Joan Collins

Joan Collins (fot. Kajus Pyrz)

wywiad gazeta.pl

Jako pierwszy polski fotograf robił zdjęcia Joan Collins. ''Ona wcale nie jest tą Alexis z pazurem''

Joan Collins to już jest jednak starsza pani. Oznajmiła mi, że chętnie zrobiłaby sesję na dachu, ale to już nie ten wiek. Były to więc głównie portrety - wspomina Kajus Pyrz.

Od dziecka chciałeś być fotografem?

Marzyłem, że zostanę piłkarzem. Takim jak Pele. Dobrze się zapowiadałem, od siódmego roku życia grałem w reprezentacji juniorów Warszawy i niebawem miałem być powołany do kadry Polski. Kiedyś na treningu zemdlałem, zabrali mnie do szpitala. Okazało się, że mam wadę serca. 

Miałem wtedy 14 lat i moje plany na przyszłość legły w gruzach. Nie wiedziałem, co chcę robić. Piłka nożna była całym moim światem. Pamiętam, jak dostałem w prezencie piłkę model Tango - takim właśnie rozgrywano mistrzostwa świata w 1982 roku. Spałem z tą piłką! Jak mi się trochę przytarła, smarowałem ją kremem Nivea, który przysyłał mój wujek z Francji, takim w metalowym opakowaniu. Jak moja babcia to zobaczyła!

No ale z piłki nic nie wyszło.

Moim kolegą z podwórka był Dominik Łoś, obecnie aktor Teatru Polskiego. Wtedy grał w serialu "W labiryncie" i wspólnie zafascynowaliśmy się obrazem. Kupił kamerę VHS i kręciliśmy krótkie filmiki, które później montowaliśmy u mnie w domu na kilku magnetowidach. Gdybym wtedy miał smartfona i gdyby istniał YouTube...

Ale nie zostałem polskim Tarantino, bo Dominik dostał się do Akademii Teatralnej i wsiąkł w aktorstwo. Na szczęście tak się złożyło, że nastąpiły zmiany ustrojowe i do Polski zaczął przyjeżdżać mój wujek, rzeźbiarz Józef Pyrz. Jego syn, czyli mój kuzyn, miał piękny aparat Canon. To była manualna lustrzanka. Wziąłem ją do ręki, przyłożyłem do oka i poczułem się, jakbym zniknął. Nie do opisania było uczucie, że mogę sobie wyciąć ładny kawałek z otaczającego mnie świata i uwiecznić tylko to, co mi się podoba... To było jak cud.


Kajus Pyrz i Kim Kardashian (fot. arch. prywatne)

Znalazłeś pasję?

Już wiedziałem, że chcę robić zdjęcia. Dostałem się do Europejskiej Akademii Fotografii i chłonąłem wiedzę jak gąbka. Nauczyłem się nie tylko wszystkich technik związanych z robieniem, wywoływaniem i obróbką zdjęć, ale zacząłem eksperymentować. Moja nauczycielka Izabela Jaroszewska powtarzała, żebym nie pozwolił się zamknąć w pudełku, inspirowała do szukania nowego. Pierwszym dużym wyzwaniem była sesja dla projektanta Arkadiusa - zrobiłem więc czarno-białe zdjęcia, które podkolorowałem. Bawiłem się nowościami - sesję modową do "Zwierciadła", jako pierwszy, zrobiłem w HDR. Polegało to na generowaniu zdjęć o bardzo dużej rozpiętości tonalnej, poprzez zmieszanie z sobą kilku zwykłych zdjęć lub jednego wywołanego przy różnych korektach ekspozycji. Wtedy nie było do tego programów i trzeba było to robić ręcznie.

Można zaryzykować stwierdzenie, że sztukę masz w genach.

Jeździłem do wujka do Paryża na wakacje, ferie zimowe, praktycznie spędzałem tam każdą wolną chwilę, a on bez przerwy coś rzeźbił. Miał w domu mnóstwo albumów o designie, malarstwie, rzeźbie, z których uczyłem się kompozycji. Prawie nie wychodziłem z Luwru, zajmowało mnie malarstwo.

Mój nieżyjący już wujek był niesamowitym człowiekiem. Mówił mi, żeby się nie bać, tylko odważnie kroczyć po to, co niemożliwe. On też miał marzenie: aby jego rzeźba znalazła się w Paryżu - mimo wielu przeszkód tak się stało. Dziś jego prace można zobaczyć w paryskiej bazylice Sacré-Coeur. Jeśli jemu się udało, to dlaczego ze mną ma być inaczej?

Tak wtedy myślałeś?

Postanowiłem, że przeniosę się do Paryża, ale ostatecznie po skończeniu szkoły wybrałem Londyn. W Polsce robiłem zdjęcia dla takich pism jak "VIVA!" czy "Twój Styl", ale chciałem czegoś więcej.


Sesja w Mozambiku (fot. Kajus Pyrz)

Czego?

Chciałem pokazywać nie tylko modelki w najnowszych kreacjach. Pomyślałem, że ciekawiej byłoby umieszczać te dziewczyny w jakiejś oryginalnej scenerii. Żeby coś się działo na kilku planach naraz. Zaczynałem od reportażu, więc chciałem połączyć modę i reportaż, choć wtedy królowały zdjęcia głównie pozowane.

Po skończeniu szkoły dostałem propozycję, aby prowadzić zajęcia z technik oświetleniowych. Przyniosłem dwa kolorowe magazyny. Wydarłem okładki i pokazałem studentom sesje ze środka. Nie byli w stanie powiedzieć, z jakiego to pisma. Sesje były w tym samym stylu. Ja chciałem robić coś innego, charakterystycznego.

I dopiąłeś swego.

Wysłałem maila do "HELLO! Magazine" i zaproponowałem, że chętnie zrobię dla nich sesję. "Przyjeżdżaj" - odpisali. Miałem na próbę sfotografować bardzo wówczas popularną brytyjską aktorkę Kate Ford. Poleciałem do Londynu, a stamtąd  miałem pojechać na zdjęcia do Manchesteru. Na miejscu potwornie lało, a w dodatku okazało się, że jest problem z busem. Załatwiłem więc kierowcę, bo wcześniej znalazłem ulotkę polskiej firmy transportowej. Gdy wydawało się, że sytuacja jest już opanowana, okazało się, że asystent sesji jednak nie może jechać. Mówię: "Nie ma problemu, sam sobie zmierzę i ustawię światło. Umiem to zrobić". Poprosiłem tylko, żeby producent dopilnował, że cały sprzęt w komplecie dotrze na miejsce z firmy, która miała go wypożyczyć.  

Następne zaskoczenie przeżyłem, gdy już dojechaliśmy na miejsce sesji. Okazało się, że to XI-wieczny zamek. Pomyślałem sobie: "Jest fajnie". Sam ustawiłem sobie sesję i sprzęt, producent nie krył, że jest pod wrażeniem. Zdjęcia też wypadły dobrze, więc mówi: "Teraz spotkajmy się z grafikiem, który obrobi zdjęcia". Na co ja: "A na co mi grafik? Sam je obrobię". I chyba tym kupiłem tego producenta. Zyskałem opinię fotografa nie tylko kreatywnego, ale i takiego, który wszystko potrafi, a nawet ogarnie kryzysową sytuację. Wyrobiłem sobie markę, kolejne redakcje zaczęły zamawiać u mnie sesje.


Kate Ford (fot. Kajus Pyrz)

Czyje?

Na przykład najpopularniejszej w latach 90. chińskiej aktorki z "Hero", Fan Bing Bing. Razem z nią przyszło na sesję 30 osób - to była jej świta. Coś do niej powiedziałem i wtedy podszedł do mnie mężczyzna z otoczenia gwiazdy i polecił, bym zwracał się do niego. A on jej przekaże. W sumie nie wiem dlaczego, bo aktorka mówiła po angielsku. Nie dociekałem, co przekazywał, bo sesja się udała.

Fotografowałem też egipską prezenterkę Monę Zaki z mężem. Wybrałem na sesję restaurację w arabskiej dzielnicy Londynu. Zauważyłem, że para jest "otwarta na eksperymenty", więc gdy ona włożyła lateksowe wdzianko, rzuciłem do producenta sesji: "A może pożyczylibyśmy węża boa, prezenterka położyłaby się na ziemi i zaczęła z nim wić". "Bardzo dobry pomysł, powiedz mi tylko, czy ma być boa albinos, czy zwykły". Myślałem, że on żartuje, ale po godzinie do restauracji zawitała kobieta z boa albinosem. 

A jak wspominasz współpracę z Ivaną Trump?

Mieliśmy zaledwie cztery godziny na zrobienie zdjęć. Ona leżała na suto zastawionym stole, pochylało się nad nią trzech modeli. Jeden z nich, w czym się nie od razu zorientowałem, był jej narzeczonym. Dwóch modeli się przebrało, a ten się snuje. Mówię do niego: "Stary, idź się przebierz i do roboty". Chwilę później podszedł do Ivany i pocałował ją w czoło. Zmroziło mnie, bo przecież wcześniej go zrugałem, a potem zapaliła mi się lampka, że mogę wykorzystać tę chemię między nimi przy kolejnych ujęciach.

Zawsze staram się znaleźć z modelką coś wspólnego. Do Ivany podszedłem, gdy się malowała do sesji. Powiedziałem jej, że moja babcia pochodzi z Czech, tak jak ona, a ja z Polski. Od razu złapaliśmy kontakt.

Ale nie zapytałaś, dlaczego mieliśmy na tę sesję tylko cztery godziny.


Ivana Trump (fot. Kajus Pyrz)

Dlaczego?

Otóż zaraz po zdjęciach Ivana leciała do Nowego Jorku do weterynarza. Bo jej pies się rozchorował. Sesja się udała, a Ivana zaczęła mnie polecać swoim bogatym koleżankom, m.in. Liz Brewer, która prowadziła wtedy w Wielkiej Brytanii program "Projekt Lady".

A jak to się stało, że sfotografowałeś Kim Kardashian?

Robiłem zdjęcia dla francuskiego projektanta Stephane'a Rollanda natomiast sama sesja odbyła się w Paryżu, dzień przed jego pokazem, na który byli zaproszeni Kim Kardashian i Kayne West. Byłem pełny obaw, bo wyobrażałem sobie, że ma przewrócone w głowie, krążyły zresztą o niej takie pogłoski. Szybko okazało się jednak, że te opinie były mocno przesadzone. Zapytałem ją, jak to jest, że jest jej wszędzie pełno, a ona odpowiedziała: "Wiesz, to jest moje pięć minut. Wycisnę je jak cytrynę".

Zrobiłem Kim sesję oraz zdjęcia na okładkę jednego z  brytyjskich magazynów. Nie miała żadnych fanaberii. Bez dyskusji spełniała każdą moją prośbę.

Joan Collins, której robiłeś zdjęcia, jako pierwszy fotograf z Polski, też była taka posłuszna?

Z Joan Collins musiałem trzymać dystans. Zwracałem się do niej z pełną estymą, mówiłem: "Pani Collins, czy zechciałaby pani spojrzeć w lewo" albo "Czy istnieje możliwość, żeby zrobić to tak?" itp. Ale ponieważ była ona dla mnie przede wszystkim Alexis z "Dynastii", którą uwielbiała moja mama, powiedziałem jej to na dzień dobry. Podziękowała z uśmiechem, była miła, ale dystansu tym nie przełamałem. Choć na planie słuchała tylko mnie. Gdy stylista nagle coś do niej powiedział, uciszyła go gestem ręki.

Jednocześnie wymagała stałej atencji ekipy. Przy jednym zdjęciu miała mieć na głowie perukę, ale fryzjer, który miał jej ją założyć, nagle gdzieś zniknął. Jak się później okazało, poszedł rozczesać tę perukę. Jak wrócił, pacnęła go szczotką w głowę, mówiąc: "Masz być zawsze przy mnie".


Kiera Chaplin (fot. Kajus Pyrz)

Dlatego sesja jest taka grzeczna?

Wiesz, Joan Collins to już jest jednak starsza pani. Oznajmiła mi, że chętnie zrobiłaby sesję na dachu, ale to już nie ten wiek. Były to więc głównie portrety. Poza tym tak naprawdę ona wcale nie jest tą Alexis z pazurem, jak może się co poniektórym wydawać.

Bałeś się, że nie spodoba jej się jakiś twój pomysł i też dostaniesz szczotką po głowie?

Nie spinałem się. Ale przyznam ci się, że mocno się denerwowałem podczas sesji w sukniach ślubnych z Rosanną Davison, miss świata, córką Chrisa de Burgha.  Była czymś mocno przybita, nie złapaliśmy kontaktu. Dosłownie ściana. W przerwach między ujęciami gdzieś ciągle dzwoniła, być może do ojca. Cóż, to był dla niej najwyraźniej zły dzień.

Jak było z Kierą Chaplin, wnuczką słynnego aktora?

Nigdy nie poznała dziadka. Sesja odbyła się w Londynie, więc od razu jej powiedziałem, że Charlie Chaplin był u nas niezwykle popularny. Sam go oglądałem w programie "W starym kinie". Obchodziłem się z nią trochę jak z jajkiem, ale trzeba przyznać, że Kiera nie ingerowała w zdjęcia. Nie zachowywała się jak niektóre polskie gwiazdy, stawiające warunki typu: "tym profilem nie będę pozować, bo jest gorszy". Nie reagują na moje uwagi, że właśnie ten "gorszy" profil jest bardziej fotogeniczny. Są też takie, które nie zgadzają się na zdjęcia z przodu, tłumacząc, że mogą pozować tylko z profilu. Bywa ciężko.

Światowe gwiazdy, nawet gdy wymagają zachowania niczym wobec królowej, jak Joan Collins, są łatwiejsze w kontakcie. Na przykład Dita von Tesse zgodziła się na sesję ze spadochronem. Potykała się o linki, ale zbywała to jakimś żartem i nie przerywaliśmy zdjęć. Zresztą z nią złapałem od razu coś w rodzaju telepatycznego porozumienia, nie potrzebowałem słów. Równie świadoma ciała była jeszcze tylko Nieves Álvarez. Fotografowałem ją do brazylijskiego "Vogue'a". Słowem nie musiałem się odezwać, żeby poinstruować modelkę, co ma robić. Pracowałem w ciszy i po kilku zdjęciach skończyliśmy. Mieliśmy wszystko.


Nieves Álvarez (fot. Kajus Pyrz)

Sesje z arabskimi księżniczkami też były pewnie interesującym doświadczeniem.

Najbogatszą z nich fotografowałem w jednym z dziesięciu najdroższych hoteli na świecie. Nie mogę ci powiedzieć gdzie, bo pisemnie zobowiązałem się do zachowania tajemnicy. Suknie, w których pozowała, musiały mieć rękawy do przedramienia, nie mogły być obcisłe. Akurat jej pozwolono odsłonić do zdjęć włosy, ale trzy kolejne księżniczki, które potem fotografowałem, pozowały w chustach.

Wszystkie pliki jeszcze podczas sesji ludzie z otoczenia księżniczek zgrywali na swój dysk. Słusznych rozmiarów ochroniarz stał przy laptopie i patrzył, czy aby na pewno skopiowałem każde zrobione zdjęcie.

Wymagający klienci. Masz samych takich?

Zdarza się, że robię sesje za jednego funta w Londynie albo w Polsce za złotówkę. To mój ukłon w stronę młodych projektantów, których nie stać na opłacenie profesjonalnego fotografa. Stawiam jednak jeden warunek: ja wybieram zdjęcia, które potem trafiają do magazynów. Zresztą nie jestem jedynym fotografem, który to robi.

Ostatnio fotografowałem 16 młodych aktorów z Agencji Aktorskiej KLK. To było spore wyzwanie, bo od aktorów wymagam więcej niż od modelek. Wiem, czego ich uczą w szkole teatralnej. Powstały naprawdę świetne zdjęcia.


Młode aktorki: Zuzanna Kotara i Kaja Chmielewska (fot. Kajus Pyrz)

Kiedyś  w Londynie robiłem sesję modową dla jednego z najdroższych jubilerów. Żadna firma ubezpieczeniowa nie zgodziła się przewieźć jego biżuterii, więc zdjęcia powstawały w salonie, w pomieszczeniu cztery na cztery metry kwadratowe. Musiałem coś wyczarować i wyczarowałem. Z kolei najdroższa sesja, której się podjąłem, miała 300 tysięcy funtów budżetu. W Londynie wciąż są inne realia niż w Polsce. Większy rozmach, większe gaże dla modelek, stylistów, producentów i fotografów. Poza tym mówimy o kampaniach międzynarodowych, stąd większy rozmach.

Tobie z kolei nie brakuje rozmachu w kreowaniu scenografii.

Uwielbiam takie, które przypominają plan filmowy. Zdarzyło mi się też przerobić halę w dżunglę, w której fruwało 20 papug. Fotografowałem Nancy Dell'Olio, ówczesną narzeczoną trenera reprezentacji Anglii, Svena-Gorana Ericssona. Modelka pozowała w najnowszych kreacjach od Diora, Gucci i Channel, które ściągnięto z Paryża, prosto z pokazów.


Joan Collins i Kim Kardashian w obiektywie Kajusa Pyrza (fot. Kajus Pyrz)

Opowiesz mi o fanaberiach gwiazd?

Bywało, że na sesje w Londynie życzyły sobie catering z ulubionymi daniami z Nowego Jorku. Albo pewnego razu jedna z gwiazd podczas sesji w atłasowej, misternie ułożonej pościeli nagle wstała, ubrała się, wstała i wyszła. "Muszę wyprowadzić psa" - powiedziała. I już nie wróciła.

Innym razem pewna bardzo znana pani z wysokich sfer przyszła na sesję kompletnie nieprzytomna, zapewne po imprezie. Makijażysta, aby sprawić że oczy są duże i dobrze wyglądają na zdjęciach, musiał powieki przyklejać plastrami, bo terminu sesji nie dało się już przesunąć.

Po tylu latach pracy coś cię jeszcze jest w stanie zaskoczyć?

Robiłem przy ul. Burakowskiej zdjęcia Jolancie i Aleksandrowi Kwaśniewskim. Nagle prezydent zobaczył kuriera na rowerze. Podbiegł do niego i mówi: "Czy mogę pożyczyć twój rower, bo chcę przewieźć żonę na ramie". Kurier się zgodził i miałem świetne ujęcie. W ogóle Kwaśniewscy ujęli mnie i jako para, i jako bezpośredni, cudowni ludzie.


Kajus Pyrz (fot. arch. prywatne)

Kajus Pyrz. Fotograf mody, pochodzi z Warszawy. Jego prace były pokazywane w Polsce i za granicą m.in. w Nowym Jorku, Hadze i Londynie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku