Jeden z obozów reedukacji w Sinkiangu, 2018 rok

Jeden z obozów reedukacji w Sinkiangu, 2018 rok (Fot. Ng Han Guan / AP Photo)

wywiad gazeta.pl

Sinkiang jak Tybet? "W obozach reedukacji w Sinkiangu przebywa już ponad milion osób"

Z relacji byłych więźniów wynika, że strażnicy często stosują kary z użyciem paralizatora - na przykład za zbyt długie przebywanie w toalecie. Rażą w głowę, bo tam nie widać śladów. Powszechną praktyką jest też publiczne upokarzanie ludzi - mówi dr Darren Byler z Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle, antropolog zajmujący się tematem represji wobec Ujgurów.

Ujgurzy są muzułmańską mniejszością tureckiego pochodzenia, która żyje w regionie autonomicznym Sinkiang na północnym zachodzie Chin. Populacji wynoszącej 11 milionów osób kulturowo i geograficznie bliżej do sąsiednich krajów Azji Środkowej. Gdy w 1949 roku teren dzisiejszego Sinkiangu zajęła komunistyczna Chińska Armia Wyzwolenia, Ujgurzy stanowili około 75 procent ludności. Sytuacja zmieniła się wraz z nasilonym napływem chińskich osadników - dziś to mniej niż połowa mieszkańców regionu.

Marta Zdzieborska: Wyciek tajnych dokumentów Komunistycznej Partii Chin odsłonił niedawno skalę represji wobec Ujgurów i innych muzułmańskich mniejszości. Szacuje się, że w tzw. obozach reedukacji w prowincji Sinkiang przetrzymywanych jest już ponad milion osób. Za co można tam trafić?

Darren Byler: Wystarczy, że funkcjonariusze policji pod byle pretekstem uznają kogoś za islamskiego ekstremistę. Według wytycznych chińskich władz w kręgu podejrzanych znajdują się osoby w wieku 16-55 lat, bezrobotni, a także ci, którzy byli kiedyś za granicą lub taką podróż odbyli członkowie ich rodziny. Źródłem problemów może być nawet zapisany w komórce kontakt do obcokrajowca. Najczęstszym powodem zatrzymania i umieszczenia w obozie jest praktykowanie islamu w inny sposób niż ten akceptowany przez chińskie władze.

Co ma pan na myśli?

Chodzi o przypadki, w których ktoś sam czyta Koran lub pobiera nauki islamu poza meczetem. Szczególnie podejrzane są osoby, które na smartfonach słuchają zagranicznych imamów lub uczestniczą w religijnych grupach dyskusyjnych na WeChacie [popularny w Chinach komunikator - przyp. aut.].

Według komunistycznych władz istnieje aż 75 oznak ekstremizmu. Za radykała może zostać uznana osoba, która ma na komórce zainstalowanego Twittera, Facebooka czy WhatsAppa. U mężczyzn podejrzliwość wzbudza też długa broda, a u kobiet - hidżab. O ekstremizmie świadczy nawet to, na której ręce nosi się zegarek. Osoby wierzące noszą go tylko na prawej, bo lewa uznawana jest w islamie za nieczystą. Najgorzej jednak, jeśli okaże się, że zatrzymany przez policję muzułmanin pięć razy dziennie modli się w meczecie. Bardzo łatwo to sprawdzić, bo przy wejściu do każdej świątyni znajdują się checkpointy. Funkcjonariusze proszą wiernych o dokument tożsamości i skanują ich twarze.

aFILE - In this Nov. 4, 2017, file photo, Uighur security personnel patrol near the Id Kah Mosque in Kashgar in western Chinas Xinjiang region. China on Wednesday, Dec. 4, 2019, has responded with swift condemnation after U.S. Congress overwhelmingly approved a bill targeting its mass crackdown on ethnic Muslim minorities. (AP Photo/Ng Han Guan, File)
Kaszgar. W tle meczet (Fot. Ng Han Guan / AP Photo)

Czy mimo to Ujgurzy chodzą jeszcze regularnie do meczetu?

Najczęściej tylko staruszkowie w wieku 70-80 lat. Mogą sobie na to pozwolić, bo chińskie władze nie postrzegają ich jako zagrożenie. Meczety zapełniają się tylko wtedy, gdy przychodzi do nich grupa zaproszonych przez chińskie władze dziennikarzy lub dyplomatów. Na pokazową modlitwę ściągani są wtedy muzułmanie z całej okolicy.

Przypomina mi się nagranie wideo dziennikarzy BBC, wpuszczonych przez chińskie władze na teren jednego z obozów reedukacji. Na miejscu przywitali ich uśmiechnięci Ujgurzy, którzy przed kamerą uczyli się języka chińskiego i prezentowali ujgurskie tańce. Jak wygląda prawdziwa rzeczywistość w obozach?

Na podstawie tajnych dokumentów wiemy, że osadzeni żyją w całkowitej izolacji.  O tym, że to nie jest "szkoła" - a tak miejsce prezentują chińskie władze - świadczy na przykład zapis dotyczący sal do nauki. Strażnicy nie mogą w nich mieć przy sobie broni palnej, co sugeruje, że po innych częściach obozu chodzą uzbrojeni.

Z relacji byłych więźniów wynika, że strażnicy często stosują kary z użyciem paralizatora - na przykład za zbyt długie przebywanie w toalecie. Rażą paralizatorem w głowę, bo tam nie widać śladów. Powszechną praktyką jest też publiczne upokarzanie ludzi. Osadzony, który na przykład czytał w domu Koran, musi wyjawić swój grzech współwięźniom. Ci powtarzają, że popełnił przestępstwo i powinien dziękować, że chińskie władze pozwoliły mu się zrehabilitować.

Oprócz zajęć z języka chińskiego Ujgurzy uczą się też zasad dbania o higienę i podstawowych czynności, takich jak słanie łóżka.

Słanie łóżka?

Chińskie władze postrzegają Ujgurów jako zacofanych i leniwych. Pod pretekstem nauki dyscypliny angażują też osadzonych do pracy w przyobozowych fabrykach. Trafiają tam jednak tylko osoby, które są w obozie od dłuższego czasu i przeszły pomyślnie proces indoktrynacji. Nowicjusze w fabryce nazywani są stażystami. Zwykle nie otrzymują żadnego wynagrodzenia lub pracują za bardzo niskie stawki. Mniej więcej po roku dostają do podpisania umowę. Oczywiście muszą się zgodzić na wszystkie warunki, bo w przeciwnym razie powrócą do głównej części ośrodka i jeszcze raz będą musieli przejść proces reedukacji.

Wyróżniona na czerwono część Chin to Sinkiang (autor: Joowwww / wikimedia.org / domena publiczna)
Wyróżniona na czerwono część Chin to Sinkiang (autor: Joowwww / wikimedia.org / domena publiczna)

Miał pan okazję rozmawiać z byłymi więźniami obozów w Sinkiangu. Czy jakaś historia szczególnie zapadła panu w pamięć?

Opowiem pani o mężczyźnie, którego nazwijmy Azimem. Ze względów bezpieczeństwa nie chcę podawać jego prawdziwego imienia. Azim mieszka na stałe w Stanach. Do Chin przyjechał w odwiedziny do schorowanej matki. Nie zdążył jeszcze wysiąść z samolotu w Szanghaju, a już przyszła po niego policja z nakazem aresztowania. Choć nie prowadził za granicą antychińskiej działalności, oskarżono go o sabotaż. Po dwutygodniowym areszcie w Szanghaju policja przetransportowała go pociągiem do jego rodzinnego miasta w Sinkiangu. Na miejscu Azim przeszedł "badania lekarskie", jak lubią to określać chińskie władze. Pobrano od niego materiał DNA, odciski palców i dane na temat grupy krwi. Zeskanowano mu także twarz i nagrano jego głos.

Azim został następnie wysłany do obozu reedukacji. Jak opowiadał, w jego celi przybywało około 30 mężczyzn. Wszyscy spali na jednym ogromnym łóżku na drewnianej platformie. Azim był codziennie przesłuchiwany, starano się wymusić na nim przyznanie się do działania na szkodę Chin. Na szczęście wypuszczono go na wolność po trzech tygodniach.

Jakim cudem udało mu się wyjść tak szybko? Ludzie są przetrzymywani w ośrodkach reedukacji nawet przez lata.

Wstawił się za nim wujek, który pracuje dla lokalnych władz. Azim wyszedł jednak na wolność bez paszportu. Szybko okazało się, że nie może się prawie nigdzie ruszyć. Gdy w centrum handlowym musiał przejść przez checkpoint, okazało się, że nadal figuruje na liście podejrzanych i natychmiast wezwano lokalną policję. Funkcjonariusze nie mogli go jeszcze raz wysłać do obozu, ale zakazali przekraczania jakiegokolwiek checkpointu. Dopiero po kolejnej interwencji wujka Azim odzyskał paszport i wrócił do Stanów. To jednak nie koniec jego problemów.

Co się stało?

Do ośrodka reedukacji trafiła jego chora na cukrzycę matka. Wypuszczono ją dopiero po pół roku. Przez ten czas jej stan zdrowia uległ znacznemu pogorszeniu. Losy matki Azima wciąż są niepewne, bo byli więźniowie jeszcze przez co najmniej rok pozostają pod obserwacją policji.

Ujgurzy z Hotenu (fot. wikimedia.org / CC BY-SA 2.5 ES)
Ujgurzy z Hotenu (fot. wikimedia.org / CC BY-SA 2.5 ES)

Obozy reedukacji są elementem tzw. ludowej wojny z terrorem, która według chińskich władz ma skończyć z ekstremizmem i dążeniami separatystycznymi Ujgurów. Jednak do najbardziej krwawych zamieszek w Sinkiangu doszło w 2009 roku. W ich wyniku zginęło blisko 200 osób. Dlaczego chińskie władze dopiero stosunkowo niedawno nasiliły antyseparatystyczną retorykę wobec Ujgurów?

Jednym z czynników było pojawienie się w Sinkiangu sieci komórkowej 3G. Po 2010 roku coraz więcej Ujgurów zaczęło kupować smartfony, które służą im m.in. do praktykowania islamu. Chińskie władze, nie mając kontroli nad przeglądanymi przez nich treściami religijnymi, zaczęły mówić o zagrożeniu ekstremizmem. Zbiegło się to z serią ataków z udziałem Ujgurów: na placu Tiananmen samochód wjechał w tłum turystów, a w Kunmingu nożownicy atakowali pasażerów na stacji kolejowej. I choć te incydenty nie są przejawem zorganizowanego separatyzmu, chińskie władze w 2014 roku ogłosiły wspomnianą przez panią "ludową wojnę z terrorem". Pierwsze działania podjęto dwa lata później, gdy sekretarzem partii komunistycznej w Sinkiangu został Chen Quanguo. Odniósł sukces, bo trzymał krótko lokalnych oficjeli i kazał im wdrażać wszystkie odgórne wytyczne.

Chen Quanguo, niestety, ma w tym doświadczenie, bo pełnił wcześniej funkcję sekretarza partii w Tybetańskim Regionie Autonomicznym.

W Sinkiangu przejawem prowadzonej przez niego opresyjnej polityki są wszechobecne checkpointy. Dodatkowo w miejscach zamieszkiwanych głównie przez Ujgurów co prawie 200 metrów znajdują się lokalne posterunki policji. Gdy dzieje się coś podejrzanego, funkcjonariusze natychmiast reagują. Zatrzymując kogoś na przesłuchanie, policjant może przeszukać też jego telefon. Ujgurzy mają obowiązek posiadania aplikacji, która umożliwia przesłanie na zewnętrzny serwer wszystkich plików z komórki. Chińskie władze szpiegują też konwersacje i wiadomości wysyłane w sieci. Powszechne są programy dokonujące automatycznego tłumaczenia mówionego języka ujgurskiego.

Czy Ujgurzy mają jakieś sposoby na ucieczkę od wszechobecnej cenzury?

Przy wysyłaniu wiadomości używają na przykład sekretnych zwrotów. Jeśli jeden z członków rodziny trafił do ośrodka reedukacji, piszą, że "trafił do szpitala". Gdy w mieście lub wiosce doszło do zaostrzenia środków bezpieczeństwa - "pogoda się pogorszyła". Zwiększona obecność Chińczyków w okolicy to "odwiedziny współtowarzyszy". Ujgurzy zapisują też istotne informacje na kartkach papieru i pokazują je podczas rozmowy wideo na WeChacie. Jednocześnie mówią na zupełnie inny temat, aby nie wzbudzać podejrzeń. Niektórzy proszą też o pomoc chińskich znajomych. Wysyłają wiadomości z ich komórek, bo ci nie podlegają tak dużej inwigilacji. Aby uniknąć podejrzeń o ekstremizm, wielu Ujgurów na co dzień afiszuje się też z miłością do Chińskiej Republiki Ludowej.

Ujgurskie dziewczynki (fot. wikimedia.org / CC-BY-2.5 ES)
Ujgurskie dziewczynki (fot. wikimedia.org / CC BY-SA 2.5 ES)

Na czym polega ta "miłość"?

Na przykład na publikowaniu w mediach społecznościowych patriotycznych postów lub zdjęć z ceremonii podniesienia flagi. Na te organizowane co poniedziałek wydarzenie każda rodzina ma obowiązek wysłania co najmniej jednej osoby. Podczas ceremonii odśpiewywany jest hymn oraz komunistyczne pieśni. Ujgurzy zawsze śpiewają głośno, z całych sił pokazując zaangażowanie. W przeciwnym razie policja mogłaby ich uznać za "niegodnych zaufania", a to przepustka do obozu reedukacji. Ludzie starają się dostosować do systemu. W miejscach publicznych mówią tylko po chińsku. Tego też uczą swoje dzieci. Sprawy zaszły już tak daleko, że w niektórych wioskach konfiskowane są podręczniki do nauki języka ujgurskiego.

Trudno mi tego wszystkiego słuchać. Gdy byłam w 2010 roku w Sinkiangu, znajomy podarował mi taki podręcznik na pamiątkę. Widok Ujgura uczącego zagraniczną turystkę ujgurskich słówek nikogo wtedy nie dziwił. Czy młode pokolenie ma szansę na naukę ojczystego języka w szkole?

W podstawówkach nauczyciele używają ujgurskich zwrotów, bo dzieci jeszcze słabo znają chiński. Na wyższych stopniach edukacji obowiązuje zakaz porozumiewania się po ujgursku. Mój znajomy ma siostrę, która niedawno poszła do liceum. Nauczyciele ostrzegli ją, że każda klasa wyposażona jest w technologie, które wychwytują brzmienie głosu i są w stanie określić, do kogo należy. Dziewczyna może zamienić kilka słów po ujgursku jedynie w toalecie lub na szkolnym boisku.

A jak zmienia się krajobraz ujgurskich miast? Gdy prawie dziesięć lat temu odwiedzałam Kaszgar, wyburzano tam liczącą ponad 500 lat starówkę. Czy udało się choć w niewielkim stopniu zachować dawny charakter tego ważnego ośrodka kultury ujgurskiej?

Niestety nie. Na miejscu tradycyjnych domów z niewypalanej cegły chińskie władze zbudowały "nową" starówkę. Dawnych mieszkańców przesiedlono na przedmieścia, a na uliczkach w centrum Kaszgaru roi się od chińskich turystów i tajniaków. Drzwi wielu budynków pozostają zamknięte na kłódkę. Niektóre meczety przerobiono na bary lub dyskoteki.

Na przestrzeni ostatnich lat mocno zmieniła się też ujgurska wieś. Prowincja odgrywa kluczową rolę ze względu na złoża ropy i gazu. Stąd pochodzi też 80 procent chińskiej produkcji bawełny. Gdy kiedyś zabłąkał się tam Chińczyk, to było wielkie wydarzenie. Teraz chińskie rodziny osiedlają się nawet w najmniejszych wioskach. Wraz z ich napływem zwiększyły się koszty życia i poszybowały ceny ziemi. Ujgurzy, którzy niegdyś zajmowali się głównie uprawą roli, są coraz bardziej zdesperowani. Przeprowadzają się do miast w poszukiwaniu pracy w handlu lub gastronomii.

Pomnik Mao w Kaszgarze (fot. Laika ac / flickr.com / CC BY-SA 2.0)
Pomnik Mao w Kaszgarze (fot. Laika ac / flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Czy Sinkiang stał się drugim Tybetem?

Biorąc pod uwagę fakt, że w obozach reedukacji w Sinkiangu przebywa już ponad milion osób, poziom inwigilacji i represji jest być może nawet większy niż w Tybecie.

Od 2014 roku do walki z tzw. ekstremizmem zatrudniono 100 tysięcy funkcjonariuszy policji. Około jednej piątej to Ujgurzy. Wielu z nich wstąpiło do policji, bo to jedyny sposób, by uchronić siebie i rodzinę przed zamknięciem w obozie reedukacji.

Marta Zdzieborska. Dziennikarka. Mieszka w Kalifornii, skąd pisze reportaże i teksty o bieżącej sytuacji w USA. Współpracuje m.in. z "Tygodnikiem Powszechnym" i magazynem "Press". Publikowała też w "Wysokich Obcasach", "Polityce" i "Tygodniku Warszawa". Autorka książki "Tamtego życia już nie ma" (Świat Książki, 2019), zbioru reportaży o uchodźcach w Polsce. Laureatka honorowego wyróżnienia Nagrody im. Adolfa Bocheńskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2016) oraz Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2017). Jest na Twitterze: @MartZdzieborska

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku