Portale i aplikacje randkowe dają łatwy dostęp do ogromnej liczby ewentualnych partnerów

Portale i aplikacje randkowe dają łatwy dostęp do ogromnej liczby ewentualnych partnerów (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

Miłość, kłamstwa i Internet. Jak rozwój technologii zmienił sposób tworzenia relacji

W ciągu najbliższych 20 lat w Wielkiej Brytanii liczba e-dzieci, czyli urodzonych w związkach zawartych za pośrednictwem Internetu, przewyższy tę ze związków, które zaczęły się w realnym świecie, zawieranych w sposób tradycyjny. Internet zmienił sposób zawierania i utrzymywania relacji i mało prawdopodobne, że powrócą one do fazy sprzed e-rewolucji.

"Jak utrzymać relację on-line"?, "Jak stworzyć intymną więź z osobą poznaną w sieci?" - takie pytania masowo pojawiają się w popularnych serwisach typu "Wiki how to do anything", będąc zarazem pożywką dla rosnącego rynku e-doradztwa na każdy temat. Specjaliści od e-relacji sugerują, by wprowadzić zwyczaj wirtualnego powitania i pożegnania, by pisać maile, korzystać z komunikatorów internetowych, śledzić wzajemnie swoją aktywność w social mediach oraz regularnie korzystać z wideoczatów, co podgrzeje relację i doda jej aspektu seksualnego.

Na rynku są nawet specjalne gadżety, które pozwolą przesłać sobie buziaka na odległość lub zasymulować przytulenie. Kissenger, bo taką nazwę nosi gadżet do przesyłania całusów na odległość, to wyposażona w wyjątkowo czułe sensory wibrująca, silikonowa nakładka na telefon. Wystarczy przyłożyć usta do urządzenia, a ruch warg zostanie zapisany i przesłany do wybranego użytkownika, który - po przyłożeniu ust do czytnika - odbierze wibrującego całusa. Natomiast Hugvie to japońska odpowiedź na potrzebę przytulania - sensoryczna poduszka, do której można podłączyć smartfona. Wibruje ona, imitując bicie serca i ciepło człowieka, z którym możemy rozmawiać w trakcie sesji przytulania na odległość.

- Przywykliśmy do myślenia o relacji miłosnej jako o tej, w której partnerzy spędzają ze sobą czas, będąc fizycznie blisko. Ale dziś, gdy coraz dłużej pracujemy, zmieniamy miejsca zamieszkania i nie czujemy presji społecznej wymuszającej założenie rodziny, e-związki mogą spełniać oczekiwania osób niepotrzebujących bycia z kimś non stop. Można poświęcić się hobby lub pracy, nie zmieniać trybu funkcjonowania, a jednocześnie mieć kogoś, z kim spotkania  staną się prawdziwym, wyczekiwanym i szczegółowo planowanym świętem - mówi dr Konrad Maj, psycholog społeczny z Uniwersytetu Humanistycznego SWPS

Czy takie relacje będą w przyszłości dominować? Wątpię. Ale pewne jest jedno: e-miłość na stałe zagościła w repertuarze godowym współczesnego człowieka i wytworzyła własny język, specyficzne zasady oraz sprawiła, że firmy pomagające znaleźć i utrzymać miłość zarabiają krocie.

Fach stary jak Internet

Swatanie jest niemal tak stare jak nasza cywilizacja, trudno się zatem dziwić, że e-dating jest niemal tak stary jak powszechnie dostępny Internet. Pierwsze serwisy randkowe pojawiły się w latach 90. Match.com powstało w 1995 roku, potem były OKCupid - w 2004 roku, Tinder - w 2012 roku.

"Dzisiaj ponad jedna trzecia małżeństw na świecie zawierana jest dzięki rozpoczęciu znajomości on-line" - twierdzą Josue Ortega i Philipp Hergovich, naukowcy badający wpływ Internetu na życie miłosne. "Przez całe wieki ludzie wchodzili w związki dzięki siatce powiązań społecznych. Kobiety wiązały się z kolegami swoich braci, mężczyźni z przyjaciółkami sióstr lub kuzynek. Rodzina i lokalna grupa społeczna dawały oparcie i wystawiały świadectwo młodym. Związki zawierane przez Internet nie mają tej podbudowy, nie tworzą tak wyraźnych mostów między ludźmi. Za to w dalszej perspektywie, dzięki łączeniu ludzi z różnych obszarów geograficznych i kultur, mogą doprowadzić do stworzenia jednej globalnej społeczności" - piszą badacze.

Dzisiaj ponad jedna trzecia małżeństw na świecie zawierana jest dzięki rozpoczęciu znajomości on-line (fot. Shutterstock)
Dzisiaj ponad jedna trzecia małżeństw na świecie zawierana jest dzięki rozpoczęciu znajomości on-line (fot. Shutterstock)

Portale i aplikacje randkowe dają łatwy dostęp do ogromnej liczby ewentualnych partnerów. Problemem w zawarciu bliższej znajomości jest właśnie zaplecze, wszystko to, co daje powód do niewymuszonej rozmowy. - Tworząc aplikację randkową Elimi, uznaliśmy, że dobrym i niewymuszonym sposobem na tworzenie takiego zaplecza będą gry - mówi Adam Łabędzki z Elimi sp. z o.o.. - Załóżmy, że mężczyzna, aby móc nawiązać kontakt z kobietą, która go zainteresowała, musi zagrać w przygotowaną przez nią prostą grę. Czyli po pierwsze musi się wysilić, co pokaże, że faktycznie jest zainteresowany znajomością, po drugie - przekaże w ten sposób pewne informacje o sobie, a po trzecie - gra i jej wyniki mogą stać się podstawą konwersacji w trakcie spotkania na żywo.

Trendem w serwisach randkowych jest daleko idąca ekskluzywność. Tworzone są aplikacje dla kobiet preferujących brodaczy i panów lubiących kobiety przy kości, dla miłośników motoryzacji i fanów sportu itd., itp.

Jednym z najpopularniejszych portali randkowych jest od lat OKCupid, nazywany Tinderem dla nerdów. Został stworzony przez studentów Uniwersytetu Harvarda: Chrisa Coyne'a, Christiana Ruddera, Sama Yagana i Maxa Krohna. Grupa wcześniej założyła The Spark, serwis ze streszczeniami artykułów i książek naukowych dla studentów. Z niego wyrosło SparkMatch, mające łączyć w pary - nie tylko miłosne - osoby o podobnych upodobaniach, głównie naukowych. Wreszcie ze SparkMatch powstało OKCupid.

Przejście przez kwestionariusz OKCupid to zabawa na kilka godzin. Jest niewiarygodnie szczegółowy. Należy spodziewać się zarówno pytań o poglądy polityczne, upodobania seksualne, jak i podejście do różnych teorii naukowych, medycyny, technologii, higieny osobistej i bardzo wielu innych zagadnień. Można na przykład określić, jaką cechę ewentualnego partnera uznajemy za absolutnie odrzucającą: niemycie zębów, głosowanie na Republikanów czy wiarę w kreacjonizm. Większość odpowiedzi należy przedstawić na skali: od całkowicie dyskwalifikujące po w pełni akceptowalne. I tak kilkaset pytań...

Dzięki temu platforma ma mniej skupiać się na fizycznej atrakcyjności, a łączyć ludzi głównie ze względu na osobowość i podejście do życia. Jednak w 2009 roku jeden ze współzałożycieli portalu Christian Rudder ogłosił, że mężczyźni określani jako fizycznie atrakcyjni otrzymywali na OKCupid 11-krotnie więcej wiadomości od kobiet niż ich pod tym względem niżej notowani koledzy. Zaś kobiety o najwyżej ocenianej aparycji otrzymywały aż dwie trzecie wszystkich wysłanych do kobiet wiadomości.

Cóż. Szczegółowy kwestionariusz sprawia, że serwis łączy cię z profilami osób, które mają podobne przekonania do twoich. Ale pierwsze, co widzisz, to jednak ich zdjęcie...

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Seks, kłamstwa i e-świat

- Fakt, że fizycznie atrakcyjne osoby "zgarniają większość ruchu", jest ogromnym problemem nie tylko dla użytkowników, ale również dla twórców aplikacji. Zależy nam przecież, aby każdy miał szansę znaleźć dzięki serwisowi potencjalnego partnera lub przyjaciela. Sytuacja, w której do atrakcyjnych fizycznie użytkowników trafia najwięcej propozycji zawarcia znajomości, nie jest dobra dla nikogo - twierdzi Adam Łabędzki i tłumaczy: - Mężczyźni masowo wysyłający pięknej kobiecie wiadomości z ogromnym prawdopodobieństwem zostaną odrzuceni, bo wybierze ona tylko jednego lub kilku, z którymi będzie chciała kontynuować znajomość. Kobiety zaś mogą poczuć się osaczone, nagabywane czy wręcz molestowane. Dlatego jednym z najsilniejszych trendów e-datingu jest oddanie władzy kobietom. To one decydują, czy dany mężczyzna może się do nich zalecać, wysłać wiadomość. Jest to też jeden z bardzo pozytywnych skutków ruchu #MeToo.

Konrad Maj cytuje badania, które potwierdzają, że szukając miłości w Internecie, wybieramy osoby bardziej atrakcyjne od nas samych. Ale to nie takie proste. - W rzeczywistości celujemy głównie w partnerów o atrakcyjności zbliżonej do naszej własnej - mówi psycholog. - W Internecie ludzie tworzą swoje lepsze wersje. Nasze profile na portalach społecznościowych to laurki pełne sukcesów, od zawodowych po prywatne. Opowiadamy niemal wyłącznie o tym, co dobre, pomijając cały trud, zwątpienie, zmęczenie. W Internecie jesteśmy zawsze wypoczęci, uśmiechnięci i pewni siebie. Tak siebie postrzegamy i na tej podstawie szukamy kogoś, kto może odpowiadać naszej stuningowanej na potrzeby sieci wersji.

Aplikacja, której głównym motorem napędowym jest właśnie atrakcyjność, to bijący od lat rekordy popularności Tinder. Portal branżowy DatingNews informuje, że pięć najpopularniejszych serwisów randkowych ma ponad 153 miliony użytkowników na całym świecie, jednak głównym wygranym tego zestawienia jest właśnie Tinder, zgarniający niemal jedną trzecią całego wzmiankowanego ruchu. Ale czy jest to aplikacja, która faktycznie pozwala znaleźć partnera?

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Zdaniem Tronda Viggo Grontvedta, doktora psychologii związanego z Norweskim Uniwersytetem Naukowo-Technicznym, Tinder to po prostu strata czasu. W artykule opublikowanym w listopadzie 2019 roku w prestiżowym "Evolutionary Psychological Science" przekonuje, że popularna aplikacja ma niewiele do zaoferowania osobom szukającym czegoś więcej niż seksu na jedną noc oraz że przede wszystkim nie zwiększa szansy na zawiązanie trwałej relacji. Odpowiada też głównie zapotrzebowaniu osób, które także poza siecią nie mają większych problemów z randkami, a przygodny seks bez zobowiązań zdarza im się dość często. I jeszcze jedno: "Z przeprowadzonych przez mój zespół badań wynika, że przekonanie, iż aplikacje typu Tinder zapewniają łatwy dostęp do szybkiego i przygodnego seksu, stoi w sprzeczności z danymi liczbowymi. Faktycznie około 20 procent użytkowników serwisu zaliczyło dzięki niemu przygodny seks, ale aż 80 procent nie osiągnęło nic" - przekonuje w publikacji.

Tinder do zeswatania ludzi używa dwóch głównych parametrów: lokalizacji i pozycji w rankingu atrakcyjności. Aby aplikacja działała sprawnie, wystarczy nieskomplikowany algorytm. Czy wszystkie serwisy randkowe posługują się takimi algorytmami? - Nie. Serwisy i aplikacje randkowe można podzielić na dwie kategorie: jedne, jak Match.com, wymagają wypełnienia szczegółowego kwestionariusza, który posłuży do stworzenia wewnętrznego profilu zgodności z innymi użytkownikami; inne, jak Tinder czy Bumble, czerpią bezpośrednio z danych z innych serwisów społecznościowych - Facebooka czy Instagrama - tłumaczy Adam Łabędzki. - To podział ze względu na sposób tworzenia profili. Ale później trzeba dać osobom kryjącym się za tymi profilami szansę na połączenie się. Niektóre serwisy używają do tego ścisłego sortowania opartego na algorytmach, dzięki czemu, jak na przykład OK.Cupid, dobierają pasujące do siebie osoby, inne celowo rezygnują z sortowania i dają wgląd w pełną gamę potencjalnych partnerów, nie podsuwając nikogo. Są też serwisy działające na styku obu tych metod, czyli podsuwające użytkownikowi grupy osób, z którymi może łatwiej nawiązać kontakt, lecz niedokonujące precyzyjnej selekcji - wyjaśnia specjalista.

Na rynku funkcjonuje ponad 1500 aplikacji i stron WWW poświęconych łączeniu ludzi w pary, a tylko amerykański przemysł randkowy wart jest według IBISWorld aż trzy miliardy dolarów. Z danych portalu Statista wynika, że aż 12 procent ankietowanych osób w wieku od 18 do 29 lat było w związku z osobą poznaną w sieci. Według MarketWatch aplikacje randkowe są szczególnie popularne wśród osób homoseksualnych. - To trend ogólnie zauważalny, szczególnie silny w społeczeństwach piętnujących homoseksualizm, w których osoby o odmiennej od heteroseksualnej orientacji narażone są na ostracyzm społeczny, a nawet na jawną agresję. Sieć pozwala im na łatwiejsze i nieobciążone tak wysokim ryzykiem zawieranie znajomości - mówi dr Konrad Maj, psycholog społeczny.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Jasne i ciemne strony e-miłości

Czy w sieci zawsze poznajemy prawdziwych ludzi? Czy może wymieniamy namiętną i pełną nadziei korespondencję z botami? - Bez wątpienia wiele serwisów używa botów szczególnie do utrzymania zainteresowania nowych użytkowników lub takich, którzy wrócili do serwisu po dłuższej przerwie. Oczywiście jest to metoda krótkofalowa, współczesna technologia nie stworzyła jeszcze bota rozumiejącego i generującego tekst na takim poziomie, jak osobista asystentka z filmu "Ona", więc brnięcie w konwersację obnaży braki sztucznego użytkownika - mówi Adam Łabędzki.

Chociaż znajomości zawierane dzięki globalnej sieci wymagają więcej wysiłku niż te, które początek mają w świecie rzeczywistym, dla wielu osób są wybawieniem. - Weźmy ludzi mieszkających na terenach o niewielkim zaludnieniu. Dla nich poznawanie osób w sieci oznacza ogromne poszerzenie możliwości znalezienia partnera. Pomoże również nieśmiałym, niemającym naturalnego daru zjednywania sobie ludzi. Z drugiej strony randkowanie w sieci wcale nie chroni przed odrzuceniem - skoro liczba potencjalnych partnerów jest większa, to częściej też może się ono zdarzyć. I spowodować spadek nastroju czy wręcz stany bliskie depresji - wyjaśnia psycholog.

Jednocześnie z raportu "Future of Dating" przygotowanego przez studentów MBA z Imperial College London wynika, że w ciągu najbliższych 20 lat w Wielkiej Brytanii liczba e-dzieci, czyli urodzonych w związkach zawartych za pośrednictwem Internetu, przewyższy tę ze związków zawieranych w sposób tradycyjny. Autorzy wyliczyli, że od początku tego wieku na świat przyszło 2,8 miliona e-dzieci, a  35 procent par, które poznały się za pośrednictwem Internetu, miało dziecko w ciągu 12 miesięcy od poznania się.  

Rokiem przełomowym, w którym po raz pierwszy urodzi się więcej e-dzieci, ma być według wyliczeń badaczy 2037. Zebrane przez nich dane pokazują również, że już 32 procent związków zapoczątkowanych przez Brytyjczyków w latach 2015-2019 zaczęło się w Internecie. Trend ten będzie kontynuowany, bo wśród osób w wieku od 18 do 35 lat świat wirtualny jest głównym miejscem nawiązywania relacji miłosnych. Ponadto badacze podkreślają, że aż 46 procent ankietowanych uważa serwisy internetowe za pozwalające na lepsze dopasowanie partnerów. A ponad połowa jest zdania, że stanowią najlepsze miejsce do poznania nowych ludzi.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

- Dodałbym, że poza serwisami czy aplikacjami typowo randkowymi istnieje wiele miejsc, które łączą ludzi niejako wtórnie do swojej pierwotnej funkcji. Są to media społecznościowe. Facebook, Instagram, Twitter, YouTube czy Pinterest pozwalają przypadkowym ludziom łączyć się dzięki funkcjonowaniu w obrębie jakiejś wspólnoty, choćby miłośników fotografowania starych samochodów. Taka grupa staje się odpowiednikiem kółka zainteresowań i dobrą podstawą do nawiązywania relacji, również miłosnych - twierdzi dr Konrad Maj.

Potrzeba bliskości i tworzenia więzi z innym człowiekiem jest jednym z najbardziej pierwotnych instynktów naszego gatunku. Rozwój globalnej sieci nie zmienił w tym względzie nic, co najwyżej stworzył nowy kanał do jej realizacji. Wcale nie lepszy ani nie gorszy od tradycyjnych. Inny, nowy, jak czasy, w których przyszło nam te relacje tworzyć.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana m.in z Życiem Warszawy i Weekend.Gazeta.pl oraz z Magazynem Wirtualnej Polski.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku