Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'

Kadr z filmu 'Nocna rodzinka' (fot. mat. prasowe. Międzynarodowego Festiwalu WATCH DOCS)

wywiad gazeta.pl

"Prywatny ambulans ze słabo wyszkoloną załogą, która chce na tobie zarobić - to może być jedyna szansa na przeżycie"

Przyjeżdżają na miejsca wypadków, na które nikt inny by nie przyjechał. Pomagają więc poszkodowanym, którzy byliby pozostawieni samym sobie. Z drugiej strony nie ma co ukrywać - sposób, w jaki udzielana jest ta pomoc, stanowi problem - mówi Luke Lorentzen, reżyser "Nocnej rodzinki", filmu dokumentalnego pokazywanego podczas tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu WATCH DOCS.

W stolicy Meksyku - dziewięciomilionowej metropolii - jeździ jedynie 45 karetek publicznej służby zdrowia. W efekcie w mieście rozkwitł sektor ambulansów prywatnych, który pod względem jakości niesionej pomocy oraz wyszkolenia personelu pozostawia wiele do życzenia. Taki jest punkt wyjścia twojego filmu dokumentalnego "Nocna rodzinka". Jak trafiłeś na tę niesamowitą historię?

Kilka lat temu przeprowadziłem się na jakiś czas do miasta Meksyk, bo realizowałem tam kilka projektów. W mojej dzielnicy widywałem czasem karetki. Jedna szczególnie zwróciła moją uwagę, bo jej załogę tworzyli mężczyzna w średnim wieku, nastolatek i mniej więcej 10-letnie dziecko - jak się potem okazało: ojciec i jego dwaj synowie. Pewnego ranka natknąłem się na nich przed wejściem do budynku, w którym mieszkałem. Pomyślałem, że taka okazja już się nie trafi, podszedłem, zagadałem. A potem oni wprowadzili mnie w arkana systemu prywatnych karetek, zaprosili do ambulansu i pozwolili obserwować swoją pracę.

Na początku interesowała mnie po prostu historia tej rodziny, która akurat wyspecjalizowała się w nocnych dyżurach. Ambulans należał do ojca. Jeździł w nim jako ratownik, a jego głównym pomocnikiem był 17-letni syn. 10-latka nie mieli komu zostawić na noc, więc zabierali go na nocne eskapady karetką.

Kiedy zacząłem spędzać z nimi więcej czasu, zorientowałem się, że prywatne ambulanse stanowią część całego skomplikowanego systemu zależności, który niestety w dużej mierze opiera się na łapówkach.

Państwo zastępuje publiczne ratownictwo prywatnymi ambulansami, które obsługują także dzieci, co widać na przykładzie sfilmowanej przez ciebie rodziny. Czy pytałeś ludzi związanych z władzą w mieście, jak to możliwe?

Wybrałem się do wszystkich możliwych urzędów i instytucji odpowiedzialnych w Meksyku za kwestie zdrowia i, szczerze mówiąc, byłem kompletnie porażony tym, co usłyszałem. Meksyk obiecuje publiczną i darmową opiekę zdrowotną dla każdego obywatela, ale państwu brakuje infrastruktury, by faktycznie ją zorganizować. Władze miejskie i państwowe są skorumpowane i właściwie nie funkcjonują. Dzięki sektorowi prywatnemu migają się od zapewnienia obywatelom ratownictwa na odpowiednim poziomie.

W prywatnych karetkach, owszem, może jeżdżą ludzie marnie wyszkoleni albo niemający żadnej wiedzy o ratowaniu życia, ale to i tak lepsze niż pozbawienie ofiar wypadków możliwości przewiezienia do szpitala, co byłoby sytuacją totalnie apokaliptyczną. Władzom, służbom porządkowym i policji utrzymywanie tej sytuacji jest na rękę. Na funkcjonowanie prywatnych ambulansów nie przeznaczają żadnych pieniędzy. Opłacają je sami pacjenci i ich rodziny albo prywatne szpitale. "Tak to po prostu działa" - podsumował któryś z moich rozmówców, wzruszając ramionami.

Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'
Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'

My w Polsce też mamy prywatne firmy zajmujące się opieką zdrowotną i każdy może zadzwonić po ich ambulans. W tym jeszcze nie ma nic strasznego. Tyle że polskie firmy zatrudniają prawdziwych lekarzy, pielęgniarki i ratowników. Co więcej, są skrupulatnie sprawdzane. Oglądając twój film, odniosłam wrażenie, że w Meksyku właściwie każdy może pojawić się w miejscu wypadku jako ratownik. Czy ktokolwiek w ogóle sprawdza, jakie ci ludzie mają uprawnienia i czy w ogóle pokończyli szkoły medyczne?

Akurat ojciec "nocnej rodzinki" zanim przeniósł się do sektora prywatnego, pracował w meksykańskim Czerwonym Krzyżu i tam przeszedł profesjonalne szkolenie w zakresie udzielania pierwszej pomocy i ratownictwa. Z tego, co wiem, jego nastoletni syn nie posiada żadnego dyplomu, a całą wiedzę zdobył od ojca. Zbierając materiał do filmu, spotkałem jednak załogi, w których ani jedna osoba nie przeszła profesjonalnego treningu w zakresie ratownictwa.

Kiedy wezwę karetkę w Meksyku, mogę się spodziewać, że będzie ją obsługiwał na przykład piekarz?

Zgodnie z literą prawa musisz mieć specjalne certyfikaty potwierdzające ukończenie kursów ratownictwa, dokumenty poświadczające, że sprzęt w twojej karetce nadaje się do użycia i jest co jakiś czas serwisowany. Ale policja i władze są skorumpowane, więc bardzo łatwo obejść przepisy, wystarczy dać łapówki komu trzeba. Tak naprawdę jedyną rzeczywistą przeszkodą w staniu się ratownikiem medycznym jest kupno karetki. Jeśli już ją masz, a do tego dysponujesz profesjonalnym strojem, reszta jest do załatwienia. Możesz więc niemal od razu odpowiadać na wezwania i pojawiać się w miejscach wypadków.

Oczywiście rząd i władze będą starały się weryfikować twoje kompetencje. Policjanci będą pytać o wyposażenie karetki i będą je sprawdzać, ale na filmie widać, że stosunkowo niewielkie pieniądze są w stanie zaspokoić ich ciekawość. Tak naprawdę służby porządkowe nie są zainteresowane jakością obsługi i stanem prywatnych karetek. Jak każdy chcą po prostu dorobić do marnych pensji.

Ile tego typu karetek jeździ po mieście?

Ponieważ jest to szara strefa, nikt nie prowadzi ich formalnego rejestru. W dzielnicy, w której pracowali moi bohaterowie, tego typu pojazdów było mniej więcej 10. Podejrzewam, że w całym mieście ich liczba jest podobna liczbie karetek publicznej służby zdrowia, czyli w sumie prywatnych ambulansów jest pewnie około 50. Ale to tylko moje osobiste szacunki.

Ciekawe jest też, w jaki sposób te ekipy z karetek zbierają informacje o wypadkach.

Najczęściej mają znajomych policjantów, którym płacą łapówki w zamian za powiadomienie, gdzie zdarzył się wypadek. Policjanci udostępniają też załogom karetek swoje radia, co umożliwia podsłuchanie rozmów innych funkcjonariuszy albo dyspozytora przyjmującego zgłoszenie o incydencie. Podstawą wiedzy jest łapówka.

Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'
Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'

Czy te karetki mają między sobą jakiś system porozumiewania się, czy ustalają kto gdzie jedzie, czy raczej każdy działa na własną rękę?

Załogi nie tylko ze sobą nie współpracują, ale agresywnie konkurują. Działa zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Na filmie widać zresztą wyścig dwóch prywatnych ambulansów. Kto pierwszy dojedzie na miejsce zdarzenia, ten zgarnia poszkodowanych, a co za tym idzie - pieniądze. Akurat w filmie moi bohaterowie wygrywają z konkurencją, ale nieraz byłem świadkiem, jak przegrali i musieli czekać na kolejne zgłoszenie.

Można powiedzieć, że prywatne karetki na danym terenie pracują od dawna i w jego obrębie konkurują z kilkoma innymi ambulansami. Nie istnieje natomiast formalny system, który określałby rewiry i zakres działania poszczególnych załóg, teoretycznie więc moi bohaterowie mogą pojawić się w każdym zakątku miasta, gdzie akurat wydarzył się wypadek. Ale najczęściej odpowiadają na zlecenia z dystryktów centralnych miasta. Wyobrażam sobie, że gdyby znienacka pojawił się w nich jakiś nowy ambulans, to miałby problem.

Co to znaczy?

Nie sądzę, żeby doszło do rękoczynów, ale myślę, że zarówno "moja" rodzina, jak i właściciele pozostałych karetek staraliby się wygonić intruzów ze swojego terenu. Z drugiej strony miasto wciąż potrzebuje więcej tego typu karetek, nie jest więc tak, że ten rynek już się nasycił.

Kiedy oglądałam "Nocną rodzinkę", nurtowało mnie, co twoi bohaterowie myślą o swojej pracy. Patrzyłam, jak nieudolnie pakują na łóżko ofiarę wypadku samochodowego, która przecież mogła mieć złamany kręgosłup. Albo jak próbują przywrócić oddech niemowlakowi, trącając go w klatkę piersiową i krzycząc: "halo, bebe, bebe". Czy oni zdają sobie sprawę z tego, że w normalnych okolicznościach w ogóle nie powinni uprawiać tego zawodu?

Myślę, że ich stosunek do własnej pracy jest znacznie bardziej ambiwalentny. Z jednej strony są dumni z tego, że udaje im się pomóc wielu osobom i że gdyby nie oni, po te osoby nikt by nie przyjechał. Z drugiej jednak - są świadomi, że system, w którym tkwią, zżera choroba.

Mam nadzieję, że opowiadając historię tej jednej rodziny i jej pacjentów, udało mi się pokazać, że w tym systemie ofiarami są wszyscy.

Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'
Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'

Brak profesjonalnej pomocy dla poszkodowanych czasem ma tragiczny finał - kończy się śmiercią w prywatnej karetce. Według mnie to właśnie pacjenci są największymi, jeśli nie jedynymi, rzeczywistymi ofiarami systemu.

To prawda, ale pracownicy karetek też stają się ofiarami, tyle że pazernych służb porządkowych. Te z kolei padają łupem wyżej postawionych dygnitarzy, którzy są równie skorumpowani jak ludzie postawieni na niższych szczeblach - system płacenia łapówek jest zhierarchizowany. Nikt w tej strukturze nie otrzymuje należytego wsparcia.

Moi bohaterowie naprawdę dają z siebie wszystko, i chyba widać to na filmie. Starają się ratować ludzi i dać miastu to, czego ono tak bardzo potrzebuje, ale na końcu muszą też ze swojej pracy wyżyć. I nie ma co się oszukiwać, że jeżdżenie ambulansem to zajęcie charytatywne. Nie! Rodzina prowadzi biznes i zarabia, jeżdżąc w miejsca wypadków i przewożąc ich ofiary do szpitali. Stąd mamy w filmie kilka momentów moralnie dwuznacznych.

Na przykład ten, gdy do karetki trafia dziewczyna, która przed chwilą wyskoczyła z okna. Niestety, poszkodowanej nie udaje się dowieźć żywej do szpitala. W karetce wraz z ratownikami jedzie jej matka, którą na koniec twoi bohaterowie proszą o pieniądze za przewóz. Kobieta odmawia zapłaty, argumentując, że załoga, zamiast zawieźć córkę do najbliższego państwowego szpitala, wiozła umierającą przez pół miasta do prywatnej placówki, która płaci prywatnym ambulansom za dostarczanie pacjentów.

Tak, to jeden z najtrudniejszych momentów w filmie. Ale prawda jest taka, że załogi prywatnych karetek muszą na czymś zarabiać. Większość poszkodowanych pojawiających się w filmie, mimo że otrzymuje pomoc, nie ma z czego za nią zapłacić. Prawo wcale ich do tego nie zobowiązuje. Mówi tyle, że prywatni ratownicy mogą zapytać o zapłatę, ale nie mogą nikogo do niej zmusić. Trzeba więc szukać innych sposobów na zarobek. Szansą stają się właśnie prywatne szpitale, a te nie zawsze znajdują się najbliżej miejsca wypadku, nie zawsze dysponują odpowiednim sprzętem, wreszcie nie zawsze są najlepszymi miejscami do ratowania życia. Ale to jedyna droga, by z prowadzenia karetki wyżyć. Prawda jest taka, że z wielu tych traumatycznych sytuacji po prostu nie ma dobrego wyjścia.

Musisz jednak przyznać, że dziewczyna, która wyskoczyła z okna, być może żyłaby, gdyby wcześniej znalazła się w szpitalu. Czy twoi bohaterowie zdają sobie sprawę z tego, że czasem są odpowiedzialni za śmierć swoich pacjentów?

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Ale pamiętaj, że oni przyjeżdżają na miejsca wypadków, na które nikt inny by nie przyjechał. Pomagają więc poszkodowanym, którzy w innym razie byliby pozostawieni samym sobie. Z drugiej strony nie ma co ukrywać - sposób, w jaki udzielana jest ta pomoc, stanowi problem. Niemniej jednak prywatny ambulans ze słabo wyszkoloną załogą, która chce na tobie zarobić, to czasem twoja jedyna szansa na przeżycie. Alternatyw na razie brak.

Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'
Kadr z filmu 'Nocna rodzinka'

Czy pytałeś swoich bohaterów, dlaczego do karetki zabierają 10-letnie dziecko?

Tak jak już mówiłem: nie mają co z nim zrobić, a chłopiec chce w przyszłości zostać ratownikiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że taki argument jest mało przekonujący, bo to dziecko w ciągu jednego tygodnia widzi więcej potwornych i traumatycznych zdarzeń niż większość osób przez całe życie, co z pewnością ma na nie ogromny wpływ. Równocześnie jednak nocne eskapady karetką są też szansą na bycie razem z rodziną, na wspólne spędzanie czasu.

Tylko że po całej nocy, kiedy ojciec ze starszym synem mogą odespać, młodszy musi iść do szkoły.

Chłopiec opuszcza dużo zajęć. To nierealne, że będzie skupiony podczas lekcji. Z drugiej strony wcale się nie dziwię, że ojciec i starszy brat naciskają, by jednak szedł do szkoły. Dla niego to jedyna szansa na życie inne niż w karetce.

Opowiadając ci swoją historię i wpuszczając cię do karetki, twoi bohaterowie wystawiają się na niebezpieczeństwo - na przykład ktoś może ich oskarżyć o dawanie łapówek. Jak udało ci się ich namówić do zwierzeń?

Zbudowanie relacji opartej na zaufaniu zajęło mi aż trzy lata. Oni uwierzyli, że pokażę prawdziwe oblicze tej pracy. W Meksyku prywatne ambulanse mają raczej złą reputację. Moi bohaterowie w filmie widzieli więc szansę na przedstawienie swojej perspektywy. Mam wrażenie, że meksykańska publiczność, opuszczając salę kinową, bardziej im współczuła i okazywała empatię niż widziała w nich wrogów publicznych. Ludzie dostrzegli, jak trudne jest życie, w którym każdego dnia musisz podejmować decyzje moralnie dwuznaczne i właściwie pozbawione dobrego rozwiązania.

Powiem więcej, film został znacznie cieplej przyjęty w Meksyku niż w innych krajach, bo powszechna korupcja nie jest dla jego obywateli żadną niespodzianką. Ludzie wiedzą, że tak działa władza na każdym szczeblu. Nie pokazujemy więc niczego nowego, raczej do tego powszechnie znanego mechanizmu dodajemy ludzką perspektywę.

Powiedziałeś, że prywatne karetki  mają złą reputację, czyli społeczeństwo jest świadome, jak one działają. Dlaczego w takim razie nikt nie walczy o zmianę?

Z pomocy ambulansu korzystasz najwyżej raz w życiu, a to i tak dużo. Ludzie więc nie zaprzątają sobie głowy systemem prywatnych karetek. Ale jeśli już obije im się o uszy, jak one działają, nie są zdziwieni. W Meksyku istnieje wiele obszarów, w których władze zawodzą swoich obywateli. Nie ma w tym nic szokującego. To, co było dla mnie niesamowite, to fakt, że Meksykanie podczas seansu "Nocnej rodzinki" potrafili się śmiać, bo momentami dokument miał dla nich charakter komediowy. W innych krajach nie spotkaliśmy się z taką reakcją. Meksyk ma jednak długą tradycję radzenia sobie z ekstremalnie trudnymi społecznymi problemami właśnie za pomocą śmiechu.

Luke Lorentzen (fot. mat. prasowe. Międzynarodowego Festiwalu WATCH DOCS)
Luke Lorentzen (fot. mat. prasowe. Międzynarodowego Festiwalu WATCH DOCS)

Czy ratownicy z prywatnych karetek mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności za nieprofesjonalne działania?

Dobre pytanie. Wydaje mi się, że załogi, zanim podejmą się przetransportować poszkodowanego do szpitala, informują go o tym, że są prywatnym ambulansem i proszą o wyrażenie zgody na udzielenie pomocy, a także zaakceptowanie wszelkich konsekwencji, jakie się z tym wiążą.

Zgoda oznacza więc, że pacjent, pakując się do karetki, w której pomocy udziela mu na przykład piekarz, ryzykuje śmiercią na własną odpowiedzialność.

Nie jest to jasno powiedziane, ale między słowami kryje się właśnie takie znaczenie. Pamiętaj jednak, że w Meksyku bardzo niewielki procent przestępstw jest zgłaszanych do organów ścigania. Nie jest tak jak na przykład w Stanach, gdzie panuje kultura pozwów. Pewnie zdarzyło się, że jakiś poszkodowany czy jego rodzina oskarżyli załogę o zaniedbania, ale takie podejście nie jest powszechne.

Czyli koniec końców, jeśli ofiara trafi do karetki twoich bohaterów, trzeba przyznać, że miała szczęście, bo przynajmniej jedna osoba z załogi ma jakiekolwiek wyszkolenie medyczne.

W trakcie zbierania materiału do filmu rozmawiałem z wieloma załogami i przynajmniej kilka z nich zachowywało się w stosunku do swoich pacjentów w sposób nawet nie tyle obojętny, co agresywny. Myślę, że trafiając do karetki prowadzonej przez moich bohaterów, poszkodowani i tak mają szczęście, bo przynajmniej zostaną potraktowani z empatią i zrozumieniem.


Luke Lorentzen.
Ur. 1993. Reżyser filmów dokumentalnych. Ukończył Wydział Historii Sztuki na Uniwersytecie Stanford. Jego pierwszy film "Santa Cruz del Islote" opowiadał o gęsto zamieszkanej przez rybaków niewielkiej kolumbijskiej wyspie. Nakręcił serial dokumentalny dostępny na Netflixie "Last Chance U", w którym widzowie zostają skonfrontowani z rzeczywistością młodzieżowych drużyn futbolowych. "Nocna rodzinka" - pierwszy pełnometrażowy film Lorentzena - była wyświetlana na ponad 130 festiwalach filmowych, gdzie zdobyła liczne nagrody, w tym na festiwalu Sundance, podczas którego autor otrzymał specjalną nagrodę jury.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku