Człowiek po śmierci jest w stanie uratować aż ośmiu innych ludzi

Człowiek po śmierci jest w stanie uratować aż ośmiu innych ludzi (Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

"Po śmierci mojego syna mówiono, że pewnie jego narządy trafiły na czarny rynek". Decyzja mamy Bartka uratowała sześć osób

Uśmierciłaś swoje dziecko, pozwoliłaś na to, że odłączyli je od aparatury i pokroili - to tylko niektóre opinie, z którymi musiała się zmierzyć Jolanta Kruczkowska. Zgodziła się na pobranie narządów syna do przeszczepienia. - Myślę sobie, że jeśli można nadać sens takiej śmierci, która nie ma sensu, to właśnie taką decyzją - mówi Jolanta Kruczkowska.

28 listopada 2010 roku. Londyńska dzielnica Chelsea. Jak na brytyjskie warunki, całkiem ładny dzień. 26-letni Bartek Kruczkowski, gdańszczanin mieszkający w Londynie od dwóch lat, spotyka się z przyjaciółmi. Siedzą w kawiarni, rozmawiają o życiu, planach, marzeniach. Nie mogą się doczekać zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Bartek cieszy się, że spotka się z bliskimi, którzy zostali w Polsce. Przyjaciele mówią o nim: dusza towarzystwa, zawsze można na nim polegać, pierwszy do pomocy, bardzo wrażliwy człowiek. I przede wszystkim dobry. W Londynie pracuje, szlifuje grę na gitarze, jego pasją są też rowery - nie tylko jazda na nich, bo też sam je składa. Marzy o założeniu rodziny.

Te marzenia nigdy się nie spełnią. Bartek z przyjaciółmi postanowili popatrzeć na Londyn z góry. Weszli na dach opuszczonej fabryki. Bartek miał pecha. Stanął w miejscu, gdzie poszycie było osłabione. Dach runął, Bartek wraz z nim. Spadając z 10 metrów, uderzył się w głowę. Karetka zabrała go do pobliskiego Royal Hospital, ale lekarze nie byli w stanie nic zrobić. Obrażenia były bardzo rozległe, mózg Bartka został poważnie uszkodzony, serce również.

Nadać sens śmierci

Trwająca kilkanaście godzin lekarska procedura stwierdzania śmierci mózgu to dla Jolanty Kruczkowskiej, mamy Bartka, najtrudniejszy czas w życiu. Oddalona od syna o 1500 km żyła nadzieją, mimo że tej nadziei nikt jej nie dawał. Syna nie można było uratować. Mimo szoku i ogromnego cierpienia wyraziła zgodę na pobranie organów syna do przeszczepu.

- Czułam, że tak po prostu trzeba, że sam Bartek tego by chciał. On miał takie dobre serce, jego przyjaciele mówili, że był za dobry na czasy, w których przyszło nam żyć. Myślę sobie, że jeśli można nadać sens takiej śmierci, która nie ma sensu, to właśnie taką decyzją. Decyzją, która daje szansę na uratowanie zdrowia czy życia innym ludziom - mówi Jolanta Kruczkowska.

Bartek Kruczkowski (fot. archiwum rodzinne)
Bartek Kruczkowski (fot. archiwum rodzinne)

Lekarze pobrali z ciała zmarłego obie nerki, trzustkę, zastawkę płucną i wątrobę. Dzięki tym narządom sześć osób dostało nowe życie i zdrowie. Do Jolanty Kruczkowskiej co roku przychodzą listy z londyńskiego NHS Blood and Transplant, w których zawarte są zwięzłe informacje o aktualnym stanie zdrowia ludzi, którzy w sobie noszą narządy jej syna. Część wątroby otrzymał niespełna dwuletni wtedy chłopiec. Druga trafiła do 56-latka. Dzięki nerkom Bartka 30-latek i 25-latka nie potrzebują już dializ, a mężczyzna, któremu przeszczepiono trzustkę Bartka, nie musi już dostawać zastrzyków insuliny. Operacja wszczepienia zastawki płucnej całkowicie odmieniła też życie 23-latka.

Bartek dzisiaj żyje w sześciu innych osobach, a jego mama stara się pielęgnować pamięć o nim i promować ideę transplantacji. Wraz z przyjaciółmi Bartka założyła fundację ORGANiści. Jej misją jest upowszechnianie wiedzy o transplantacji i prawie dotyczącym dawstwa organów po śmierci i za życia. A także wsparcie dla osób oczekujących na transplantacje, będących po przeszczepach, i dla ich bliskich. Do założenia fundacji skłoniły ją reakcje rodziny i znajomych.

- Ludzie karmią się mitami, zabobonami, nie zdają sobie sprawy, jak bardzo poważny jest to problem. Po śmierci mojego syna mówiono, że wyprodukowałam sześciu rencistów, na których społeczeństwo musi pracować, że pewnie jego narządy trafiły na czarny rynek. Niektórzy wręcz zarzucali mi, że pozwoliłam uśmiercić mojego syna. Wiele osób pytało mnie z wyrzutem, jak mogłam dać go pokroić, kiedy i dlaczego zdecydowałam się odłączyć go od aparatury. Oni nadal nie potrafią odróżnić śpiączki od śmierci mózgu - mówi Jolanta Kruczkowska.

Wątpliwości

Stwierdzenie śmierci mózgu poprzedzone jest szeregiem badań prowadzonych przez lekarzy różnych specjalizacji - anestezjologii i intensywnej terapii, neurologii czy neurochirurgii. Nie biorą w nim udziału chirurdzy transplantolodzy. Cała procedura jest szczegółowo określona w Obwieszczeniu Ministra Zdrowia z dnia 17 lipca 2007 r. w sprawie kryteriów i sposobu stwierdzenia trwałego nieodwracalnego ustania czynności mózgu. Jej częścią są m.in. badania potwierdzające bezdech, brak reakcji źrenic na światło, brak ruchu gałek ocznych, brak reakcji ruchowych na ból, brak odruchów wymiotnych, kaszlowych.

Wielu przedstawicieli Kościoła, teolodzy, bioetycy, filozofowie, ale również niektórzy lekarze twierdzą jednak, że śmierć mózgu nie wytycza realnej granicy między życiem a śmiercią, nie stwierdza tego, że umiera człowiek, tylko określa to, co w człowieku umiera. - Rozumienie śmierci i spór wokół tego zagadnienia przenosi się z nauk medyczno-empirycznych na teren filozofii, bo choć śmierć dotyka biologicznego wymiaru życia człowieka, daleko wykracza poza jego ramy. I tutaj dochodzimy do jednego z najbardziej kontrowersyjnych zagadnień współczesnej bioetyki, budzącego też poważne wątpliwości w umysłach zwykłych ludzi: kiedy można uznać, że dana osoba z całą pewnością umarła? Czy śmierć mózgowa jest rzeczywiście wyznacznikiem śmierci człowieka? - takie pytania stawia ks. dr hab. Jan Wolski, teolog i bioetyk, dyrektor Instytutu Teologicznego w Łodzi.

- Ta dyskusja toczy się od lat i zapewne będzie się toczyć. My jako lekarze nie mamy jednak wątpliwości. Współczesna medycyna jest oparta na faktach, na potwierdzonych badaniach i odkryciach naukowych. Nigdy i nigdzie na świecie, przy prawidłowo stwierdzonej śmierci mózgu, nie zdarzyło się, żeby ktoś powrócił do życia. Są jasno zdefiniowane procedury i sposoby potwierdzenia śmierci mózgu, a lekarze orzekający zawsze kierują się nie tylko wiedzą medyczną, ale też etyką zawodową i przepisami prawa - mówi prof. dr hab. n. med. Roman Danielewicz, były dyrektor Poltransplantu, chirurg transplantolog ze Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus w Warszawie.

Większość narządów pochodzi od dawców zmarłych, którzy za życia nie wyrazili sprzeciwu na pobranie (Fot. Rafal Michalowski / AG)
Większość narządów pochodzi od dawców zmarłych, którzy za życia nie wyrazili sprzeciwu na pobranie (Fot. Rafal Michalowski / AG)

Jak rozmawiać?

Tylko niektóre narządy - na przykład nerkę czy część wątroby oraz tkanki takie jak szpik - można pobierać od żyjącego dawcy pod warunkiem, że wyraża zgodę, a jego życie nie będzie narażone na niebezpieczeństwo. Większość narządów i tkanek pochodzi od dawców zmarłych, którzy za życia nie wyrazili sprzeciwu na pobranie. Człowiek po śmierci jest w stanie uratować aż ośmiu innych ludzi, ofiarując im takie narządy jak wątroba, płuca, serce, nerki, trzustka i jelito cienkie. Przeszczepia się również tkanki - skórę, tkankę kostną, chrząstki, ścięgna, rogówki, zastawki serca i naczynia krwionośne. Przed podjęciem decyzji o pobraniu od pacjenta narządów do przeszczepu konieczne jest stwierdzenie śmierci mózgu. Odłączenie aparatury, dzięki której narządy wciąż mogą otrzymywać dotlenioną krew, nigdy nie jest łatwe.

- Pozostaje wtedy tylko kilka godzin, aby upewnić się co do woli zmarłego dotyczącej oddania tkanek i narządów po śmierci. Według polskiego prawa każda osoba zmarła może być uważana za potencjalnego dawcę tkanek i narządów, jeśli za życia nie wyraziła sprzeciwu. A może to zrobić, zapisując się w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów lub ustnie w obecności dwóch świadków - mówi Jolanta Kruczkowska. - Choć w Polsce prawo nie wymaga zgody rodziny zmarłego na pobranie narządów lub tkanek do przeszczepienia, to w każdym przypadku przed pobraniem rozmowa z rodziną ma miejsce.

I to ona uznawana jest za jeden z najtrudniejszych etapów w całym procesie transplantologicznym. Członkowie rodziny, niezależnie od tego, jak ciężki jest stan chorego, cały czas żyją nadzieją. Trudno im zaakceptować fakt, że jeszcze wczoraj ciało bliskiej osoby było ciepłe, oddychało, krążyła w nim krew, a dzisiaj jest uznawane za martwe. Jak wytłumaczyć, że nastąpiła śmierć mózgu, a oddech, ciepłota ciała to efekt działania aparatury medycznej? Jak w takich warunkach rozmawiać jeszcze o pobraniu narządów do przeszczepu? Najczęściej tego zadania podejmują się ordynatorzy oddziałów intensywnej terapii, często też obecny jest przy takiej rozmowie psycholog.

- To sytuacja kryzysowa, powodująca duże obciążenie psychiczne i wywołująca skrajne emocje. Pomoc psychologa często jest niezbędna. Dzięki niej rodzinie często łatwiej zrozumieć nie tylko to, co się stało, ale też to, co może się stać. Mówię o zrozumieniu idei i potrzeby transplantacji, tego, że można przyczynić się do uratowania komuś życia - tłumaczy Sylwia Barsow, koordynator samodzielnego zespołu psychologów Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. - Podczas takiej rozmowy trzeba ustalić, czy zmarły nie wyraził sprzeciwu na pobranie narządów. Jeśli nie, to pytamy rodzinę, co sądzi na ten temat. Często, niestety, rodzina nie wyraża zgody. W takiej sytuacji najczęściej lekarze odstępują od pobrania narządów, mimo że prawo na to zezwala.

Przeszczep albo śmierć

Osób czekających na nowe organy jest coraz więcej. Dla chorujących na schyłkową niewydolność serca, wątroby czy płuc przeszczep narządu jest jedyną możliwą metodą leczenia. - Śmiertelność w pilnych transplantacjach serca sięga 30 procent - przyznaje profesor Mariusz Kuśmierczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Kardio-Torakochirurgów Polskich. - Czy to dużo? Statystycznie tak, ale bez tej procedury wszyscy zginą.

Prof. Mariusz Kuśmierczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Kardio-Torakochirurgów Polskich (Fot. Franciszek Mazur / AG)
Prof. Mariusz Kuśmierczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Kardio-Torakochirurgów Polskich (Fot. Franciszek Mazur / AG)

Przeszczep albo śmierć. Sytuacja zero-jedynkowa. Tak właśnie było w przypadku Sławomira Bugajczyka. Jego problemy z sercem zostały zdiagnozowane, gdy miał 23 lata. Po służbie wojskowej w Marynarce Wojennej poszedł na badania lekarskie zlecone przez nowego pracodawcę. Wtedy lekarze nazywali jego problemy lekkimi nieprawidłowościami, zalecili unikanie znacznego wysiłku fizycznego i regularne badania. Minęło kilka lat, Sławomir Bugajczyk założył rodzinę, urodził mu się syn, był szczęśliwym człowiekiem. Do czasu. Zaczął gwałtownie słabnąć, męczyły go zawroty głowy, miał kłopoty ze snem.

- Wizyta w Instytucie Kardiologii w Aninie ustawiła moje życie już na zawsze. Zdiagnozowano u mnie częstoskurcz komorowy, powiększenie serca i zmniejszenie jego kurczliwości. Potem wszczepiono mi stymulator, ponieważ moje serce w nocy zbyt szybko zwalniało, a w dzień za mocno przyśpieszało. Objawy nadal jednak występowały, odechciewało mi się żyć - opowiada Sławomir Bugajczyk. - Ostatecznie lekarze stwierdzili kardiomiopatię rozstrzeniową i zakomunikowali, że jeśli farmakologia nie pomoże, to będzie konieczny przeszczep. Perspektywa wymiany serca mnie przerażała. Przecież to nienormalne, że w mojej piersi będzie bić czyjeś serce, że ktoś musi umrzeć, bym ja mógł żyć.

W roku 2007 trafił do szpitala w tragicznej wręcz kondycji, ze skrajną niewydolnością serca. Przestały pracować nerki, wątroba i inne organy. Lekarze stoczyli długą, na szczęście wygraną, walkę o życie pacjenta. Zapadła decyzja o transplantacji. Okazało się jednak, że w trzustce jest torbiel i tli się stan zapalny. Przeszczep trzeba odłożyć w czasie. Ten czas to najtrudniejsze chwile w życiu Sławomira Bugajczyka.

- Leżałem podłączony do umocowanych na stojaku pomp, balansując na krawędzi życia i śmierci. Podłamałem się psychicznie. Wiedziałem, że bez przeszczepionego serca nie mogę o własnych siłach wyjść ze szpitala, że będę tutaj egzystował, czekając na śmierć. Zaszyłem się w sobie, skuliłem się, całymi dniami patrzyłem w sufit. Umierałem za życia. Właściwie to ja już chciałem umrzeć. Teraz rozumiem, dlaczego ludzie nieuleczalnie chorzy czasem pragną eutanazji. W tamtym momencie też jej pragnąłem. Nie widziałem rozwiązania. Tak minęły dwa tygodnie, aż lekarze podjęli decyzję o operacji, komunikując mi jednocześnie, że ryzyko jest duże i mogę jej nie przeżyć - opowiada Sławomir Bugajczyk.

Operacja się udała. Przeprowadził ją profesor Mariusz Kuśmierczyk. Sławek z przeszczepionym sercem żyje już prawie 12 lat. Oczywiście, musi na siebie uważać, stale kontrolować stan serca, ale zmieniło się wszystko. Może być aktywny, jest zapalonym rowerzystą, bierze udział w rajdach rowerowych promujących transplantologię. Jest szczęśliwy.

Sławomir Bugajczyk (fot. archiwum prywatne)
Sławomir Bugajczyk (fot. archiwum prywatne)

Warto dzielić się życiem

- Warto dzielić się życiem, to najwspanialszy dar, jaki można otrzymać od drugiego człowieka. W moim przypadku niemożliwe stało się możliwe dzięki woli dawcy i jego rodziny. Dostałam bezcenny prezent, który nie tylko uratował moje życie, ale je diametralnie zmienił - mówi Małgorzata Rudnik, której 8 lat temu przeszczepiono trzustkę.

Była to pionierska operacja, pierwsza tego typu w Polsce. Obarczona dużym ryzykiem, ale dla Małgorzaty - jedyna szansa na zdrowe, lepsze życie bez cukrzycy typu 1. Choroba towarzyszyła jej od dziecka, ale Małgorzata nigdy jej nie zaakceptowała, nigdy się z nią nie pogodziła. Bała się powikłań cukrzycowych, które zresztą w końcu się pojawiły, ale wierzyła, że chorobę będzie można wyleczyć. Nie zwątpiła nawet wtedy, gdy okazało się, że w jej przypadku nie jest możliwy przeszczep wysp trzustkowych, które produkują insulinę. Prof. Janusz Wyzgał, wybitny nefrolog i transplantolog, zaproponował jej przeszczep samej trzustki. Zdawał sobie sprawę, że odwlekanie operacji może mieć tragiczne konsekwencje - przedwczesny zgon ze względu na hipoglikemię, utrata czynności nerek lub wzroku.

- Wyjątkowość tej operacji polegała na tym, że po raz pierwszy w Polsce przeszczepiono osobie chorej na cukrzycę typu 1 samą trzustkę - mówi Małgorzata Rudnik. - Do tej pory lekarze w Polsce wykonywali tylko ratujące życie łączone przeszczepy nerek i trzustki u pacjentów z mocno rozwiniętymi chorobami i dysfunkcjami organów w efekcie zaawansowanej cukrzycy. W moim przypadku była to operacja wyprzedzająca, dzięki czemu udało się zapobiec dalszemu rozwojowi powikłań cukrzycowych. Wyjątkowe było też to, że moja własna trzustka nie została usunięta, bo poza tym, że nie produkowała insuliny, działała dobrze. Żyję zatem z dwiema trzustkami, ta od dawcy została doczepiona do jelita cienkiego.

Dzięki transplantacji trzustki Małgorzata pozbyła się cukrzycy i może normalnie żyć. Ale opór środowiska diabetologicznego do transplantacji trzustki czy też trzustki z nerką u osób z cukrzycą do dzisiaj jest duży. Dlaczego tak jest? Trzustka to najbardziej specyficzny i delikatny organ człowieka. Co 10. przeszczep trzustki kończy się jej martwicą i koniecznością jej usunięcia. Zdarzają się powikłania, takie jak zakrzepica, zakażenia, krwawienia wewnętrzne. Z tego powodu co trzeci pacjent musi być reoperowany. Dla porównania: w przypadku przeszczepu nerki zaledwie 5 procent pacjentów musi być powtórnie operowanych.

Badania dowodzą, że 100 proc. pacjentów po udanym przeszczepieniu trzustki nie potrzebuje terapii insuliną ani leków hipoglikemizujących. A po kilku miesiącach stężenie glukozy we krwi mają już takie, jak u zdrowych ludzi.

- W momencie przeszczepu miałam 33 lata i traciłam wiarę w sens życia. Po operacji, mimo że jeszcze przez dwa lata bałam się utraty przeszczepionej trzustki, stałam się zupełnie innym człowiekiem. Umarła we mnie pesymistka, narodziła się optymistka, kochająca życie, pragnąca go doświadczać. Skończyłam studia podyplomowe na kierunku coaching zdrowia i żywienia, teraz kończę drugie, public relations. Wszystko po to, by promować przeszczepianie narządów, zwiększać świadomość społeczną i akceptację dla transplantologii - mówi Małgorzata Rudnik.

Małgorzata Rudnik (Fot. Patrycja Gawryszewska)
Małgorzata Rudnik (Fot. Patrycja Gawryszewska)

Deficyt narządów

A takich działań nigdy za wiele. Transplantacja narządów uratowała życie i zdrowie wielu ludzi. Na świecie żyje obecnie ponad milion osób z przeszczepionymi narządami, a w Polsce, według danych Poltransplantu, aktualnie takich pacjentów jest około 30 tysięcy - część z nich ma przeszczepione dwa, a nawet trzy narządy. W Polsce jednak wciąż przeszczepia się trzykrotnie za mało narządów w stosunku do potrzeb. 

- Niezmiennie od lat największym problemem polskiej transplantologii jest niedobór narządów do przeszczepienia - mówi prof. dr hab. n. med. Roman Danielewicz, były dyrektor Poltransplantu, chirurg transplantolog ze Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus w Warszawie. - W ostatnich latach kolejka oczekujących na przeszczep sukcesywnie się wydłuża. Przed trzema, czterema laty było to  około 1500 osób, dzisiaj -  już ponad 1900, a liczba narządów pozyskiwanych do przeszczepienia się, niestety, nie zwiększa. Kolejny problem, którego nie udaje się rozwiązać, to zwiększenie liczby przeszczepień od żyjących dawców. W Polsce tylko 5 procent przeszczepionych nerek od nich pochodzi, podczas gdy w krajach znacznie aktywniejszych od nas ten wskaźnik wynosi 30-40 procent.

W roku 2018 w Polsce od zmarłych dawców pobrano i przeszczepiono w sumie 1390 narządów, najwięcej nerek - 889, wątrób - 295 i serc - 147. Z roku na rok, niestety, ta liczba spada - w 2017 było to 1531 narządów, a w rekordowym 2012 roku 1546 narządów. Jeśli chodzi o przeszczepianie narządów od dawców żywych, to w 2018 roku były zaledwie 63 takie operacje  (nerki, część wątroby).

Czas oczekiwania na nowy organ zależy od wielu czynników, ale przede wszystkim od stopnia zgodności tkankowej między biorcą a dawcą. W jednym przypadku da się ich skojarzyć w kilka miesięcy, w innym zajmie to kilka lat. Dzisiaj na nowe serce czeka się około 14 miesięcy, na nową nerkę od dziewięciu miesięcy do aż trzech lat, na wątrobę i płuca około roku. To dane statystyczne, uśrednione. System jest łaskawszy dla tych, którzy są w najgorszym stanie, ci, którzy rokują lepiej, czekają o wiele dłużej.

W Polsce mamy niespełna 15 dawców na milion mieszkańców. Średnia europejska to 21,5 dawcy na milion. Daleko nam nie tylko do światowego lidera w dziedzinie transplantacji, jakim jest Hiszpania (47/1 mln), ale też do takich krajów jak Czechy, Estonia, Węgry czy Białoruś. Gdzie upatrywać przyczyn takiego stanu rzeczy? Z pewnością jednym z powodów jest wciąż niewystarczająca świadomość społeczna. Nad tym pracują liczne fundacje, stowarzyszenia, a także ci, którzy są żywymi świadectwami skuteczności transplantacji. Jest też jednak druga przyczyna, z której mało kto zdaje sobie sprawę.

Plakietki promocyjne akcji promujące transplantacje narządów 'Drugie życie' (Fot . Dawid Chalimoniuk / AG)
Plakietki promocyjne akcji promujące transplantacje narządów 'Drugie życie' (Fot . Dawid Chalimoniuk / AG)

Gdy nie wiadomo, o co chodzi.

Wszystko rozbija się o pieniądze! Według danych Poltransplantu, czyli Krajowego Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego ds. Transplantacji, w Polsce jest 388 szpitali mających możliwości pobierania organów, tymczasem system zgłaszania dawców prawidłowo funkcjonuje w zaledwie kilkunastu placówkach. Dlaczego? Bo szpitale nie są zainteresowane tego typu działalnością, gdyż stawki płacone przez NFZ za pobranie narządów są zbyt niskie. To chyba jeden z najbardziej dobitnych dowodów na to, że ludzkie życie zależy od rachunku w Excelu.

- Nam, transplantologom, trudno jest się pogodzić z takim stanem rzeczy. Gdyby system działał lepiej i gdyby choć połowa szpitali zgłaszała potencjalnych dawców, to z pewnością moglibyśmy uratować o wiele więcej ludzi - mówi profesor Mariusz Kuśmierczyk. - Wyniki leczenia transplantologicznego są coraz lepsze, dzięki temu ludzie odzyskują zdrowie, cieszą się spokojnym życiem, bo przeżywalność po przeszczepie jest coraz dłuższa. Korzysta na tym system opieki zdrowotnej - przecież taki pacjent nie obciąża go już tak bardzo jak w czasie poważnej choroby. Tymczasem proszę sobie wyobrazić, że z dużych, wielkomiejskich szpitali często nie ma żadnego zgłoszenia dawcy, a szpitale te posiadają olbrzymie SOR-y, neurologię, neurochirurgię. To prawdziwy dramat i jeśli nic z tym nie zrobimy, to nie chcę nawet myśleć o tym, jak będzie wyglądać polska transplantologia.

A przecież to dziedzina medycyny, która w naszym kraju stoi na bardzo wysokim poziomie. Mamy znakomitych, wręcz światowej klasy transplantologów, wyniki leczenia, wskaźniki odrzutów, powikłań, przeżycia pacjentów czy też prowadzenia ich po przeszczepie są w Polsce takie same jak w krajach transplantologicznie rozwiniętych, tj. Hiszpanii, Chorwacji czy Czechach. Jedyne, czego nam brak, to narządy do przeszczepów. Dlatego jeśli jesteś zwolennikiem dawstwa, noś przy sobie oświadczenie woli o pobraniu organów i uświadamiaj swoje najbliższe otoczenie, że to ma sens. Nigdy nie wiadomo, czy i kiedy sam będziesz w potrzebie.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Jakub Jakubowski. Dziennikarz, redaktor naczelny miesięcznika "Prestiż - magazyn trójmiejski", uznanego przez magazyn "Press" za najlepsze regionalne czasopismo w Polsce. Pracował również dla Radia Gdańsk, portalu trójmiasto.pl, był redaktorem naczelnym magazynu "Wiecznie Młodzi", publikował w "Dzienniku Bałtyckim", "Przeglądzie Sportowym", "Playboyu" i wielu innych. Zajmuje się także produkcją telewizyjną i filmową. Przez 12 lat wykładał dziennikarstwo prasowe i dziennikarstwo telewizyjne w Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej. Fan zaangażowanego dziennikarstwa, dobrego reportażu i ciekawego wywiadu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (164)
Zaloguj się
  • joankb

    Oceniono 24 razy -16

    Od żywych dawców się odpie...ie. Nikt przy zdrowych zmysłach i znajomości poziomu tzw. ochrony zdrowia w najbliższej placówce NIGDY się na to nie zdecyduje.

  • Oceniono 16 razy -14

    Czemu nie oznaczono, że jest to artykuł sponsorowany przez Poltransplant? Gdyby syn tej Pani trafił do prof. Jana Talara, jego szanse na wyburzenie stałoby się realne. Śmierć mózgu nie istnieje, to wymysł transplantologów. Pięknych Świąt wszystkim mimo wszystko.

  • alberts

    Oceniono 14 razy -14

    Postawę mamy i jej dobre intencje rozumiem. Jest dla mni wielkim człowiekiem. Natomiast zabobonem jest stwierdzanie śmierci mózgu na podstawie aktualnych przepisów, gdy nie znamy dobrze funkcjonowania mózgu.

  • alberts

    Oceniono 15 razy -13

    Gazeto! Nie blokuj komentarzy! Postawę mamy i jej dobre intencje rozumiem. Jest dla mnie wielkim człowiekiem. Natomiast zabobonem jest stwierdzanie śmierci mózgu na podstawie aktualnych przepisów, gdy nie znamy dobrze funkcjonowania mózgu.
    Do wyznawców aktualnie stosowanych procedur stwierdzania śmierci mózgu: czy już podpisaliście zgodę na oddanie swoich organów do transplantacji?

  • iimpala

    Oceniono 11 razy -9

    ciekawe, dlaczego p. Blaszczyk powiedziała, że nigdy nie zgodziłaby się oddanie narządów bliskiej osoby i sama takiej zgody nie podpisze? Po swoich wieloletnich doswiadczeniach osobistych i z innymi osobami w śpiączce.
    Tu cytat;
    "Jak trafiłam na dr. Barbarę Szal Karkowską, która Olę ratowała, a Ola miała płaskie EEG, to dr powiedziała: nie takie płaskie żeśmy tutaj oglądali. Trzeba czekać. I zaczęło się falować.
    Kiedy?
    Po wielu miesiącach. Musiał zejść obrzęk mózgu. Trzeba mieć wielką cierpliwość. Jak się lekarzowi choć raz pacjent obudzi po roku, to się już nie ma tendencji do wydawania takich łatwych wyroków"

    Ale, oczywiscie, najlepiej skwitowac "zabobon".
    Zapewne nikt, NIKT, nie miałby żadnych obiekcji żeby oddać organy bliskiego zmarłego. ZMARŁEGO. A tu "pewnośc" dają tylko omylni lekarze.
    I na tym problem polega a nie na zabobonie.

  • bartino

    Oceniono 15 razy -7

    A ja i cała moja rodzina wysłaliśmy sprzeciwy, łatwo jest używać wielkich słów i decydować o czyimś losie, najłatwiej jak lekarz powie że mózg nie pracuje, przecież lekarz nie może się mylić, telewizja też nie może się mylić, przy wypadkach lekarze używają zastrzyków na zwiotczenie mięśni, nic ich nie obchodzi czy mózg pracuje czy nie, czy jest świadomy, ma objawy śmierci mózgu to dawaj zastrzyk i tniemy na żywca narządy, ranny wszystko czuje, ale nie może się ruszyć zwiotczony, po co zatem jest klinika Budzik Ewy Błaszyk skoro taniej, łatwiej i wśród wielkich słów można by było pobrać narządy od tych wybudzonych ludzi i uratować więcej chorych

  • mawik_net

    Oceniono 9 razy -5

    "przy prawidłowo stwierdzonej śmierci mózgu" - to słowo "prawidłowo" daje niestety możliwość stwierdzenia śmierci mózgu u człowieka żyjącego . Bo skąd mam wiedzieć że jest "prawidłowo" ? Bo jest procedura? W innych przypadkach też są procedury, a jednak ktoś czegoś nie dopełnia i jest tragedia. Zatem mogę tylko wierzyć, że śmierć mózgu jest stwierdzona prawidłowo. Wierzyć lub nie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX