Alicja Bobrowska, zwyciężczyni pierwszych powojennych wyborów Miss Polonia

Alicja Bobrowska, zwyciężczyni pierwszych powojennych wyborów Miss Polonia (fot. archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

Żeby lecieć do USA na wybory Miss Universe '58, napisała do Cyrankiewicza. "Dałam słowo, że wrócę do Polski"

Dziewczyny zjawiały się na wyborach często zaraz po tym, jak wysiadły z autobusu, z pakunkiem własnych ubrań pod pachą. Ja miałam na sobie sukienkę z białej koronki, którą uszyła mi krawcowa, szpilki zdobyłam z Baltony. Były za duże, więc tylne paski musiałam przykleić do pięty klejem do wąsów - mówi Alicja Bobrowska, zwyciężczyni pierwszych powojennych wyborów Miss Polonia.

Naprawdę odrzuciła pani propozycję współpracy od Marlona Brando?

Ja nie wiedziałam wtedy, kim on jest. Gdy zaprosił mnie na spotkanie w wytwórni, wszyscy wokół powtarzali podekscytowani: "Brando, Brando". "Wiesz, w jakich filmach grał?" - pytali mnie. A ja szczerze odpowiadałam, że nie mam pojęcia. Mieszkałam po drugiej stronie kurtyny, skąd mogłam wiedzieć?

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Jak dziewczyna z drugiej strony kurtyny trafiła do Kalifornii?

Cała historia zaczęła się znacznie wcześniej - na krakowskim rynku. Był słoneczny maj 1956 roku. Na Starym Mieście urządzono studenckie juwenalia. Towarzyszyły im wybory miss, w których spontanicznie wzięłam udział. Efektownie upięłam sukienkę niczym wyemancypowane kobiety z antycznej sztuki "Lizystrata", przemaszerowałam przez scenę i nieoczekiwanie okrzyknięto mnie Najmilszą Studentką. Może pomogła pewność siebie i swoboda, z jaką się poruszałam? Stypendium w tamtym okresie nie było wysokie, więc dorabiałam jako modelka w krakowskich Domach Towarowych. To tam nauczyłam się, jak dobrze prezentować się na wybiegu.

Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się na Wołyniu, gdzie się urodziłam. W kościelnych księgach w rubryce "przynależność" wpisano mi proroczo: Polka - emigrantka. Po wojnie rodzice po wielu przeprowadzkach osiedlili się w Gdańsku. Wybrzeże opuściłam dopiero po maturze, by studiować w Krakowie wymarzone aktorstwo.

Ale to na Wybrzeżu zdobyła pani tytuł najpiękniejszej Polki?

W 1957 roku organizowano w hali Stoczni Gdańskiej pierwsze powojenne wybory Miss Polonia, w których wzięłam udział. Wraz ze mną było 12 uczestniczek z różnych miast. Galę poprzedziły jedynie dwie próby. Wszystko odbywało się na surowo. Dziewczyny zjawiały się tam często zaraz po tym, jak wysiadły z autobusu, z pakunkiem własnych ubrań pod pachą. Ja miałam na sobie sukienkę z białej koronki, którą uszyła mi krawcowa, szpilki zdobyłam z Baltony. Były za duże, więc tylne paski musiałam przykleić do pięty klejem do wąsów.

Żadna z nas nie wiedziała, czego się spodziewać, ale wszystko przebiegało płynnie i elegancko. W przerwie, o ile dobrze pamiętam, śpiewał Jerzy Połomski. Do dyspozycji finalistek była jedna fryzjerka i garderoba. Pomagałyśmy sobie nawzajem - poprawiałyśmy włosy, pożyczałyśmy szminkę, bo nie każda miała kosmetyki. Najpierw prezentowałyśmy się w przywiezionych z domu kostiumach kąpielowych, w kolejnej części występowałyśmy w swoich sukniach wieczorowych.

Choreografia nie była skomplikowana. Każda z dziewczyn wchodziła po schodach na podest, który ciągnął się wśród publiczności. Na dole czekali jurorzy z pytaniami. Wśród nich zasiadali Magdalena Samozwaniec, Lopek Krukowski, a także główny organizator imprezy, twórca i konferansjer Tymoteusz Ortym. Rozmowy z sędziami dla części dziewczyn były szczególnie stresujące. W garderobie kandydatki, które miały już to za sobą, zasypywane były gradem pytań: "Który z jurorów jest najsroższy? Który najłagodniejszy? Jakie padły pytania?".

Sądzę, że o moim zwycięstwie zdecydowały luz, sceniczne doświadczenie, które nabyłam podczas studiów, a także wiedza humanistyczna. Dzięki niej pokonałam piękniejsze i zgrabniejsze od siebie rywalki i zdobyłam koronę, która była ciężka, blaszana, na wzór średniowiecznej korony Jadwigi.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Wśród nagród nie było jeszcze samochodów.

Był za to rejs "Batorym" do Kopenhagi. Gdy zapowiedziano bal kapitański, włożyłam swoją piękną białą suknię, ale większość podróży spędziłam przy burcie. Do Polski wróciło o 56 osób mniej, niż wypłynęło z kraju. Wiele z nich spotkałam później w Stanach.

To był mój pierwszy wyjazd za granicę - zobaczyłam wtedy, że istnieje inny świat.

Dzięki tytułowi Miss Polonia mogła pani odbyć jeszcze dalszą podróż.

Ależ skąd! Wygrana nie wiązała się wówczas z wyjazdami, przywilejami czy obowiązkami. Organizatorami były dwie redakcje: "Dziennik Bałtycki" i "Express Wieczorny". Laureatki nie podpisywały z nimi żadnej umowy. Impreza się kończyła, a finalistki powracały do codziennych obowiązków. Na Miss Universe w Kalifornii - bo pewnie o tę podróż pani chodzi - trafiłam przypadkowo.

Jak to?

Wiosną 1958 roku w Krakowie pojawił się dziennikarz, który reprezentował Polonia Reporters z Nowego Jorku. "Pani Alicjo, w Ameryce organizowane są wybory Miss Universe, musi pani tam być! Ja wszystko zorganizuję" - zapewniał. Ale wyjechać nie było łatwo. Mój wniosek o paszport odrzucono. Plany, by do USA pojechać na tournée z zespołem Wagabunda, również spaliły na panewce. Wpadłam na szalony pomysł, by wysłać telegram do premiera Cyrankiewicza, w którym dam słowo, że dumnie zaprezentuję nasz  kraj za granicą i że do Polski wrócę. Kilka dni później odebrałam paszport. Zgodnie z umową ów dziennikarz, teraz już mój impresario, zorganizował bilet lotniczy na samolot linii Air France do Nowego Jorku i zaproszenie na finał Miss Universe '58. W zamian miałam przekazywać mu wszystkie honoraria zarobione podczas amerykańskiego konkursu.

Przed wyjazdem w Cepelii zakupiłam krakowski strój ludowy i korale. Czerwonych butów nigdzie nie można było dostać, więc wypożyczyłam z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie parę o numer za małą. Po całonocnym locie nie mogłam jej wcisnąć na obolałe nogi. Moje zdjęcie w stroju krakowskim i w tych przyciasnych trzewikach znajdowało się w folderach reklamowych Air France jeszcze przez kolejne 10 lat.

Na lotnisku wszystkie 78 reprezentantek z różnych krajów witała Miss Stanów Zjednoczonych. Przygotowania do gali finałowej trwały trzy dni, większość z nas miała przydzielonych tłumaczy. W treningach brała udział modelka, która instruowała nas, jak najlepiej prezentować się na wybiegu. Gdy zbliżałyśmy się do niej, poprawiała nam sylwetki, zaglądała dyskretnie w dekolt. Jeśli któraś z uczestniczek dla lepszego efektu ten dekolt wypchała, bez ceregieli opróżniała jego zawartość. W powietrzu czuć było rywalizację. Niektóre dziewczyny, chcąc być widoczne na zdjęciach, przepychały się do pierwszych rzędów.

Codziennie zabierano nas na spotkanie biznesowe, przedstawiono producentom wytwórni filmowych. Niektórzy już przed wyborami proponowali wybranym uczestniczkom kontrakt i współpracę. W Paramount Pictures spotkałam się z Marlonem Brando.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Przyznała mu się pani, że w ogóle o nim nie słyszała?

Nie. Gdy zaproponował mi udział w filmie, odpowiedziałam, że nie znam angielskiego. "Nie szkodzi. Najpierw zagrasz emigrantkę, a po dwóch miesiącach, jeśli zostaniesz, nauczysz się języka" - przekonywał. Podziękowałam serdecznie i propozycję odrzuciłam. Podobnie, gdy przedstawiciele marki Max Factor zaoferowali mi roczny kontrakt i podróż dookoła świata z promocją ich kosmetyków. Chciałam wracać. W Polsce czekała na mnie rodzina i narzeczony, Stanisław Zaczyk.

I premier.

Po przyjeździe spotkałam się z nim i podziękowałam za możliwość wyjazdu.

Wracając do finału Miss Universe '58 - gdzie odbywała się gala?

Na scenie opery w Long Beach w Kalifornii. Na Gran Finale prezentowałyśmy się przed jury trzykrotnie. Najpierw w kostiumach kąpielowych, które były takie same dla wszystkich uczestniczek. Mam swój do dziś - niestety, rozmiar już nie pasuje. Następnie w strojach ludowych danego kraju i własnych strojach wieczorowych. I tu zdarzył się wypadek - walizka z białą suknią, która przyniosła mi szczęście w konkursie Miss Polonia, zaginęła w podróży. Na wieść o mojej stracie, o której skwapliwie doniesiono w prasie, skontaktowała się ze mną pani Marusia - Żydówka polskiego pochodzenia prowadząca w Beverly Hills ekskluzywny butik. Na czas wyborów wypożyczyła mi białą balową suknię z satyny ozdobioną na dekolcie prawdziwymi perłami. Do dziś pamiętam jej cenę - pięć tysięcy dolarów, a było to 60 lat temu! Gdy zeszłam ze sceny, czekała już na mnie garderobiana z butiku pani Marusi, która pomogła mi zdjąć strój i bezpiecznie odtransportowała go do sklepu.

Podczas finału jurorzy przyglądali nam się uważnie - oceniali nie tylko urodę, ale wdzięk, zachowanie, fotogeniczność. Po pierwszym werdykcie wyłoniono 15 finalistek. Byłam jedną z nich.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Czy nie czuła się pani obco w dalekim kraju, z impresario, który panią finansowo wykorzystywał?

Wręcz przeciwnie. Szybko przekonałam się, że otaczają mnie życzliwi ludzie. Każda z 15 finalistek  miała wygłosić krótką mowę o swoim kraju. W przerwie słychać było, jak dziewczyny ćwiczą przygotowane angielskie frazy. Gdy przyszła moja kolej, wyszłam na scenę i wygłosiłam przemówienie po polsku. Przełożył je tłumacz. "Mam nadzieję, że na widowni siedzą także i moi rodacy" - wtrąciłam, na co sala odpowiedziała huraganem braw. Okazało się, że wśród publiczności byli obecni liczni reprezentanci Polonii, zwłaszcza lotnicy, którzy po wojnie przyjechali tu z Anglii. "God bless America and Poland too" - zakończyłam mowę i otrzymałam pierwszą nagrodę w tej kategorii.

W kulminacyjnym momencie na scenie pozostało pięć finalistek. Wszystkie przepiękne, wyższe ode mnie, reprezentujące różne typy urody. Zwyciężczynią wyborów Miss Universe '58 została Miss Kolumbii. Mnie przypadł tytuł IV wicemiss. Puchar, a także treść przemówienia, które wygłosiłam, znajdują się dziś w zbiorach Muzeum Teatralnego w Warszawie. Przyznano mi również nagrodę pieniężną w wysokości 1600 dolarów. Koperty nie zdążyłam otworzyć, gdyż zgodnie z umową pieniądze przejął impresario.

Udział w wyborach "odpracowywałam" przez kolejne 30 dni, udając się na tournée wraz z muzykiem Jasiem Wojewódką. W ciągu miesiąca odwiedziłam 30 miast. Hotel, jedzenie i występ - na odpoczynek nie było czasu. Tańczyłam kujawiaka, oberka, wygłaszałam przemówienia, recytowałam wiersze dla publiczności. Najbardziej zżyłam się z przedstawicielami kalifornijskiej Polonii, z którymi znajomości i przyjaźnie przetrwały lata.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Ale w końcu pani wróciła do Polski?

Po czterech miesiącach. Media przyjęły mnie chłodno. W prasie ukazywały się wzmianki o moich spotkaniach w USA z krytykowanymi wówczas obywatelami, którzy śmieli "porzucić" kraj. Większość dziennikarzy wątpiła w mój powrót. Ale ja skupiłam się na swoim ślubie. Potem na premierze w Teatrze Słowackiego. A gdy na świecie pojawił się mój syn Maciek - na macierzyństwie. Kiedy mężowi zaproponowano kontrakt w Warszawie, przenieśliśmy się do stolicy. Tam występowałam na scenie teatrów Narodowego i Polskiego.

Pracowała też pani w Telewizji Polskiej jako spikerka.

Tak, ale po pół roku zrezygnowałam. Nie lubiłam tej pracy, zbyt mocno się stresowałam. W tym okresie najbardziej pochłaniały mnie teatr i budowa domu na warszawskim Żoliborzu.

Nadzorowałam ekipę, a jak trzeba było, podciągałam rękawy i pomagałam im w pracach budowlanych. Panowie byli z Radomia. Udostępniłam im pokój w domu, codziennie gotowałam, by nie kręcili się po mieście i nie mieli okazji do picia. Swym małym autem przewoziłam materiały budowlane, sprowadzałam wanny, szafy z Wyszkowa. W obliczu codziennych zmagań udział w wyborach Miss, prezentacje w pięknych sukniach, koronach były jak sen, który dawno minął. Wybawieniem i rozrywką w tamtym okresie były spotkania z przyjaciółkami - aktorką Lucyną Winnicką, fotografką Zosią Nasierowską, dziennikarką Wiesią Czapińską-Kalenik i autorką Basią Wachowicz, które mieszkały nieopodal. Dziś z tego grona zostałam już tylko ja.

Po 20 latach zdecydowała się pani odwiedzić Kalifornię ponownie.

Do Stanów przyjechałam w 1981 roku z małą walizeczką w odwiedziny do przyjaciół. W międzyczasie w Polsce wybuchł stan wojenny, rozstaliśmy się z mężem, a syn założył własną rodzinę. Mój pobyt przedłużał się i postanowiłam zacząć tu życie od nowa. Ale początki były ciężkie. Nim zapuściłam korzenie, zmieniałam mieszkanie 11 razy. Najpierw poszłam do szkoły językowej, następnie - podobnie jak moja mama - zdobyłam uprawnienia pielęgniarskie. Wykonywałam dializy pacjentom w zaawansowanym stadium nowotworu nerek. Bardzo wymagająca praca. Przepracowałam w niej 17 lat. Jako wolontariuszka na oddziale intensywnej terapii opiekowałam się dziećmi, które przyjeżdżały z Polski na operacje serca.

Miss Polonia, aktorka, pielęgniarka - które z tych zajęć spełniało panią najbardziej?

Dziś żałuję, że nie posłuchałam ojca, który chciał, bym została lekarzem. Udział w Miss Polonii traktowałam jako przygodę, gra w teatrze czy filmie jest szalenie ciekawym zajęciem, ale niestabilnym. Z perspektywy czasu widzę, że praca z pacjentami dawała mi najwięcej satysfakcji. Pomagając osobom chorym, czułam się potrzebna, miałam realny wpływ na czyjeś życie i zdrowie.

Zainteresowała się pani sztuką. Pani prace można podziwiać w galeriach. Kiedy to się zaczęło?

Na emeryturze. Po latach kupiłam własne mieszkanie, notabene nieopodal wytwórni, gdzie spotkałam się z Brando. Któregoś dnia zerwałam z podłogi wykładzinę i położyłam parkiet, tak jak robi się to w Polsce. Klejem, który pozostał po zdartej tkaninie, przytwierdziłam do dużego płótna prześcieradło. Uformowałam je w kształt drzewa i pomalowałam. Pracy nadałam symboliczny tytuł: Drzewo Nadziei i wysłałam na wystawę do Sacramento. Od tamtej pory zaczęłam tworzyć instalacje 3D, które prezentowałam w galeriach w Kalifornii, jak również  w Chicago i w Nowym Jorku. Obecnie pracuję nad trójwymiarową realizacją jednego z obrazów Picassa.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

A czy ogląda pani konkursy piękności, zwłaszcza te organizowane w Polsce?

Sprawy polskie i konkurs Miss Polonia darzę wciąż wielkim sentymentem. W 2004 roku miałam zaszczyt być gościem finałowej gali Miss Polonia. Wygrała wówczas Katarzyna Borowicz. W tym roku z powodów rodzinnych nie przyleciałam na 90-letnią już edycję konkursu, który kończy właśnie 90 lat. Życzyłam finalistkom szczęścia zdalnie.

Jaką radę dałaby pani swoim młodszym koleżankom?

Żeby odnalazły swój własny cel, a udział w konkursach traktowały jedynie jako nagrodę. Bo z życiem jest jak na huśtawce. Gdy jest się w górze, trzeba to doceniać, gdy spada się na dół, należy jakoś przetrwać te chwile - umilać je pracą, która daje sens, kontaktem z życzliwymi ludźmi, ze zwierzętami czy sztuką. I zawsze powtarzać za Scarlett O'Harą, że jutro też będzie dzień.

Dorota Salus. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, tłumaczka. Publikowała w Wysokich Obcasach i Polityce, tłumaczyła dla National Geographic. Biega i chce kiedyś ukończyć maraton.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku