia. Zawsze byli szamani (kapłani, ksieża itp), zawsze był ciemny motłoch który można było otumanić bajdurzeniem o bogu na chmurce i życiu pozagrobowym, i zawsze byli cwaniacy u władzy którzy na spółkę z szamanami ten motłoch strzygli. Zupełnie jak dzisiaj, w PiSdowatej Polsce.

  • justas32

    Oceniono 18 razy 10

    Po ślubach wieczystych nie można opuścić zgromadzenia - zawsze można opuścić to zgromadzenie. Ksiądz Szydło wykorzystujący seksualnie nastolatkę powiedział odchodzę - i sobie odszedł ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX