Hanka Ordonówna w 1925 roku

Hanka Ordonówna w 1925 roku (fot. NAC)

ludzie

"Umrę tutaj, umrę z pewnością. Nikt nawet nie będzie wiedział, kim jestem". Historia Hanki Ordonówny

Mężczyźni kochali się w niej, a kobiety chciały być jak ona. Mezalians i romanse tylko windowały jej status jednej z największych gwiazd dwudziestolecia międzywojennego. Historię "Ordonki" przybliża Katarzyna Droga w książce "Hanka. Pierwsza powieść o Ordonównie".

Znikał powoli swąd spalenizny miasta bombardowanego i obleganego. Cisza też się rozpierzchła, zastąpił ją miarowy, nienawistny, rytmiczny stukot niemieckich butów. Do Warszawy wkraczało wrogie wojsko okupanta. Kto mógł, uciekał na wschód, ale lwia część warszawiaków została. Patrzyli z bólem na rozbrajanie polskiego wojska - długą kolumnę żołnierzy, którzy podchodzili po dwóch do niemieckiego patrolu i zrzucali na ziemię swoje karabiny. Ten wąż pokonanych, odchodzących jako jeńcy bez broni był bolesnym symbolem upadku miasta.  
Niemcy zajmowali budynki, wieszali na murach swastyki, zamieniali polskie napisy na niemieckie. Byli wszędzie, tworzyli urzędy, rozsiadali się w kawiarniach, wzięli miasto we władanie. Nikt by nie przewidział, że może się to odbywać tak szybko i prosto: dozorca dostaje nakaz ewakuacji, lokatorzy czy właściciele - nieważne, mają opuścić mieszkania w kamienicy w kilka godzin, na Pięknej czy Szucha, na Marszałkowskiej, wszędzie, gdzie chcą teraz osiąść nowi, niemieccy panowie. Prawem starym jak świat, prawem silniejszego.  

Hanka z Elą musiały przenieść się z mieszkania Tyszkiewiczów do lichej dziury na Smolnej. Jurek i Stefa Jurandotowie dostali nakaz ewakuacji z mieszkania na Poznańskiej, przenieśli się gdzieś na Złotą. Złe wieści krążyły po mieście. Powiadano, że prezydent Starzyński aresztowany. Gestapo pojawiało się w drzwiach wielu poważanych warszawiaków. Pukanie do drzwi przestało być zapowiedzią miłej wizyty przyjaciół, wywoływało dreszcz lęku. Zarządzono godzinę policyjną, ruszyły aresztowania i łapanki. Niemcy zaczęli tworzyć getto, Polacy siatkę konspiracji.  

Hanka Ordonówna, Igo Sym (z prawej) i Leon Boruński w Łodzi (fot. NAC)
Hanka Ordonówna, Igo Sym (z prawej) i Leon Boruński w Łodzi (fot. NAC)

Okupacja niosła niespodzianki. Oto przystojny Igo Sym już na drugi dzień po wkroczeniu Niemców spacerował po Warszawie w mundurze oficera SS i namawiał kolegów z teatru do zaakceptowania nowej władzy. Niemcy także będą potrzebowali teatrów i kabaretów, to naród kulturalny, zaskakująco dobrze zorientowany w środowisku polskich aktorów, należy tylko współpracować. Niemcy rzeczywiście wiele wiedzieli, znali dorobek i repertuar artystów. Szukali Krukowskiego i Sempolińskiego za żarty o swoim wodzu, ale i Lopek, i Ludwik zapadli się pod ziemię. Grupa starych znajomych, Mira, Stefcia Górska, Fryc natknęli się na Igo Syma na Krakowskim Przedmieściu, przywitał się, zagadał, lecz Jarossy nie podał mu ręki. Stefania spuściła oczy.  

- Żydzi - rzucił pogardliwie Igo Sym - strzeżcie się teraz

Minęło kilka dni, zanim Igo Sym wybrał się do Hanki. Pragnął namówić ją na śpiewanie dla Niemców w nowej kawiarni na Marszałkowskiej. Otworzyła mu ochoczo, lecz na widok munduru pobladła i cofnęła się w geście obrony. 

- Nie bądź głupia, Hanka - przekonywał ją - teraz trzeba przetrwać, żyć. Hitler dziś opanował Europę, jutro opanuje świat. Kto nie z nimi, zginie. 

- Igo, jesteś jednym z nich?  

Roześmiał się z jej naiwności, z tego zdziwienia. Od lat szpiegował dla Niemców, jeszcze kiedy razem zdobywali szczyty popularności po filmie Szpieg w masce, w którym paradoksalnie ona grała tytułowego szpiega, a on patriotę. Życie to nie film. 

- Hanka - powtarzał gorąco, przysuwał się coraz bliżej. Pochylił się do jej ust. Chciał wreszcie poczuć zwycięstwo nad jej arystokratycznym mężem, zatuszować upokorzenie, którego zaznał, gdy nie zgodziła się odejść od Michała. Mieć dla siebie i podać na tacy Niemcom piękną polską gwiazdę, to byłoby coś! - Będziemy razem grać, jak kiedyś, będziesz bezpieczna, Hanka!  

Ostry ból przerwał jego słowa. Uderzyła go w twarz z całą mocą damskiej ręki. 

- Wynoś się - powiedziała krótko. - Wynoś się, skurwysynu. 

Hanka Ordonówna i Igo Sym w przedstawieniu 'Pan Minister i dessous' (fot. NAC)
Hanka Ordonówna i Igo Sym w przedstawieniu 'Pan Minister i dessous' (fot. NAC)

Wyszedł z dłonią przy policzku i pragnieniem zemsty w duszy. Hanka siedziała w kuchni odurzona i oniemiała. Ela przyniosła jej słabą herbatę z cukrem, położyła na chwilę dłoń na jasnej głowie siostrzenicy i nie powiedziała ani słowa. Widziała przed południem sympatycznego Jurka Jurandota z żółtą gwiazdą na ramieniu. Ukłonił się jej uprzejmie i usiłował zbyć śmiechem swoje stygmaty. "Żyjemy, pani Elu, tyle że już dostaliśmy z żoną nakaz przeprowadzki do getta. Stefcia zdrowa, a Fryca aresztowali, ale zwiał Szkopom i gdzieś się ukrywa. Proszę uściskać Hankę. I niech ucieka - szepnął - niech koniecznie ucieka na Litwę". Nie zdążyła. Gestapo zastukało do drzwi rankiem następnego dnia. Aresztowano ją bez podawania przyczyn.  

Hanka uściskała Elżbietę, zawiązała chustkę na głowie, zsuwając ją mocno na prawą skroń, narzuciła sweter i poszła za Niemcami na Szucha. Po drodze, by odsunąć lęk, który mrowiem przebiegał jej plecy, nuciła sobie ulubiony fragment swojej Piosenki o zagubionym sercu: "Święty Antoni, Święty Antoni, serce zgubiłam pod miedzą", bo ów święty zawsze jej sprzyjał. Usiłowała przypomnieć sobie modlitwę, ale przychodziły jej do głowy tylko własne szlagiery. I ten jeden motyw z Barona cygańskiego, słynna aria Sandora, plątał się po jej głowie: "Wielka sława to żart, książę błazna jest wart". Roześmiała się, ile racji miał stary Strauss. Kto wiedział to lepiej niż ona, przed chwilą dziecko szczęścia, gwiazda estrady, ulubienica Warszawy w drogich futrach i mgiełce francuskich perfum. 

Niemcy związali jej ręce z tyłu, popychali kolbą karabinu, a potem siedziała upokorzona na krzesełku przed eleganckim esesmanem o idealnie wypielęgnowanych dłoniach. Pytał o coś, coraz bardziej agresywnie, ale nie słuchała. Była kompletnie bezbronna, po raz pierwszy w życiu odczuła taką przemoc, siłę, która mogła drugiego człowieka unicestwić, zamienić w miazgę. Patrzyła przed siebie i zaciskała usta. Nagle uderzył ją w twarz, policzek przeszył ból, sina pręga natychmiast zaczęła nabrzmiewać. Poczuła, jak jej stara blizna pulsuje, metaliczny smak krwi rozlał się w ustach. 

Esesman o coś pytał, ale nawet gdyby rozumiała, nie umiałaby odpowiedzieć. W głowie tłukły się jej wciąż te same słowa: "Wielka sława to żart! Wielka sława to żart!". Gdzie były teraz jej auta, suknie, bransolety, kapelusze, kolczyki, stosy kwiatów rzucane na scenę? I gdzie był Michał?

Hanka Ordonówna (fot. NAC)
Hanka Ordonówna (fot. NAC)

- Mąsz graf von Tyszkiewicz aresztowany - monotonnym głosem informował ją oficer. - Fryderyk Jarossy aresztowany. Pore? Porembcki aresztowany. To pani znajomi? Gdzie jest Krukowski? Gdzie ukrywa się Ludwik Semplinsky? 

Straciła przytomność i osunęła się na ziemię. Kiedy przebudziła się w celi, współwięźniarka wycierała jej twarz i tłumaczyła cicho, że nie trzeba wierzyć w to, co mówią, bo kłamią, chcą złamać przesłuchiwanych. Nie poznała jednak w spuchniętej twarzy zmizerowanej kobiety słynnej hrabiny, pięknej aktorki, Hanki Ordonówny. 

*** 

Tymczasem Michał nie tylko nie został aresztowany, lecz po kilku dniach pobytu w obozie jenieckim wyszedł na wolność. Uratowało go to, że jako właściciel Ornian był obecnie obywatelem neutralnej Litwy. Powrócił do Wilna, gdzie zastał list od Eli o aresztowaniu żony, także o udziale w tym Igo Syma. Hrabia zaklął cicho, zmiął w rękach papier, zapalił papierosa. Wracać w tej chwili do Warszawy? Bez sensu, zresztą miał tu, na Litwie, ważną misję, o której nikt nie powinien się dowiedzieć.  

Wyobraził sobie delikatną Hankę w zimnej celi, z jej chorobą płuc, słabym zdrowiem i wrażliwą naturą. Ogarnęły go lęk i poczucie winy. Obiecał jej kiedyś, że cokolwiek się stanie, będzie przy niej. Czemu nie kazał jej wyjechać jeszcze w sierpniu? Siłą należało ją wywieźć! Też niemożliwe, na Hankę nie było siły.  
Kto mógł pomóc, kto teraz, w tych strasznych czasach mógł pomóc Tyszkiewiczom? Przebiegał myślą krewnych i starych znajomych rodziny. Wszyscy byli teraz wrogami Hitlera. Nagle wspomnienie sympatycznej twarzy Stefana, z pasją opowiadającego o swoich autach, pokrzepiło go. Żona Stefana, księżniczka Leuchtenberg, była bliską krewną włoskiej królowej, żony panującego Emanuela, sojusznika Niemców.  

Stefan wciąż był w Wilnie, pomagał wielu uchodźcom. Hrabia Michał sięgnął po telefon. Fryderyk Jarossy rzeczywiście został aresztowany i rzeczywiście brawurowo zwiał Niemcom. Pomogły mu w tym jego twardy charakter i fantazja, które nie opuszczały go w więzieniu. Celę dzielił z prezydentem Starzyńskim, więc czuł się zaszczycony - tak głosił wszem wobec, i zarażał swoim optymizmem innych więźniów. Czas pomiędzy przesłuchaniami konferansjer i prezydent zajmowali sobie dysputami na temat tego, co to dalej będzie. Prezydent nie miał złudzeń, był przybity klęską Warszawy, przeczuwał długą, czarną noc okupacji i swój rychły koniec. Jarossy przeciwnie - twierdził, że jest tu tylko na chwilę i że szwabstwo w Polsce też będzie tylko na chwilę. Opowiadał o swoich żołnierskich przygodach podczas oblężenia Warszawy, bawił towarzysza niedoli dowcipami, a łzy śmiechu przy opowieści o ratowaniu brzydkich bab były chyba ostatnimi w życiu prezydenta Starzyńskiego. Z przesłuchań jednak wracał Fryderyk coraz bardziej poirytowany. Niemcy go nie bili, zachowywali się nawet uprzejmie, bo posiadał paszport austriacki, i nade wszystko pragnęli, by włożył niemiecki mundur. 

Hanka Ordonówna w towarzystwie artysty Fryderyka Jarossego (fot. NAC)
Hanka Ordonówna w towarzystwie artysty Fryderyka Jarossego (fot. NAC)

Słynny Jarossy, ulubieniec Warszawy, jako volksdeutsch - jakiż to byłby moralny triumf nad tym krnąbrnym miastem! A gdyby tak opowiedział się po ich stronie? Co mu zależało, nie był Polakiem, w ogóle był nie wiadomo kim, a niemiecki był jego rodzimym językiem.  

Odmawiał. Zaczęli używać gróźb, nazywać go węgierskim Żydem. Nie miał w sobie semickiej krwi, ale nie zaprzeczał. "W tych czasach być Żydem to zaszczyt" - powiedział bezczelnie do oficera SS. Dowiedział się, że przewiozą go na Pawiak, na śmierć. Zaczął grać na zwłokę, oznajmił, że się zastanawia, prosi o kontakt z rodziną w Austrii. Ubolewał nad zmianą warunków bytowych, on, wytworny arbiter elegancji, teraz bez wanny, bez lustra i brzytwy, by móc się ogolić. I to w czyich rękach? Niemieckich, pedantycznych! Wstyd, panowie zwycięzcy! Przynieśli mu papierosy. 

- Nie proszę o czystą bieliznę ani kosmetyki - marudził - ale zarosłem jak dziad. Kto jak kto, aryjski oficer powinien rozumieć potrzebę fryzjera. Nawet jeśli idę na śmierć... albo tym bardziej. 

Oficer rozumiał. Chciał uchodzić za wielkodusznego i cywilizowanego, więc zgodził się, by po drodze na Pawiak wstąpić do salonu fryzjerskiego w Hotelu Europejskim. Z eskortą oczywiście. Tyle tylko, że Fryc znał ten hotel jak własną kieszeń. Potrzebował trzech minut, by u fryzjera zmylić eskortę, znaleźć się w labiryntach piwnic, biec, ile sił, przez salę bilardową, składy win, tajne przejścia, dopóki okrzyki "halt, halt!" nie ucichły. Zniknął w czeluściach podziemi. Dopiero kiedy oparł się wreszcie o jakiś mur budynku na Powiślu, zdyszany, zmęczony, czujny jak ścigane zwierzę, zastanowił się, gdzie iść.  

Nie wiedział, co z Zosią Terné, czy ją zwolniono, czy jest w swoim mieszkaniu, ale nawet jeśli tak było, mogli ją obserwować. Przez chwilę pomyślał o Hance, ale też pewnie była śledzona. Nie zamierzał uciekać z Warszawy, bo tu znalazł swój dom, nawet jeśli tym domem bywał głównie teatr. Fryc może i mówił od dziecka po niemiecku, ale tęsknił i kochał po polsku, tak zwierzył się kiedyś kolegom.  

Nagle uśmiechnął się sam do siebie, bo przyszła mu do głowy pewna myśl. Jeśli gdzieś nie będą go szukać, to u porzuconej kochanki. Poczekał do zmroku, a pod osłoną nocy udał się do domu Stefci Górskiej. Otrzymał pomoc, jedzenie i pomysł na ciąg dalszy, bo rodzice Stefci byli w kontakcie z Jurandotami.  
Fryderyk odetchnął, przetransportował się do Jerzego i Stefanii. Wyrzuceni z Poznańskiej, siedzieli teraz w małym mieszkaniu przy Złotej. Fryderyk poszedł pod wskazany adres, lecz wiedział doskonale, że w tych czasach zwykłe pukanie do drzwi budzi w ludziach dreszcz grozy. Chciał, żeby otworzono mu z uśmiechem, wystukał więc rytm znanej wszystkim tancerkom przygrywki, towarzyszącej próbom. Powtórzył. Drzwi poruszyły się, wyjrzała zza nich zaciekawiona żona Jurandota, Stefania Grodzieńska. Przyłożyła ręce do ust, by nie krzyknąć. Fryderyk stał, swobodnie oparty o ścianę, z nonszalancką miną i uśmiechał się triumfalnie. Stefania rzuciła się na szyję swojego dyrektora, wciągnęła go szybko do środka. 

Hanka Ordonówna w 1938 roku (fot. NAC)
Hanka Ordonówna w 1938 roku (fot. NAC)

- Herbaty, szarpio afrykanskie - poprosił Fryc, bo bardzo był spragniony. - A jak masz gdzieś jakiegoś papierosa, to wybaczę ci wszystkie wpadki w Cyruliku. 

"Szarpio", tak nazywał ją jeszcze w teatrze, niby kpiąco, ale lubiła ten przydomek, chociaż nigdy nie dowiedziała się, czemu afrykańskie.

Fryc zachwycił się polskim słowem "szarpany" i tak sobie przerobił "szarpaną aktorkę" na "szarpio". Nie zdążyła zagotować wody, kiedy wszedł jej mąż. Uściskali się serdecznie. Fryderyk zmarszczył brwi na widok żółtej gwiazdy Dawida. 

- Takie czasy - rzekł dziarsko Jurandot. - Jak widzisz, siedzimy na walizkach, mamy nakaz przeprowadzki do getta. 
- Pójdę z wami - powiedział Fryderyk. 
- Do getta? - szepnęła Stefa. - Nie jesteś Żydem! 
- Cicho, szarpio afrykanskie - odrzekł karcąco - jestem taki sam jak wy. Bez zadzierania nosa! Idę z wami, powiedziałem. 

Po uściskach okraszonych łzami słuchał opowieści o losach kolegów. Nie wiedział o aresztowaniu Ordonki, wiadomość uderzyła go jak nowy cios. Jurandotowie opowiadali straszne rzeczy: Niemcy rozstrzelali Starzyńskiego w nieznanym miejscu, nikt nie wiedział, gdzie i w jakiej zbiorowej mogile poniewiera się ciało prezydenta Warszawy. Jerzy szepnął, że miasto nie zapomni Starzyńskiego i nigdy się nie podda, nie pogodzi się z okupacją. Powstawała siatka Armii Krajowej. Jurandot popatrzył na Fryderyka pytająco. Fryc skinął głową, bez cienia wątpliwości włączał się w walkę o swoją wybraną ojczyznę. Zaczął, jak to on, od walki słowem i humorem. Na początek, znikając z Jurandotami w odmętach warszawskiego getta, rzucił w świat dowcipną rymowankę: "Choćby i z najlepszą mapą, nie odnajdzie mnie gestapo". Warszawiacy z rozkoszą przekazywali ją z ust do ust. 

*** 

Hanka, zgnębiona w więzieniu, nie wiedziała o tym wszystkim. Przesłuchiwano ją codziennie, wychudła, a po nocach w zimnie zaczęła znów pokasływać. "Umrę tutaj, umrę z pewnością" - szeptała zdrętwiałymi wargami. "Nikt nawet nie będzie wiedział, kim jestem".  

Mijały kolejne dni, zlewały się w jedną ciemną noc. Hanka zwijała się w kłębek, niepewna, ile z tego, co mówią jej o aresztowaniach przyjaciół, jest prawdą. Pewnego dnia dostała gryps od współwięźniów: "Kochamy cię, Hanka, trzymaj się". Nabrała nowych sił. Poznali ją, przynajmniej nie umrze jako anonimowa kobieta, ktoś może doniesie jej mężowi. 

Jerzy Pichelski  i Hanka Ordonówna w 1933 roku (fot. NAC)
Jerzy Pichelski i Hanka Ordonówna w 1933 roku (fot. NAC)

Nie wiedziała, że Michał porusza niebo i ziemię, a przede wszystkim dwór królestwa włoskiego, by wydobyć ją z Pawiaka. Nawet jeśli niebo i ziemia nie zdziałały wiele, dwór i owszem. Oto pewnego dnia oficer SS w Warszawie otrzymał telefon z samego Berlina, nakazujący zwolnić przetrzymywaną hrabinę Tyszkiewicz. Powiadano, że rozkaz wydał sam Hitler, a interweniował u niego włoski książę Emanuel, powinowaty grafa Michała.  

Oficer stał na baczność, przyjmując telefoniczny rozkaz, a Hanka tego samego dnia wyszła na wolność. Dotarła piechotą do domu, gdzie ciotka Ela ze łzami w oczach zapakowała ją do łóżka i poszła szukać w mieście odrobiny mleka, lekarstw i pożywnego jedzenia. Michał Tyszkiewicz przebywał w Wilnie i nastawał na natychmiastowy wyjazd żony na Litwę, tym bardziej że Orniany prosperowały dobrze po owocnym lecie.  

Elżbieta odpisywała, że Hanka ruszy natychmiast, gdy nabierze sił i ozdrowieje, bo wycieńczona w więzieniu, przechodziła silne zapalenie oskrzeli. Choroba osłabiła ją tak bardzo, że lekarz zabronił podróży. 

Dopiero w marcu czterdziestego roku udało się jej wyjechać z okupowanego miasta. Wychudzona, ale już silniejsza wyruszyła wreszcie pociągiem na Litwę, bez zapowiedzi, bez telegramów, bo nastały czasy, w których lepiej było nikomu nie opowiadać o swoich planach.  

Dotarła do Wilna. Miasto wydało się jej spokojne, jeszcze nietknięte smagnięciem wojny jak Warszawa. Zapadał zmrok, gdy dotarła do willi Tyszkiewiczów przy placu Łukiskim. Przyjaźnie skrzypnęły drzwi, szwajcar ukłonił się i uśmiechnął, gdy powiedziała, że wejdzie bez zapowiedzi. Cicho stąpała po znajomych schodach, poczciwy jamnik Fred wstał tylko i zamachał ogonem przyjaźnie, nawet nie zaszczekał. Michał siedział w gabinecie, pochylony nad jakimiś papierami. Nie poznał jej w pierwszej chwili, lecz już w następnej tulił płaczącą bezgłośnie, tulił i sam łykał łzy. Była krucha jak ptak, lekka, gdy niósł ją po schodach i wołał służbę, by szybko szykować na kolację rosół i pierogi. I na rano samochód do podróży. 

Książka Katarzyny Drogi ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova (fmat. prasowe)
Książka Katarzyny Drogi ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova (fmat. prasowe)

- W Ornianach - mówił - szybko dojdziesz do siebie, Hanko. Tam jeszcze nie dotarła wojna, mamy zapasów w bród. W Ornianach. już wiosnę trochę widać, zaraz Weronka napali w kominku, w twojej sypialni. Hanka! No nie płacz, jesteś w domu, Hanka! 

Nie chciała płakać, zresztą po co, była szczęśliwa w jego ramionach. A jednak napięcie narastające od wielu tygodni widać pękło i zanosiła się łzami, jakby miały oczyścić duszę ze złych wspomnień. Mąż przytulał ją, całował włosy i bliznę na skroni, i chociaż przeczuwał, że wojna wtargnie i na Litwę, miał nadzieję, że to koniec ich nieszczęść. Mylił się. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Katarzyna Droga. Redaktorka, dziennikarka, pisarka. Jest absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości nauczycielka języka polskiego, założycielka wydawnictwa edukacyjnego. Była redaktor naczelna czasopism dla młodzieży ( Cogito, Victor, Junior ) i psychologicznego magazynu SENS. Obecnie autorka powieści biograficznych i sag rodzinnych, współpracuje dziennikarsko z magazynami Sens i Twój Styl. Podlasianka, ( urodzona w 1965 w Zambrowie), po dwudziestu latach życia w stolicy powróciła na rodzinne Podlasie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (35)
Zaloguj się
  • kapitan.kirk

    Oceniono 27 razy 17

    Niestety przeraźliwie egzaltowana grafomania; szkoda, bo na ważny i ciekawy temat :-/

  • smokwawerski

    Oceniono 23 razy 9

    Styl egzaltowanej pensjonarki. Nie dla dorosłych, nie da się tego czytać. Polecam dzieciom i mniej rozgarniętym nastolatkom.

  • white_lake

    Oceniono 12 razy 8

    harlekin czystej wody :)
    to też swego rodzaju sztuka, tylko że ja liczyłam na jakieś fakty, a nie pensjonarskie egzaltacje,
    przyzwyczaiłam się, że w gazeta.weekend bywają ciekawe wywiady czy reportaże

  • shtalman

    Oceniono 18 razy 8

    Każdy PiS-dzielec to Igo Sym, koniukturalista, karierowicz, cwaniak i cynik

  • racionalist

    Oceniono 10 razy 8

    Z ciekawosci rzucilem okiem na biogram Syma. Volksliste podpisal pod koniec 1939, wiec skad ten mundur SS “na nastepny dzien po zajeciu Warszawy”?

  • lkolesio

    Oceniono 20 razy 4

    Po jaką cholerę autorka wracała na podlasie do matecznika prymitywów z pis. To nie miejsce dla inteligentnej osoby.

  • mer-llink

    Oceniono 9 razy 3

    Taka raczej maglarsko-bazarowa opowiastka. Styl tej pani nadaje się na scenopisarkę "Ojca Mateusza" oraz "Panstwa Kiepskich". Powodzenia....

  • mer-llink

    Oceniono 7 razy 3

    Taka raczej maglarsko-bazarowa opowiastka. Styl tej pani nadaje się na scenopisarkę "Ojca Mateusza" oraz "Panstwa Kiepskich". Powodzenia....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX