Prof. Witold Mazurowski

Prof. Witold Mazurowski (fot. arch. prywatne)

wywiad gazeta.pl

''Otwierałem garnek, którym jest czaszka, żeby zajrzeć w głąb głowy człowieka''

Myślałem wtedy, że każde uszkodzenie tak delikatnej tkanki jaką jest mózgowie, może zmienić też jego osobowość - wspomina prof. Witold Mazurowski, jeden z nestorów polskiej neurochirurgii.

Został pan neurochirurgiem trochę przypadkiem?

Mój ojciec był sędzią, potem adwokatem, mama nie pracowała. Mieszkaliśmy w Janowie Lubelskim, gdzie przenieśliśmy się z Warszawy jeszcze długo przed wojną.  

Podczas okupacji, gdy byłem już dojrzewającym w przyśpieszonym tempie nastolatkiem,  miałem nakaz pracy w lesie - ścinałem drzewa, zbierałem żywicę i transportowałem drewno, a trochę zajmowałem się konspiracją bo w 1943 roku wstąpiłem do Armii Krajowej. W czasach wojny mieszkaliśmy koło szpitala. Chodziłem tam odwiedzać rannych żołnierzy polskich, którzy nie mieli dokąd wrócić. I wtedy zaczęły się marzenia o tym, by zostać w przyszłości lekarzem

Gdy po wojnie wróciłem do Warszawy, zrobiłem małą maturę, a po niej, w 1946 roku, dużą, w liceum dla dorosłych. Postanowiłem zdawać na medycynę, dostałem się od razu.

Na studiach należałem do kółka chirurgicznego i planowałem zostać chirurgiem. Ale tak się złożyło, że w 1951 roku, gdy panowała zimna wojna, skończyłem studia i potrzeba było neurochirurgów Dostałem stypendium Ministerstwa Zdrowia i zacząłem się uczyć zawodu w pierwszej w Polsce Klinice Neurochirurgii w Warszawie. Zostałem asystentem twórcy polskiej neurochirurgii, profesora Jerzego Choróbskiego, rocznik 1902.

To była ciekawa osobowość, prawda?

Oj, bardzo. Profesor Jerzy Choróbski był synem chirurga, skończył medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, był na stypendiach w Stanach i Francji, gdzie specjalizował się już w neurochirurgii. Wielka, wybitna, a do tego - jak każda niemal niepospolita jednostka - chimeryczna osobowość. Dla niektórych trudna. Miał usposobienie bardzo emocjonalne, i co najistotniejsze - szalone poczucie humoru. Denerwował się, gdy ktoś podał mu złe narzędzie, albo krzyczał na sanitariusza: "Ten idiota źle przywiązał choremu głowę!". Bo chory był przylepiony plastrem do podgłówka i nie mógł się ruszyć.

Jak opowiadano, na obchodzie stanął kiedyś przy chorym i mówi: "A co za idiota go przyjął?". Wtem odzywa się pacjent: "Dał mi pan wczoraj skierowanie na prywatnej wizycie. Przywiozłem panu koniak gruziński i perfumy Zorza Moskwy". Profesor Choróbski na niego spojrzał i mówi: "Przypominam sobie. Koniak był całkiem, całkiem, ale perfumy kazałem żonie wystawić  na balkon".


Prof. Witold Mazurowski (fot. archiwum prywatne)

Ale zasług nie można mu odmówić.

Pierwsza była Warszawa. Z niej uczniowie profesora Choróbskiego wyruszyli, by tworzyć kolejne ośrodki: w Krakowie, Poznaniu, Łodzi i Gdańsku. I tak w latach 50. powstało pięć klinik neurochirurgicznych, a specjalistów można było już policzyć na palcach obu rąk. W tej chwili w Polsce neurochirurgów jest ponad 600.

Każdy z nas został kierownikiem. Mnie przypadło stworzenie i kierowanie oddziałem neurochirurgii w nowym Szpitalu Bródnowskim. Mieliśmy 45 łóżek i bardzo dobre, jak na ówczesne czasy, wyposażenie. Gorzej z wyspecjalizowanym personelem lekarskim - na początku było nas dwóch, oprócz mnie także doktor Metody Dąbrowski - mój zastępca i serdeczny kolega na zmianę. Gdy wyjechał na zagraniczne stypendium, przez rok pracowałem sam. Zdarzały się miesiące, że mieszkałem w klinice.

Ktoś panu jednak pewnie pomagał w operacjach?

Owszem, miałem pomocników, ale byli to lekarze, którzy dopiero zdobywali specjalizację. Dlatego operowałem każdego pacjenta. Praktycznie codziennie przeprowadzałem co najmniej jeden zabieg, czasami dwa. Nigdy nie liczyłem, ile przez 45 lat mojej pracy tych operacji było, a może powinienem był pisać jakieś pamiętniki?

Oczywiście!

Jakoś szkoda mi było czasu.

A gdyby pan miał porównać pracę lekarza dziś i wtedy - to jak by wypadło to porównanie?

Powiem pani, że pracę w klinice na Bródnie, mimo że była to komuna, wspominam jako komfortową. Nie martwiłem się o nic - dziś, gdy widzę, jak moi koledzy kombinują, żeby nie zużyć za dużo strzykawek czy opatrunków, nie mogę się nadziwić. A ile mają pisaniny!

Kiedy pacjent potrzebował leku, a nie było go w aptece, szedłem do dyrektora szpitala, który był odpowiednio ustawiony, dzwonił tu i tam i po paru godzinach szpitalna karetka jechała na ulicę Skierniewicką, gdzie był magazyn zastrzeżonych leków. I przywoziła lek.


Prof. Witold Mazurowski z przyjaciółmi lekarzami (fot. archiwum prywatne)

Mimo że był to "zwykły" pacjent, żaden towarzysz?

Tak. Moi pacjenci nigdy nie cierpieli na brak leków.

Czym się pan zajmował jako neurochirurg?

Leczeniem operacyjnym chorób układu nerwowego, czyli przede wszystkim naczyniakami i tętniakami naczyń mózgowych, nowotworami układu nerwowego, zarówno mózgowia jak i rdzenia kręgowego. Do tego urazówką, czyli zmorą neurochirurgii, bo wywracała do góry nogami każdy plan zabiegów.

Mówiąc prościej: otwierałem garnek, którym jest czaszka, żeby zajrzeć w głąb głowy człowieka. Myślałem wtedy, że każde uszkodzenie tak delikatnej tkanki, jaką jest mózgowie, może zmienić też jego osobowość.

Co ma pan na myśli?

Był kiedyś w medycynie dział zwany psychochirurgią. Chorzy z objawami agresji poddawani byli tam leukotomii przedczołowej. Ten prosty zabieg zastosował po raz pierwszy w 1936 roku portugalski neurochirurg Egas Moniz, który dostał nawet za to, a także za wynalezienie arteriografii Nagrodę Nobla. Zabieg polegał na tym, że przez mały otwór wywiercony w czaszce odcinało się nożykiem połączenia płatów czołowych z resztą mózgu. Pacjent z agresywnego zmieniał się w spokojnego, bo tak naprawdę stawał się warzywem. W 1949 roku, podczas zjazdu w Tokio, neurochirurdzy potępili stosowanie leukotomii czołowej i na całym świecie wprowadzono zakaz jej wykonywania.

Zatem pan już jej nie wykonywał?

Gdy zacząłem pracę, widziałem pacjentów po leukotomii w domach opieki. Rodziny przychodziły do szpitala po rady, co z nimi dalej robić. Słyszały tylko, że to następstwa zabiegów i nic nie da się już zrobić. Niestety, nie było tu już żadnych widoków na poprawę.  

Żaden z nas nie robił tego typu zabiegów, ani nawet nie było to w ogóle u nas zalecane, bo na świecie było to już powszechnie potępione. Usuwałem guzy mózgu, złośliwe i niezłośliwe. Zabezpieczałem tętniaki, czyli wybrzuszenia naczynia krwionośnego, przed ponownym pęknięciem. Do dziś nie wiadomo, czy rodzimy się z tętniakiem, czy powstaje on w czasie późniejszego życia. I dochodzi do ogromnych rozmiarów - operowałem tętniak, który miał średnicę paru centymetrów. Nie pękł, ale dawał objawy guza. Zwykle jednak tętniaki mają parę milimetrów i nie dają żadnych objawów, dopóki nie pękną, np. przy zwyżce ciśnienia.

R12.06.2018 Puszczykowo . Szpital , oddzial neurochirurgii . Inowacyjny zabieg usuniecia guza mozgu podczas tak zwanej  operacji w ciemnosci ', mozna zobaczyc zmiane nowotworowa w swietle UV i dzieki temu precyzyjnie odzielic chora tkanke mozgu od zdrowej . Operacje przeprowadzil dr. Jakub Moskal .  Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
Innowacyjny zabieg usunięcia guza mózgu (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Teraz tętniaki operuje się możliwie najwcześniej, natychmiast po krwawieniu, o ile stan chorego pozwoli mu wytrzymać znieczulenie i obciążający zabieg. Nie trzeba jednak otwierać głowy - do tętniaka dochodzi się od wewnątrz, od tętnicy, na której on jest. Najczęściej przez  promieniową czy udową wprowadza się cieniutki cewnik, który wprowadza sprężynki do wnętrza tętniaka. Wówczas krew w tętniaku krzepnie i sam tętniak przestaje być groźny,  zamyka się go i po zabiegu.

W pana czasach to nie było jeszcze możliwe.

W latach 60. czy 70., kiedy do każdego zabiegu pacjentowi trzeba było otworzyć głowę, nie wszyscy operację przeżywali.

Dawniej, gdy tętniak znajdował się głęboko, aby go unieszkodliwić, musiałem dotrzeć do niego przez zdrową część mózgu, w miejscu, które nie powoduje u chorego kalectwa. W tej chwili tego typu operacje przeprowadzają neuroradiolodzy, którzy robią to wewnątrznaczyniowo i niemal natychmiast tętniak jest unieszkodliwiony. Zamykałem tętniaka u podstawy, tuż przy tętnicy, od której on odchodził, miniklipsem podobnym jak te do wieszania bielizny. Musiałem go wprowadzić niezwykle precyzyjnie, by zamknął naczynie, ale go nie przeciął.

Musiałem przejść przez mózg, zrobić w nim otwór. Unieszkodliwiając tętniak czy usuwając guz, starałem się jednak zawsze wybrać takie miejsce w mózgu, którego naruszenie nie zrobi pacjentowi krzywdy, np. uszkadzając jego mowę czy ruch.

Jak przez te lata pańskiej pracy zmieniło się diagnozowanie chorób neurologicznych?

Kiedy zacząłem pracę, nie było żadnych innych możliwości diagnostycznych poza rentgenem. Potem zaczęliśmy robić badania z kontrastem  - podawaliśmy choremu do głowy powietrze i ukształtowanie komór mózgowych pokazywało nam, czy gdzieś jest jakiś ucisk. To się nazywało odma komorowa lub czaszkowa.

Później wprowadzono arteriografię - do naczyń mózgowych podawaliśmy nieszkodliwy środek ciemniący. Szybko przepływał on przez naczynia i dawał obraz tego, co się z nimi dzieje. Guzy bogato unaczynione były wtedy wyraźnie widoczne.

Oprócz arteriografii przyszedł czas na badanie elektroencefalograficzne. Polegało ono na rejestrowaniu słabych sygnałów elektrycznych zapisanych jednocześnie w różnych punktach skóry głowy. W latach 60. pojawiły się pierwsze komputerowe badania mózgu, a w latach 90. rezonans magnetyczny z kontrastem, który jest stosowany do dziś. Bardzo dokładnie pokazuje on, gdzie znajduje się guz lub tętniak.

09.04.2010 ZIELONA GORA , PIERWSZA W POLSCE OPERACJA USUWANIA GUZA ( NOWOTWORU ) GLEJAKA ZLOSLIWEGO PRZY POMOCY KONTRASTU , KTORY SPRAWIA ZE GUZ SWIECI SIE ( POD MIKROSKOPEM I LAMPA FLUORESCENSYJNA ) NA ROZOWO A ZDROWE KOMORKI MOZGU NA NIEBIESKO , POZWALA TO PRECYZYJNIE USUNAC CHORE KOMORKI .  SZPITAL WOJEWODZKI , LUBUSKI OSRODEK NEUROCHIRURGII I NEUROTRAUMATOLOGII . SALA OPERACYJNA . OPERACJE PROWADZA DR PIOTR DEFORT ( CZEPEK W KWIATKI ) I DR MACIEJ PILARCZYK ( CZEPEK CZARNY ) .FOT. SEBASTIAN RZEPIEL / AGENCJA GAZETA
2010 rok, operacja usunięcia guza mózgu (fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta)

Pamięta pan swoją pierwszą operację?

Dotyczyła nie mózgu, ale dysku kręgosłupa, który musiałem usunąć. To wciąż popularne schorzenie - przesunięty dysk najczęściej uciska nerwy i powoduje ból. Początkowo uważano, że to nowotwór, dopiero później odkryto, że tarcza międzykręgowa wysuwa się jak pestka ze śliwki przy przeciążeniach lędźwiowego odcinka kręgosłupa. Usuwaliśmy całość, więc chory tracił parę milimetrów wzrostu. 

Dziś dysk usuwa się mikrochirurgicznie, laparoskopowo. Wycina się tylko tę część, która się wysuwa i naciska na nerw. Jeśli trzeba usunąć cały dysk, wprowadza się w jego miejsce sztuczny twór. Nie robiłem jednak tego, bo za moich czasów sztucznych dysków nie było.

Ale narkoza była?

Znieczulano tylko miejscowo. Operowanych na głowę nie znieczulaliśmy, z chorym wciąż mieliśmy kontakt, rozmawialiśmy z nim, a on słyszał, co się dzieje. Mózg nie boli, bolą tylko opony, więc dopóki się którejś nie przetnie, chory nic nie czuje. Nie było też tak rozwiniętej anestezjologii, żeby chorego zaintubować i wprowadzić narkozę. Pacjent dostawał dożylnie znieczulenie w postaci ewipanu albo wziewną narkozę w postaci eteru. To było dla chorego nie tylko bardzo nieprzyjemne, ale i ryzykowne, bo przedawkowanie eteru mogło się skończyć zgonem.

Wie pani, my sami znieczulaliśmy pacjentów, nie będąc specjalistami od anestezjologii. A jak zabieg się przedłużał, to musieliśmy podać kolejną dawkę, co bywało niebezpieczne.  

Który z zabiegów wspomina pan jako najbardziej niebezpieczny?

Najtrudniejsze są operacje guzów w obrębie tylnej jamy czaszki. Takich, które dotykają pnia mózgu. Przez pień przechodzą wszystkie ważne szlaki nerwowe, mieszczą się tam też nasze ośrodki życiowe, np. ciśnienia, oddechu i ruchu. Rosną tam zwykle twory łagodne, ale miejsce między móżdżkiem a pniem mózgu, które sobie wybrały do wzrostu, jest fatalne.  Obok przebiega nerw twarzowy, więc jak ktoś wytnie guza nieumiejętnie, pacjent ma porażoną połowę twarzy. Nieodwracalnie.

Dziś kontroluje się ten nerw przy pomocy rejestracji impulsów elektrycznych, ale w moich czasach kontrolowaliśmy go wzrokiem. Trzeba było ogromnej cierpliwości i precyzji, by milimetr po milimetrze oddzielić guz od pnia mózgu. 

W latach 70. operowałem ogromnego naczyniaka u pewnej lekarki. Ten rodzaj guza nie jest uważany za nowotwór - to kłębowisko naczyń powstałe na skutek odczepienia się w czasie rozwoju płodowego komórek tworzących naczynia. Ten naczyniak wyglądał jak kłębek wełny wielkości pomarańczy i uciskał mózg. Operowałem go parę ładnych godzin, bo musiałem niezwykle precyzyjnie oddzielić kłębowisko tych naczyń od mózgu, a przy tym go nie uszkodzić.


Prof. Witold Mazurowski z synem Andrzejem i córką Katarzyną (fot. arch.prywatne)

Jak wyrafinowany złotnik?

Raczej jak zegarmistrz. Pacjentka, którą operowałem, to lekarka gastrolog, która żyje do dziś i jest szczęśliwą babcią. Czasem się do mnie odzywa, podobnie jak paru innych pacjentów po tętniakach i guzach, którzy mimo upływu lat wciąż są mi wdzięczni. Widzi pani ten bałagan na moim biurku? To kartki z życzeniami świątecznymi od pacjentów, którym odpisuję.

Uratował im pan życie.

Tak można wnosić z ich dalszych losów. Pamiętam też, jeśli mówimy o wdzięczności, tzw. menela przyjętego po wypadku z ciężkim urazem głowy. Prawie cały wytatuowany. Kiedy trafił do szpitala na Bródnie, praktycznie był już na łożu śmierci. Poskładałem mu tę uszkodzoną czaszkę i zapomniałem o sprawie. Jakieś pół roku później przychodzi do mnie mężczyzna i przynosi mi zawinięte w gazetę pół litra wódki najgorszego gatunku. "Dlaczego mi pan to przynosi?" - zapytałem. A on do mnie: "Bo ja widzę, że pan jest trunkowy". Tu się akurat pomylił, ale do dziś uważam, że to najcenniejszy prezent od pacjenta, jaki dostałem. Znacznie lepszy niż te wszystkie koniaki czy whisky, które mi zalegają w szafce.

Koperty też były?

Byłem przeciwny ich braniu od pacjentów, choć wielu solidnie się napraszało. Miałem więc w domu spory zapas alkoholu.  

Jeden z moich przyjaciół, znany w świecie medycznym profesor, dostał kiedyś butelkę bardzo drogiego koniaku. Wręczył ją w ramach wdzięczności swojemu hydraulikowi, który coś mu naprawił. Po roku butelka do niego wróciła - przyniósł mu ją w prezencie uratowany pacjent.

Zdarzało się, że ktoś panu umarł na stole?

Nie miałem żadnych spraw dyscyplinarnych. Jednak parę razy zmarł mi podczas operacji pacjent, który po wypadku miał np. tak uszkodzony mózg, że był na ostatnim oddechu. Trzeba było go ratować, ale nie dla niego samego, tylko dla prokuratury. Bo tak naprawdę nie miał szans na przeżycie.

Często chodził pan do sądu?

Nie byłem biegłym, ale czasem szedłem zeznać w jakiejś sprawie. Najgłośniejsza była historia ekologa, profesora Kazimierza Tarwida. W styczniu 1955 roku jego o 20 lat młodsza żona nagle zmarła zatruta cyjankiem. Osierociła dwoje dzieci. Pracowałem wtedy w pogotowiu. Przyjechałem na miejsce z sanitariuszem, zobaczyłem martwą młodą kobietę. Przez radio w karetce zawiadomiłem milicję i profesora oskarżono o zabójstwo. Utrzymywał, że jego żona zrobiła sobie lekarstwo na ból głowy i przez pomyłkę, zamiast środka znieczulającego, użyła cyjanku. Proces ciągnął się przez pięć lat. Kazimierz Tarwid dostał dożywocie, ale w 1960 roku Sąd Najwyższy go uniewinnił.

Pana nazwisko pojawia się w książce Magdaleny Grzebałkowskiej "Komeda. Osobiste życie jazzu".

Krzysztof Komeda był operowany w Stanach z powodu krwiaka przymózgowego. Za późno, bo przegapiono objawy. Podczas spaceru się potknął i uderzył w głowę. Ale się nie przebadał. Bolała go głowa, leczono go na przeziębienie. Aż stracił przytomność i trafił do szpitala. Nie odzyskał świadomości i postanowiono go wysłać do Polski. Wylądował w Londynie. Ja też tam poleciałem, żeby dopilnować przeniesienia go z samolotu do samolotu. Pielęgniarka przekazała mi go, miał aparat tlenowy. Ale brytyjski lekarz ocenił, że Komeda nie wytrzyma lotu, przez parę dni leżał w szpitalu w Londynie.

Czekałem w hotelu, żeby jego stan poprawił się na tyle, by można go przewieźć do Polski. Zaintubowanego wzięliśmy go do kliniki na ul. Oczki, ale okazało się, że ma zapalenie płuc i ostatecznie zmarł. 


Prof. Witold Mazurowski relaksuje się słuchając muzyki poważnej (fot. arch.prywatne)

Dziś ma pan ponad 93 lata i nadal pan pracuje.

Wciąż zajmuje mnie neurochirurgia. Raz w tygodniu konsultuję pacjentów w Centrum Medycyny Sportowej w Warszawie. Całe życie leczyłem ludzi i nagle miałbym przestać?

Bardzo ciężko zniosłem odstawienie od stołu operacyjnego. Przez dwa lata byłem jak alkoholik na głodzie. Ale gdy skończyłem 70 lat, uznałem, że już nie powinienem operować. A gdy skończyłem 90 lat, sprzedałem samochód, żeby mnie nie korciło do jazdy.

Książę Filip spowodował wypadek  i dopiero wtedy zrezygnował z prowadzenia auta.

Proszę pani, i on, i królowa Elżbieta, choć niewiele, ale jednak są starsi ode mnie!

Prof. Witold Mazurowski. Rocznik 1926. Jeden z nestorów polskiej neurochirurgii. Tworzył oddział neurochirurgii w Szpitalu Bródnowskim. Jest założycielem Polskiego Towarzystwa Neurochirurgicznego. Mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (8)
Zaloguj się
  • thomashaq

    Oceniono 1 raz 1

    Co za gość !

  • euzebiusz50

    Oceniono 5 razy -1

    To mi się podoba ...kiedy trzeba było leku dzwoniłem jechała karetka i przywoziła ...ot piękne czasy były ale tylko dla swoich.

  • motor2524

    Oceniono 20 razy -14

    Lekarz to w polsce bog. Wie ze od niego duzo zalezy wiec wyciaga lapska po mamone albo przeciwnie nie chce mu sie to zlewa temat a ludzie cierpia w ciszy

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX