Głaskanie bądź nawet mówienie do czworonogów redukuje stres

Głaskanie bądź nawet mówienie do czworonogów redukuje stres (fot. unsplash)

fenomen

Honduras pomagał zasnąć. Nagini sprawił, że Joasia się uspokoiła. Oskar przeczuwał śmierć

Kot to nie sukienka na wystawie - podoba mi się, to biorę. Najważniejsze jest zaufanie między zwierzęciem a właścicielem. To nie jest tak, że pożyczę pani kota, a on będzie leczyć - mówi Grażyna Cieszyńska, pedagog specjalny, która w pracy z niepełnosprawnymi dziećmi i osobami starszymi stosuje felinoterapię.

Honduras w Koninie

- W domu jest już pies i żółw. Wystarczy! - tłumaczyła córce, która od wielu miesięcy prosiła ją, by przygarnęły kolejne zwierzę. - W końcu dla świętego spokoju ustąpiłam - opowiada Grażyna Cieszyńska, pedagog w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym im. Janusza Korczaka w Koninie. - I tak w naszym mieszkaniu pojawił się dachowiec o egzotycznym imieniu Honduras, który całe dnie spał albo z lubością wygrzewał się w słońcu. W nocy pakował mi się na poduszkę, kładł obok głowy i mruczał. A ja, cierpiąca od wielu lat na bezsenność, zasypiałam jak głaz. Nie mogłam się nadziwić, jak to się dzieje. Kiedy zimą łapała mnie grypa, miałam wrażenie, że Honduras to wyczuwa. Gramolił mi się na pierś, siadał niczym sfinks i wygrzewał chorobę. Albo kiedy leżałam dobita migreną, kot rozciągał się wokół mojej głowy - przekonuje Grażyna.

Honduras i jego kojący wpływ na domowników tak zaintrygował pedagog z Konina, że postanowiła się wgryźć w koci temat. Nawiązała kontakt z warszawską fundacją "Razem Łatwiej - zwierzęta przełamują bariery". Tam dowiedziała się o felinoterapii, czyli terapii z udziałem kotów. - Od razu wiedziałam, że to coś dla mnie - wspomina.

Felinoterapia (łac. felis - kot, grec. therapeia - opieka, leczenie) obok dogo-, delfino-, hipo- czy modnej ostatnio alpakoterapii jest jedną z najpopularniejszych form terapii wspomagającej tradycyjne leczenie poprzez obecność zwierząt. O dobroczynnym wpływie czworonogów wspominał już Hipokrates niemal dwa i pół tysiąca lat temu - przekonywał, że jazda konna jest formą gimnastyki, pobudza funkcje organizmu i łagodzi schorzenia.
Dwa wieki temu William Tuke, dyrektor ośrodka psychiatrycznego w angielskim York, sprowadził do szpitala kozy, kurczęta, króliki, a nawet mewy. Wierzył, że opiekując się zwierzętami, chorzy zyskają pogodę ducha i większą kontrolę nad swoim zachowaniem. Podobnymi motywami w latach 40. kierował się amerykański Czerwony Krzyż, który założył farmę dla wojennych rekonwalescentów. Ranni żołnierze troszczyli się o zwierzęta i dzięki temu czuli się mniej osamotnieni, łatwiej radzili sobie z bólem, wspomnieniami i kalectwem.
W latach 60. dobroczynnym wpływem zwierząt na zdrowie człowieka zajęli się naukowcy z amerykańskim psychiatrą Borisem Levinsonem na czele. Stwierdzili, że głaskanie bądź nawet mówienie do czworonogów redukuje stres, przez co pomaga obniżyć ciśnienie, łagodzi depresję i samotność, a także wzmacnia wiarę we własne siły. Zauważyli, że obecność zwierząt okazuje się nieoceniona w terapiach z dziećmi, zwłaszcza niepełnosprawnymi ruchowo bądź intelektualnie. W wyniku tych odkryć powstała nowa forma leczenia - animoterapia.

Naukowcy od dawna badają dobroczynny wpływ zwierząt na zdrowie człowieka (arch. prywatne)
Naukowcy od dawna badają dobroczynny wpływ zwierząt na zdrowie człowieka (arch. prywatne)

Przemawiać cicho i czule

Joasia ma 14 lat i kolekcjonuje słodycze. Układa je w równiutkie rzędy, a potem przygląda się im uważnie. Nie je ich, bo od słodyczy woli cebule, które zjada niczym jabłka. Ma nadzwyczajną pamięć. Ni stąd, ni zowąd recytuje długie fragmenty tekstów czy zasłyszanych piosenek. Jest wyrośniętym, ruchliwym dzieckiem, które nie umie wysiedzieć w jednym miejscu. Nerwowo wciska guziki wszystkich napotkanych urządzeń albo wybiega z pomieszczenia, gdy tylko nadarzy się okazja. Joasia ma autyzm i nie potrafi sama się uspokoić i wyciszyć. Często zachowuje się agresywnie wobec siebie i innych.  - Po pierwszych zajęciach, na które przyszła do mnie Joasia, długo leczyłam siniaki - mówi Grażyna.

Choć próby kontaktu z dziewczynką zakończyły się niepowodzeniem, pedagog z Konina nie dała za wygraną. Któregoś dnia w desperacji na zajęcia przyniosła pluszowego kota zabawkę. Mama Joasi patrzyła na to z rezerwą. - W domu nie trzymamy żadnych zwierząt, bo córka by je zamęczyła - tłumaczyła. Takie też były początki pluszaka. Przez pierwsze dni dosłownie latał po ścianach. Ale stopniowo Joasia łagodniała. By móc dostać zabawkę do rąk, dziewczynka uczyła się, jak kontrolować emocje i impulsywne zachowanie.

Kiedy Grażyna przyniosła na spotkanie prawdziwego kota, Joasia krążyła wokół niego jak zahipnotyzowana. Nagini, następca Hondurasa, nic nie robił sobie z nadmiernej atencji ruchliwej dziewczynki. - Posłuchajmy, jak kotek mruczy - mówiła Grażyna i pokazywała Joasi, jak poskramiać gwałtowność i siadać w ciszy. A ta, chcąc zbliżyć się do kota, zachowywała się posłusznie i robiła wszystko, o co poprosiła ją pedagog. - Kotek lubi, jak się go głaszcze leciutko - Grażyna instruowała, jak dotykać zwierzę. Joasia stopniowo siadała coraz bliżej kota. Nauczyła się go brać na kolana i przemawiać do niego cicho i czule. - Wcześniej uspokojenie Joasi graniczyło z cudem. Tymczasem z kotem po jakimś czasie odbywało się to naturalnie - wspomina pedagog.

Awantura o kota

- Mój Bartek rozgadał się po pani zajęciach - słyszy Grażyna na przerwie.
- A pewnie, że się rozgadał. Co lekcja kłóci się o kota - odpowiada pedagog.
- Kłóci się o kota? - dopytuje mama Bartka, który ma 12 lat i zespół Downa.
- Na zajęciach mamy zasadę - jak jest kot, ma być spokój - wyjaśnia Grażyna. - A że wszystkie dzieci chcą dotknąć zwierzęcia, muszą się ze sobą porozumieć, ustalić, kto będzie głaskał kota pierwszy, kto następny itd. Wszyscy siadamy w kręgu i nawet te nadpobudliwe dzieci, które na co dzień nie mogą wysiedzieć ani minuty bez przerywania, czekają na swoją kolej, żeby coś powiedzieć. Wszyscy mówią szeptem. Czasem muszą się między sobą tym szeptem wykłócić. I nawet ci milczący, nieśmiali zabierają głos. Bo chęć bycia blisko zwierzęcia i kontaktu z nim jest ogromna - dodaje pedagog.

Nawet nadpobudliwe dzieci łagodnieją i uspokajają się w obecności zwierząt (arch. prywatne)
Nawet nadpobudliwe dzieci łagodnieją i uspokajają się w obecności zwierząt (arch. prywatne)

Sigmund Freud zauważył, że obecność zwierząt uspokaja pacjentów, zwłaszcza dzieci. Te na wstępnym etapie rozwoju, jak przekonywał, czują się bardziej związane ze zwierzętami niż z dorosłymi, których świat wydaje im się zagadkowy i niezrozumiały. W swoich wspomnieniach Freud wielokrotnie wspominał o niesłychanych zdolnościach swojego psa Jofi i jego niebagatelnej roli w procesie psychoterapii. Suczka rasy chow-chow, która stała się ulubienicą i towarzyszką leciwego już ojca psychoanalizy, podczas sesji lubiła układać się obok kanapy, na której spoczywali pacjenci, i rzekomo wyczuwała ich stany emocjonalne. Gdy w trakcie wizyty podnosiła się i zaczynała skrobać w drzwi, prosząc, by ją wypuszczono, dla Freuda był to sygnał, że pies nie wierzy, bądź nie zgadza się ze słowami pacjenta. Kiedy pies wracał, oznaczało to, że daje leżącemu na kozetce drugą szansę i że dyskutowanej sprawie należy przyjrzeć się z większą uważnością. - Kiedy Jofi podnosiła się z ostentacyjnym ziewnięciem, ojciec wiedział, że 50 minut minęło i czas kończyć spotkanie - wspominał Martin Freud, najstarszy syn psychoanalityka w książce "Killing Freud: Twentieth Century Culture and the Death of Psychoanalysis" Todda Dufresne'a. W tym samym tytule jeden z pacjentów, psychiatra Roy Grinker, wspominał, że pewnego dnia podczas niezwykle emocjonalnej sesji pies gwałtownie skoczył na niego. - Jofi jest po prostu podekscytowana, że zdołał pan odkryć źródło skrywanego lęku - skwitował zachowanie pupila psychoanalityk.

Kontakt z puchatą sierścią

Ania ma porażenie mózgowe. Jej ciało jest nadmiernie napięte, a mięśnie nie chcą się rozciągać. Pomimo półtorarocznej rehabilitacji nienaturalnie zgięte dłonie i stopy dziewczynki nadal nie chcą jej słuchać. Jakby były z drewna - są ciągle sztywne i nieruchome. - Początkowo, gdy kot dotykał ciała Ani, dziewczynka krzyczała - mówi Grażyna. - Nie wiedziałyśmy, czy ją to boli, czy wywołuje strach - dodaje.

Ale z każdym spotkaniem kontakt ze zwierzęciem i jego puchatą sierścią powodował coraz mnie gwałtowne reakcje. - Któregoś dnia położyłam stopy dziewczynki na grzbiecie kota. Żeby poczuła jego miękkość i ciepło. W odpowiedzi jej palce zaczęły się rozluźniać i rozszerzać. Po kilku zajęciach mogła wyprostować i rozciągnąć stopy. Rehabilitant nie chciał wierzyć, mama Ani musiała mu wysłać zdjęcia - przekonuje Grażyna.

Od sześciu lat wykorzystuje ona felinoterapię również w pracy ze starszymi ludźmi. - Niektóre osoby po udarach cierpią na spastyczność mięśni, ich ruchy i mobilność są ograniczone. Ale gdy głaszczą kota, kończyny się rozluźniają i mogą ruszyć dłońmi. Potem biorą do ręki łyżkę, długopis czy telefon. Dla nas to błaha rzecz, a dla nich duży krok ku niezależności.

Niespełna dekadę temu renomowane pismo medyczne "New England Journal of Medicine" opisało historię kota, który zadomowił się w domu opieki dla pacjentów będących w ostatnim stadium demencji. Oskar przykuł uwagę personelu, gdy okazało się, że podobnie jak lekarze i pielęgniarki robi obchód po oddziale. Wbrew swej nietowarzyskiej naturze kot obwąchiwał podopiecznych i uważnie się im przyglądał, by potem zasypiać przy boku niektórych z nich. Gdy okazało się, że osoby, przy których czuwa zwierzę, w ciągu kilku lub kilkunastu godzin odchodzą, Oskar zyskał miano kota przeczuwającego śmierć. Jedną z pierwszych osób na oddziale, którą "pożegnał" Oskar, była kobieta z zatorem kończyny dolnej. Zwierzę, oplecione wokół chorej nogi pacjentki, czuwało z nią aż do jej śmierci. Po 25 przypadkach "trafnej diagnozy" personel ośrodka, widząc kota na łóżku chorego, niezwłocznie kontaktował się z rodziną, by ta mogła pożegnać się z bliskim. Być może Oskar, sugeruje David Dosa - lekarz i autor artykułu oraz książki o niezwykłym kocie, wyczuwa słodkawą woń ketonów, związków chemicznych uwalnianych przed śmiercią. Zwierzęta mają przecież znacznie bardziej rozwinięty zmysł węchu niż ludzie. A może chodzi tu o coś więcej niż tylko zapach? - prowokuje geriatra.

Nie każdy kot nadaje się, by uczestniczyć w felinoterapii. Zwierzęta muszą być towarzyskie, tak jak widoczne na zdjęciu Filonka i Sheldon (arch. prywatne)
Nie każdy kot nadaje się, by uczestniczyć w felinoterapii. Zwierzęta muszą być towarzyskie, tak jak widoczne na zdjęciu Filonka i Sheldon (arch. prywatne)

Jak niewidomy z laską

Nie każdy kot nadaje się do felinoterapii. Pierwszymi zwierzętami, które Grażyna zdecydowała wziąć do pracy z dziećmi, były dwa kocięta rasy brytyjskiej. Bracia - liliowy Nagini i niebieski Ozi. Jeden ze strachu przed dziećmi wchodził pod łóżko, od razu było widać, że się denerwuje. Drugi wśród ludzi zachowywał się spokojnie, z empatią. Jeśli ktoś był zmęczony, kładł się obok i leżał, żeby głaszcząca go osoba miała szansę się wyciszyć i z nim odpocząć. - I to właśnie te towarzyskie koty mają predyspozycje, by uczestniczyć w felinoterapii - mówi Grażyna.

Idealnym przykładem jest jej obecny kot Sheldon. - Gdy wzięłam go ze schroniska, był maleńki, brudny, śmierdzący, do tego chory i bez jednego oka. Nikt nie dawał mu szansy. Żeby zejść z kanapy, zjeżdżał po narzucie, bo nie mógł dojrzeć podłogi. Kiedy szedł, wystawiał przednią łapę i badał otoczenie, jak niewidomy z laską - mówi Grażyna i opisuje, jak pielęgnowała kota - zakraplała mu oczy, nosiła, przemawiała do niego, pocieszała, że wyzdrowieje i że będzie dobrze. - Wierzę, że zwierzęta rozumieją, co się do nich mówi. Nie poszczególne słowa, ale intencje i emocje. Może Sheldon stara się odwdzięczyć? - zastanawia się pedagog. - Od samego początku był przylepą, bez ludzi jest nieszczęśliwy. Odżywa dopiero, jak jest przy człowieku, bądź w większym gronie. Łasi się i przymila. Dzieci głaszczą go, przytulają, a jemu w to graj. Ale ja muszę być obok - zaznacza.

Bo w felinoterapii najważniejsza jest więź i zaufanie między kotem a właścicielem. - To nie jest tak, że pożyczę pani kota, a on będzie leczył - wyjaśnia. Kiedy w pracy koty tracą Grażynę z pola widzenia, płoszą się i robią nerwowe. Gdy pedagog wraca, ponownie stają się kontaktowe i pozwalają dzieciom robić, co tylko zechcą. - Tak jakbym ja dawała im bezpieczeństwo. I słusznie - nigdy nie pozwoliłabym, by stała im się krzywda. One liczą na mnie, a ja na nie - podkreśla Grażyna. Dzięki zwierzętom dociera w terapii tam, gdzie sama nigdy by nie doszła. - Koty są żywym narzędziem w moich rękach - twierdzi.

Ważne jest również, w jaki sposób do nas trafiają. Najlepiej, by zwierzę wybrało nas, a nie na odwrót. - Kot to nie sukienka na wystawie - podoba mi się, przymierzam i biorę - mówi Grażyna. W schronisku czy u hodowcy warto poczekać i zobaczyć, które z zaprezentowanych nam zwierząt do nas przyjdzie. - Kota, który zainteresuje się nami, warto brać. Bo to zapowiada współpracę i dobre więzi - dodaje.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Dorota Salus. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikuje w magazynach kobiecych. Biega i chce kiedyś ukończyć maraton.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (90)
Zaloguj się
  • hanula1950

    Oceniono 32 razy 32

    Ja mam koteczkę z Lecznicy dla Zwierząt.
    Nazywa się Kizia Mizia. Bardzo ją kocham.
    Artykuł bardzo ciekawy.

  • maqus11

    Oceniono 30 razy 26

    Mój ojciec uratował kiedyś czarną kotkę. Została w domu na kilka lat wraz z innym kocurkiem. Kotka tolerowała tylko mojego tatę. Pozwalała mu się głaskać, „miziać”, wchodziła na kolana. Wobec mojej mamy i gości w domu była nieufna i często się chowała. Kocur natomiast cieszył się na widok każdego domownika. Kiedy mój ojciec zachorował na raka i po długim pobycie w szpitalu wrócił do domu, kotka wpakowała mu się do łóżka i nie uciekała nawet na widok innych osób. Po nocy, nad ranem mój tata odszedł a kotka cały czas była przy nim. Dwa tygodnie później zdechła pod tym samym łóżkiem. Z tęsknoty.

  • lupus.y

    Oceniono 24 razy 20

    Z tego co wiem, koty pomagają w depresji, nerwicy, autyzmie itd... Zresztą co tu mówić - sam słyszałem o szpitalu dla alkoholików (wychodzących z picia), w którym pacjenci rozpieszczali koty, które z kolei personel przeganiał... Sam mam kota, opiekuję się też drugim - to naprawdę uspokaja. Mimo że czasem potrafią naprawdę wkurzyć - ale to jakoś przechodzi szybko...

  • paseo

    Oceniono 29 razy 17

    "Nawet najmniejszy kot jest arcydzielem Natury " Leonardo da Vinci .
    "Jedyne,co się panu Bogu naprawdę udało,to koty " Wislawa Szymborska
    "dom bez kota nie jest domem kompletnym"
    "Żadne niebo nie będzie niebem,jesli nie będą tam na mnie czekac moje koty"
    Zapomnialem autorow (bardzo znanych ) ostatnich dwóch.Nie ma niczego w przyrodzie .co mogloby się rownac z kotami

  • kociz

    Oceniono 12 razy 12

    W wieku około 2 lat zapadłem na poważną anemię. Kilkukrotnie potrzebna była pełna transfuzja krwi. Gdy w końcu trafiłem do domu zaopiekowała się mną kotka Rózia która z nami mieszkała. Do dzisiaj mam zdjęcie gdy leżę na wielkiej puchowej poduszce a Rózia zaraz obok mnie. Nie opuszczała mnie ani na moment i nie dała się odgonić. Moje pierwsze wspomnienie może bardziej odczucie to kocia sierść i mruczenie. Dzisiaj wieżę że to głównie dzięki kotce doszedłem do zdrowia. Myślę że podarowała mi jedno ze swoich 9 żyć ;-) Dodam tylko że od tej pory poważnie nie chorowałem. O alergiach wiem ze słyszenia a lekarza widuję podczas badań kontrolnych w pracy.

  • Oceniono 14 razy 12

    W polskim języku słowo zdechnąć funkcjonuje jako pogardliwe! Człowiek doceniający przyjaźń zwierząt i ludzi - nigdy nie posłuży się takim słowem . Zwierzęta odchodzą tak , jak i ludzie - umierają. pamiętam swój pierwszy kontakt z moim zamówiony kociątkiem. Kiedy się po niego zgłosiłam on znał swoje imię. W tym dniu nie było właścicielki kotki, która przebywała przed domem z kociętami. Przy furtce zwołałam Cypis, Cypisek - i oto jedno bardzo brzydkie kociątko przybiegło do mnie i dało się wziąć na ręce. Widziałam je pierwszy raz i to wzruszenie , mimo upływu 8 lat, towarzyszy mi do dziś i zawsze występuje , kiedy go wołam a on biegnie gdzieś ze dworu. Kiedyś wychowałam podrzucone dzikie kociątko. Wykarmiłam zakraplaczem do oczu. Kiedy wyrósł , zły człowiek na mojej ulicy zabił wszystkie koty na skóry. Wówczas nie wiedziałam o tym i przez trzy dni bezskutecznie wołałam go. Kolejnej nocy przyśnił mi się . Otarł się o moje nogi i odprowadził do korytarza budynku i spojrzał głęboko w moje oczy , odwrócił sie i odszedł. Po przebudzeniu wiedziałam , że nie żyje i jego kocia duszyczka jest za tęczowym mostem

  • kocisia

    Oceniono 10 razy 10

    Miałam dawniej napady niemiarowego bicia serca. Wystarczyło, że tylko dotykałam futerka mojej ukochanej, nieżyjącej już koteczki, żeby serce uspokajało się i powracało do normalnego rytmu. Żaden lek tak nie działał...

  • minkat

    Oceniono 22 razy 8

    kotka byla moja, ale jak wyjechalam zostala mamy. mama po wypadku samochodowym miala z roznych powodow problemy z zasypianiem. kicia pakowala jej sie na poduszke, obok glowy i mruczala, mama zasypiala. interesujace jest to, ze kicia nie lubila poduszek. wczesniej spala w moim lozku, ale nigdy na poduszce, zawsze na swoim kocyku, albo jak mnie nie bylo to na koldrze, poduszki jej nie lezaly.

    poza tym to byl szalenie inteligentny kot. wiem, ze wiekszosc kotow pozbawionych trosk egzystencjalnych zaczyna kombinowac, ale ona byla madrzejsza od wiekszosc kotow, kotre nam sie przytrafily, a byli ich sporo.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX