Część Polaków pojawia się w swoich rodzinnych domach tylko na Święta

Część Polaków pojawia się w swoich rodzinnych domach tylko na Święta (fot. Shutterstock)

reportaż

Opłatek, wigilijna kolacja, pasterka. W święta nawet ateista nie chce mamie robić przykrości

Dla Szymona wyjazd na święta to "odwalanie pańszczyzny". Żeby kiedyś nie usłyszeć: "Do mamusi na święta nie przyjechałeś, a teraz nad trumną to chcesz chapnąć ten hektar pod lasem". Hania czuje motyle w brzuchu, kiedy pociąg, którym jedzie na rodzinną wigilię, zbliża się do stacji Zielona Góra Główna. - Moje koleżanki uciekały ze swoich domów do mojego - mówi.

Studenci do domów wracają częściej. Jeszcze żyją "życiem pół na pół": swoim i tym dla rodziny. Ale już zapracowani 30-, 40-latkowie, którzy zdążyli osiągnąć zawodową stabilność, to ludzie wyrwani z rodzinnych miast i wsi z korzeniami. Zapuszczają je od nowa, coraz częściej setki kilometrów od rodzinnego domu.  

Zjawisko migracji za edukacją i pracą dotyczy dziś każdego większego miasta. W nie tak przecież dużym Toruniu - liczy 180 tysięcy mieszkańców - ponad 20 tysięcy to studenci. Wielu z nich zostaje w mieście na stałe, spora część wiąże życie z niedaleką Bydgoszczą. Nawet nie myślą o powrocie do rodzinnych miejscowości na stałe. 

Kiedy zbliża się Wigilia, wsiadają do samochodów, pociągów i autobusów i ruszają. 

Kiedy zbliża się Wigilia, Polacy wsiadają do samochodów, pociągów i autobusów i ruszają w podróż do rodzinnych domów (fot. Damian Kramski / AG)
Kiedy zbliża się Wigilia, Polacy wsiadają do samochodów, pociągów i autobusów i ruszają w podróż do rodzinnych domów (fot. Damian Kramski / AG)

Święta z otwartą głową 

21, 22 i 23 grudnia toruńskie dworce zaludniają się studentami ciągnącymi za sobą ciężkie walizy. Wśród czekających na pociąg będzie Hania*. Studiuje prawo, pochodzi z Zielonej Góry, do domu nie wraca często. Ale jak już wróci, to z uśmiechem na ustach. Należy do szczęściarzy, dla których rodzinne święta nie są przykrym obowiązkiem do odhaczenia, ale przyjemnością.   
Moja mama ma dziesięcioro rodzeństwa - mówi, a wiatr porywa jej szalik, bo kiedy rozmawiamy na kampusie toruńskiego uniwersytetu, wieje akurat niemiłosiernie. - W Wigilię w naszym domu spotyka się prawie 50 osób. 50! I jest to najbliższa rodzina, najbliżsi kuzyni. Możesz sobie wyobrazić, że jest wesoło. 

Do wyjazdu nie musi się mentalnie nastrajać. Kiedy pociąg zbliża się do stacji Zielona Góra Główna, Hania nie czuje w brzuchu ścisku, napięcia - Hania czuje motylki. - Wszyscy wiemy, co się u kogo dzieje, więc nie musimy się za bardzo wypytywać - mówi. - My się po prostu dobrze znamy. Nie ma "stu pytań do", ale nie ma też krępującej ciszy przy stole. Jest za to dużo gotowania. Potem cała ekipa spotyka się na sylwestra. 

Hania tłumaczy, że było tak zawsze. - Moje koleżanki uciekały ze swoich domów do mojego - mówi. - Teraz ja po nieudanej randce dzwonię właśnie do mamy.  

*** 

Marta rodzinę ma w Toruniu, mieszka w Bydgoszczy. Na co dzień dużo pracuje - ostatnio w miesiącu miała wolny tylko jeden dzień. Resztę wypełniały spotkania, często daleko od domu. - Im więcej podróżuję - mówi - tym mniejszy wydaje mi się Toruń. Jako dziecko wyjazd na drugi koniec miasta z dziadkami traktowałam jako wyprawę, dziś mam poczucie, że wszystko jest "po sąsiedzku". Kiedy odwiedzam miejsca związane z dzieciństwem, przypominają mi się czasami dziecięce troski, które teraz, z perspektywy dorosłej osoby, są banalne.  
Na święta wraca odpocząć, złapać chwilę ciszy. - Wcześniej staram się pozamykać wszystkie tematy zawodowe, złożyć życzenia znajomym, by przez tych kilka dni mieć otwartą głowę - mówi. - Od kiedy umarła pewna bliska nam osoba, święta w domu stały się bardziej sentymentalne. Czego się po nich spodziewam? Odpoczynku, oderwania od codziennych spraw. Ale i oczywiście pytań o to, kiedy pojawią się dzieci. 

Najbardziej wkurza ją pierwsze 15-20 minut spotkania przy stole, kiedy atmosfera jest nieco sztywna i nikt się nie odzywa. - Albo kiedy dwie osoby z rodziny mają odmienne zdania i próbują przeciągnąć na swoją stronę pozostałych członków rodziny. Ale wiesz co? I tak ich wszystkich kocham - mówi. 

Jarmark świąteczny w Bydgoszczy (fot. Łukasz Antczak / AG)
Jarmark świąteczny w Bydgoszczy (fot. Łukasz Antczak / AG)

*** 

Paweł w drodze jest niemal cały rok. Pilotuje zagraniczne wycieczki. Mieszka w Toruniu, ale zanim wróci tu na Boże Narodzenie, wstępuje do domu rodzinnego, 120 kilometrów dalej, i tam spędza noc. - W święta odkładam telefon na biurko i przez te kilka dni o niczym staram się nie myśleć - mówi. - Kiedy spełnię pewne obowiązki, wynikające z wieloletniej tradycji - ubiorę z bratem choinkę, trochę posprzątam, odwiedzę wszystkich znajomych - mogę się po prostu pocieszyć z pobytu w rodzinnym domu. Tam zawsze czuję się bezpieczniej.  

Kiedyś wszędzie pędził - byle wcześniej, byle szybciej. - Któregoś razu zerwałem się z pracy, żeby jechać na święta, i po drodze miałem wypadek - mówi. - Od tamtej pory już się nie spieszę.  

"Boomerzy" kontra "doomerzy" i "zoomerzy" 

Dla mnie powroty do domu na święta Bożego Narodzenia to festiwal sztuczności pod presją, często narzuconą samemu sobie, by mieć spokój do Wielkanocy - uważa Szymon z Lublina. -Takie odwalanie pańszczyzny, żeby nie mieć problemów przy podziale spadku. Żeby potem nie usłyszeć: "Do mamusi na święta nie przyjechałeś, a teraz nad trumną to chcesz chapnąć ten hektar pod lasem". 

Szymon obrazowo wyjaśnia, że przez cały rok, poza świętami, trzy generacje, określane w mediach społecznościowych i licznych memach jako "boomer", "doomer" i "zoomer", żyją w oddzielnych światach i niewiele mają ze sobą wspólnego. 

"Doomer" to w internetowym żargonie ktoś, kto urodził się w latach 90. Uczestniczy w wyścigu szczurów, dużo pracuje i samoocenę buduje na tym, co kupi (na kredyt lub za gotówkę). "Zoomer" przyszedł na świat po 2000 roku. Niezbyt dobrze radzi sobie w społeczeństwie, nie potrafi znaleźć przyjaciół ani miłości, frustruje go szkoła, Internet służy mu do poprawiania samopoczucia, podglądania "lepszych od siebie" na Instagramie i grania w grę Fortnite. "Boomer" to przełożony albo rodzic "zoomera" i "doomera", który ich świata nie rozumie. 

Spotykanie się z rodzicami-boomerami raz na pół roku jest dziwne - mówi Szymon. - Każdy żyje swoim życiem, a tu trzeba "szczere i od serca" życzenia nad opłatkiem składać. Już śledzik w pracy lub gronie znajomych jest bardziej na luzie, bo z tymi ludźmi żyjesz na co dzień i zazwyczaj są z twojego pokolenia, rozumiecie się. A boomerzy, czyli po prostu wapniaki, to jeszcze przeliczają pieniądze na stare złote, nigdy nie kupili samochodu z klimatyzacją, bo po co, skoro w 1988 roku ojciec zrobił trasę Warszawa -Bukareszt maluchem w lipcu i przeżył. Nadal nazywają firmę "zakładem pracy", niby mają smartfona, ale umiejętności podstawowe - telefon, SMS, foto, czasem Skype. Nie ufają technologii, bo "wiesz, synek, te karty to zaraz wyczyszczą, a gotówka to gotówka". 

Przedświąteczne zakupy (fot. Grażyna Makara / AG)
Przedświąteczne zakupy (fot. Grażyna Makara / AG)

Na tip-top 

Michał ma 31 lat i w domu bywa raz na dwa, trzy miesiące. Pracuje w marketingu w dużej firmie w Bydgoszczy. Przyznaje: w dzieciństwie rodzice trzymali go pod kloszem. Świat przedstawiali jako jedno wielkie zagrożenie. Kiedy się wyrwał, najpierw odżył, a potem powoli staczał się w depresję. Bo organizm, nieodporny na stresy i odpowiedzialność dorosłego życia, w końcu nie wytrzymał. Teraz jest już lepiej, ale święta to ciągle okres, kiedy ciężar na plecach wydaje się Michałowi większy. Wszystko musi być na tip-top, dopięte na ostatni guzik. Opony w samochodzie wymienione? Wymienione (bo tata zapyta). Nowa koszula, marynarka, czyste buty (na Wigilię i pasterkę). Sprawy pozałatwiane, żeby przy stole nie zaglądać do komórki (co babcia na to powie?). Życzenia złożone bliskim i dalszym krewnym (bo przecież czekają).  

Ale najważniejsze przygotowania dotyczą kalendarza: przyjazd ma być zaplanowany tak, by w domu być dzień przed Wigilią, pokrzątać się. Potem Wigilia spędzona z rodzicami, dopiero później można skoczyć na godzinkę do narzeczonej. Pełne dwa dni spędzone przy stole. Rano obowiązkowo kościół, bo mama chce się pochwalić synem sąsiadom. Kiedy więc Michał wraca do domu 28 grudnia, umawia się z kumplem na dużą wódkę. Dopiero na drugi dzień na kacu czuje się sobą.  

*** 

Jeśli Kamila miałaby opisać swoje domowe święta jednym słowem, byłaby to "rutyna". - Co roku wyglądają tak samo. Moim rodzicom do głowy by nie przyszło, żeby coś zmienić - mówi. Na Wigilię z Wrocławia, gdzie prowadzą z narzeczonym firmę, wraca do małego miasteczka koło Łodzi. - Rozmowy jak w typowej polskiej rodzinie: o polityce, sporcie i o tym, czego to się kiedyś nie robiło. Przy okazji wspominanie bliskich zmarłych. Nie obejdzie się bez kłótni na jakiś drażliwy temat. Rodzinne miasto? To już dla mnie obce miejsce. Wracam tam tylko po to, żeby odwiedzić rodziców. Nie mam tam już znajomych.  

Dla wielu dzisiejszych 30-latków - a do takich należą Michał, Szymon i Kamila - święta to czas konfliktu. Starcia między stylem, w jakim żyją na co dzień, a konserwatyzmem rodzinnego domu. Zwykle jednak osobiste przekonania muszą zejść na drugi plan. Przegrywają walkowerem z tradycją i obyczajem. 

Pasterka w Kościele św. Alberta Chmielowskiego w Zielonej Górze (Fot. Władysław Czulak / AG)
Pasterka w Kościele św. Alberta Chmielowskiego w Zielonej Górze (Fot. Władysław Czulak / AG)

Na bieżąco 

Julia pochodzi z małej wsi pod Płockiem, a pracuje w Toruniu. Do świąt jakoś szczególnie się nie przygotowuje. Walizkę pakuje w ostatniej chwili: kosmetyki, ubrania, prezenty, i tyle. - Od dwóch lat jeżdżę już raczej do "rodziców" niż "do domu". Moim domem jest już mieszkanie w Toruniu - mówi. Choć przyznaje, że u niej w domu rządzi raczej świąteczna rutyna, w tym roku może być inaczej. - Od jakiegoś czasu nie jem mięsa. O ile podczas wigilii da się to ukryć, już w same święta pewnie będę musiała o tym wspomnieć. Czuję, że może być zamieszanie. 

Julia jest ateistką. Ale o tym raczej rozmowy nie będzie. Domowa wigilia zacznie się jak zawsze o 15. Wcześnie, bo potem wszyscy jadą na kolejną kolację. Później pasterka. Obowiązkowo. Chociaż jest niewierząca, nie wyobraża sobie zrobić mamie przykrości i nie iść do kościoła.  
Julia jeszcze kilka lat temu podczas świąt spotykała się z dawnymi znajomymi. Z podwórka, ze szkoły. Teraz już tego nie robi. - Nawet nie wiem, kiedy te spotkania się skończyły. Nie pamiętam już, kto do kogo przestał pisać i kto kogo przestał zapraszać - mówi Julia. - Kiedyś wydawało mi się, że w mojej wsi nic się nie zmienia. Wracałam do domu, do dawnego pokoju i spotykałam się z tymi samymi znajomymi jakby czas stanął w miejscu. Później okazało się, że ja zupełnie nie wiem, co się we wsi dzieje. Kto jest sołtysem, kto wyjechał, kto wziął ślub, kto umarł. A to w takiej małej miejscowości ważne. Teraz mam już tylko status gościa. Starzy znajomi, jeśli spotkamy się gdzieś przelotem, mówią, że jestem "miastowa". Niby żartem, ale brzmi jakby mieli mi za złe, że nie jestem "na bieżąco". To mnie najbardziej denerwuje. 

Na gotowe 

Maciek pracuje w Warszawie, w dziale IT dużej firmy. Jakiś czas temu ogłosił bliskim, że jest ateistą. - Rodzice starają się nie myśleć o moim ateizmie, a ja nie muszę im tłumaczyć, że św. Mikołaj i choinka mają ze świętami tyle wspólnego, co zeszłoroczny śnieg z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi - mówi. - W zasadzie to dosyć zabawne, bo rodzicom chyba cały czas wydaje się, że ten cały ateizm to jakaś fanaberia, która przechodzi w momencie, gdy człowiek poważnie zachoruje albo znajdzie się w sytuacji zagrażającej życiu. Zapewne trudno też im zrozumieć sam koncept niewierzenia, więc na razie trochę udają, że problem nie istnieje.  
Przygotowania do świąt w jego przypadku zawsze wyglądają tak samo. I zawsze jest to wybór, dylemat, który trzeba rozwikłać. Planuje z narzeczoną grafik i ustala szczegóły: "kto zabiera ze sobą psa?", "w jakie dni się widzimy?"; "kto do kogo przyjeżdża?". - W drugi dzień świąt wsiadam w samochód i jadę 200 kilometrów do rodziny mojej narzeczonej - mówi. 

Mimo konfliktu przyzwyczajeń i oczekiwań dla większości moich rozmówców wizyta w domu na święta jest. dość wygodnym rozwiązaniem. - Skłamałbym, gdybym powiedział, że co roku lepię pierogi, przygotowuję rybę po grecku i ubieram z rodzicami choinkę. To wszystko czeka już na mnie na miejscu. Gotowe - mówi Maciek. 

fot. Dominika Gajda / AG
fot. Dominika Gajda / AG

Rodzice: i tak nie docenią 

Znowu uniwersytecki kampus, wiatr, który zrywa z głów czapki, i ławka, a na niej samotnie siedzi starszy pan. Siedzi i patrzy: na pusty basen, na którego dnie zalegają teraz stosy czegoś przypominającego glinę. Smutny to widok, więc pan wciska ręce głęboko w kieszenie i zbiera się do powrotu. - Dzieci? Już dorosłe, żyją swoim życiem - powie, zanim odejdzie. - Czasem odwiedzą, ale nie zawsze. A człowiek czeka i czeka. 

*** 

Małgorzata, matka 34-letniego żonatego prawnika, zaczyna sprzątać tydzień przed Wigilią. Dzielnie pomaga jej mąż. Dużo wcześniej planują też prezenty i w okolicach Black Friday udają się na zakupy. Małgorzata chodzi po galerii z telefonem w ręku - z synową ustala, co przydałoby się synowi. Krawat, skarpety, pasek nie wchodzą w grę. To banał. Musi być coś z klasą i na poziomie, może być zegarek, nie za duży, bo syn nie lubi przesady.  

Małgorzata z dumą przyznaje, że o synu myśli codziennie i codziennie chciałaby do niego dzwonić. Ale syn się wtedy denerwuje. Małgorzata dzwoni więc do synowej i pyta, co słychać. Syn wyjechał właśnie służbowo do innego miasta, a na szosach gołoledź i wcześnie się ściemnia - Małgorzata tego dnia już spokojnie nie zaśnie. Martwi się, bo syn jest jej dumą i szczęściem, a poza tym tak szybko wyszedł z domu, tak bardzo wcześnie. Więc teraz, kiedy idą święta, przed snem planuje przebieg rodzinnej wigilii.  

Układa życzenia tak, by syn się nie obraził, ale coś zapamiętał. Na przykład: żeby odwiedzał starą matkę trochę częściej niż teraz, żeby częściej dzwonił. Małgorzatę boli z nerwów brzuch, kiedy syn kilka dni przed świętami dzwoni z informacją, że będą tylko w pierwszy dzień, a drugi spędzą z żoną u siebie. Małgorzata rozumie, że to już nowa rodzina, ale mimo wszystko. W Wigilię Małgorzata od rana zajmuje się kuchnią, żeby nie myśleć, że syn tak późno przyjeżdża. Patrzy na zegarek: już 13. Czuje ulgę dopiero, kiedy na podwórku zjawia się srebrne kombi. 

fot. Grzegorz Bukała / AG
fot. Grzegorz Bukała / AG

*** 

Renata ma pewność, że u córki w Toruniu wszystko dobrze. Wie, że dużo z mężem pracują, a kiedy mają wolne, lubią się trochę rozerwać. - Przed świętami dzwonię do córki, do jej teściowej, czasem do zięcia - mówi. - Żeby ustalić, co u kogo i kiedy. Czuję taką jakby presję, że młodzi powinni być jak najkrócej u nas, a jak najdłużej u rodziny zięcia. Już się z tym nawet pogodziłam. Wigilię planuję na 15, czasem na 14. Żeby młodzi od nas pojechali do teściów córki. Problem jest z ustaleniem, gdzie będą spać. Więc znowu dzwonię albo piszę SMS-a, bo każdy chciałby, żeby młodzi poszli na pasterkę z nimi. Na szczęście ta druga rodzina mieszka niedaleko. Zięć ma samochód, więc pójdzie na pasterkę z rodzicami, a na noc przyjedzie do nas. Rano nasz kościół i nasze śniadanie.  

Renata z czasów dzieciństwa zapamiętała, że wódka ludziom szkodzi i sprowadza nieszczęścia. Ale żeby córka posiedziała u niej dłużej, sama potrafi postawić na stół flaszkę. Zięć się napije i pozwoli córce prowadzić samochód. - Wtedy odjadą później i łatwiej będzie pogadać - uśmiecha się Renata. Przyznaje, że nie zrobiła jeszcze zakupów, chociaż kiedyś miałaby już pełną spiżarkę. Z tym się też pogodziła. - Nie warto zrywać pleców - mówi, tym razem trochę smutniej. - Jak i tak nikt nie doceni. 

* Niektóre imiona zmieniłem. 

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Jest autorem podcastu "Człowiek z plecakiem".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku