Podczas okupacji Niemcy utworzyli na polskich ziemiach ponad 6000 obozów o różnorodnym charakterze

Podczas okupacji Niemcy utworzyli na polskich ziemiach ponad 6000 obozów o różnorodnym charakterze (fot. NAC)

Nie tylko Auschwitz i Majdanek. Obozy, o których się milczy

Gdyby zapytać przeciętnego Polaka o nazistowskie obozy w naszym kraju, zapewne bez wahania wymieniłby takie miejsca jak Auschwitz czy Majdanek. Ale oprócz nich były jeszcze tysiące innych, często już dziś zapomnianych miejsc, jak Dulag 121 w Pruszkowie czy Fort VII w Poznaniu.

Podczas okupacji Niemcy utworzyli na polskich ziemiach ponad 6000 obozów o różnorodnym charakterze. Pierwsze niemieckie obozy powstały już w najwcześniejszych dniach kampanii wrześniowej. Były to przejściowe obozy podległe Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei, czyli specjalnym grupom operacyjnym policji bezpieczeństwa. Utworzono je w ramach akcji "Tannenberg" w celu odizolowania "najbardziej fanatycznych obrońców polskości" przed ich późniejszą eksterminacją bądź wywiezieniem do obozów koncentracyjnych na terenie Rzeszy.

Już 2 września 1939 r. został założony niedaleko wsi Stutthof na Mierzei Wiślanej obóz dla jeńców cywilnych ocalałych z pogromów urządzanych przez formacje Einsatzgruppen na terenie Pomorza Gdańskiego. W samym Wolnym Mieście Gdańsku między 1 a 15 września w budynku szkoły średniej dla dziewcząt Victoriaschule funkcjonował obóz przejściowy niemieckiej policji. Przewinęło się przez niego około 3000 Polaków. Innym miejscem odosobnienia naszych obywateli były koszary na terenie gdańskiej dzielnicy Nowy Port.

Fort VII

Najbardziej znanym przejściowym obozem policji był ten zorganizowany w Forcie VII w Poznaniu, zwany początkowo Konzentrationslager-Posen, podlegający Einsatzgruppe VI. Powstał 10 października 1939 r. W następnym miesiącu zmieniono jego nazwę z obozu koncentracyjnego na przejściowy obóz gestapo i podporządkowano szefowi poznańskich struktur tej tajnej nazistowskiej policji.

Warunki w poznańskim Forcie VII były katastrofalne. Na zdj. grupa polskich robotników w nierozpoznanym obozie pracy (fot. NAC / 2-6017)
Warunki w poznańskim Forcie VII były katastrofalne. Na zdj. grupa polskich robotników w nierozpoznanym obozie pracy (fot. NAC / 2-6017)

Warunki, jakie panowały w Forcie VII, były katastrofalne. Aresztantów przetrzymywano w niskich, zawilgoconych, pozbawionych okien pomieszczeniach - w większości nieogrzewanych i kiepsko oświetlonych. Panował tam okropny zaduch spowodowany stłoczeniem dużej liczby ludzi na małej powierzchni. We znaki dawał się również odrażający smród pochodzący z wiader, do których więźniowie załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne. W celach nie było żadnych sprzętów. Do spania służyła rzadko wymieniana słoma, którą rozściełano na betonowej posadzce. W obozie więźniowie byli konsekwentnie głodzeni. Śniadanie składało się z kubka kawy i kawałka suchego chleba. Obiad stanowiło pół litra zupy, w której od czasu do czasu znaleźć można było odrobinę kaszy czy brukwi. Na kolację podawano już tylko kawę. W późniejszych latach nawet i te skromne porcje zostały ograniczone i więźniowie karmieni byli tylko dwa razy dziennie.

Brud, niedożywienie i wszechobecne robactwo powodowały choroby. Więźniowie cierpieli głównie na świerzb i ropowicę - ostre ropne zapalenie śródtkankowe, objawiające się wysoką gorączką, silnymi bólami i obrzękiem. Było to schorzenie masowo nękające osoby osadzone we wszystkich niemieckich obozach. (...) Kuracja wymagała nacięcia ropienia, oczyszczenia rany i założenia sterylnego opatrunku, co w warunkach panujących w Forcie VII było absolutnie niemożliwe. Obozowa służba zdrowia bowiem nie istniała. Jeśli byli wśród więźniów polscy lekarze, na miarę swoich skromnych możliwości starali się pomóc zagłodzonym i zmaltretowanym rodakom, nie posiadali jednak żadnego wyposażenia, opatrunków ani środków dezynfekujących. (...)

Po zakończeniu akcji "Tannenberg", co miało miejsce wiosną 1940 r., do kazamat Fortu VII zaczęli trafiać członkowie polskiej konspiracji. To tutaj przeprowadzano też eksperymenty z zastosowaniem pierwszych komór gazowych na ziemiach polskich. Obóz został zlikwidowany wiosną 1944 r. W jego murach bądź podczas masowych egzekucji dokonywanych w pobliskich lasach zginęło kilkanaście tysięcy Polaków. Inne tego typu obozy po wojnie zostały zamknięte lub przekształcone w placówki odosobnienia o innym charakterze.

Dulag 121

Równocześnie z przejściowymi obozami policji bezpieczeństwa powstawały przejściowe obozy przesiedleńcze związane z planowaną germanizacją ziem wcielonych do III Rzeszy i masowymi wysiedleniami ludności polskiej. (...) Dulag 121 był obozem przejściowym w Pruszkowie dla wypędzonych po Powstaniu mieszkańców Warszawy. Dulag 121 powstał na terenie warsztatów kolejowych. Obszar o powierzchni 50 hektarów ze znajdującymi się na nim 9 halami fabrycznymi okolony był wysokim murem ze strażniczymi wieżyczkami. Według ocen Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) przez obóz w Pruszkowie przeszło 550 000 warszawiaków i około 100 000 osób zamieszkujących najbliższe okolice. Ponad 165 000 z nich wywieziono na roboty przymusowe do Rzeszy. Około 65 000 trafiło do niemieckich obozów koncentracyjnych. Pozostali aresztanci znaleźli się po wojnie w różnych miejscowościach w Generalnym Gubernatorstwie. Nieznana liczba osób została zamordowana przez gestapo w tak zwanym zielonym wagonie służącym jako obozowe więzienie, inni zmarli z ran i wycieńczenia, zbiegli lub zostali przeniesieni do szpitali. Liczba ofiar obozu, według mocno rozbieżnych szacunków, może wynosić od kilkuset do kilku tysięcy osób.

Przez obóz przejściowy Dulag 121 w Pruszkowie przeszło ok 650 tysięcy osób (fot. NAC / 21-225)
Przez obóz przejściowy Dulag 121 w Pruszkowie przeszło ok 650 tysięcy osób (fot. NAC / 21-225)

W kulminacyjnym momencie w obozie przebywało około 75 000 osób. Wypędzeni mieszkali tam od dwóch dni do tygodnia. Pierwsza grupa dotarła do Dulagu pieszo 7 sierpnia 1944 r. Byli to wyłącznie starcy, kobiety i małe dzieci, mieszkańcy Woli. Mężczyzn po drodze zabijano z powodu ich  rzekomego uczestnictwa w walkach po stronie powstańców. Po kilku dniach, aby przyspieszyć wypędzanie Polaków z Warszawy, ludzi zaczęto transportować do Pruszkowa pociągami z Dworca Zachodniego.

Sytuacja w obozie znacznie poprawiła się wraz z przejęciem kierownictwa nad nim przez Wehrmacht. Nowy zwierzchnik, pułkownik Kurt Sieber, zakazał stosowania przemocy wobec więźniów. Pojawili się również radzieccy jeńcy lekarze, do których z czasem dołączyli Polacy i Niemcy. Dzięki staraniom pruszkowskiej delegatury RGO w Dulagu uruchomiono kuchnię. W połowie września dotarł do obozu pierwszy transport darów zebranych przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Również miejscowe władze konspiracyjne Armii Krajowej zaangażowały się w pomoc wysiedlonym znajdującym w obozie: dostarczano im żywność i pieniądze. Pomagali okoliczni mieszkańcy. Obóz został ostatecznie opuszczony przez Niemców 16 stycznia 1945 r. Do tego momentu przebywała tam jeszcze grupa około 700 więźniów.

Przez obóz w Pruszkowie przewinęło się wielu znanych oraz zasłużonych wówczas i później Polaków. Byli to między innymi były Prezydent RP Stanisław Wojciechowski, pisarka Maria Rodziewiczówna, słynny prozaik, satyryk, publicysta i dziennikarz w jednym Stefan Wiechecki "Wiech", satyryk i karykaturzysta Eryk Lipiński oraz przyszły reżyser (wówczas zaledwie 5-letni) Krzysztof Zanussi.

W obozie Dulag 121 przebywał między innymi prezydent RP Stanisław Wojciechowski (fot. NAC / 107-38-4)
W obozie Dulag 121 przebywał między innymi prezydent RP Stanisław Wojciechowski (fot. NAC / 107-38-4)

Obozy pracy i robót fortyfikacyjnych

Najliczniejszą grupę niemieckich obozów w Polsce stanowiły obozy pracy. Było ich prawie 1800. Jako pierwsze powstały obozy pracy przymusowej dla Żydów, których najwięcej było w Generalnym Gubernatorstwie. Polacy umieszczani byli w odrębnych obozach pracy, które miały bardzo różnoraki charakter. Służba Budowlana - Baudienst - była organizacją pracy przymusowej w Generalnym Gubernatorstwie powołaną na podstawie rozporządzenia z 6 maja 1940 r. Rekrutacja do niej odbywała się na zasadzie poboru obowiązkowego, który obejmował młodych mężczyzn w wieku od 18 do 23 lat, lub poprzez zgłoszenia dobrowolne w placówkach Arbeitsamtu. Czas pracy początkowo wynosił trzy miesiące, później przedłużono go do siedmiu miesięcy. Pracowano nieodpłatnie, ewentualnie na zaspokojenie własnych potrzeb robotnicy otrzymywali niewielkie kwoty. Oddziały liczyły 120-180 ludzi, a początkowo junacy nie byli nawet skoszarowani. Dopiero na przełomie lat 1942 i 1943 umieszczono ich w strzeżonych obozach. Jedynie dystrykt warszawski takowych nie posiadał. Z uwagi na konspiracyjny żywioł Niemcy obawiali się tam bowiem tworzenia skupisk młodych Polaków.

Reżim w obozach był surowy, przypominający wojskowy. Junacy nie mogli samowolnie oddalać się z obozu lub miejsca pracy. Złapany uciekinier otrzymywał karę kilkudziesięciu pałek. Ponadto obowiązywał system zbiorowej odpowiedzialności - katowany był co dziesiąty junak z oddziału pechowca.

Na zdjęciu obóz Służby Budowlanej Baudienst w Prokocimiu, 1941 - 1945 r. (fot. NAC / 2-5513)
Na zdjęciu obóz Służby Budowlanej Baudienst w Prokocimiu, 1941 - 1945 r. (fot. NAC / 2-5513)

Czesław Popek został zabrany do jednego z obozów Baudienstu 1 września 1943 r. Tak wspominał miejsce, w którym spędził kilka miesięcy:

Mieszkaliśmy w Wólce Pełkińskiej, w barakach ciasnych i nieogrzewanych. Do pracy codziennie chodziliśmy około 4 kilometrów do Pełkinii tam pracowaliśmy przy rozszerzaniu torów kolejowych na trasie Przeworsk-Jarosław. [.] Bito nas za najmniejsze przewinienie. Wyżywienie było wprost nieludzkie, a porcje bardzo małe. [.] Pracowaliśmy cały dzień, na noc wracaliśmy do baraków. Nie było się gdzie ogrzać, bo w salach się nie paliło, a szpary w ścianach pomiędzy deskami były tak duże, że kiedy wstawałem do pracy, musiałem po każdej zawiei najpierw śnieg z koca strzepnąć, ponieważ spałem przy samej ścianie. Następnie braliśmy zamarznięte obuwie, by iść kilka kilometrów do pracy o czarnej kawie i maleńkim kawałku chleba. Na obiad dawali nam to, co nazywało się zupą, bo były w niej dwa, trzy kawałki ziemniaka i kilka ziarenek peluszki. Na wieczór dostawaliśmy czarną kawę i kawałeczek chleba ze smalcem na koniec łyżki lub margaryny. Było to za mało, ale co można było robić?

Ogółem powstało około 200 obozów Baudienstu. Natomiast dla uchylających się od pracy utworzono karne obozy pracy Służby Budowlanej, po jednym na każdy dystrykt. Rygor był tam jeszcze bardziej zaostrzony. Zwiększono normy pracy oraz obniżono i tak już nędzne racje żywnościowe. W stosunku do osadzonych stosowano również represje w postaci bicia i zakuwania w kajdany. W obozach karnych Baudienstu skazani przebywali od miesiąca do dwóch lat. Pierwszy z takich obozów, dla dystryktu krakowskiego, powstał w październiku 1940 r. w Dębie. Dwa lata później przeniesiono go do Krakowa. Zlokalizowany przy ulicy Za Torem 22, w kamieniołomach wapiennika, potocznie nazwany był "Libanem". Z uwagi na straszliwe warunki, jakie tam panowały, zyskał złowrogą opinię obozu koncentracyjnego Baudienstu. W dystrykcie radomskim obóz karny założono w Solcu nad Wisłą. Dystrykt Galicja miał swój obóz karny w Świętosławiu koło Stryja, w tamtejszym kamieniołomie.

Rolnicy uchylający się od obowiązkowych kontyngentów osadzani byli w etapowych obozach pracy, gdzie zmuszano ich do robót przy melioracjach, remontach dróg oraz do prac rolnych w zarządzanych przez Niemców dużych majątkach ziemskich. Przenoszeni byli w coraz to nowsze miejsca, gdzie warunki socjalne były zazwyczaj marne: zwykle za mieszkania służyły doraźnie zaadaptowane obory lub stodoły. Początkowo pobyt w takich obozach trwał góra 6 miesięcy. Od 1942 r. chłopi byli więzieni tak długo, dopóki ich rodzina nie okazała odpowiedniego kwitu dowodzącego wywiązania się z obowiązkowych świadczeń na rzecz okupanta.

Książka 'Bilans krzywd. Jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja Polski' została wydana nakładem Wydawnictwa Znak (mat. prasowe)
Książka 'Bilans krzywd. Jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja Polski' została wydana nakładem Wydawnictwa Znak (mat. prasowe)

Jeszcze innym rodzajem obozów pracy były obozy robót fortyfikacyjnych powstałe w 1944 r. W związku z potężną ofensywą Armii Czerwonej. Liczba takich obozów założonych na ziemiach polskich szacowana jest na około 100. Przetrzymywano tam ponad 30 000 robotników przymusowych zaangażowanych w budowanie umocnień polowych, głównie na linii Bugu i Sanu. Do pracy wyznaczali ich miejscowi włodarze: sołtysi, wójtowie, burmistrzowie. Często wśród mieszkańców obozów były też osoby zatrzymane w łapankach. Ludzie spali w barakach lub różnych miejscach doraźnych. W jednym z takich obozów, w rejonie Makowa Mazowieckiego, w listopadzie 1944 r. znalazł się Marian Piłkowski, który wspominał:

Warunki były tu straszne. Na 3500 ludzi była jedna kuchnia, która wydawała od 5 rano pół litra gorącej wody i 200 g chleba. Obiadu nie było. Wieczorem znowu woda zabarwiona resztkami marchwi i 300 g chleba. Kto zdążył, to otrzymał racje lury, nazywanej przez Niemców zupą. Jeżeli ktoś nie zdążył czy dla kogo nie starczyło i stał w kolejce przy pustym kotle, to obrywał kijem. Na sypialnię wyznaczono nam strych szopy majątku w Sarębach. Szopa była niemal całkowicie bez pokrycia. Dach odarty był z podszycia słomy. Deszcze, śniegi przysypywały nas, chociaż jak mogliśmy, tak próbowaliśmy nakrywać się resztkami barłogu. Rano śnieg solidnie nas przysypywał. Gorzej było z deszczem. Nie wolno było palić ognisk, aby wysuszyć ubrania. W butach chodziliśmy tygodniami. Raz ściągnięte nie chciały ponownie pomieścić nóg właściciela. Bieżącej wody nie było. Nie mieliśmy gdzie się umyć. Z trzytysięcznej rzeszy ludzi uciekło 2000. Konaliśmy w glinie i wodzie, w rowach przeciwpancernych, głębokich na trzy metry i takich u wierzchołka szerokich.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Dariusz Kaliński. Specjalista od II wojny światowej i działań sił specjalnych, a także jeden z najpoczytniejszych w polskim internecie autorów z tej dziedziny. Od 2014 roku stały publicysta "Ciekawostek historycznych.pl". Wielbiciel zlotów militarnych, zespołu Dżem i talentu aktorskiego Clinta Eastwooda. W 2017 roku opublikował bestsellerową "Czerwoną zarazę", a w sierpniu 2018 roku na półki księgarskie trafił "Bilans krzywd".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (104)
Zaloguj się
  • 600ps

    Oceniono 10 razy -4

    Jak dlugo polacy beda powracali do lat II wojny swiatowej. Cala Europa i Swiat nie ma juz ochoty wracac do tych lat a polacy caly czas wspominaja. Nieraz wydaje mi sie ze brakuje wam tych lat i chcielibyscie zeby wrócily, byc moze wróca ale w wykonaniu rosyjskim.

  • porque

    Oceniono 1 raz -1

    O tych polskich obozach nie pisze sie na podobnej zasadzie jak nie chcecie napisac kim byli ci tajemniczy nazisci. Wyglada, ze tymi nazistami byli Polacy, skoro boicie sie przedstawic ich narodowosc.

  • mniklasp

    0

    Moja mama po powstaniu warszawskim gdzie byl ranna szrapnelem wnoge zostala wraz z moja siostra i mojej mamy mezem wysiedlowna do obozu przejsciowego w Pruszkowie gdzie ja rozdzieli z mezem , on pozniej zginal w obozie a moja mama sie uratowal chyba tylko ze miala corke i nie miala wojskowych butow jak jej maz ktory mial tzw oficerki. To go zdradzilo.Obojoe walczyli w powstaniu.

  • dar61

    0

    Mało kto wspomina tzw. obozy pracy dziennej - dla młodzieży niemieckiej płci obojej.
    Były one i na dzisiejszych polskich ziemiach.

    ****
    '...ropienia...'
    >>> ropnia

    '...były Prezydent RP...'
    >>> prezydent...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX