Paweł Wilczak jako Pan T.

Paweł Wilczak jako Pan T. (fot. @DomowyKolektyw)

wywiad gazeta.pl

Paweł Wilczak: Był taki moment, że dosłownie nie miałem w Warszawie za co żyć. Bez żartów

Kiedyś stałem o piątej rano, razem ze statystami, w długiej kolejce do pani, która wydaje kartki na zupę na planie. Zapytała: "Nazwisko?". Ja na to: "Robert Redford" - opowiada Paweł Wilczak. Właśnie zagrał główną rolę w filmie "Pan T.".

Jaki jest pan W.?

Jestem bardzo prosto skonstruowanym chłopakiem.

Z Wronek.

Urodziłem się w Poznaniu. We Wronkach spędziłem dzieciństwo i wczesną młodość. Potem pojechaliśmy z rodzicami do Szamotuł, gdzie skończyłem liceum, a stamtąd do Poznania. Moi rodzice dostawali nakazy pracy w różnych miastach, więc się przeprowadzaliśmy.

Gdybym miał powiedzieć, które z miejsc jest dla mnie najważniejsze, to powiem, że to Warszawa, do której przeprowadziłem się w latach 90. Kocham to miasto z całą jego ułomnością. Warszawa dała mi wszystko. Dała mi pracę. Ale, co najważniejsze, tu urodziły się moje dzieci.

Nie pochodzisz z aktorskiej rodziny.

Pochodzę z lekarskiej rodziny. Mama jest pediatrą, a tata, który niestety już nie żyje, był ginekologiem.

Moi rodzice nie mieli ze mną łatwo, ale mieli pewność, że zawsze powiem im prawdę. Nigdy nikogo nie okłamałem. Po prostu czasem nie mówię czegoś do końca. Ale żebym miał z premedytacją kogoś oszukiwać, to wykluczone. Prędzej bym wyskoczył przez okno, po prostu jestem tak skonstruowany. 

Kiedyś przeskrobałem coś naprawdę poważnego, nie mogę ci zdradzić co. Mamę i tatę poprosiłem o rozmowę. "Wiele rzeczy będziecie słyszeć na mój temat, ale ja wam powiem, jaka jest prawda" - tak zacząłem.

y2003.08.03 SOPOT N/Z PAWEL WILCZAK PODPISUJE SWOJE ZDJECIA POD RESTAURACJA SPATIFFOT. DOMINIK SADOWSKI / AGENCJA GAZETA
Paweł Wilczak, 2003 rok (fot. Dominik Sadowski / AG)

U mnie w domu było przyzwolenie na każdą fanaberię. Nigdy nie usłyszałem: "Co ty, nie rób tego". Zawsze była rozmowa: "Ale poczekaj, powiedz, dlaczego aktorstwo". Więc mówiłem: "Bo inni grają w piłkę, a ja jestem w kinie. To dlatego".

Mam starszego brata, który jest wybitnym profesorem medycyny. On ratuje te dziewczyny, naprawdę [prof. Maciej Wilczak jest ginekologiem - przyp. red.]. A ja co?

A ty się wyłamałeś.

Nie wyłamałem się. Poszedłem na medycynę, ale dwa razy mnie wyrzucili. Dzięki Bogu. Bo słaby byłem. Przeniosłem się do technikum radiologicznego, w którym się bardzo spełniałem. Nawet miałem już zaklepany kontrakt w Kuwejcie i gdybym się nie dostał do szkoły filmowej, to pewnie bym tam pojechał. 

Skąd w takim razie szkoła filmowa?

Jako technik radiolog miałem dyżur w szpitalu. Przyjechał kolejny połamany człowiek. Zrobiłem mu zdjęcia, wywołałem je i tak sobie na nie patrzę i myślę... że to jednak nie takie zdjęcia są dla mnie najważniejsze. W kieszeni fartucha miałem książkę "Historia teatru polskiego". 

Któregoś dnia mówię do siebie: "Pawełku, gdzie ty jesteś?". Po dyżurze poszedłem do Teatru Nowego. Spotkałem Wiesława Komasę. Wysłuchał moich wariactw i mówi: "Jedź do Łodzi i próbuj".

Przez chwilę nawet byłeś aktorem teatralnym.

Grałem kozę w przedstawieniu dla dzieci. Stwierdziłem jednak, że teatr chyba nie jest dla mnie. Przy całym dla niego szacunku - nie bez powodu wybrałem jednak szkołę filmową a nie teatralną. Po prostu chyba nie umiem grać w teatrze.

Jestem beznadziejnie zakochany w łódzkiej Szkole Filmowej. Gdy tam studiowałem, w Łodzi, gdzie wisiały na ulicach ledwie dwa neony, przewijali się ludzie niemal z całego świata. W łódzkiej filmówce nauczyłem się zwłaszcza, że wolność to przede wszystkim wolność podejmowania decyzji zawodowych.

12.07.2005 TORUNFESTIWAL LATO FILMOW .OD LEWEJ AKTOR PAWEL WILCZAK I REZYSER WOJCIECJH SMARZOWSKI . ROBERT GORECKI / AGENCJA GAZETA
Paweł Wilczak i Wojtek Smarzowski (fot. Robert Górecki / Agencja Gazeta)

Odwiedziłem tę moją ukochaną szkołę w zeszłym roku, zaproszono mnie na 70-lecie. Zobaczyłem, że na płocie wisi moje zdjęcie. Pokazałem je synom. Mówię: "Tu wisi tata, tu jest pani Jola Dylewska, tu pan Władysław Pasikowski". Moi synowie oczywiście mgliście kojarzą te nazwiska, a dla mnie to są ważne postaci.

Władysław Pasikowski był twoim mentorem?

Raczej kolegą z tej samej szkoły. Nie znaczy to, że się kolegowaliśmy, raczej się mijaliśmy. Choć przyznam, że byliśmy na paru wspólnych imprezach. Mówię o tym, nie po to, by się chwalić. Chcę powiedzieć jedynie, że ta szkoła to miejsce ze wszech miar wyjątkowe. Ma wspaniałą energię, która się nie zmienia. Toczyliśmy tam dyskusje, o miłości, o sztuce, ale przede wszystkim o filmach.

Ja zawsze byłem bliżej filmowców niż aktorów. Bardziej mnie interesowało to, co jest przy kamerze, obok kamery, a nie to, co jest przed kamerą. Choć bardzo dziękuję za to, że jestem przed tę kamerę zapraszany.

Zresztą po wydziale aktorskim złożyłem papiery na reżyserię.

O, nie wiedziałam!

Przeszedłem do ostatniego etapu i usłyszałem, że aktor nie może być reżyserem. Powiedziałem wtedy, że było i jest takich kilku, chociażby Clint Eastwood, Milos Forman, Federico Fellini. Nie pomogłem sobie tym. Na liście z wynikami egzaminów znalazłem się jako pierwszy pod kreską. Pamiętaj, że to były jeszcze lata 80.

Może więc teraz jest dobry moment?

Jestem trochę za stary, czułbym się dziwolągiem. Choć za każdym razem, gdy odwiedzam filmówkę, odczuwam nostalgię. W ogóle jestem nostalgicznym człowiekiem.

15.03.2004 - WARSZAWA - TEATR NARODOWY - NAGRODY TELEWIZYJNE WIKTORY 2003 JOANNA BRODZIK PAWEL WILCZAK FOT. ALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA
Paweł Wilczak i Joanna Brodzik na Wiktorach, 2004 rok (fot. Albert Zawada / AG)

I bardzo dobrym aktorem. Twoja kreacja w filmie "Pan T." jest świetna!

Bardzo ci dziękuję, ale to zaledwie pyłek. Dobrym, wybitnym aktorem to jest Gene Hackman. Ja chciałbym być prawdziwy. W ogóle dla mnie najważniejsze jest to, jakim kto jest człowiekiem, a nie co robi, gdzie robi, a nie daj Bóg, co ma.

Pamiętaj, że w tej filmowej machinie jestem tylko trybem. Film robi operator, reżyser, a aktor tylko kreuje rolę. Ja zawsze chcę się włączyć do teamu, nie mam w sobie na planie żadnego egoizmu. 

Nie masz inklinacji do bycia najważniejszym, nawet jak grasz główną rolę?

Proszę cię. Jak zwykle już "po" nie jestem z siebie do końca zadowolony, ulepszyłbym to i owo, jakby się tylko dało. Podoba mi się jednak, że ta ostatnia rola jest inna niż wszystko, co do tej pory zagrałem. Marcin [Kryszałowicz, reżyser "Pana T." - przyp. red.] stwierdził, że jest taki chłopak jak ja, który fruwa tu i tam, i mnie wstawił w swój pomysł. Cóż, dostrzeganie talentu u innych jest największym darem.

Powiedz, jak tworzyłeś tę postać?

Mniej znaczy więcej - mówią w Hollywood, a ja tej zasadzie hołduję. Jeżeli mój bohater o czymś myśli, i to widać w jego twarzy, jego oczach , i jest przez widza odczytywane, to znaczy, że ta zasada działa.

Uważam, że minimalizm w ogóle sprawdza się w sztuce. Wewnętrznej siły nie trzeba wyrażać krzykiem. Ja zawsze pozostanę w tych spokojniejszych nutach. Potrafię krzyczeć, ale nie chcę. Bo krzyk jest najprostszy. Niuans - z nim jest trudniej.


Paweł Wilczak jako Pan T. (fot. @DomowyKolektyw)

Czy, podobnie jak Pan T., mierzysz się czasem z poczuciem niemocy twórczej, z niezrealizowaniem?

Oczywiście. Myślę, że spełnienie oznacza dla artysty śmierć. Jeśli nie ma w sobie ciągłego niepokoju, to powinien zmienić profesję. U mnie objawia się on tym, że nie mogę spać, że wciąż o roli rozmawiam, pytam innych, co myślą. Ten niepokój jest we mnie w stu procentach.

Ten niepokój objawił się w tobie jeszcze na studiach, gdy grałeś wiele różnych epizodów. Byłeś m.in. chłopakiem na imprezie, modlącym się mężczyzną, uciekinierem, dziennikarzem, alfonsem, kierownikiem kasyna, złodziejem samochodowym, drwalem, detektywem, agentem.

Wiesz dlaczego? Był taki moment, że dosłownie nie miałem w Warszawie za co żyć. Bez żartów. Kiedyś stałem o piątej rano, razem ze statystami, w długiej kolejce do pani, która wydaje kartki na zupę na planie. Zapytała: "Nazwisko?". Ja na to: "Robert Redford".  I gdy już chciała wpisać, mówię: "Żartowałem, Paweł Wilczak". "No, zupa o 12.00" - odparła.

Smaczna była?

Zawsze była pancerna, czyli solidna, można się nią było najeść.

W filmie "Pan T." jest scena, w której główny bohater pieczołowicie dzieli ciemny chleb i czarną herbatę na porcje, żeby mu starczyło na dłużej.

Ja tego wszystkiego też gdzieś dotknąłem.

Zanim przeszedłeś do homarów?

Homarów to ja nie lubię. Właściwie trudno powiedzieć, co mi najbardziej smakuje. Właśnie wróciłem ze Stanów, gdzie pokazywaliśmy "Pana T.", trochę tam zjadłem dobrych steków i hamburgerów. Ale powiem ci, że Warszawa jest naprawdę gastronomicznie niezła.


Paweł Wilczak jako Pan T. (fot. @DomowyKolektyw)

Pan T. zamawia zwykle w barze ruskie i pomidorową.

Lubię. Choć wolę pomidorową z ryżem niż z makaronem. W ogóle nie jadam chleba, odstawiłem też makaron, który kochałem. To determinacja. Od 17 lat systematycznie ćwiczę tu w Intercontinentalu, na 43. piętrze. Żartuję, że to moje biuro. Dbam o siebie, staram się przeżyć.  

Starając się przeżyć w ciężkich latach 80., nie zastanawiałeś się nad rzuceniem aktorstwa? Agata Kulesza opowiadała mi, że kiedy ról nie było, myślała: "Może ty Agata zmień zawód".

Dostawałem takie komunikaty od rodziny, czyli od mamy i taty, jak jeszcze żył. Mówili: "Zastanów się, może mógłbyś robić coś innego. Twój kolega prowadzi wypożyczalnię kaset wideo, może byś tam popracował, polecał klientom filmy, ty tak je przecież lubisz". Pewnej zimy tata przyjechał mnie odwiedzić. "Pawełku, ty w ogóle nie masz ciepłych ubrań" - stwierdził. Mówię: "Co ty gadasz, doktor, wszystko jest OK". Poszliśmy razem do sklepu i kupił mi ciepły zimowy płaszcz. I to wszystko odbyło się bez słów. 

Od tego są rodzice, żeby wspierać, prawda?

Ja nigdy i nikogo o nic nie prosiłem. Ale chyba tak było widać moją potrzebę, że tata musiał zareagować. W ogóle uważam, że nie należy nic pożyczać, zarówno rzeczy, jak i pieniędzy. Jak ktoś się zwróci po pomoc, to jasne, ale gdybym ja miał kogoś prosić, to wykluczone.

Na szczęście nie musiałeś, bo dostałeś rolę w "Ekstradycji". Potem były "Na dobre i na złe" i "Kasia i Tomek".

Nadszedł wreszcie ten moment, że zacząłem żyć ze swojego zawodu.

A wraz z nim popularność, nagrody i propozycje reklamowe.

Tak, chociaż przed "Kasią i Tomkiem" też robiłem sporo reklam, tyle że niewiele osób o tym wie.

20.11.2003 WARSZAWA PLAN FILMOWY SERIALU TELEWIZYJNEGO KASIA I TOMEK - REZYSER JUREK BOGAJEWICZ ( BOGAYEWICZ , BOGAYEVICZ ) ORAZ JOANNA BRODZIK (KASIA) I PAWEL WILCZAK (TOMEK)FOT. ADAM KOZAK / AGENCJA GAZETA
Plan serialu ''Kasia i Tomek'', 2003 rok. Od lewej Joanna Brodzik, Jurek Bogajewicz i Paweł Wilczak (fot. Adam Kozak / AG)

O czym teraz marzysz?

Nie mam marzeń zawodowych. Żebym na przykład miał zagrać Króla Leara. Śmiem twierdzić, że ludzie mnie lubią i to mnie cieszy. A nagrody? Jestem za nie szczerze wdzięczny, ale to nie jest cel.

Co w takim razie jest celem?

Dobra restauracja, dobre wino, miękki piasek i ocean. Kocham Hiszpanię, zwłaszcza południe.

Miałeś kryzys zawodowy?

Nigdy.

W recenzjach o twojej roli w "Panu T." piszą: "Wielki powrót Pawła Wilczaka".

Ale ja cały czas jestem pod tym samym numerem telefonu. Kto chciał, mógł zadzwonić.

Dzwonili z czymś, co ci się nie podobało?

Odrobinkę.


Paweł Wilczak na premierze filmu ''Pan T.''' (fot. mat. prasowe)

Film "Pan T.", z Pawłem Wilczakiem w roli głównej wchodzi do kin 25 grudnia.

Paweł Wilczak. Studia na Wydziale Aktorskim PWSFTViT w Łodzi ukończył w 1989 roku. Po epizodach zaczął grać w serialach, m.in. "Ekstradycja", "Sfora", "Na dobre i na złe", ale prawdziwą popularność przyniosła mu rola w "Kasi i Tomku".  Laureat Wiktora w kategorii najpopularniejszy aktor, Telekamery w kategorii najlepszy aktor oraz nagrody dla najlepszego aktora komediowego na IV Festiwalu Dobrego Humoru w Trójmieście.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (26)
Zaloguj się
  • n29a

    Oceniono 10 razy 2

    To jedna z najbardziej nieszczerych twarzy, jaką widywałem na polskim ekranie. Przebija go tylko Chyra.

  • hopperman

    Oceniono 4 razy 2

    film świetny - każdy może coś znaleźć swojego - lalki, laleczki i sportowe auta :)

  • ilchi

    Oceniono 6 razy 2

    Czy mozna obejrzec ten film gdzies w sieci? Dla tych co poza krajem.

  • tetradrachma

    Oceniono 6 razy -4

    Ja tez "byłem" w Szkole Filmowej w Łodzi. Taka modernistyczna willa i w środku schody. Pamietam, był to chyba 53 r. w Moskwie kupiłem najręcaną kamere 16 mm i sześć kaset do niej. Z "towarem" pojechałem do Szkoły Filmowej w Łodzi, aby sprzedać. Studenci, oglądali, cmokali z zachwytem, ale nie mieli "szmalu" !

  • pedro.666

    Oceniono 16 razy -8

    "Paweł Wilczak: Nigdy nikogo nie okłamałem."

    ...nie ufam takim ludziom, sorry :(

  • lob2

    Oceniono 22 razy -20

    Widocznie jesteś słabym aktorem,skoro cię nie zatrudniają.Widzę, że z żoną żyjecie z reklam,czyżb ście byli takimi marnymi aktorami?Większość aktorów to milionerzy.

  • tomasznowak1986

    Oceniono 31 razy -21

    Panie był u mnie taki moment że ja w Warszawie już nawet biłem rekordy dni bez jedzenia bo Honor mi nie pozwalał pożyczyć ..Bo nie po to przyjechałem do Wielkiej Warszawy ze wsi w ciemno mając tylko byle jaką pracę aby się zaczepić....i na własną rękę byle gdzie wynająć kawałek łóżka pod dachem za max 600 stów... żeby komuś się przyznawać że nie mam co jeść? ...po opłaceniu rachunków za wynajem i przy zarobkach 1500/ 1700 max dwa tygodnie po wypłacie mój portfel mógł by być relikwią albo zabytkiem i w ogóle nie potrzebny gadżet ....pierwszy rekord 24 h bez jedzenia ..drugi 3 dni ....kolejny miesiąc pracy to 5 dni ...i mój rekord bez jedzenia to 7 dni ale dzięki temu że w pracy była darmowa kawa z automatu hahhahahah....ale jaja ...i już miałem kupować sznurek , zrzucić się efektownie z wieżowca albo skoczyć pod pociąg ....nie miałem żadnych znajomości ja biedowałem ale widziałem że inni żyją dobrze !....nie poddałem się ....w 2015 roku do władzy doszedł PIS ...zmieniłem pracę nie wziąłem kredytu zarabiam blisko 4000 pln wystarcza mi na godne życie....nie znam pojęcia głodu ..uratowałem się :D

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX