Edward Norton w filmie 'Osierocony Brooklyn'

Edward Norton w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)

wywiad gazeta.pl

Edward Norton: Nieźle się robi tuż przed drugą nad ranem

Aby Nowy Jork mógł stać się miejscem, które dziś znamy, musiał przejść szereg modyfikacji. Lubimy krzyczeć, że gentryfikacja to obecnie skandal, że to rozbój w biały dzień. Pełna zgoda, ale albo zapominamy, albo nie chcemy wiedzieć, że w latach 50. było podobnie - o Nowym Jorku, ciszy absolutnej, jazzie i pracy nad swoim najnowszym filmem "Osierocony Brooklyn" podczas festiwalu EnergaCAMERIMAGE w Toruniu opowiadał amerykański aktor Edward Norton, który napisał scenariusz, wyreżyserował obraz i zagrał w nim główną rolę.

Zrealizował pan ten film z miłości do ukochanego miasta?

Kocham Nowy Jork, to szczera prawda [aktor urodził się w Bostonie, wychował w Columbii w Karolinie Południowej, do Nowego Jorku sprowadził się  na studia - przyp. aut.]. Mieszkam tu od dawna, ale to raczej miłość do literatury sprawiła, że postanowiłem znowu stanąć za kamerą.

Film jest ekranizacją wydanej w 1999 roku powieści Jonathana Lethema o tym samym tytule.

Przeczytałem ją zaraz po tym, jak się ukazała. Nie będzie więc przesadą, jeśli powiem, że pracowałem nad filmową fabułą prawie 20 lat.

Alec Baldwin i Edward Norton w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)
Alec Baldwin i Edward Norton w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)

Zachwycił się pan książką, a jednak sporo pozmieniał.

Kino i literatura rządzą się swoimi prawami. Postanowiłem po prostu uplastycznić tę historię na potrzeby ekranu. Przeniosłem akcję do lat 50. XX wieku. Chciałem stworzyć stylową, detektywistyczną narrację, w której jazz, zadymione kluby i męskie oraz damskie kapelusze złożą się na pewien estetyczny pejzaż. Gdyby akcja filmu rozgrywała się współcześnie, byłoby w niej dużo więcej rozmów przez telefony komórkowe. (śmiech) A i tego chciałem uniknąć. Nie sposób budować suspensu, gdy co chwilę w kieszeni głównego bohatera dzwoni telefon.

Kim jest grany przez pana Lionel Essrog?

Prywatnym detektywem, który stara się rozwikłać zagadkę śmierci swojego mentora.

Lionel cierpi na zespół Tourette'a. Ma zaburzenia werbalne, taki swoisty tik, który sprawia, że w najmniej odpowiednim momencie mówi najmniej odpowiednie słowa, często powtarzając je po kilka razy. I tak, zdarzają się wulgaryzmy.

Był pan kiedyś w podobnej sytuacji, że powiedział o jedno słowo za dużo?

Bo to raz!? Staram się milczeć w sytuacjach dla mnie niezręcznych lub niepewnych, ale zdarzało mi się popełnić faux pas. Raczej nie przez złośliwość, a dlatego, że jestem szczery. Szczerość to nie jest zawsze pożądana cecha. Z kolei small talk mnie nudzi. Nie za dobrze odnajduję się w tej konwencji. Wolę więc milczeć i wyjść na gbura, niż sprawić komuś przykrość lub wywołać skandal. Choć czymże dzisiaj jest skandal?! Granice tego, co skandaliczne, mocno przesunęła prezydentura Donalda Trumpa, a wszystko upowszechniło się za sprawą mediów. Tacy ludzie jak Trump zdarzali się oczywiście w czasach, o których opowiadam w filmie, tyle że nie ustanawiali tak jawnie norm. Kryli się ze swoimi występkami.

Nim przejdziemy do obyczajów lat 50., nie sposób nie wspomnieć o tle muzycznym filmu - czyli ścieżce dźwiękowej - bo to wspaniały, często zaimprowizowany wcześniej jazz. A co wybrzmiewa w głowie Lionela?

To jest bardzo dobre pytanie. Konstruowałem postać Lionela tak właśnie, jakby w jego głowie często dochodziło do słownych improwizacji. On wyrzuca z siebie wyrazy, tak jak muzyk wyrzuca z siebie dźwięki, poddając się chwili czy instynktowi... Tylko pozornie ta kakofonia nie stanowi całości.

Co uwiodło pana w tej historii najbardziej? Fakt, że główny bohater stanowi wyzwanie dla aktora?

Z pewnością też, ale nie tylko - nie tyle sama fabuła czy intryga mnie zafrapowały, ile związek emocjonalny, jaki tworzy się pomiędzy głównym bohaterem a widzem lub czytelnikiem, jeśli mówimy o książce. Pragnąłem po prostu, aby publiczność weszła niemal od razu w umysł Lionela, w jego sposób postrzegania świata. To przestrzeń nieoczywista - niby prosta, ale jednak pełna tajemnic i pułapek. Jak jazz właśnie.

To trochę niesamowite, że - jak pan twierdzi - pracował nad filmem niemal 20 lat.

Nie non stop, ale to prawda - od 1999 roku. Trzeba jednak wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, czyli grę w innych filmach, w teatrze, pisanie kolejnych scenariuszy, wyjazdy...

Jestem typem sowy, pracuję zwykle wieczorami i nocami, zaczynam mniej więcej koło 21.00 i kończę nad ranem. Oczywiście nie codziennie, ale najchętniej właśnie w tym czasie - nikt niczego od mnie nie chce, nie dzwoni telefon, a ja mogę się skoncentrować na tym, co piszę, bez poczucia straty na przykład wobec bliskich. Wie pani, jak trudno w dzisiejszych czasach o ciszę absolutną? Nieźle się robi tuż przed drugą nad ranem, ale ten stan rzeczy trwa zaledwie około godziny, może półtorej...

Sporo kawy musi pan wypijać.

Nie przepadam za kofeiną. Choć rzeczywiście, podczas realizacji najnowszego filmu wkręciłem się w picie kawy, ale dla mnie ma to sens tylko, gdy kawa jest biała i mogę wsypać do kubka kilka czubatych łyżeczek cukru. W innym wypadku zupełnie na mnie nie działa i mi nie smakuje.

15.11.2019 Bydgoszcz . Miedzynarodowy Festiwal Filmowy Energa Camerimage . Aktor Edward Norton (C) podczas spotkania z tworcami filmu '' Osierocony Brooklyn ''. Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
Edward Norton na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Energa Camerimage, 15.11.2019 r. ( Fot. Roman Bosiacki / AG)

A czy to prawda, że nie potrafi pracować pan w domu?

Nie umiem efektywnie. Dlatego zwykle przenoszę się do mieszkania kolegi, które jest zaledwie kilka przecznic ode mnie, w Greenwich Village. Ale też bez przesady, zdarza mi się pracować czy pisać w domu. Najczęściej z lokum znajomego korzystam podczas przygotowań do roli - dużo chodzę podczas powtarzania kwestii.

A wracając do filmu "Osierocony Brooklyn" - kiedy przeczytałem książkę Lethema, w zasadzie już byłem w próbach do swojego debiutu reżyserskiego, który nosił tytuł "Zakazany owoc". Jego premiera odbyła się w 2000 roku i to był dla mnie swoisty poligon. Cieszę się, że zaczynałem swoją przygodę z reżyserią od komedii lub, jak niektórzy chcą klasyfikować mój film, od komediodramatu. Wiele się wówczas nauczyłem, wiem, że bez "Zakazanego owocu" nie byłoby dziś filmu "Osierocony Brooklyn".

"Zakazany owoc" porównywany był do najlepszych filmów Woody'ego Allena.

Myślę, że największą frajdą reżyserowania jest różnorodność - raz możesz zrobić dystyngowane kino noir, innym razem kino familijne, by przejść do rasowego thrillera, a skończyć na komedii. Jestem zachwycony możliwościami, jakie wciąż daje kino. I zgadzam się z tym, co powiedział Martin Scorsese - kino będzie się rozwijać wraz z progresem technologii. Nie jest tak, że coś nagle wyprze kinematografię. Myślę, że kino to jest cały czas twór w procesie. Kino to nie monolit. Ono już niejako wymknęło się nam spod kontroli. A będzie jeszcze mocniej rozszerzać strefy wpływów.

Dam pani przykład: w 1981 roku Warren Beatty wyreżyserował film "Czerwoni". Trwa ponad trzy godziny. Wiele osób mówiło mu, że obraz jest za długi, zbyt hermetyczny, że nigdy nie zwrócą się zainwestowane w film pieniądze, wreszcie Warren usłyszał, że to koniec jego kariery. I wszystko mi to opowiedział z kpiarskim uśmiechem na twarzy.

Oczywiście nie posłuchał doradców...

Nie, a jego film zgarnął trzy Oscary.

Pana film też nie jest mgnieniem, trwa ponad dwie godziny.

Sugerowano mi skróty, ale nie posłuchałem. Nie rozumiem, dlaczego film ma trwać półtorej godziny? Gdy ktoś mówi mi, że jakiś film jest za długi, wartościuje nie kino, a swoje predyspozycje. Być może takie są możliwości danej osoby, że przyswaja ona tylko godzinne soap opery. (śmiech)

Gugu Mbatha-Raw i Edward Norton w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)
Gugu Mbatha-Raw i Edward Norton w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)

Trzykrotnie był pan nominowany do Oscara. Oczekiwania rosną?

Raczej zmęczenie tematem. Statuetka byłaby spełnieniem marzeń, ale nie myślę o niej na co dzień. Robię swoje. To nie jest tak, że pragnę z całych sił zaimponować krytykom czy branży. W pierwszej kolejności zależy mi na widzach. A nagrody... są fajne, ale też rozleniwiają. Nie wierzę w geniusz reżyserski czy aktorski. Wszystko to warsztat i ciężka praca. Pewnych mechanizmów musisz się wyuczyć. No i tak, w tym świecie ważne jest również szczęście. Ja je miałem.

Wróćmy jeszcze do filmu, dzięki któremu stał się pan po części kronikarzem Nowego Jorku i jego obyczajów. Podziwiamy to miasto, bagatelizując, jakie siły miały na nie wpływ.

Chce pani powiedzieć "siły zła"? Bo jeśli tak - nie mógłbym się bardziej zgodzić. Podziwiam Nowy Jork i jego mieszkańców, wiem, że nie ma takiego drugiego miasta na świecie, ale wszystko, co ukazujemy w filmie, jest prawdą: instytucjonalny rasizm, dyskryminacja płciowa, ksenofobia, korupcja, malwersacje, a nawet zbrodnie. To miasto wyrosło na skrajnościach. Z jednej strony zostało ukształtowane przez indywidualizm mieszkańców i ogromną potrzebę wyrażania niezależności i różnorodności nowojorczyków, z drugiej strony Nowy Jork to nieustanne starcie skrajnych racji, ambicji i poglądów.   

Portretowane przez pana lata 50. były dla wielu czasem dobrobytu, tak zwanym amerykańskim złotym wiekiem. Pan pokazuje jednak głównie cienie.

Były i blaski, nie zauważyła pani? Te kluby tętniące muzyką, ludźmi i życiem.

I muzycy, którzy grali do rana za marne grosze. Za to gangsterzy się bogacili.

Gangsterzy zawsze się bogacą, niezależenie od czasów. Dlatego są gangsterami.

Nie umiem stwierdzić, czy lepiej być artystą w dzisiejszych czasach, czy korzystniej było nim być 80 lat temu. Ale śmiem twierdzić, że jednak te 60 lub 80 lat temu było ciekawiej. Żeby posłuchać koncertu na żywo, szło się do klubu. Dzisiaj można zrobić streaming. Czy to oznacza to samo? Pewnie dla osoby z dysfunkcją, która nie może wyjść z domu, tego typu udogodnienia są korzystne, ale ja mówię o doświadczaniu sztuki podczas gdy samemu jest się też artystą. Dzisiejsze pokolenie twórców jest zblazowane i rozleniwione. Nie poszukujemy, nie odkrywamy, nie analizujemy sami. Wszystko jest łatwe, dostępne, sterylne, bezpieczne. A przecież sztuka zawsze zakładała ryzyko.

Za to z pewnością dzisiaj artyści mają lepszą ochronę prawną, co jest niewątpliwie sukcesem. Mogą dochodzić swoich racji, żądać odpowiedniego wynagrodzenia, domagać się lepszych warunków pracy. Temu zawsze będę kibicować.

Nowy Jork w latach 50. także stał u progu zmian.

Miasto w ten sposób wchodziło w nowoczesność. Aby Nowy Jork mógł stać się miejscem, które dziś znamy, musiał przejść szereg modyfikacji. Lubimy krzyczeć, że gentryfikacja to obecnie skandal, że to rozbój w biały dzień. Pełna zgoda, ale albo zapominamy, albo nie chcemy wiedzieć, że w latach 50. było podobnie. Aby można było zmodernizować miasto, trzeba je było wpierw poddać dewastacji. Lub, jak to lubią mówić inwestorzy, trzeba je było zdekonstruować - to taka wersja lżejsza, elegancka, dla przyszłych rezydentów. Czy takie rzeczy dzieją się bez ofiar? Nie, zawsze są ofiary tzw. lepszego. Tak więc trzeba było dość autokratycznych, do tego przekupnych, lokalnych władz miejskich, by przedsiębiorczy deweloperzy i politycy mogli wdrożyć swe plany.

Jeden z przedsiębiorczych deweloperów staje się istotną postacią dla całej intrygi. Grany przez Aleca Baldwina Moses Randolph to bohater fikcyjny. Ale poczytałam trochę i już wiem, że istniał niejaki Robert Moses. Zbieg okoliczności? Nie sądzę... Cóż to była za persona!

Dobry research, ale też specjalnie nigdy się z tym nie kryliśmy. Nie akcentujemy tego, ale i nie wypieramy się pewnych tropów.

Tym bardziej zaciekawiła mnie postać Randolpha - błyskotliwie zagrana przez Baldwina, bo to osoba o przestępczym rodowodzie, ale i wizjoner. Otóż ów Randolph nie występuje w książce Lethema.

Fakt, stworzyliśmy Randolpha na potrzeby filmu.

Czytałam w "New York Timesie", że prawdziwy Robert Moses doprowadził do otwarcia 658 placów zabaw w mieście, ale też przeforsował budowę ciągnących się kilometrami parkingów, ponadto z jego inicjatywy wybudowano 13 mostów.  

Niewątpliwie Robert Moses był zwolennikiem jazdy autem po mieście. (śmiech) Budował parkingi, drogi i trasy szybkiego ruchu, gdzie tylko się dało. Pozbawił ponad 250 tysięcy osób dachu nad głową, by móc zrealizować swoje wizje... W pewnym sensie przewidział dominację samochodów, od której dziś staramy się uciec.

No tak, był absolutnie bezwzględny. Inwestował, a władze wiedziały, że się to zwróci z nadwyżką, więc tym wyrzuconym na bruk ludziom nikt nawet nie zaproponował zastępczych mieszkań. Takie to były czasy...

Z drugiej strony Robert Moses likwidował slumsy. Bogatsze społeczności były mu wręcz wdzięczne, że "oczyszcza" miasto i przywraca w nim porządek. Dziś nie jest rozliczany ze swoich poczynań, bo za jego sprawą wybudowano architektoniczne nowojorskie chluby: Shea Stadium, Lincoln Center czy budynek The United Nations [siedziba ONZ - przyp. red.]. Jak go zatem oceniać? Źle czy dobrze?

Edward Norton i Willem Dafoe w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)
Edward Norton i Willem Dafoe w filmie 'Osierocony Brooklyn' (mat. prasowe)

Pana film nie daje tej odpowiedzi.

Bo taka nie istnieje. Alec Baldwin nie zagrał postaci jeden do jednego, nasz filmowy bohater jest dużo bardziej radykalny niż ten prawdziwy biznesmen. Dorzucę jeszcze i tę informację - Robert Moses mieszkał kilka lat w slumsach, więc być może wiedział coś, o czym my nie mamy pojęcia.

Powraca do mnie pytanie, które zadał mi jeden z widzów po seansie "Osieroconego Brooklynu": czy możemy zwiedzać piramidy, podziwiać je, zachwycać się nimi w taki najbardziej prostolinijny, powierzchowny i bezrefleksyjny sposób, wiedząc, ile istnień ludzkich pochłonęły? Czy to był czyjś kaprys? Czyjeś ego? A może jednak wizja osoby, która umiała patrzeć w przyszłość, i pragnęła zostawić jakiś ślad, artefakt po swojej cywilizacji, zapisała więc nam tę nieco ryzykowną, ale jakże wspaniałą wiadomość? Czy piramidy stworzył wizjoner, czy morderca?    

Anna Serdiukow. Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim i Gender Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje m.in. w: "Zwierciadle", "Harper's Bazaar", "Wysokich Obcasach Extra", "Magazynie Filmowym SFP" i "FilmPro". Propaguje kino artystyczne - w warszawskiej klubokawiarni Znajomi Znajomych prowadzi autorski cykl filmowy "Nie znajdziesz tego na torrentach". Konsultuje scenariusze filmowe, m.in. wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą film "Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego. Od trzech lat dyrektor artystyczna Festiwalu Cinergia. Forum Kina Europejskiego w Łodzi. Współautorka albumu "Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku