Szycie na maszynie

Szycie na maszynie (Fot. Shutterstock)

zjawisko

"Nie wierzyłam, że mogę coś zrobić aż tak dobrze. Szycie zrobiło ze mnie lepszego człowieka"

Pasja to coś, co sprawia, że w żyłach szybciej zaczyna płynąć krew. Pomaga odnaleźć balans, daje radość i szczęście. Dla Agnieszki Kacperskiej-Gałązki pasją jest szycie, dzięki któremu daje odpocząć głowie, uwalnia ręce, uczy się pokory i cierpliwości.

Mieć więcej ubrań. Albo mniej, tylko lepszych. Dać odpocząć głowie. Uwolnić ręce. Nauczyć się pokory i cierpliwości, dodać sobie odwagi i rozwinąć skrzydła. Żyć bardziej świadomie. To wszystko da ci maszyna. Maszyna do szycia. Agnieszka szyć nauczyła się sama jako nastolatka. Dziś na Akademii Sztuk Pięknych uczy przyszłych projektantów, a we własnej pracowni - amatorów, którzy - jak mówią - chcą uwolnić ręce i odblokować głowy. Ona sama szyciu zawdzięcza coś jeszcze. - Bardzo ważny był dla mnie moment, w którym zobaczyłam, że coś wyszło mi perfekcyjnie. Bo nigdy nie wierzyłam, że mogę coś zrobić aż tak dobrze. Szycie zrobiło ze mnie lepszego człowieka.*

Na początku była spódniczka

Na początku była spódniczka. A właściwie spodnie. A jeszcze dokładniej: obcięte nogawki spodni starszego brata, z których Agnieszka postanowiła uszyć sobie spódniczkę. Brat był siedem lat starszy, słuchał Nirvany i De Doors, Agnieszka właśnie zaczynała liceum i chciała żyć w jego świecie. Ale przede wszystkim chciała mieć więcej ubrań. Spodnie brata były z materiału w zielono-niebieską kratę, żadne tam dziewczyńskie wzory. Ta pierwsza własnoręcznie uszyta rzecz była dość prosta: z jednej nogawki przód, z drugiej tył, ścieg na okrętkę (wielokrotnie powtarzany z każdej strony, żeby się nie rozeszło) i zero pojęcia o zasadach konstruowania spódnicy.

- Wyszło strasznie fajnie. Przepotwornie się jarałam - śmieje się Agnieszka, która dziś prowadzi kursy dla amatorek, a także wykłada w Katedrze Mody na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. - Tata spojrzał i powiedział: "O, Agusia, chyba masz do tego smykałkę, pewnie po mamie". Te jego słowa pewnie dodatkowo związały mnie z szyciem, bo to w jakimś sensie zbliżało mnie do mamy. Mama Agnieszki w młodości szyła sobie sukienki, bardzo ładne, bardzo kobiece. Uszyła nawet suknię na własny ślub (to samo zrobi po latach Agnieszka). Ale z czasem szyć przestała, została ekonomistką. Zmarła, gdy Agnieszka miała dziewięć lat. Wychował ich ojciec.

- Tata był superfajny. Potrafił wymienić zamek w ubraniu, umiał skrócić spodnie - opowiada. To właśnie tata nauczył ją obsługi maszyny do szycia. Łucznik z lat 60. miał niewyregulowany bęben, często pętelkował nici, Agnieszka rzucała szpilkami, wściekała się, skarżyła się tacie: "To jest zepsute, napraw!". A on pokazywał, tłumaczył, cierpliwie wszystko znosił. I on, i maszyna.

Szycie na maszynie
Fot. Anna Ulanicka/Materiały prasowe

Walizka wypełniona materiałami

Oprócz superfajnego taty, starszego brata i starej maszyny w domu w Łowiczu, gdzie mieszkali, był jeszcze strych - ulubiony cel weekendowych wycieczek. Agnieszka chodziła tam w sobotnie przedpołudnia i godzinami szperała w zalegających go szpargałach. Podczas jednej z wypraw znalazła wielką walizę wypełnioną materiałami, które zostały po maminym szyciu.

- Była kratka, było dużo kropek. Jakieś paski koszulowe, biały piżamowy materiał. I coś jeszcze, coś fantastycznego: stare grube lniane prześcieradła - wylicza Agnieszka. - Znalazłam te materiały i zaczęłam szyć. I szyłam cały czas. Wychodziłam w weekend ze znajomymi na piwo, wracałam o dwudziestej trzeciej i siadałam do maszyny. Odrywałam się od niej dopiero nad ranem - opowiada. Szyła wówczas głównie spodnie. - Absolutnie poza sztuką - śmieje się dziś. - Miałam jedne spodnie, które zrobiła mi babcia. Załapałam się na końcówkę jej szycia, bo już bardzo źle widziała. A mnie się te spodnie ogromnie spodobały, więc położyłam je na materiale, odrysowałam i na ich wzór próbowałam uszyć kolejne. Założyłam na siebie to, co mi wyszło spod maszyny. Wszystko odstawało. No to wpięłam szpilki i przeszyłam. Mierzyłam, zaznaczałam, przeszywałam. Do skutku - opowiada. Już mniej więcej od połowy liceum Agnieszka nie miała ani jednej pary spodni ze sklepu. Miała za to swój styl - inny niż jej rówieśnice, zdecydowanie mniej "dziewczyński".

Kilka par uszyła z tych lnianych prześcieradeł ze strychu. A jak materiały w walizce się? skończyły, kupowała sztruks, dżins i szyła. Przeważnie dzwony, jak to w późnych latach 90.

- Nawet kieszenie były! - dodaje z dumą. - W samodzielnej nauce szycia bardzo pomaga takie zboczenie ubraniowe: oglądać ciuchy, wszystkie, które wpadną w rękę, od prawej i lewej strony, sprawdzać, jak są uszyte. Ja tak robiłam. Jak się już napatrzyłam na kieszenie i udało mi się dobrze uszyć jedną, to od razu szybko brałam się za drugą, żeby nie zapomnieć, jak to się robi - wspomina. - Nie miałam żadnego pojęcia o konstrukcji odzieżowej i o szyciu z wykrojów. A szycie zaczyna się na papierze, teraz to wiem.

Wsparcie od brata

W nowej pasji wspierał ją nie tylko tata, ale też brat. To od niego dostała pierwszą książkę na temat szycia - o patchworkowych torebkach. Tamtego lata Agnieszka uszyła ich piętnaście. Rozdawała znajomym na urodziny, czasem mama którejś koleżanki coś od niej kupiła. Ale szycie nie było dla Agnieszki sposobem na własne pieniądze, było formą spędzania wolnego czasu z najlepszą przyjaciółką. Ania wymyślała ubrania, Agnieszka je szyła. Tak mijały im całe dnie.

Szycie na maszynie
Fot. Anna Ulanicka/Materiały prasowe

- Ona obierała ziemniaki, ja szyłam, potem jadłyśmy razem obiad, ja szyłam, ona zmywała. Gadałyśmy, wygłupiałyśmy się. Była w tym wielka frajda - wspomina. Oprócz frajdy było jeszcze coś. - To ona nauczyła mnie przekraczać granice w szyciu. Miała pomysły, ja - wątpliwości. Wymyślała rzeczy, na które nie miałam odwagi, ale motywowała mnie i razem nam się udawało. Nigdy nie poprzestawała na pierwszej wersji, nie chwaliła tylko po to, żeby zrobić mi przyjemność. "Zobacz, Agniesia, a jakby to tu tak trochę lepiej leżało...". Musiałam się przy niej doskonalić - opowiada. Ania mieszka teraz w Paryżu, ale co jakiś czas odwiedza Agnieszkę - z naręczem ciuchów do przerobienia. Znowu spędzają wtedy ze sobą cały dzień, gadają, nadrabiają zaległości.

Przerażona, ale szczęśliwa

Na studia Agnieszka pojechała do Poznania - wybrała kulturoznawstwo. Wciąż szyła dla siebie, przerabiała ciuchy kupowane w lumpeksach i te z sieciówek - szyte na uśrednioną sylwetkę, więc rzadko kiedy leżące dobrze. Szyła też dla koleżanek - zaczął się powoli czas ślubów wśród znajomych - jedna z nich miała być świadkową i poprosiła Agnieszkę o uszycie sukienki.

- Byłam przerażona, ale też cieszyłam się, że mi tak zaufała. Uszyłam wór i dopasowywałam go na niej w kolejnych przymiarkach - opowiada. Teraz wie, że taki rodzaj szycia nazywa się konstruowaniem przestrzennym, ale wtedy po prostu działała intuicyjnie.

Po studiach postanowiła związać się z szyciem na poważnie - także zawodowo. Przeszła różne etapy: praca w punkcie poprawek krawieckich (dużo prucia i skracania nogawek), własny punkt krawiecki (w Łowiczu, do którego wróciła na rok ze względu na chorobę taty), policealna szkoła projektowania ubioru zakończona egzaminem państwowym na technologa odzieży (poszła do niej już po studiach, żeby zdobyć praktyczną wiedzę). Kilka lat przepracowała jako asystentka znanej projektantki - otarła się o świat celebrytów, przekonała, jak trudna jest w polskich realiach praca projektanta (ubrania rzadko są kupowane, gwiazdy przeważnie je wypożyczają).

Kiedyś marzyła o studiach na Akademii Sztuk Pięknych, ale nigdy nie odważyła się na nią zdawać - dziś na Akademii uczy. Prowadzi zajęcia dla przyszłych projektantów. Ma też pracownię Szycia Przeszycia, w której uczy amatorów. Wcześniej robiła w niej prototypy dla projektantów i kostiumy teatralne, m.in. do jednego ze spektakli Krzysztofa Warlikowskiego. Pracownię założyła razem z mężem.

Szycie na maszynie
Fot. Anna Ulanicka/Materiały prasowe

- Jesteśmy z Grzegorzem razem od lat. Zawsze był obok tego mojego szycia, choć robił swoje, to był po prostu jednym z dobrych duchów. Dziś kursy to nasze wspólne dziecko - podkreśla Agnieszka. Podstawowy, 16-godzinny kurs dla początkujących kończy się... uszyciem spódniczki.

- Dlaczego ludzie chcą się uczyć szycia? Żeby odblokować ręce. I dać odpocząć głowie. Nie raz usłyszałam od kursantek, że mają dość pracy, której efektów nie widzą. Wypełniają jakieś tabelki, ślą je gdzieś w chmurę razem z setkami mejli. Wszystko znika, nic nie zostaje - opowiada Agnieszka. Poza tym szycie pozwala odpocząć od czegokolwiek. Także od siebie. - Ja na przykład bardzo dużo mówię. Niepotrzebnie mnożę zdania. A jak siadam do maszyny, nawet nie wiem, kiedy mija siedem godzin. W skupieniu, spokoju. I w ciszy. Szycie może być formą medytacji. Czas płynie wtedy inaczej, przyjemniej - mówi Agnieszka i jako przykład podaje prucie: - Pozornie czynność frustrująca: prujemy, bo nam coś nie wyszło. Ale jak się nabierze pokory, a o to w szyciu nie jest trudno, to prucie staje się wspaniałym relaksem dla mózgu - przekonuje.

Ona sama szyciu zawdzięcza bardzo dużo. - Zawsze brakowało mi precyzji. Staranności. Dokładności. Podobnie było z moim tatą. W domu naprawiał wszystko sam, ale a to wbił nie taki gwóźdź, a to czegoś nie dokończył, nie dopracował. Byle działało. I ja też tak miałam w życiu. Nie byłam wnikliwa, tak osobowościowo. Wszystko robiłam "po wierzchu". Rzadko się np. czesałam z tyłu głowy, bo mi się wydawało, że jak z tyłu, to nie widać - śmieje się Agnieszka. Im była starsza, tym bardziej nie lubiła w sobie tej cechy. - Bałam się, że wszystko, co robię, będzie byle jakie - tłumaczy. Szycie ją tego oduczyło. Dzięki niemu zaczęła robić rzeczy krok po kroku, nie chodzić na skróty.

- Bardzo ważny był dla mnie moment, w którym zobaczyłam, że coś wyszło mi perfekcyjnie. Bo nigdy nie wierzyłam, że mogę zrobić coś perfekcyjnie. Dzięki szyciu stałam się lepszym człowiekiem. Zawsze gdy później się bałam, że czegoś nie potrafię, że nie podołam, mówiłam sobie: "Agnieszka, szyć też nie umiałaś".

Olga Wiechnik - dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki "Posełki. Osiem pierwszych kobiet".

Współautorka książki 'Żyj z pasją. 13 inspiracji, jak ciekawie spędzać czas wolny' Olga Wiechnik
Współautorka książki 'Żyj z pasją. 13 inspiracji, jak ciekawie spędzać czas wolny' Olga Wiechnik. Fot. Materiały prasowe

*Cytowany fragment pochodzi z książki "Żyj z pasją. 13 inspiracji, jak ciekawie spędzać czas wolny" wydanej przez W.A.B.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku