Tony Halik i Elżbieta Dzikowska

Tony Halik i Elżbieta Dzikowska (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej / Wikimedia Commons)

ludzie

Dzikowska o Haliku. "Trochę musiał o mnie zabiegać. Ale jak kogoś takiego można nie pokochać?"

To, że dzieliło ich szesnaście lat, w ich przypadku nie było żadną przeszkodą. Przeciwnie: to im bardzo sprzyjało. Byli jak dwa puzzle, które dobrze ułożone, znakomicie do siebie pasowały - pisze o Elżbiecie Dzikowskiej i Tonym Haliku Roman Warszewski w książce "Dzikowska".

- W jakich okolicznościach nastąpiło pani spotkanie z Halikiem w Meksyku? - zapytałem Dzikowską. - Bo z jednej strony, mówi pani, że Tony'ego poznała dzięki Luisowi José Cuevasowi. A z drugiej - z Telewizji Polskiej od redaktora Ryszarda Badowskiego nadeszła ponoć prośba, żeby na potrzeby jego "Klubu Sześciu Kontynentów" nakręciła pani krótki materiał o Haliku.

- Nie ma żadnej sprzeczności. Dzięki Cuevasowi, przez to wydłużenie pobytu w Meksyku, mogłam lepiej poznać Tony'ego i po pewnych perypetiach z nim się związać. Natomiast materiał o nim i tak miałam nakręcić. Od tego jednak było bardzo daleko, by został moim mężem.

- Mężem?

- Tak zawsze go nazywałam. Traktowałam jak męża, a on uważał mnie za żonę.

- Ale formalnie nie byli państwo małżeństwem.

- Nie byliśmy. I co z tego?

Tony Halik i Elżbieta Dzikowska (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej / Wikimedia Commons)
Tony Halik i Elżbieta Dzikowska (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej / Wikimedia Commons)

Jest pewne niedomówienie związane z ową prośbą Ryszarda Badowskiego. Bo Badowski - niekłamana legenda polskiego podróżnictwa - od pewnego czasu był już w kontakcie z Halikiem i pokazywał w TVP niektóre jego filmy dokumentalne. W czasach PRL-u była to nie lada gratka, wszak za komuny zawsze były problemy z dewizami (czyli dolarami i pieniądzem wymienialnym) - bo dewiz po prostu nie było. Na zakup zagranicznych obrazów dokumentalnych też nie. A Halik, chcąc po latach znów zaistnieć w swojej ojczyźnie, materiały swe udostępniał za darmo albo za bezcen. TVP, Badowski i jego Kawiarenka pod Globusem chętnie z jego szczodrości korzystali. A gdy Badowski dowiedział się, że znana mu już z występu w "Klubie..." Elżbieta Dzikowska wybiera się do Meksyku, gdzie jako korespondent NBC News rezydował Halik, poprosił ją o zrobienie krótkiego materiału dokumentalnego na jego temat.

Chodziło o to, żeby podtrzymać z Halikiem współpracę i zachęcić do jeszcze szerszego otwarcia dla polskiego telewidza jego filmowego archiwum. W tym celu Badowski miał ponoć przygotować dla Dzikowskiej wielopunktową instrukcję: jak ma Halika filmować, w jakich ujęciach i co bohater ma powiedzieć. Dokument ten obszernie przytacza Mirosław Wlekły w swej biografii Halika. Elżbieta jednak takiej instrukcji sobie nie przypomina. Owszem, rozmawiała na temat filmu z Badowskim, ale nic więcej.

- A ta cytowana w biografii Tony'ego instrukcja?

- To maszynopis. Przypuszczam, że Badowski mógł go wystukać na jakiejś starej maszynie do pisania i przekazać Wlekłemu, żeby pokazać, jaki on był wtedy wielki, a ja mała.

- Zgrzytało między nim a panią?

- Potem. Na etapie mojej drugiej podróży do Meksyku i późniejszej realizacji telewizyjnych cyklów "Gdzie pieprz rośnie", "Gdzie rośnie wanilia", "Pieprz i wanilia" - byliśmy w dobrej komitywie.

- A kiedy zazgrzytało po raz pierwszy?

- Chyba wtedy, kiedy po rosyjskiej inwazji w Afganistanie Badowski próbował namówić mnie i Tony'ego na nakręcenie filmu dokumentalnego w tym kraju.

- Taki film nigdy nie powstał?

- Nasz nie. Nakręcił go sam Badowski.

Elżbieta Dzikowska (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)
Elżbieta Dzikowska (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

Bardzo chciałem się spotkać z Ryszardem Badowskim, żeby porozmawiać o tej i wielu innych sprawach. Ale nic z tego. Dawny guru polskiej telewizji podróżniczej lat siedemdziesiątych, pierwszy Polak, który był na wszystkich kontynentach, uczestnik rejsu lodołamaczem "Lenin" na najdalszą północ i sprawozdawca z lotu Sojuz-Apollo w 1975 roku (wyliczać można by jeszcze bardzo długo) liczy dziś prawie dziewięćdziesiąt lat i ma swoje różne anse.

W czasie pierwszej rozmowy telefonicznej, jaką odbyłem z nim jesienią 2017 roku, usłyszałem, że na temat Dzikowskiej nie będzie się wypowiadał - zwłaszcza po tym, jak autor biografii Tony'ego Halika, któremu "poświęcił trzy lata życia", go "oszukał".

Wiedziałem, jak to rozumieć. Mirosław Wlekły - trzymając się faktów - opisał historię po prostu inaczej, niż Badowski to sobie wyobrażał.

Drugą próbę podjąłem, gdy redaktor Bohdan Sienkiewicz - weteran telewizyjnej audycji "Latający Holender" i towarzysz Tony'ego Halika w jego rejsie dookoła świata na pokładzie "Daru Młodzieży" - podjął się roli emisariusza i pojechał do Badowskiego z listą moich dwudziestu ośmiu pytań. Podróżnik miał na nie spojrzeć i powiedzieć: "Jakbym na te pytania odpowiedział, on miałby gotową książkę".

Po raz trzeci próbowałem dotrzeć do Ryszarda Badowskiego przez znajomych jego córki Zariny, ale wtedy usłyszałem, że trzeba poczekać do wiosny, aż w Warszawie rozwieją się wszystkie sprzyjające depresjom mgły. Wiosna jednak minęła, mgły ustąpiły - i dalej nic.

Ostatnią próbę podjąłem, pisząc do redaktora Badowskiego w styczniu 2019 roku uprzejmy list, w którym dzieliłem się informacją, że w przyszłości zamierzam zająć się reportersko jego ukochanym dzieckiem - "Klubem Sześciu Kontynentów". Rezultat był identyczny jak poprzednio.

- A zatem spotkała pani Halika w Meksyku, żeby nakręcić o nim dwudziestominutówkę dla Badowskiego? - Po raz nie wiem który wróciłem do tego w rozmowie z Dzikowską.

- Było to praktycznie zaraz potem, jak zostały dopełnione wszystkie formalności związane z przyznaniem mi stypendium. Przez kilka dni jeszcze mieszkałam u mojej przyjaciółki Elii. Tony po prostu do mnie zadzwonił. W słuchawce usłyszałam jego charakterystyczny głos z wydłużonym "aaa". Powiedział, że właśnie wrócił z Gujany Francuskiej i chciałby się ze mną spotkać. Badowski swoimi kanałami przekazał mu już, że mam go filmować.

- I sfilmowała go pani?

- Oczywiście.

- Już wtedy panią podrywał?

- Tony na każdym kroku podrywał kobiety. Ale robił to z wdziękiem i w taki sposób, że było wiadomo, że to tylko żarty.

Elżbieta Dzikowska i Tony Halik (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej / Wikimedia Commons)
Elżbieta Dzikowska i Tony Halik (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej / Wikimedia Commons)

(...) "Tylko żarty". Czyżby? Kiedy kilka dni później zaproponował jej wspólny wyjazd do Tijuany, najpierw (Elżbieta słyszała to przez uchylone drzwi) zniechęcał do towarzyszenia mu w tej eskapadzie jakąś tajemniczą Krysię. Czynił to w wielce zaskakujący sposób. Mówił: "Halo, kochanie, mam nadzieję, że zmieniłaś zdanie i polecisz ze mną do Tijuany. Przecież lubisz strefę bezcłową!". Gdy Krysia nie dała się namówić, Halik wrócił do pokoju, gdzie czekała Elżbieta, i oznajmił jej, że się udało, jest jeszcze jedno wolne miejsce. "Z wielkim trudem namówiłem korespondenta rosyjskiego, żeby został w domu". Cały Tony! Cała Elżbieta, która udawała, że nic nie słyszała, a w Tijuanie przypomniała Tony'emu, że powinien kupić krem z żółwia, który obiecał Krysi stamtąd przywieźć. między nimi prawie natychmiast.

(...) Że coś się dzieje, na odległość zauważył nawet Ryszard Badowski. Znał przecież filmy, które kręcił Halik. Zawsze musiało w nich być coś o jego żonie. Tymczasem w dokumencie, który w Meksyku o Tonym nakręciła Dzikowska, o Pierrette nie ma już ani słowa.

Po Tijuanie były następne "tijuany" - kolejne wielodniowe wyprawy po Meksyku, naprawdę wielkim kraju. To, że dzieliło ich szesnaście lat, w ich przypadku nie było żadną przeszkodą. Przeciwnie: to im bardzo sprzyjało. Byli jak dwa puzzle, które dobrze ułożone, znakomicie do siebie pasowały. Halik był wszystkim, czego Elżbieta pragnęła. Dawał pewność, oparcie, doświadczenie zawodowe i wszechstronne kontakty w międzynarodowym środowisku dziennikarskim. Czego więcej można było chcieć? A że nie był zbyt urodziwy? Że miał niezliczone piegi? Ludzka twarz bez piegów to jak noc bez gwiazd! Był przecież uroczy! Charakterystyczny! Był kimś, obok kogo nie dało się przejść obojętnie. Bo jeśli ktoś się do niego nie odezwał, to na pewno czynił to on. Poza tym był eksplozją dobrego humoru, fontanną zaskakujących pomysłów, które zwykle natychmiast realizował lub - w najgorszym razie - mówił, jak można zrealizować. Nie było dla niego rzeczy niewykonalnych ani niemożliwych.

A ona? Taka mądra! Taka oczytana! Taka konsekwentna i pozytywnie uparta! No i piękna! Bo kto w Meksyku widział taki blond kok? Potem mówił o niej "Sówka-Halikówka" i wszędzie na świecie, gdzie byli, kupował figurki i statuetki będące wyobrażeniem sowy - symbolu mądrości. A że w samolocie boi się turbulencji? Że cierpi na chorobę morską, podczas gdy on uwielbia żeglować? Że ogrywa go w brydża, a na dodatek interesuje się tak zwanym malarstwem nowoczesnym, którego on w ogóle nie rozumie? Cóż. Wszak ludzi doskonałych nie ma.

No dobrze, a co z Pierrette, co z Andrzejem Dzikowskim? Życie z Pierrette już od dłuższego czasu Tony'emu się nie układało. Pasję podróżowania straciła od momentu, gdy na świecie pojawił się ich syn Ozana. Postawiła na macierzyństwo, zresztą nie miała większego wyboru, bo Tony'ego nigdy nie było w domu. Był szalejącym reporterem, w tym się realizował. Potem jeszcze doszli do tego różokrzyżowcy, którzy w Meksyku są szczególnie silną sektą. Z czasem wsiąkła w ich świat. Dla Tony'ego, zatwardziałego katolika, była to absolutna abstrakcja.

Elżbieta Dzikowska w 2012 roku (fot. Anna Kraśko / AG)
Elżbieta Dzikowska w 2012 roku (fot. Anna Kraśko / AG)

A Andrzej? Co tu wiele gadać. W związku Dzikowskich w tym czasie już nic nie można było naprawić. Dawno każde z nich poszło w swoją stronę. Gdyby dobrze poszperać w szufladach Elżbiety po jej powrocie z Meksyku, można by w nich znaleźć dokument zatytułowany: "Umowa pomiędzy Elżbietą Dzikowską a Andrzejem Dzikowskim w sprawie podziału "majątku". Tak, sprawy zaszły już tak daleko.

Jesienią 1974 roku Elżbieta i Tony pojechali razem na półwysep Baja California, gdzie turyści zwykle obserwują bardzo blisko podpływające wieloryby. Wielorybów nie widzieli - widzieli tylko siebie.

Razem z prezydentem odwiedzili wyspy Marias, gdzie znajdowało się najcięższe więzienie w Meksyku, ale prezydenta widzieli tylko jak przez mgłę; więzienie tylko na tyle, żeby Tony mógł nakręcić o nim krótki film. Pojechali do Indian Tarahumara i do plemienia Cora. Ale co tam Coras i Tarahumaras - ważne, że byli razem.

Acapulco. Elżbieta w swoich notatkach Halika ukrywa pod pseudonimem "Coco Loco" - "Szalony Kogut". Nocują w słynnym hotelu Brisas, gdzie jest dwieście pięćdziesiąt pokojów, a siedemset pięćdziesięcioro pracowników. Noc kosztuje sto dwadzieścia dolarów - na tamte czasy to kwota naprawdę zawrotna. Ile rzeczy mogą ułatwić pieniądze! Dla niej noc w takim hotelu byłaby czymś nieosiągalnym. Z Halikiem, zarabiającym w dolarach, wszystko stawało się łatwe i możliwe. W Acapulco podziwiali clavadistas - śmiałków skaczących z kilkudziesięciometrowego skalnego urwiska do oceanu, ale dokładnie w momencie gdy nadbiega fala; nie wolno się pomylić, bo w innym wypadku będzie za mało wody i skoczek straci życie.

Pojechali też na Jamajkę i na Haiti. Na Haiti Tony miał kilka tematów do sfilmowania i wtedy po raz pierwszy pracowali razem. Elżbietę uczynił swoim dźwiękowcem. Jeśli coś momentami zazgrzytało, to śmiali się z tego do rozpuku. Bal ma jednak to do siebie, że kiedyś musi się skończyć. I Tony zaczął przebąkiwać, że to właśnie należy zrobić. Co? Elżbieta udawała, że nie ma pojęcia. Więc on musiał dalej się męczyć, kluczyć, aż wreszcie, kiedy nie było już innego wyjścia, powiedział: A jakbyśmy tak byli razem? Jakby ten bal mógł trwać dalej? I zamienić się w życie? W nasze wspólne życie?

- Trochę musiał o mnie zabiegać - mówi mi Dzikowska. - Ale jak kogoś takiego można nie pokochać?

Na razie musiała wracać do Polski, bo kończyło się jej stypendium. Prezydent nie do końca rozumiał, dlaczego nie chce zostać w Meksyku mimo obywatelstwa i pracy, jakie jej oferował. Odpowiedziała na to tak, jak kiedyś w Peru: "Moją ojczyzną jest Polska. Koniec. Kropka". Najpierw musiała - via Panama - polecieć do Peru, bo przecież według pierwotnego zamysłu właśnie stamtąd miała wracać do kraju. Tony odprowadził ją aż do Panamy. Dalej poleciała sama. Ale po trzech dniach Halik - sobie tylko znanym sposobem - odnalazł ją w Limie. Ustalili, że on wkrótce przyleci do Polski. Już nic ich nigdy nie rozdzieli (chyba że będą musieli gdzieś osobno wyjechać). Będą razem podróżować po świecie - do końca świata i jeszcze dzień dłużej (może to oni wymyślili wtedy tę frazę?). W jednej chwili pojawiło się sto różnych projektów. A że byli w Peru, jeden z nich zamykał się w magicznym słowie: Vilcabamba. Postanowili zrealizować go w pierwszej kolejności.

Książka Romana Warszewskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. materiały prasowe; Maciej Zienkiewicz / AG)
Książka Romana Warszewskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. materiały prasowe; Maciej Zienkiewicz / AG)

Roman Warszewski. Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej, a w swych podróżach dotarł nawet na Wyspę Wielkanocną. Pracował w redakcjach Dziennika Bałtyckiego, Głosu Wybrzeża, Ilustrowanego Kuriera Polskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (14)
Zaloguj się
  • namegoeshere

    Oceniono 20 razy 8

    I tak Tony, bez żadnych skrupułów, zostawił żonę z małym dzieckiem w obcym kraju (jego żona była Francuzką) i później wcale się nimi nie interesował. Nie miał nawet czasu pojawić się na ceremonii zakończenia szkoły średniej swojego syna, czy później na jego ślubie. Za to bajerował przed kamerami wspaniale...

  • christomoltisanti

    Oceniono 3 razy 3

    Byłem u pani Eli w domu w Międzylesiu i do dziś wspominam jej fortepian-barek ... Sto lat pani Elu !

  • polakpl

    Oceniono 13 razy 3

    Faceci powinni mieć krótszy wiek wiek emerytalny bo krócej żyją. Czas skończyć z uprzywilejowaniem kobiet.

  • kogoko

    Oceniono 2 razy 2

    Był sławny i zarabiał w twardej walucie. No ale przecież nie można tak otwarcie, no bo jak to...

  • maryjanek66

    Oceniono 5 razy 1

    i to działo się za złego PRL? czy ktoś z tych bohaterów współpracował z UB? czy każdy tak mógł podróżowac i wystepowac w tvp?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX