Wiele budynków komunalnych w Łodzi jest w opłakanym stanie

Wiele budynków komunalnych w Łodzi jest w opłakanym stanie (fot. Bartosz Józefiak)

reportaż

Budynki, które grożą śmiercią, to polska specjalność

Dom Eli może w każdej chwili zawalić się na głowę. Dom Ewy to wylęgarnia chorób dla całej rodziny. Dom Marii jest kompletnie pusty i zamieszkany jednocześnie. Tak to widzą urzędnicy.

Dom Elżbiety może ją zabić w każdej chwili.

Elżbieta codziennie wstaje przed piątą, żeby zdążyć do pracy. Zamyka drzwi, pędzi do tramwaju, nad maszyną do szycia myśli: "Ciekawe, czy będę miała do czego wrócić? Czy mój dom jednak się zawalił?".

Na ścianie jej domu widzimy wielką żółtą tabliczkę: "Budynek wyłączony z użytkowania. Zagrożenie - osobom obcym wstęp wzbroniony".

Obcym wstęp wzbroniony, przechodzień boi się nawet podejść, a Ela spędziła tu już osiem lat, z czego od czterech miesięcy mieszka pod żółtą tabliczką.

Budynek przy ul. Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Budynek przy ul. Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Rysa

Rysa ciągnie się od piwnicy aż po dach. Jakby ktoś ołówkiem narysował linię na elewacji. Albo rozciął kamienicę nożem. Widok jak z filmów katastroficznych, w których po trzęsieniu ziemi budynek zaczyna pękać, a potem się rozpada.

Ale to nie film. To ulica Dąbrowskiego w Łodzi.

W domu z rysą Ela codziennie zasypia i wstaje. - Przecież nie pójdę na podwórko - mówi. Okna są zamurowane, drzwi zamknięte na kłódkę. Tylko jedno mieszkanie - Eli - z firankami, kotem na parapecie, ale też kratką w oknie, żeby nikt nie wszedł.

Bo są rzeczy gorsze niż sufit, który może spaść na głowę. Na przykład szabrownicy. Usłyszeli, że kamienica pusta, to przyszli po fanty. Skrzynkę na listy zabrali, więc Ela korespondencję odbiera z poczty. Urywali rury i krany - Elę dwa razy zalało. Jedna ekipa przyszła o szóstej rano, Ela chwyciła za siekierę i ich pogoniła. Od tej pory śpi z siekierą pod bokiem.

Za te atrakcje płaci miesięcznie 388 złotych czynszu i rachunków.

Mama Eli mieszkała w kamienicy od 1992 roku, Ela wprowadziła się osiem lat temu, po rozwodzie.

- Ta ściana to pękła nagle? - pytam, bo nie mogę uwierzyć, że nikt - nadzór budowlany, urząd miejski - tego nie zauważył.

- E tam, nagle. Jak nagle może kamienica pęknąć? - Ela się dziwi mojemu zdziwieniu. - 15 lat temu zaczęła pękać. Wtedy ten budynek wyglądał dokładnie tak samo jak dzisiaj.

Pęknięciom nie ma się co dziwić. Po Dąbrowskiego od rana do nocy z zajezdni głośno sunęły ciężkie, stare tramwaje. Do tego budowy dookoła, remont ulicy. Drgania się nasiliły.

Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Ludzie jakoś się przyzwyczaili do rysy na ścianie, ale gdy zaczęli się zapadać w podłogi, to przestało być śmiesznie. Kiedy wieszali pranie na strychu, bali się, że wpadną do sąsiadów. Poszli do Stowarzyszenia "Bratnia Pomoc", które pomaga lokatorom. Wolontariusze szybko wezwali nadzór budowlany, a pani inspektor od razu wyłączyła budynek z użytkowania. Kazała zawiesić żółtą tabliczkę.

Nagle okazało się, że zarząd lokali ma mieszkania zastępcze, które urzędnicy przydzielili błyskawicznie. Ela ma więc już nowy dom, czeka tylko na przeprowadzkę. W kamienicy została sama. Te parę dni wytrzyma. Przynajmniej taką ma nadzieję.

Pełne ręce roboty

Marcina Wawrzyńczaka nic już nie dziwi.

Kamienice pęknięte na pół, zawalone dachy, chorobotwórcze grzyby - wszystko już przerabiał.

Na dyżury do "Bratniej Pomocy" ustawiają się kolejki. Pomóżcie, bo nam się dom zaraz zawali - proszą mieszkańcy. Marcin i inni ze stowarzyszenia nie dyskutują, wolą działać. Przygotowują pisma, pozwy, są konferencje prasowe, wezwania do nadzoru budowlanego i mieszkaniówki. W mieszkaniówce dobrze ich znają. Ale chemii raczej nie ma.

Weźmy budynek przy Dąbrowskiego. - Do 2018 roku z kamienicy nie wyprowadzono ani jednej rodziny, chociaż od ponad 20 lat urząd wiedział, w jakim jest stanie - mówi Marcin. "Bratnia Pomoc" zawiadomiła prokuraturę. Podstawą był artykuł 160 Kodeksu karnego: "narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu". - Wcale się nie zdziwię, jak usłyszymy za jakiś czas, że ten budynek się zawalił - twierdzi Wawrzyńczak.

Takich historii ma więcej.

Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy Dąbrowskiego 5 w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Zgierska 153 - w części budynku zawalił się dach. W drugiej części wciąż mieszkali ludzie.

Kopernika 20 - budynek wyłączony z użytkowania, jeszcze zamieszkany. Nadzór budowlany nałożył na magistrat 40 tysięcy złotych kary za niewykonanie obowiązkowych remontów.

Limanowskiego 122 - nadzór budowlany wyłączył budynek z użytku. Zostały tam jeszcze dwie rodziny.

Na Kopernika i Limanowskiego jeszcze wrócimy.

Dlaczego magistrat nie wyprowadza mieszkańców z kamienic trupów? Po pierwsze, w Łodzi jest za mało mieszkań - przyznają ludzie z "Bratniej Pomocy". Choć z drugiej strony zdobyli z Zarządu Lokali Miejskich dane, że magistrat ma ponad siedem tysięcy pustostanów. Ale mieć to jedno, a doprowadzić do stanu używalności - co innego.

Po drugie więc, według Marcina, brakuje pieniędzy na remonty. W tej materii urzędnicy protestują. Jolanta Baranowska z magistratu tłumaczy: miasto rocznie remontuje tysiąc mieszkań. W ciągu trzech lat Zarząd Lokali Miejskich na ten cel wydał 200 milionów złotych.

Po trzecie, lata zaniedbań. Mówimy o kamienicach, które mają sto lat i więcej.

Uczciwie trzeba przyznać, że prezydent miasta nie siedzi z założonymi rękami. Zaczęło się od programu "Mia100 kamienic" - gruntownie odnowiono 200 budynków, blisko 1000 mieszkań. Parę lat temu ruszyła rewitalizacja. Na łódzkie śródmieście spłynął deszcz pieniędzy. 145 remontowanych kamienic w większości pójdzie na mieszkania komunalne. Do tego trzy nowiutkie bloki komunalne oddane w ostatnich latach. - Polityka mieszkaniowa jest priorytetem dla miasta. Nadrabiamy zaległości po poprzednikach, właściwie z 70 ostatnich lat - dodaje Jolanta Baranowska.

Tylko skoro jest tak dobrze, to dlaczego Marcin i jego ekipa wciąż mają pełne ręce roboty?

Pustka

Maria nie mieszka tam, gdzie mieszka.

Tak przynajmniej twierdzi nadzór budowlany. Inspektorka przyszła, obejrzała, coś zanotowała i zapisała w dokumentach, że kamienica przy Limanowskiego jest wyłączona z użytkowania. Czyli niezamieszkana. A to ciekawe, zdziwiła się Maria, skoro u niej w oknach wciąż wiszą firanki, na podwórku stoją kosze na śmieci, zaś furtkę bez problemu pokonuje jej 14-letnia suczka Tina.

Kamienica przy ul. Limanowskiego w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy ul. Limanowskiego w Łodzi (fot. Bartosz Józefiak)

Fakt, mogły inspektorkę zmylić okna - zamurowane na parterze, na wyższych piętrach zasłonięte dyktą. Ale bez przesady. Skoro Maria tu nie mieszka, to dlaczego wciąż płaci czynsz?

Na Limanowskiego trafiła po tym, jak z domu wyrzucili ją teściowie. Wychowała trójkę dzieci sama, pracując w zakładzie jako prasowaczka. Wszystko prasowała: sukieneczki, spódniczki, bluzeczki, paseczki. Dobrze, że sąsiedzi mogli z dziećmi zostawać, gdy Maria szła na drugą zmianę. Na sąsiadów nie narzeka, może z wyjątkiem jednej pani, która jej siekierą porąbała drzwi. No, ale nie wracajmy do dawnych czasów.

Starą łódzką tradycją praca była na akord - ile uprasowała, tyle zarobiła. Jak była młodsza, dawała z siebie wszystko i pracować na akord bardziej jej się opłacało. Z czasem było coraz ciężej. A jak skończyły się lata 90. i zakład przekształcono w spółkę, to pracowników - jak to pięknie się mówi - zredukowano, czyli wyrzucono bez odprawy. I poszło: kuronióweczka, haft komputerowy, sprzątanie. Chodziła po teatrach, kinach, przedszkolach, szkołach, fabrykach. Zostawiała CV. Wszędzie mówili: nie, dziękujemy, albo: tak, ale minimalna krajowa.

Dziś na pytanie, czy nie myślała o mieszkaniu z wynajmu, Maria uśmiecha się pobłażliwie. Przy zarobkach rzędu 1600 złotych na rękę raczej trudno liczyć na sukces.

Mieszka więc przy Limanowskiego, w budynku, który przez te lata niespecjalnie się zmienił. Ostatnio trochę papy spadło z dachu, schody się zapadły, no i z rur lało się jak z wodospadu. Poza tym - stabilnie.

A ile było remontów?

- No jak to ile? Zero! Wszystko my robiliśmy, lokatorzy. Rury sami położyliśmy, zrzucaliśmy się na instalację, malowaliśmy klatkę. Tak to nic się nie działo - mówi Maria.

Prosiła urzędników o zmianę lokalu, i to dobre 20 lat temu. Przyszedł pan z urzędu, rozejrzał się i rzucił: "A po co pani tyle dzieciaków narobiła?".

- Popłakałam się, poprosiłam, żeby wyszedł.

W 2004 roku dostała z sąsiadami pismo: budynek do rozbiórki. Przez lata nic się nie działo, w końcu do Marii zaczęły spływać propozycje nowych lokali. Ich wadą było to, że za bardzo nie różniły się od obecnego mieszkania. Raz dostała nawet klucze, co byłoby miłe, gdyby nie fakt, że lokal nie miał drzwi. Proponowano jej też mieszkania za duże, pod schodami, bez okien, z ogrzewaniem elektrycznym, które kosztuje majątek. Albo takie w śródmieściu, gdzie czynsz równał się połowie jej wypłaty. "Pani to pałaców żąda!" - denerwowała się urzędniczka.

Pani Maria mieszka z rodziną w kamienicy przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)
Pani Maria mieszka z rodziną w kamienicy przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)

Urzędnicy to już w ogóle na Marii uwagi kręcą głowami. - Lokale po remoncie mają nowe okna, drzwi, ściany, podłogi, łazienkę, kuchnię gotową do przygotowania posiłków - wylicza Jolanta Baranowska. Wnosimy tylko swoje rzeczy i mieszkamy. Gdy ktoś mówi "Ale to nie jest lokal do zamieszkania", to owszem, nie jest, ponieważ dopiero będzie, po remoncie. I tak pani Maria dostała aż dziesięć propozycji. Odrzuciła wszystkie. Jej umowa została wypowiedziana, do sądu trafił wniosek o opróżnienie lokalu. Nie można już czekać, bo kamienica się zawali. Chodzi o bezpieczeństwo!

To ciekawe, mówi Maria, bo inaczej zapamiętała standard tych mieszkań. Urzędnikom chciałaby powiedzieć tylko: - Nie to, że wymagam, ja tylko proszę: centralne ogrzewanie, dwa pokoje, kuchnia. Łazienka. Wszystko. Żebym mogła dobrze żyć. 40 lat pracowałam, płaciłam podatki, trójkę dzieci odchowałam, nabyłam przez to szereg chorób. Już się dość wysłużyłam dla Polski. Teraz Polska mogłaby coś zrobić dla mnie.

Kryzys

Nie, żeby Łódź była jakimś wyjątkiem.

W całym kraju aż 27 procent gminnych kamienic ma sto i więcej lat. Trafia tam co czwarta osoba, która korzysta z miejskich lokali. Co dziesiąty budynek gminny jest w złym stanie technicznym. Tak deklarują samorządy w badaniu dla Instytutu Rozwoju Miast i Regionów. Najgorzej jest m.in. w Olsztynie, Lublinie, Włocławku, Sieradzu, Opocznie, Ostrowcu Świętokrzyskim, Grudziądzu, Łomiankach. 

- Gminne mieszkania to często silnie zdegradowane zasoby i długa historia permanentnych zaniedbań - mówi dr Alina Muzioł-Węcławowicz, współautorka raportu "Mieszkalnictwo społeczne".

Na Ziemiach Odzyskanych kamienice zwykle mają podłączoną wodę, kanalizację i centralne ogrzewanie. Na terenach byłego zaboru rosyjskiego znajdziemy więcej tych z piecami na węgiel i wychodkiem na podwórku. Nic nie zmieniło dwudziestolecie międzywojenne ani PRL, który obiecywał zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych Polaków. Obietnicy nie spełnił, mimo milionów wybudowanych mieszkań. Przypomnijmy tylko, że 19. spośród 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980 brzmiał: "skrócić czas oczekiwania na mieszkania".

Szczególnie okrutnie Polska Ludowa obeszła się z kamienicami, które przetrwały wojnę. Przez lata nie robiono tam absolutnie nic. Nie wyburzano mieszkań, które przeżyły okres "śmierci technicznej", czyli przestały nadawać się do użytku. Taki niedoinwestowany "majątek" w posagu od wolnej Polski dostały samorządy. Gremialnie dalej nic z tym nie robiły. Nie miały zresztą łatwo. - Niewielu ludzi pamięta, ale na początku czynsze były centralnie regulowane. Nikt ich nie podnosił, bo rząd Mazowieckiego wiedział, że ludzie wszystkich podwyżek naraz nie wytrzymają. W górę poszedł prąd, ale nie czynsze. Mieszkaniówkę od początku transformacji przeznaczono na straty - dodaje dr Muzioł-Węcławowicz.

Kamienica przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy ul. Limanowskiego (fot. Bartosz Józefiak)

Gminy przez lata nie inwestowały w mieszkania, bo koszty zawsze były za duże. - Mieszkalnictwo jest najdroższym zadaniem samorządu w przeliczeniu na jednostkę. Na budowę mieszkania komunalnego dla trzyosobowej rodziny wydamy kilkaset tysięcy złotych. Dużo łatwiej jest przeznaczać pieniądze na drogi czy parki, z których skorzysta więcej osób - dodaje ekspertka.

Kolejne programy, jak "Mieszkanie dla młodych" czy "Mieszkanie plus", skierowane były do klasy średniej. Dla najbardziej potrzebujących pieniędzy nie ma. - A gminy same sobie nie dadzą rady. Mamy co prawda miasta, które są w awangardzie polityki mieszkaniowej, dofinansowują remonty, budują mieszkania komunalne, mieszkania w formule TBS - Gdańsk, Szczecin, Poznań, Wrocław, Słupsk, Stargard, Ostrów Wielkopolski. Ale mówimy o pojedynczych inwestycjach, a rzecz powinna dotyczyć dziesiątek tysięcy mieszkań rocznie. Konieczny jest rządowy, wieloletni program subsydiowania gmin. Na to potrzeba parę miliardów złotych. Te pieniądze samorządy przeznaczą na remonty i budowę nowych mieszkań. To jedyne wyjście. Inaczej kryzys będzie się pogłębiać. Bo jeśli chodzi o mieszkania dla najbardziej potrzebujących, to my już mamy kryzys - podsumowuje dr Alina Muzioł-Węcławowicz.

Grzyb

Ewa i Leszek uważają, że przez tę cholerną kamienicę ich dzieci chorują.

Najstarsza, Angelika, w szkole dostała takich duszności, że zabrało ją pogotowie. Diagnoza: astma. Pół podstawówki spędziła w sanatoriach.

Pani Ewa, mieszkanka kamienicy przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)
Pani Ewa, mieszkanka kamienicy przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)

Syn Alan, dziś lat 26, raz zemdlał na uczelni i zabrała go karetka. Opowiada: - Ostatnio byłem przez parę dni w Warszawie, u znajomych. Nie uwierzy pan, ale tam dopiero odetchnąłem. Wróciłem do domu i od razu zaczęła mnie głowa boleć.

Młodsza córka rok po tym, jak się wyprowadziła, dostała raka piersi.

Ewa ma zawroty głowy.

Leszek kaszle.

Jednym z podejrzanych o zdrowotne kłopoty rodziny jest grzyb, który ciągnie się od podłogi po sufit. - Cuda żeśmy robili: odwilgocenia, odgrzybiania. Nic nie dało. Budynek nie ma podpiwniczenia. Tego się nie wytępi. Grzejemy, jak możemy: węglem, piecem elektrycznym, zimą rachunki mamy po 600 złotych miesięcznie. I nie schodzi - mówi Ewa.

Wynająć coś na wolnym rynku? Ewa jako ekspedientka przeszła wszystkie transformacje sklepu - z Geanta na Reala, z Reala na Auchan. Leszek pracował w elektrociepłowni, potem w ochronie. Każdy grosz szedł na leki. Z takimi wydatkami trudno myśleć o wynajęciu mieszkania. Łapać drugi etat, dodatkowe godziny? Jak, skoro Ewa, jak tylko kończyła pracę, pakowała się w busa i jechała do Tuszyna bawić wnuki, bo córka nie mogła wstać po chemii.

Kamienica przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)
Kamienica przy ul. Kopernika (fot. Bartosz Józefiak)

Ewa zleciła badania, żeby sprawdzić, z jakim to grzybem mają do czynienia. Okazało się, że z trzema. Mieszka u nich między innymi rakotwórczy Aspergillus Versicolor. Eksperci z politechniki stwierdzili, że stan zagrzybienia znacznie przekracza dopuszczalny poziom i może powodować choroby. Ewa z analizą pobiegła do lokalówki. To było 12 lat temu. Urzędnicy najpierw twierdzili, że mieszkanie się nie należy, bo grzyb to Ewy i Leszka wina. Potem zmienili zdanie, ale sensowny lokal pokazali dopiero ostatnio, po interwencji "Bratniej Pomocy". - Jak człowiek jest zwykłym robolem, to nie ma siły przebicia - mówi Ewa.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (339)
Zaloguj się
  • d.wellman7

    0

    To zgroza.
    ZGROZA i obrzydlistwo. Pan Marcin Wawrzyńczak nie takie rzeczy widział. W to nie wątpię.

    To skazany i po odsiadce pedofil. I to z recydywą. Ale jakie świetne znalazł sobie alibi.
    Właśnie zaostrzono kary za pedofilię więc PiS tego gnoja dojedzie.

    Ale to OBRZYDLISTWO.

    I jeszcze ta opowieść, że pani ma dużo dzieci. Wawrzyńczak może się nimi zaopiekować.
    Powtórzę - obrzydlistwo.

    A pan redaktor Bartosz Józefiak znalazł sobie świetne źródło informacji. Albo sam jest nieprzytomny a może też lubi 8-letnie dziewczynki.

  • mmagdaa1

    0

    Co z kamienicą przy ul. Zamenhofa 26 w Łodzi? Pieniądze na projekt techniczny remontu w/w nieruchomości wydane w kwocie 68880 zł. W 2013r projekt techniczny wykonany, a do dnia dzisiejszego remontu nie widać. Komórki lokatorom pozabierano gdyż grożą zawaleniem. Sufity na głowę spadają. Czy gmina czeka aż dojdzie do jakiegoś nieszczęścia w/w nieruchomości. Remont nieruchomości wciąż odsuwany jest w czasie miał być miał być wykonany w 2014r mamy 2019r, a remontu jak nie było tak nie ma.
    www.karta.com3.pl/przetargi/pliki/0180/__2512__10240__wyniki.pdf

  • mmagdaa1

    0

    www.karta.com3.pl/przetargi/pliki/0180/__2512__10240__wyniki.pdf

  • mmagdaa1

    0

    Co z kamienicą przy ul. Zamenhofa 26 w Łodzi? Pieniądze na projekt techniczny remontu w/w nieruchomości wydane w kwocie 68880 zł. W 2013r projekt techniczny wykonany, a do dnia dzisiejszego remontu nie widać. Komórki lokatorom pozabierano gdyż grożą zawaleniem. Sufity na głowę spadają. Czy gmina czeka aż dojdzie do jakiegoś nieszczęścia w/w nieruchomości. Remont nieruchomości wciąż odsuwany jest w czasie miał być miał być wykonany w 2014r mamy 2019r, a remontu jak nie było tak nie ma.

  • sholay

    Oceniono 1 raz 1

    Szkoda nawet czasu na czytanie.
    Już samo "polska specjalność" świadczy, że autor w pupie był, kupę widział. Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Chorwacja.... właściwie cała Wschodnia Europa i 2/3 reszty świata ma ten sam problem.
    Ze świadomością na temat PRLu też cienko, a typowej dla Gazety i jej czytelników pogardzie dla Polski B, to nawet nie wspomnę.
    &

  • Kasia M

    Oceniono 4 razy 2

    Najlepiej mieszkają ci co rodzin nie mają i gosposia przychodzi im gotowac i sprzątać a plebanie to mają wypasione i grunty przy nich ,a ludzie z rodzinami w ruinach mieszkają .Jeden ciężko zarobi i se kupi dom czy mieszkanie a klecha nie musi on dostaje!!!ale są biedne rodziny i one powinny korzystac z pomocy księdza on powinien mieszkać polowo a rodzina na plebanii bo dzieci najważniejsze i muszą miec wygody!!!

  • semigetuza

    Oceniono 6 razy 2

    komentarze warte artykułu. Czy wy ludzie na prawdę już aż tak zgłupieliście? Problem poruszony w artykule był doskonale znany już 40 lat temu. Dziś do wyburzenia natychmiastowego jest około 25% substancji mieszkaniowej w Polsce. Tak, 25%. W tym w całe kwartały mieszkań komunalnych na Woli, Pradze Płn i Płd. Większość tych mieszkań była budowana po wojnie w latach1947-56 z założenia na 25-30 lat. po tym terminie miały zostać zburzone i w ich miejsce miały powstać normalne domy. Bo to co stoi np. przy Karolkowej, Księcia Janusza czy Ordona trudno uznać za pełnowartościowe miejsca do życia i zamieszkania. W zasobach komunalnych Woli mieszka około 230 tys ludzi. Infrastruktura podziemna /wodociągi, co, cała kanalizacja są w fatalnym stanie, na odtworzenie potrzeba na dziś 25mldUSD. Tych pieniędzy nie ma i nigdy nie będzie i ta substancja mieszkaniowa będzie się powoli obracała w ruinę.
    Co do czynszów. Bełkot. W przeciętnej ursynowskiej SM za 1m2 płaci się koło 9zl/m2. I za te pieniądze utrzymuje się domy w stanie cywilizowanym, a nawet robi remonty podwyższające standard zamieszkania.
    Łódzki Widzew ma dziś substancję mieszkaniową w gorszym stanie, niż miało to miejsce w czasie kiedy tam funkcjonowało łódzkie getto. Trudne do pojęcia, ale prawdziwe.
    Prawda jest taka, że Państwo Polskie po upadku starego systemu całkowicie olało budownictwo mieszkaniowe / za komuny słodko nie było, ale chociaż cokolwiek robiono, Solidaruchy totalnie olały ten problem/.
    Budownictwo komunalne nie jest fanaberią tylko polityczną i cywilizacyjną koniecznością. Szkopuł w tym, że w Polsce gmin tyle, jakby muchy obsrały mapę kraju. 60% gmin jest niewydolnych finansowo i bez dotacji z zewnątrz na pensje by nie starczyło. Gmina i starostwo w Polsce to pewne i często jedyne miejsca zatrudnienia, w Polsce gmina nie służy mieszkańcom, a jedynie lokalnej i centralnej władzy. Tu jest pies pogrzebany. Mamy to, na co się godzimy.
    No, ale jak spora grupa Internautów uważa za normę branie kredytu na 30 lat i w ten sposób stawanie się współczesnym niewolnikiem, to ja nie mam nic do powiedzenia Jak Polski Naród totalnie poy-ebało, to na to rady nie ma.

  • sopot75

    Oceniono 6 razy 4

    Czytam komentarze pod tym artykułem i zastanawiam się czy czytelnicy GW pochodzą tylko z dużych miast, pracują w korporajach, mają wąskie horyzonty myślowe? Pochodzę z Gdańska, który jest pięknym, bogatym miastem, gdzie ludzie są zaradni, gdzie jak okazuje się życie wygląda inaczej niż na Górnym Śląsku. Zapraszam wszystkich tu komentujących na Górny Śląsk, tak na dłużej. Tu całe miasta wybudowane są z kamienic, familoków, budynków należących do miasta. Jeszcze do niedawna nie było tu zbyt wiele nowych mieszkań, domów bo ich po prostu nie ma gdzie budować, powstawały zazwyczaj jakieś plomby lub pojedyńcze budynki na obrzeżach miast. Ludzie tu głównie żyją w takich kamienicach nalżących do zasobów KZGM (KOMUNALNY ZAKŁAD GOSPODARKI MIESZKANIOWEJ). Wiele lat temu za czasów prosperity hut, kopalń przyjechali tu ze swoich wsi z kielecczyyzny, zahodniopomorskiego itp i odtąd tu żyją i mieszkają w tych kamienicach. Nie było tu zbyt wiele mieszkań spółdzielczych, które moźna było wykupić. Kamienice, familoki są także w opłakanym stanie. Ludzie tu nie zarabiają kokosów, tak często żyją z tzw socjalu. Ale UWAGA co zrobić z tymi ludźmi? To nie są pojedyńcze budynki to są setki budynków jak nie tysiące w Świętochłowicach, Chorzowie, Katowicach, Siemianowicach Ślaskich, Rudzie Ślaskiej, Zabtrzu itp. Łatwo zlikwidować huty, kopalnie, czy też w Łodzi zakłady włokiennicze i zapomnieć o ludziach, którzy od pokoleń w nich pracowali i mieszkali w takich własnie budynkach. Czytelnicy GW nie rozumieją, że istnieje inny świat niż świat korporacji, dużych miast, egzotycznych wakacji, są róźne Polski, tak jak Górny Śląsk jest zupełnie inny od Trójmiasta, Dolnego Śląska (Wrocław), od np Podkarpacia, Podlasia czy bogatej Warszawy i Krakowa. Mieszkaniec kaźdej z tych części żyje na innym poziomie, w innych warunkach, ma inny dostęp do edukacji, pracy itp. Nie ma jednej Polski. I PiS widzi te rożnice, dostrzega ludzi biednych i niewykształconych i dlatego wygrywa...

  • wycofany

    Oceniono 6 razy 4

    Kiedy czytam te komentarze, pełne neoliberalnych bredni, chamstwa i pogardy wobec tych, którzy mają mniej, nie dziwię się, dlaczego ten kraj jest nadal w czarnej d...pie Europy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX