Zuzanna Łapicka w 2018 roku

Zuzanna Łapicka w 2018 roku (fot. Dawid Żuchowicz / AG)

ludzie

Przyjaciółki stanu wojennego. "Zuzia złamała cały mój dystans, pancerz i asekurację przed innymi"

Przedstawił je sobie Daniel Olbrychski, późniejszy mąż Zuzanny. Nie wiedziały, że się od razu zaprzyjaźnią. W stanie wojennym Zuzia z Danielem wyemigrowali do Francji. Wkrótce dołączyła do nich Magda Umer z małym synkiem. "Stali się wtedy moją małą rodziną zastępczą", opowiada Umer we wzruszającym wywiadzie-rzece poświęconym zmarłej przyjaciółce.

Umie pani lepić pierogi? *

Nie. Ale umiem robić placki ziemniaczane! 

Czyli z ruskich jednak nici. 

Gdyby ktoś mi pomógł, może bym się nawet nauczyła. Ale nie będę udawać, że potrafię. Zacząć od kłamstwa?! To byłaby najgorsza rzecz. 

A jak smakowały te pierogi, które jadłyście w Kawiarni Literatów przy placu Zamkowym? 

Ach, tam to umieli je robić! To prawda. A my - nie tylko dlatego, że nie umiałyśmy - chodziłyśmy do nich na pierogi. Bo tak naprawdę bywałyśmy tam głównie po to, żeby posłuchać, jak i o czym rozmawia ze sobą ginąca w Polsce klasa inteligencji. Przychodzili tam wspaniali, ciekawi ludzie. 

Czyli pani Zuzanna też nie umiała robić pierogów! 

A skąd! Zuzia niczego nie umiała ugotować. Przypomina mi się ciekawa historia na ten temat. To było wtedy, gdy urodziła się Weronika. Zuzia pomieszkuje w Podkowie Leśnej z Danielem, którego zazwyczaj nie ma. Ja też tam pomieszkuję ze swoim synem Mateuszem. I jest z nami pani Krystyna, niania Weroniki i gosposia, która była też wcześniej nianią maleńkiej Zuzi. Pewnego dnia przyjeżdżają do nas rodzice Zuzi - Zosia i Andrzej - a pani Krystyna skarży się im, załamuje ręce i donosi na dorosłe dziecko, które traktuje jak niedorosłe, mówiąc, że ta Zuźka niczego nie potrafi. "Ona, proszę państwa, sama w kuchni to nic nie potrafi zrobić... nawet ziemniaków obrać! Przecież to wstyd, dorosła kobieta, no chociaż tyle, to już powinna umieć", mówi gosposia. Na co pan Andrzej odpowiada: "Otóż myli się pani, pani Krystyno. Zuzia niczego nie powinna umieć robić w kuchni!". I biedna kobiecina zamilkła zdumiona. Tak właśnie była wychowywana Zuzia. 

Prawdziwa żona modna! 

Kiedyś do Zuzi i Daniela miał przyjść z pierwszą wizytą Jarosław Iwaszkiewicz, który także mieszkał w Podkowie Leśnej. Obserwowałam go z zachwytem wiele razy, jak spacerował po wielkim lesie-ogrodzie i wyglądał jak stary kroczący dąb, król tych wszystkich drzew, które mijał. Panu Jarosławowi oczywiście bardzo podobał się Daniel, więc chciał go sobie pooglądać z bliska. A Zuzia postanowiła zaimponować jako żona i udać dobrą gospodynię. Kupiła więc w Milanówku taki tort, który nazywa się Jojo. Do dzisiaj kupuję go na Wigilię, a moje dzieci to uwielbiają. Jojo to jest prawdziwe dzieło sztuki. Zaczyna się uroczysty podwieczorek. Zuzia kroi tort, podaje go na kryształowych talerzykach po prababci, idzie na całość i łże straceńczo, że to wszystko własnej roboty. A pan Jarosław zaczyna jeść, śmieją mu się oczy i mówi: "Ach! Ten Milanówek!". 

Magda Umer w 2001 roku (fot. Arkadiusz Ścichocki / AG)
Magda Umer w 2001 roku (fot. Arkadiusz Ścichocki / AG)

Wszystko się wydało. 

Zuzia naprawdę nie umiała niczego zrobić. Nawet jajecznicy! Przywoziła obiad z chińskiej restauracji i udawała przed Danielem, że sama go zrobiła. Ale to mama nauczyła ją tak kłamać. Mama, która do końca życia podawała swojemu ukochanemu mężowi niedogotowany makaron do jedzenia, bo przecież uczono ją dobrych manier i języka francuskiego, a nikt jej nie uczył, jak się dogotowuje makarony. I Zuzia była po prostu uczona takiego udawania od dzieciństwa. Była wychowywana na hrabiankę. I naprawdę nią była. 

Jak zatem połączyć ten świat hrabianki ze światem dziewczyny, w której domu koncertują świerszcze i wiatr w kominie? W swojej książce Zuzanna Łapicka napisała tak: "Znając ją jedynie z ekranów telewizora, nigdy nie myślałam, że się z nią zaprzyjaźnię. Wydawała mi się poetycko egzaltowana, bez poczucia humoru. Okazało się, że jest całkiem odwrotnie". To o pani. 

Tak było. Często mi to w życiu powtarzała. Jak mówiła - do głowy jej nie przyszło, że śpiewając te moje "Leśmiany", mogę mieć poczucie humoru. Tymczasem gdyby nie to, już dawno nie byłoby mnie na świecie. Tak myślę. Właśnie to ratuje i broni mnie przed całym mozołem i złem tego świata. I wydaje mi się, że to wspólny typ poczucia humoru bardzo nas połączył. Krysia Janda też zresztą coś takiego o mnie mówiła, zanim poznałyśmy się osobiście. Podobno mam coś w spojrzeniu, co niektórzy nazywają nieprzystępnością. Z tego powodu ludzi onieśmielam. Już pan profesor Kamiński od fizyki mówił, że nie może wytrzymać mojego krytycznego spojrzenia na lekcji. Ale ja o tym nie wiedziałam i do dzisiaj nie zdaję sobie z tego sprawy. Mnie się wydaje, że mam łagodne oczy skomplikowanej kobiety. 

Pani od razu wiedziała, że się zaprzyjaźnicie? 

Nie. To było tak, że znałam się wtedy dużo bliżej z Danielem Olbrychskim, bo występowaliśmy razem w różnych przedsięwzięciach artystycznych. Na przykład w Weselu w Teatrze Narodowym u Hanuszkiewicza albo w programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich. Któregoś dnia przyprowadził mi właśnie Zuzię czy też raczej mnie do niej przyprowadził. Mówił, że poznał taką polską Marię Schneider. Tak właśnie ją opisywał. Przypominała mu aktorkę, która grała wówczas w Ostatnim tangu w Paryżu. Może dlatego, że Zuzia miała wtedy na głowie loczki? Nie wiem. W każdym razie Daniel zachwycał się nią, a i mnie szalenie spodobał się jej uśmiech i jej, jak mi się wtedy wydawało, niezwykła serdeczność. Zdobyła mnie od pierwszej chwili. Złamała cały mój dystans, pancerz i asekurację przed innymi. Bo ja nie jestem łatwa do poznawania się z kimkolwiek. Boję się ludzi. A ona była bardzo nieśmiała, skromna i zalękniona, a jednocześnie nawet przez moment nie było z nią nudno. Żadna chwila z nią nie była stratą czasu. Oj, dużo wspomnień. 

Jakie były te wasze pierwsze spotkania? 

Kręciliśmy z Danielem widowisko pod tytułem Leśmian, w reżyserii Bogusławskich, gdzieś w wąwozach Kazimierza nad Wisłą. Naturalna, niesamowita scenografia i jeszcze do tego wspaniały Adam Myjak poustawiał tam swoje rzeźby. Zuzia już jako młoda narzeczona do nas dojeżdżała. Pomagała, dowoziła jedzenie, chyba nawet podpowiadała tekst. Wszystkich uwiodła swoim wdziękiem i serdecznością. A ja oprócz śpiewania miałam tam biegać po łące prawie nago i to mnie trochę przerażało, bo byłam już w ciąży. Ktoś wpadł wtedy na pomysł, żeby zatrudnić jakąś panią, która zamiast mnie będzie biegała na golasa po łące. Kiedy zobaczyłam, jaki ona ma biust, powiedziałam, że nigdy w życiu nie pozwolę, żeby myślano, że to mój biust i sama zaczęłam biegać po łące. Prawie na golasa! 

Zuzanna Łapicka w 1996 roku (fot. Sławomir Kamiński / AG)
Zuzanna Łapicka w 1996 roku (fot. Sławomir Kamiński / AG)

Ale co było nie tak z biustem dublerki? 

No jakiś taki. Z jej biustem to było po prostu nieporozumienie! 

To znaczy nie spełniał warunków? 

O właśnie. Nie spełniał warunków. A jeszcze ten Leśmian, który pisał: "A jej pierś zakończona różową soczystką". I tamta miała udawać, że to ja? Nie, nie. I tak wyszło, że to ja biegałam, okryta jakąś gazą. Ktoś niedawno mi to pokazał na YouTubie. To były już ostatnie chwile, kiedy nie było jeszcze aż tak widać mojego brzucha. Ale był już biust, który za chwilę będzie pełen mleka i będzie karmił jakieś cudowne dziecko. 

A jak to się stało, że Daniel i Zuzanna, już jako małżeństwo, przyjęli panią pod swój dach we Francji? 

Oni stali się wtedy moją małą rodziną zastępczą. 

"Grzeję się przy ich ognisku, nie mając nadziei na własne". Tak pisała pani w swoich pamiętnikach, które później spłonęły w pożarze domu. 

Rzeczywiście spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, ponieważ ja byłam sama. To znaczy prawie sama, bo byłam w tajemnym związku z pewnym żonatym mężczyzną. Daniel grał w filmach, a my z Zuzią bardzo dużo razem podróżowałyśmy. To właśnie wtedy pierwszy raz pokazała mi swoje ukochane Chałupy, Juratę, Hel. Stałyśmy się prawie nierozłączne i kiedy zbliżał się czas mojego porodu, to właśnie Zuzia załatwiła, żeby ten poród odbierał tata jej przyjaciółek, Marysi i Basi Winiarskich, które śpiewały i tańczyły. To był grudzień 1977 roku. Miałam chyba jeden z pierwszych w Polsce bezbolesnych porodów. Parę lat nie mogłam po nim dojść do siebie, ale naprawdę nic mnie nie bolało. Jakiś asystent dał mi zastrzyk i kazał przeć. Pytałam: "Kiedy mam zacząć?". A on na to, że kiedy mnie zacznie boleć. "Ale kiedy mnie zacznie boleć?", dopytywałam. "Jak się zapali czerwone światełko", tłumaczył. Taki był mój poród z pierwszym dzieckiem, z Mateuszem. A Zuzia to zorganizowała i przy tym wszystkim była. To nas szalenie złączyło. A potem ona zaszła w ciążę, którą niestety straciła i wielka to była dla nas wszystkich tragedia. Długo dochodziła do siebie. Uratowała ją następna ciąża szczęśliwie zakończona przyjściem na świat zdrowiutkiej i ślicznej Weroniki. Te wszystkie przeżycia sprawiły, że byłyśmy już bardzo, bardzo blisko. I zaczęłyśmy żyć jak rodzina. 
Kiedy Weronika miała dwa lata, Mateusz był pięcioletnim chłopcem. Wtedy właśnie zaczął się stan wojenny i wyjechałam do nich, do Francji. Zaprosili mnie dlatego, że w Polsce straciłam pracę, nie miałam za co żyć i zostałam wyrzucona z telewizji jako ta, która tworzy antysocjalistyczne programy.

Tak mówił pewien generał.

I dostałam tak zwany rosyjski szlaban. To znaczy, że nikt do mnie nie przyszedł, żeby mi powiedzieć: "Nie może pani występować". Było zupełnie inaczej. Wszędzie tam, gdzie mnie zapraszano, szedł komunikat, że nie mogę przyjechać. A mnie mówili, że coś się tam zepsuło. Z bardzo wieloma ludźmi tak postępowano. Wielu nie rozumiało, co się dzieje i dlaczego nie dochodzi do żadnego koncertu. Nie miałam więc żadnych pieniędzy. Niczego. I uratował mnie wtedy między innymi Andrzej Wajda, który w stanie wojennym kręcił w Paryżu Dantona. Zaangażował tam całą masę polskich aktorów i z Teatru Starego z Krakowa, i z teatrów warszawskich. Jednocześnie był zaprzyjaźniony z Teatrem Nanterre pod Paryżem i ludziom, którym chciał pomóc, załatwiał w nim fikcyjny angaż. W ten sposób dostawało się papiery.

Agata Passent, Magda Umer i Zuzanna Łapicka w 2002 roku (fot. Krzysztof Rak / AG)
Agata Passent, Magda Umer i Zuzanna Łapicka w 2002 roku (fot. Krzysztof Rak / AG)

I tak wyjechała pani do Francji. 

Była tam wtedy Krysia Janda, która kręciła jakiś film. Daniel pracował nad dwoma czy trzema filmami i miał świetny czas zawodowy. Szaleli za nim Anouk Aimée i Claude Lelouch. Był już naprawdę gwiazdą. Wynajął willę pod Paryżem i ja tam zamieszkałam z Mateuszem, który zaczął chodzić do francuskiego przedszkola. Okazało się, że obok mieszka słynna gorszycielka Irena Krzywicka. Chodziłam do niej spisywać jej wspomnienia i w ten sposób zarabiałam na życie. Później dokończyła to Agata Tuszyńska i zrobiła z tego dobrą książkę. Pracowałam gdzie się dało, u kogoś sprzątałam, komuś pomagałam przy dzieciach i dostawałam za to pieniądze. A potem wysyłałam je do Polski, pomagając w ten sposób biednym ludziom. Zawsze dobrze się czułam tylko wtedy, kiedy mogłam pomagać innym. To strasznie szokowało Zuzię, ponieważ ona uważała, że jestem najzwyczajniej w świecie stuknięta. Bo przecież to oni płacili za dom, czynsz, prąd, ciepłą wodę. A ja? Co zarobiłam jakieś pieniądze, to kupowałam komuś buty albo płaszcz. 

"My, w tym domu pod Paryżem, stworzyliśmy sobie taką małą Warszawę. To był nasz Motel Lambert", pisała. 

Bardzo ładnie Zuzia to nazwała. Wszyscy tam bywaliśmy. Były spory o to, czy Daniel, Wojtek Pszoniak i Krysia Janda mogą chodzić w drogich i modnych ubraniach, skoro w Polsce tylu ludzi siedzi w więzieniu. Razem z Krysią Zachwatowicz chodziłam po tanich sklepach i kupowałyśmy majtki i staniki, bieliznę dla internowanych kobiet w Gołdapi. Każdy pomagał, jak mógł i umiał. 

Pamięta pani Wigilię na emigracji w 1982 roku? 

Było ciepło i rodzinnie i była namiastka ojczyzny. A wszystko dzięki tej wspólnocie, bo byli tam z nami rodzice Zuzi.  

Paradoksalnie - wszystko to dzięki stanowi wojennemu. 

No tak. Byłyśmy przyjaciółkami stanu wojennego. 

Zuzanna pisała tak: "Czas emigracji bardzo nas do siebie zbliżył. Przyjaźń z Krysią Jandą i Magdą Umer zawiązała się wtedy na dobre i na złe i trwa do dziś. Nie musimy sobie niczego tłumaczyć. Mamy wspólne wspomnienia, każdą rozmowę zaczynamy od słów: A pamiętasz, jak...?". 

A potem nawet już nie musiałyśmy wcale mówić: "A pamiętasz, jak...?". Wystarczyło, że na coś popatrzyłyśmy i w tym samym momencie machałyśmy głowami. Od razu wiedziałyśmy, o co każdej z nas chodzi. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa OsnoVa (mat. prasowe)
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa OsnoVa (mat. prasowe)

*Fragmenty książki "Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką" (wyd. Osnova) 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku