Weronika Muszkieta i Ola Sieńko

Weronika Muszkieta i Ola Sieńko (fot. Wiktoria Muszkieta)

wywiad gazeta.pl

"Nie ma czegoś takiego jak 'ręka do kwiatów'! Roślinami może zajmować się każdy"

Kiedy już zrozumiemy, czego roślina potrzebuje, i wyrobimy w sobie pewne nawyki, to na opiekę nad nią wystarczy nam kilkanaście minut dziennie - mówi Ola Sieńko, która wraz z Weroniką Muszkietą napisała książkę "Projekt Rośliny".

Rośliny znów są mile widziane w salonach, sypialniach i przestrzeni publicznej. Skąd ten triumfalny powrót?

Weronika Muszkieta: W pewnym momencie rzeczywiście stawiano na minimalizm i sterylność i pojawił się pogląd, że rośliny nie do końca pasują do wszechobecnej symetrii oraz szkła i stali. Z czasem zorientowaliśmy się, że tego typu przestrzeń bez roślin jest niekompletna.

Ola Sieńko: Poza tym od wielu dekad mamy do czynienia z modową sinusoidą. Wróciły spodnie z wysokim stanem, które wydawały się już nieco "retro", podobnie jest z roślinami. Warto jednak zaznaczyć, że pokolenie naszych rodziców traktowało je zwykle jak jeden z elementów wystroju. Dla dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków staje się ważne, że mają do czynienia z żywym organizmem. 

To coś więcej niż hipsterski trend?

O.: Wynika to w dużej mierze z pragnienia powrotu do natury. Mamy coraz mniej czasu, wszystko wokół dzieje się bardzo szybko, często trudno nam znaleźć chwilę na wypad za miasto. Rośliny są więc namiastką kontaktu z przyrodą, którego potrzebuje niemal każdy z nas.

W.: Zaspokajają też chęć posiadania czegoś, o co moglibyśmy dbać, a co jednocześnie nie będzie wymagało całodobowej opieki. Dla jednych jest to kot, dla innych roślina doniczkowa kalatea. Świadomość, że dzięki nam i naszej trosce dany organizm może funkcjonować, rozwija się itd., daje bardzo dużo satysfakcji.

Nawet minimalistyczna przestrzeń jest bez roślin niekompletna (fot. Agata Piątkowska / fot. Michał Sierakowski)
Nawet minimalistyczna przestrzeń jest bez roślin niekompletna (fot. Agata Piątkowska / fot. Michał Sierakowski)

Czy do rośliny można się przywiązać?

O.: Zdecydowanie tak. My nazywamy to tworzeniem "mikrorelacji". I chodzi tu nie tylko o sentymentalny stosunek do rośliny, którą otrzymaliśmy od kogoś bliskiego, ale właśnie o kontakt z żywym organizmem.

Zdarzyła się wam żałoba po roślinie?

W.: Żałoba to może za duże słowo. Mam natomiast na koncie kilka hodowlanych porażek. Piszemy w książce o pnączu - starcu Herreiana. Trzykrotnie próbowałam się nim zająć, sprawić, żeby się rozwijał. Nie podołałam.

O.: Ja natomiast podchodzę do roślin bardzo emocjonalnie. Pamiętam, że gdy robiłyśmy sesję zdjęciową do książki i krążyłyśmy z roślinami po mieście w temperaturze minus dziesięciu stopni, jeden z moich ulubionych okazów nie wytrzymał mrozu. Dość mocno to przeżyłam.

Rośliny może hodować każdy (fot. Ola Sieńko / mat. z książki 'Projekt Rośliny')
Rośliny może hodować każdy (fot. Ola Sieńko / mat. z książki 'Projekt Rośliny')

W waszej książce sporo miejsca poświęcacie rozmaitym typom doniczek, podłoża, odpowiedniej temperaturze, specyficznym potrzebom danych gatunków. To brzmi jak praca na pół etatu.

O.: Kiedy już zrozumiemy, czego roślina potrzebuje, i wyrobimy w sobie pewne nawyki, to na opiekę nad nią wystarczy nam kilkanaście minut dziennie.

W.: Należy "nauczyć się" danej rośliny.

Więc nie ma czegoś takiego jak "ręka do kwiatów"?

W.: Absolutnie nie, to mit. Każdy jest w stanie opiekować się w odpowiedni sposób rośliną. Jestem tego doskonałym przykładem. Wcześniej, jeżeli miałam już w mieszkaniu jakieś doniczki, to ich zawartość zwykle usychała. Musiałam przestawić swoje myślenie: w końcu to nie przedmiot, tylko żywy organizm.

Piszecie zresztą o tym, że roślina może wysyłać nam sygnały.

W.: Tak, ale nie chodzi tu oczywiście o żadną metafizyczną komunikację. Rośliny dają nam bardzo usilnie znać, że potrzebują wody, innego powietrza, oświetlenia. Na przykład skrzydłokwiat...

Mam go od tygodnia!

W.: No właśnie - jeżeli zauważysz, że roślina się dosłownie "kładzie", to oczywisty sygnał, że trzeba ją po prostu podlać - nie jest to wiedza tajemna. Maranta natomiast "tańczy" w poszukiwaniu słońca, w internecie można znaleźć nagrania, na których widać to w przyspieszeniu.

Przyznam się jako laik: zdziwiłem się, gdy wspomniałyście w książce o "pierwszej pomocy" - myślałem, że gdy roślina zacznie umierać, to nic nie da się już zrobić.

W.: Pokazujemy parę prostych metod, dzięki którym można ją jeszcze uratować. Tak naprawdę o wiele bardziej szkodliwa niż niedostateczna ilość wody w doniczce, jest sytuacja odwrotna, czyli tzw. przelanie. Jeśli jesteśmy pewni, że przelaliśmy naszą roślinę, powinniśmy zacząć od wyciągnięcia jej z donicy oraz oczyszczenia korzeni. Najlepiej zostawić przelanego pacjenta na kilka godzin, aby mógł przeschnąć, po czym posadzić go w nowej, świeżej i suchej ziemi, a następnie, dopiero za kilka dni, podlać.

Jeśli natomiast wysuszysz roślinę na wiór, możesz jej jeszcze pomóc. Zniszczone, wyschnięte liście odcinamy, wyciągamy roślinę z donicy i zanurzamy ją w naczyniu wypełnionym wodą tak, aby korzenie nią nasiąkły. Gdy roślina "napije się" wody, stawiamy ją w miejscu nienarażonym na przeciągi i niezbyt nasłonecznionym. Podlewamy dopiero wtedy, gdy podłoże przeschnie. Czasem jednak nie da się zatrzymać całego procesu. Trzeba się wtedy z tym pogodzić i próbować dalej.

Sporo mówi się o praktycznych zastosowaniach roślin - szczególnie w okresie grzewczym, gdy po raz kolejny wraca temat smogu.

O.: Rośliny zwiększają podaż tlenu, czyli sprawiają, że jest go w powietrzu dużo więcej. Powiedzmy jednak wprost: nie ma takiej możliwości, aby kilka doniczek rozstawionych po pokoju uratowało nas przed wysokim stężeniem szkodliwych pyłów. Musielibyśmy zabarykadować się w sterylnym, zamkniętym mieszkaniu zawalonym doniczkami i wyposażonym w specjalne filtry. Oczywiście hodowcy chętnie powołują się na badania NASA, z których wynika, że określone gatunki zieleni mają silne właściwości antysmogowe, jest to jednak głównie chwyt marketingowy.

Nie ma takiej możliwości, aby kilka doniczek rozstawionych po pokoju uratowało nas przed wysokim stężeniem szkodliwych pyłów (fot. Michał Sierakowski)
Nie ma takiej możliwości, aby kilka doniczek rozstawionych po pokoju uratowało nas przed wysokim stężeniem szkodliwych pyłów (fot. Michał Sierakowski)

W.: Nie ma natomiast wątpliwości, że rośliny doniczkowe mogą mieć pozytywny wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Ich obecność sprawia, że jesteśmy spokojniejsi, ale jednocześnie mamy więcej energii do pracy, jesteśmy bardziej produktywni. Zaleca się je między innymi osobom walczącym z depresją. Zielony działa uspokajająco, relaksująco i kojąco - najsilniej można to odczuć, gdy po ciężkim tygodniu w hałaśliwym mieście wybieramy się do lasu.

Skoro Ola wspomniała już o badaniach: swego czasu przeprowadzono je w pewnym szpitalu. Jedna połowa budynku była pełna zieleni, a jej okna wychodziły na park. W drugiej zupełnie tego zabrakło. Można się domyślać, którzy pacjenci szybciej dochodzili do zdrowia.

Sporo rozmaitych okazów roślin można znaleźć w marketach. Wątpię jednak, aby otaczano je jakąś szczególną troską i zastanawiano się nad tym, czego potrzebuje dany gatunek.

W.: To zależy. W niektórych sklepach w dziale ogrodniczym pracują osoby, które nie mają pojęcia o pielęgnacji roślin. Trudno mieć do nich pretensje, zajmują się nimi z przypadku, zwykle mają masę innych obowiązków. Dlatego leją wodę na oślep, a to czasem prowadzi do gnicia korzeni. Nie do końca radzą sobie też z ewentualnymi chorobami i grzybami, które zaczynają niszczyć rośliny, jeszcze zanim te zostaną przez nas kupione.

O.: Kupowanie roślin w marketach to rozwiązanie dla osób, które znają się na ich pielęgnacji i umieją ocenić, w jakim stanie jest dana roślina.

Obecność roślin sprawia, że jesteśmy spokojniejsi, ale jednocześnie mamy więcej energii do pracy, jesteśmy bardziej produktywni (fot. Michał Sierakowski / mat. prasowe z książki 'Projekt Rośliny')
Obecność roślin sprawia, że jesteśmy spokojniejsi, ale jednocześnie mamy więcej energii do pracy, jesteśmy bardziej produktywni (fot. Michał Sierakowski / mat. prasowe z książki 'Projekt Rośliny')

Znajoma stanowczo odradzała mi ich zakup w sklepie wielkopowierzchniowym.

W.:  Niedawno Ola była w takim sklepie i z ciekawości włożyła palce do doniczki z monsterą - trafiał na istne bagno, wody było zbyt dużo. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że z rośliną wszystko jest w porządku, ale tak naprawdę zaczął się już proces gnilny. Za jakiś czas na liściach na pewno pojawią się czarno-żółte plamy. Niewykluczone, że nie da się już tego naprawić.

Rośliny, które tam są sprzedawane, są - jak podejrzewam - hodowane przy użyciu sporej ilości chemicznych nawozów. Ciężko im potem odnaleźć się w warunkach domowych, w których są pozbawione tych ulepszaczy. Oczywiście większość roślin, którymi się otaczamy, to okazy "wyciągnięte" z tropików i trzeba je trochę wspomóc. Warto zwrócić jednak uwagę, czy odżywka jest organiczna.

Niemal wszystkie rośliny, o których piszecie w swojej książce, pochodzą z Ameryki Południowej, Azji etc. Jest w nas, Polakach, potrzeba egzotyki?

W.: Nasze rodzime rośliny, np. paprocie, zanokcice lub skrzypy, już się nam opatrzyły, nie robią na nas wrażenia, są czymś zupełnie oswojonym i trywialnym. Koleżanka, która jest graficzką i pracowała nad naszą książką, mieszka na co dzień w Portugalii. Jak zauważyła - nikt nie zachwyca się tam piękną strelicją, a to właśnie dlatego, że można ją bardzo często spotkać w stanie naturalnym, jest czymś zupełnie typowym.

O.: Żeby oddać naszym lasom honor: rosną tam naprawdę piękne paprocie. Ale nie poradziłyby sobie raczej w warunkach domowych.

Lepiej przesuszyć niż przelać (fot. mat. prasowe z książki 'Projekt Rośliny / Weronika Muszkieta)
Lepiej przesuszyć niż przelać (fot. mat. prasowe z książki 'Projekt Rośliny / Weronika Muszkieta)

A propos paproci: co z dobrze znaną wszystkim Polakom paprotką? Kiedyś można ją było spotkać w każdym urzędzie, szkole, szpitalu. Skąd wzięła się jej popularność w Polsce?

O.: To akurat ciekawe, bo jest dosyć trudna w uprawie - przynajmniej w warunkach domowych. Nasza znajoma, której koleżanka ma w swoim mieszkaniu sporo paprotek, podzieliła się z nami pewną teorią: najlepiej radzą sobie, gdy pielęgnuje je osoba złośliwa (śmiech).

To dlatego można ją było spotkać w rozmaitych urzędach.

W.: No właśnie! A tak serio: dziś mamy do wyboru bardzo wielu dostawców, gros z roślin, które kupujemy, pochodzi z niemieckich lub holenderskich hodowli. W latach 80. i 90. dostęp do nich był ograniczony. Musieliśmy korzystać z zasobów lokalnych szklarni. A jeśli chodzi o uprawę masową, paprotka jest akurat dość łatwa i wygodna.

To zresztą pewnego rodzaju paradoks. Wiele osób opowiada nam o swoich paprotkowych porażkach. My też mamy ich kilka na koncie. A jednak w urzędach czy szkołach spotkać można naprawdę rozrośnięte, wiekowe i zdrowe okazy. Może wynika to z tego, że paprocie w takich miejscach to już stali domownicy, o których od lat z sercem troszczą się panie sprzątające.

Okładka książki i jej autorki (fot. Olga Bartnikowska)
Okładka książki i jej autorki (fot. Olga Bartnikowska)

A jakie rośliny poleciłybyście osobom leniwym i mało systematycznym, jeśli chodzi o prace domowe? I wcale nie pytam w swoim imieniu!

O.: Najlepiej zacząć od sukulentów, np. eszewerii albo grubosza, które są mało wymagające. Bardzo popularna dziś monstera również nie nastręczy zbyt wielu problemów. Nawet jeśli przez dłuższy czas nie będziemy jej podlewać, na pewno sobie poradzi, może tak stać nawet dwa miesiące.

W.: No nie, bez przesady!

O.: Dobrze, miesiąc. No i kaktusy. Mamy w Polsce wielu prywatnych hodowców, którzy doskonale wiedzą, jak się nimi zajmować. Początkująca osoba łatwo więc znajdzie wsparcie. Niedawno zajrzałyśmy na grupę facebookową, która skupia właśnie miłośników tych roślin. Brylowała tam pewna starsza pani. Widać było, że naprawdę bardzo się spełnia!

W.: Nawet do zdjęcia profilowego zapozowała w otoczeniu swoich kaktusów! W zestawieniu z obecną modą na rośliny wśród młodych pokazuje to, że mamy do czynienia z hobby, które łączy pokolenia.


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Weronika Muszkieta (Ur. 1993), Ola Sieńko (Ur. 1993). Przyjaciółki i założycielki projektu Rośliny. Połączyła je miłość do tańca i ruchu oraz posiadanie pasji, bez której nie wyobrażają sobie życia. Wielbicielki miejskich i domowych dżungli, fotografii analogowej i kuchni roślinnej. Na co dzień aranżują wnętrza i prowadzą concept store z roślinami we Wrocławiu. Uparcie walczą z mitem ręki do kwiatów wyznając zasadę, że każda roślina jest jak człowiek, którego warto poznać i trzeba zrozumieć.

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski i miesięcznika "Teraz Rock". Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (14)
Zaloguj się
  • Anna Grzegorz

    Oceniono 9 razy 9

    'Reka do kwiatów" to nie mit. Kiedyś w pracy z sześcioma koleżankami zrobiłyśmy eksperyment. Każda posadziła w trzech doniczkach identyczne szczepki. Po miesiącu szczepki jednej z koleżanek były 3-4 razy większe niż pozostałe. Nie rozumiem tego. Po prostu stwierdzam fakt.

  • amorvertical

    Oceniono 18 razy 6

    Rany, macie po 25 lat i wypowiadacie się na temat nad którym. Ile miesięcy tym się zajmujecie? Żeby coś o tym wiedzieć, trzeba w tym siedzieć 15 - 20 lat a może nawet pokolenie. Bo tyle żyją rośliny. Trochę skromności, mniej pychy i samozadowolenia. Tak naprawdę g...no wiecie. Żenada.

  • brak.slow

    Oceniono 5 razy 5

    Mnie się jednak wydaje ze albo nie każdemu urośnie albo nie wszędzie. Współlokatora miala pokój dobrze nasłoneczniony i rośliny które to lubią ale nic u niej rosnąć spektakularnie nie rosło. Dziwne to było podejrzewalysmy nawet jakieś promieniowanie albo smog elektromagnetyczny WiFi itd. Ciekawe czy to jest możliwe.

  • najgorszy.sort.polakow

    Oceniono 3 razy 1

    Concept store z kwiatami. Do kompletu oczywiście książka. I jeszcze parę innych smaczków, i człowiek już wie, że ma dość.

  • duffy11

    Oceniono 4 razy 0

    ksiazka o czym??? masakra!!!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX