Leeds

Leeds (fot. shutterstock.com)

wywiad Gazeta.pl

Nieznana strona emigracji. "Nie miałam pojęcia, jak rozwinięte jest w Europie współczesne niewolnictwo"

Każdy z nas wie, że istnieje bieda, że ludzie bywają zmuszani do niewolniczej pracy, do spłacania nieistniejących długów. Słyszymy o gangach handlujących ludźmi, o prostytucji, ale dopóki nie zetkniemy się z tymi osobami twarzą w twarz, nie jesteśmy w stanie tego pojąć - mówi Kamila Czul, autorka książki "Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantki", w której zebrała swoje doświadczenia z pracy nauczycielki i tłumaczki dla brytyjskich instytucji w Leeds.

Kim jest "Pani Kebab"?

To ja. Kiedy ludzie pytają mnie o ten tytuł, mam wrażenie, że spodziewają się jakiejś fajnej anegdoty, a to jest bardzo zwyczajna historia. Moi uczniowie nadali mi taki przydomek, kiedy usłyszeli, jak wymawiam słowo "kebab". Chyba inaczej je akcentowałam. Długo się z tego śmiali, a pseudonim "Pani Kebab" przylgnął do mnie na dobre.

Kiedy zaczęłam pisać książkę, pomyślałam, że "kebab" -  skrawki, resztki - dobrze opisuje historie, które chcę opowiedzieć. Miałam wrażenie, że zebrałam w książce właśnie takie fragmenty ludzkich doświadczeń, strzępki wspomnień i wrażeń, jakie one na mnie wywarły.

Londyn (fot. Pixaby.com)

Na początku książki pojawia się informacja, że wszyscy bohaterowie, wszystkie historie w niej opisane są fikcją.

"Pani Kebab" to reportaż literacki inspirowany rzeczywistością i moimi doświadczeniami. Opowiedziane historie wydarzyły się naprawdę w szkole, w której pracowałam, lub instytucjach, dla których tłumaczyłam. Trudność polegała na takim opisaniu moich przeżyć, żeby nikogo nie skrzywdzić, nie naruszyć niczyjej prywatności ani etyki zawodowej. Musiałam ukryć tożsamość moich bohaterów, zamaskować fakty, aby nikt nie rozpoznał w nich prawdziwych osób i zdarzeń.

Opisując codzienność pracy nauczycielki i tłumaczki w Leeds, tworzy pani makabryczny obraz społeczności imigrantów. Ciąża w wieku 15 lat jako "nic specjalnego", zdjęcie martwego noworodka wrzucone na Facebooka, nauczycielka zamordowana na lekcji przez ucznia. Historie o współczesnym niewolnictwie, bezdomności. Skąd się wzięła ta książka - ze złości, z bezsilności?

Z jednego i drugiego. Widać to zresztą w konstrukcji "Pani Kebab". Pierwsza część, poświęcona szkole, jest zdominowana przez wściekłość. W drugiej, opisującej moje doświadczenia jako tłumaczki, przeważa smutek i bezradność. Ta książka się ze mnie po prostu wylała, jest wypadkową zaskoczenia zastaną w Leeds rzeczywistością i niezgody na nią. Nie mogłam uwierzyć, że takie rzeczy mogą się dziać naprawdę. Mam wrażenie, że nikt nie mówi o problemach w szkolnictwie, o sytuacji imigrantów, którzy trafiają do niewolniczej pracy i spłacają nieistniejące długi, o kobietach zmuszanych do prostytucji. Zupełnie jakby warstwa społeczna, wokół której się obracałam, nie istniała.

Co przyciągnęło panią do Leeds?

Przyjechałam tam zupełnie spontanicznie, w odwiedziny do koleżanki. Miałam zostać na miesiąc, dwa, trochę popracować. Tymczasem tak się akurat złożyło, że w pierwszym tygodniu poznałam mojego obecnego chłopaka, zakochałam się i zostałam. Mieszkam tu już od 11 lat.

Ponad 95 proc. osób sprzątających w londyńskim metrze to imigranci. Trzy czwarte z nich to osoby czarnoskóre z Afryki; wielu z nich przybyło do Wielkiej Brytanii nielegalnie. To oni muszą sprzątać po samobójcach, którzy rzucają się na tory. W latach 2000 - 2010 było ponad 640 takich przypadków (fot. Ben Judah)

Jestem z wykształcenia nauczycielką i tłumaczką, chciałam pracować w swoim zawodzie. W Wielkiej Brytanii zaczynałam od pracy kelnerki, ale z czasem coraz bardziej chciałam wrócić do uczenia. Nie było to łatwe. Kto chciałby zatrudnić imigrantkę z Polski jako nauczycielkę angielskiego? Kiedy udało mi się dostać do szkoły, wiedziałam, że będę pracować z "trudną młodzieżą", ale czułam, że to jest jednak krok do przodu w mojej karierze zawodowej. Krok - jak się okazało - pierwszy i ostatni (śmiech), bo po tym doświadczeniu zrezygnowałam z uczenia.

Wytrzymała pani w szkole ponad trzy lata.

Na początku bardzo się bałam, że nie poradzę sobie językowo. Miałam sporo uczniów z Czech, Rosji, Słowacji. A dyrekcja szkoły uznała, że skoro pochodzę z Europy Środkowej, to świetnie znam języki, którymi te dzieci się posługują. To było pierwsze wyzwanie. Ostrzegano mnie, że w szkole uczą się także dzieci z patologicznych rodzin, ale nic nie było w stanie przygotować mnie na to, co tam zastałam. Moje pierwsze wrażenie mogę opisać jako stopniowe opadanie szczęki.

I co dalej?

Wszystko powszednieje. To strasznie dziwnie brzmi, ale z czasem oswoiłam się z codziennym poczuciem zagrożenia i niepewnością, co przyniesie kolejny dzień. Paradoksalnie dopóki dyrekcja podchodziła do sytuacji realistycznie, ta praca nie była wcale taka zła. Skoro taką mamy szkołę, taką mamy młodzież, musimy spróbować wycisnąć z tej sytuacji, ile się da.

Wiedzieliśmy, że nie zrobimy z nich olimpijczyków, ale czuliśmy, że możemy spróbować przekazać im wiedzę, która okaże się dla nich cenna w dorosłym życiu. Z czasem sytuacja w szkole się zmieniła, zaczęła ona funkcjonować w oparciu o model biznesowy. Pojawiła się presja "walki o wyniki", a dyrekcja uznała, że najważniejsze, by ilość przerobionego materiału odpowiadała odgórnie narzuconym wytycznym. Nikogo nie interesowało, czy uczniowie coś z niego zrozumieją, byleby wszystko zgadzało się w papierach. A oni sobie z taką ilością materiału i takimi oczekiwaniami po prostu nie radzili.

Pisze pani o tym, że podczas wizytacji z kuratorium uczniowie sprawiający największe problemy zostali wysyłani na "wycieczkę".

Do tej pory nie wierzę, że to się stało. Raz zabrali ich do McDonalda, kiedy indziej do wesołego miasteczka. Bali się, że jeśli będą w trakcie wizytacji na lekcjach, zepsują szkole reputację.

Kim byli pani uczniowie?

Szkoła znajdowała się w biedniejszej dzielnicy Leeds, brudnej, zaniedbanej. Uczniowie byli podzieleni na trzy grupy - byli tacy, którzy radzili sobie w miarę dobrze, ci, którzy mieli problemy z nauką, oraz moi uczniowie, uznawani za tzw. "beznadziejne przypadki". Większość to były dzieci imigrantów, część pochodziła z rodzin dysfunkcyjnych, zasiłkowych. Często były to dzieci zaniedbane, niedożywione, od małego bite. Jedna dziewczynka przez cały tydzień jadła wyłącznie ziemniaki, inny chłopiec nie rozumiał, jak można na śniadanie dostać na przykład płatki z mlekiem, bo sam jadł resztki z jedzenia na wynos, które ojciec przynosił do domu dzień wcześniej. Wiele dziewcząt zachodziło w ciążę w wieku 14-15 lat, nie zawsze wiadomo było z kim.

W Wielkiej Brytanii nie ma możliwości powtarzania roku. Słabszych uczniów przepycha się więc z klasy do klasy, niezależnie od tego, czy opanowali materiał, czy nie. Miewałam w grupie 13-14-latków, którzy wciąż mieli problemy z czytaniem i pisaniem. Stawiali w zeszycie kulfony na poziomie początkującego pierwszoklasisty. To były właśnie te przypadki, o których mówiło się, że "nie rokują". I ci uczniowie przechodzili z klasy do klasy, nie opanowując nawet podstaw, "bo po co". Wierzono, że oni i tak niczego się nie nauczą, więc lepiej skupić się na kimś, kto może coś z tych lekcji wynieść.

To uczniowie, których na starcie uważa się za przegranych. Nikt w nich nie wierzy, nikt się nie stara. Pani opisuje historię Vaneski, córki czeskich imigrantów, która z najgorszej uczennicy pod pani opieką wychodzi na prostą. Zastanawiam się, ile podobnych dzieciaków "przecieka nam przez palce", bo najzwyczajniej w świecie nie starcza czasu, by każdemu z nich poświęcić wystarczającą uwagę.

To jedna z największych tragedii tego zawodu - patrzeć na te wszystkie dzieci, które zostają z tyłu tylko dlatego, że brakuje czasu i narzędzi do pracy. Jestem przekonana, że większości z nich można pomóc, ale nikt nie miał na to ani czasu, ani siły. Uczniów było zwyczajnie za dużo.

Londyn (fot. Jose Maria Cuellar / bit.ly/1TOw8EM / CC BY-SA 2.0)

Pisze pani, że dzieciaki na większość pytań odpowiadały: "A do keeee", czyli "I don't care" - mam to w nosie, nie obchodzi mnie to. Jak dotrzeć do kogoś, komu na niczym nie zależy?

Do tej pory nie znalazłam na to pytanie dobrej odpowiedzi. Można próbować, chyba tylko tyle. Uczniowie te próby dostrzegają, nawet jeśli pozornie nic do nich nie dociera. Są uważnymi obserwatorami.

Kiedy mogłam, planowałam sama lekcje i wymyślałam taki sposób przedstawienia materiału, który byłby dla nich atrakcyjny. Modyfikowałam listę lektur. Czasami oglądaliśmy filmy i o nich później dyskutowaliśmy. Wychodziliśmy ze szkolnych ławek. Zamiast czytać jakiś dramat, odgrywaliśmy go z podziałem na role. Angażowałam ich do analizy tekstu, rozmawiając na przykład o piosence rapowej. To przynosiło efekty. Pamiętam zajęcia, podczas których puściłam im "Another Brick In The Wall" Pink Floyd. Nigdy wcześniej tego nie słyszeli. Mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę na temat tego, na ile warto być tą przysłowiową "cegłą w murze". Uczniowie byli niezwykle zaangażowani, bo poczuli, że mówimy o czymś, co mogą odnieść do swojego życia. A to były dzieciaki, które podczas "normalnej" lekcji na moje pytania odpowiadały zwykle: "Shut up" albo "Fuck off".

Co się z pani uczniami dzieje dzisiaj?

Wciąż widuję ich na ulicach Leeds i to są zwykle bardzo miłe spotkania. Nawet największe zakapiory z uśmiechem witają się ze mną i pytają, co słychać. Bardzo miło ich teraz wspominam, może dlatego, że przyglądam się im z dystansu. Przykre wspomnienia wyblakły, został sentyment. Staram się nie wypytywać ich o przyszłość, ale wiem, że część z nich poszła do college'u, pozakładała własne firmy, mają swoje rodziny. Spotykam czasami też Vaneskę, dziewczynę osaczoną przez matkę, która wmawiała jej od małego, że nic nie osiągnie. U niej niestety bez zmian.

Pierwszą część książki poświęca pani młodzieży, której "nie zależy". Druga to opowieść o tych, którym zależy, ale świata to nie interesuje. Miałam wrażenie, że historie ludzi, których pani spotyka, pracując jako tłumaczka, mogłyby być opowieściami niektórych pani uczniów za kilka lat - ludzi spisanych na straty najpierw przez system szkolnictwa, potem - przez instytucje państwowe.

Mogłoby tak być, prawda? Być może już na starcie te dzieciaki predestynowano do życia na  marginesie. Jako dorośli walczą o siebie i nawet w obliczu kompletnej beznadziei wciąż tli się w nich iskierka nadziei. Jeśli jednak od zawsze powtarzano ci, że jesteś na straconej pozycji, że nie masz szansy na zmianę swojej sytuacji, trudno ci tak naprawdę uwierzyć, że może być inaczej.

Biblioteka w Leeds (fot. Mtaylor848 / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Biblioteka w Leeds (fot. Mtaylor848 / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Zderzenie się z tym światem było dla mnie szokiem. Przecież teoretycznie każdy z nas wie, że istnieje bieda, że ludzie bywają zmuszani do niewolniczej pracy, do spłacania nieistniejących długów. Słyszymy o gangach handlujących ludźmi, o prostytucji, ale dopóki nie zetkniemy się z tymi osobami twarzą w twarz, nie jesteśmy w stanie tego pojąć. Nie miałam pojęcia, jak rozwinięte jest w Europie współczesne niewolnictwo.

Jak wielu osób dotyczy to zjawisko?

Pracowałam przez pewien czas w ośrodku, który zajmował się ofiarami niewolnictwa. Słyszałam takich historii bardzo wiele. Wszystkie są do siebie niestety nużąco podobne. Lew Tołstoj powiedział, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Ale ja, spotykając się z ludźmi, którzy przeżyli piekło niewolnictwa, miałam wrażenie, że w gruncie rzeczy opowieść każdego z nich układała się w podobny schemat: bieda, desperacja, wyjazd, niewolnictwo. Przyczyną wyjazdu i nieodłącznie z nim związanej desperacji mogą być długi, bezdomność, wyjście z więzienia i brak perspektyw w kraju. Koniec jest zawsze taki sam - ląduje się w jakimś ciasnym pokoju, pracuje się ponad siły, nie dostaje się pieniędzy, czasami nawet jedzenia ani picia.

Według oficjalnych statystyk liczba osób zmuszanych na Wyspach do niewolniczej pracy wynosi ponad 11 tysięcy. Znaczący procent w tej grupie stanowią Polacy. To była w pewnym momencie wręcz plaga. Teraz ostrzeżenia przed fałszywymi agencjami pośrednictwa pracy, które porywają ludzi, pojawiają się nawet na lotniskach. Wprowadzono dodatkowe procedury bezpieczeństwa, przeprowadza się akcje uświadamiające, np. każdą osobę, która przyjeżdża do Wielkiej Brytanii do pracy po raz pierwszy, pyta się, czy wie, do kogo leci i w jakim celu. Przekazuje się jej także numer alarmowy, pod który może zadzwonić, gdyby działo się coś niepokojącego. Świadomość problemu rośnie.

Kiedy w takich sytuacjach pojawia się tłumacz?

Wiele osób wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, nie znając języka. Istnieją miejsca, w których pracują na przykład wyłącznie Polacy. Mogą przez wiele lat mieszkać na Wyspach i nie mówić po angielsku. Tworzą się enklawy, mieszkają razem, emigranci wspierają się, chodzą razem na zakupy do polskiego sklepu i funkcjonują do pewnego stopnia w odcięciu od Brytyjczyków. Przyznam, że podziwiam tych ludzi. Nie wytrzymałabym nerwowo, mieszkając w miejscu, w którym nie potrafię się porozumieć. Oznaczałoby to dla mnie życie w ciągłym strachu i chyba poniżeniu, bo wciąż byłabym skazana na pomoc innych.

Stacja kolejowa w Leeds (fot. Tejvan Pettinger / Wikimedia.org / CC BY 2.0)Stacja kolejowa w Leeds (fot. Tejvan Pettinger / Wikimedia.org / CC BY 2.0)

Kiedy imigrant nieznający języka angielskiego zostaje zmuszony do kontaktu z policją, sądem czy służbą zdrowia, potrzebny jest tłumacz. Państwo zapewnia jego wsparcie w niektórych sytuacjach - u lekarza, dentysty. Tłumacz przysługiwał też podczas załatwiania spraw w urzędach, szpitalu, sądzie, na policji, ale obecnie się to zmienia w związku z cięciami budżetowymi.

Pani jest pośrednikiem między człowiekiem a państwem. Jak się czuje tłumacz, który przekazuje komuś wieści o śmierci bliskiej osoby, o wyroku dożywotniego więzienia?

Strasznie. Nie ma na to innego słowa. To ode mnie ci ludzie słyszą czasami najgorsze rzeczy w ich życiu. Jestem zobowiązana wypowiedzieć słowa, które aż parzą mnie w usta. Mam wrażenie, że przekraczam jakąś barierę intymności, naruszam cudzą prywatność.

Mówi pani, że wszystkie historie są do siebie podobne, ale mi w głowie szczególnie mocno utkwiła jedna, która mocno różniła się od reszty. Chodzi mi o Jolę, kobietę, która w Polsce miała stałą pracę, własną firmę i ustatkowane życie osobiste. Później porzucił ją mąż, który odebrał jej oszczędności całego życia. Bez grosza przy duszy, sama, wyjechała do Wielkiej Brytanii z nastawieniem, że przecież gorzej być nie może. Trafiła tam na gang, który zmuszał ją do prostytucji. Uzależniła się od alkoholu. Miała szczęście, że została uratowana, ale przecież jej życie jest zniszczone.

Dla mnie to też była najtragiczniejsza z opisanych przeze mnie historii. Chyba jest coś takiego w ludzkiej naturze, że będąc świadkiem cudzego nieszczęścia, racjonalizujemy sobie, że ta osoba musiała zrobić coś, co sprawiło, że jej losy potoczyły się tak, a nie inaczej. To nam daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa, kontroli nad naszym własnym życiem. Historia Joli pokazuje, że można wszystko stracić ot tak, zupełnie przez przypadek. Nawet jeśli wydaje nam się, że mamy spokojne, uporządkowane życie, otaczają nas bliscy ludzie, którym ufamy. To było chyba najbardziej przerażające.

Ilością wrażeń, jakich dostarczyła pani praca, mogłaby pani obdzielić kilka osób. Nie miała pani w pewnym momencie poczucia, że to już za dużo?

Paradoksalnie zawód tłumaczki jest dużo mniej stresujący niż praca nauczycielki. Wiem, czego się spodziewać danego dnia. Mam czas, żeby przygotować się do każdej sytuacji i później się uspokoić, zapomnieć o niej. Poza tym człowiek jednak z czasem hoduje grubszą skórę. Uczę się oddzielania pracy od życia prywatnego, choć jeszcze nie zawsze mi się to udaje. Bardzo lubię moją pracę, mam wrażenie, że robię coś przydatnego.

Sprawdź cenę książki "Pani Kebab" w Publio.pl>>>

Książka Kamili Czul 'Pani Kebab' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne (fot. materiały prasowe)Książka Kamili Czul 'Pani Kebab' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne (fot. materiały prasowe)

A pisanie?

Też stało się bardzo ważne. Pracuję obecnie nad nową książką, tym razem będzie to typowa powieść, coś kompletnie zmyślonego i lekkiego, żeby pozwolić mojej głowie odpocząć po "Pani Kebab".

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Kamila Czul. Nauczycielka i tłumaczka języka angielskiego, absolwentka Wydziału Kultury i Literatury Angielskiej i Amerykańskiej Uniwersytetu Śląskiego. Laureatka dwóch nagród Chartered Institute of Linguistics. Pochodzi z Kóz pod Bielskiem-Białą, od jedenastu lat mieszka i pracuje w Leeds.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (65)
Zaloguj się
  • Filip Chojnacki

    Oceniono 6 razy -2

    Kobieto - chcesz w UK zrobić tak samo jak w PL? Mieć hydraulików, kopaczy rowów i sprzątaczy z wyższym wykształceniem? W UK poszli po rozum do głowy - chcesz być kopaczem - bądź kopaczem, chcesz być fryzjerem - bądź fryzjerem. Po krzywy wuj ładować ludziom do głowy, że tylko wyższe wykształcenie im otworzy drzwi. To jest kupa, którą karmi się polskie społeczeństwo od lat 90. Teraz mamy co mamy - ludzi, których nie obchodzi świat - chcą zarabiać, przetrwać i się rozmnożyć. Wyższe wykształcenie jest im potrzebne jak śniech w maju. Zostaw ich w spokoju i daj im żyć. Widać nie rozumiesz systemu w UK a jest on starszy niż polski i ma się lepiej niż polski. Tyle w temacie

  • biba1234567

    Oceniono 7 razy -1

    .,,PIS traci w sondazach, bo wyszło na jaw, ze są za islamizacją Polski.

    Oto dowody:
    PIS chce sprowadzac pakistanczykow i ludki z bangladeszu, w tych krajach jest masa gwaltow na dzieciach i kobietach.

    1. Najgorszy prezydent w historii RP lech kwaczynski kazał rzadom PIS w latach 2005-07 przyjac 30.000 radykalnych rosyjskich muzulmanów z kaukazu.
    2. PIS od początku kadencji przyjał 10,000 radykalnych rosyjskich muzulmanów z rosyjskiego kaukazu.
    3. PIS jest za przyjeciem turcji do UE, czyli 70 MILIONOW radykalnych muzulmanow. ostatnio turcja chciala zalegalizowac gwalty na 9 letnich dziewczynkach.
    4. TVP kurskiego nonstop puszcza jakies dziadowskie seriale tureckie.
    5. Finansowanie meczetow z zagranicy dalej jest dozwolone za PISu. Ktos musial podjac takie decyzje.
    6. barbarzynski uboj rytualny jest dalej dozwolony

  • Gregor Banasik

    Oceniono 1 raz 1

    Bardzo fajny wywiad. Wcześniej nie słyszałem o tej książce, ani autorce. Szukałem zdjęć z Leeds w którym mieszkałem 7lat. Rozumiem co autorka ma na mysli w wielu aspektach. Domyślam się, że dzielnica o której mowa to Beeston czy Harehills? A żeby zobaczyć i uzmysłowić sobie, może trochę o czym mowa to polecam poszukać na BBC: Educating Yorkshire.
    Ja spędziłem w Leeds/Wakefield mega fajny czas i wróciłem do Ojczyzny.

    a książkę kupię dzisiaj :)

  • romikus

    Oceniono 5 razy 3

    Otake Polske my walczyli. Ludzie mają wolność i paszporty w szufladzie i pięknie jest.

  • zdziwiony6

    Oceniono 9 razy 5

    Kolejny artykuł powielający stereotypy Polaków za granicą. Mieszkałem kilka lat w USA i podczas pobytu tam zauważyłem, że moja wiedza o rodakach w Hameryce też była oparta na stereotypach. Jadąc tam oczekiwałem, że Polonus to niewykształcony, prymitywny facet, który pracuje "w azbestach" a jego żona jest sprzątaczką i oboje nie mówią po angielsku. Rzeczywistość okazała się inna. Środowisko Polaków w USA jest bardzo zróżnicowane, od "azbestu" po profesorów uniwersytetów i zamożnych przedsiębiorców. Poznałem tam wielu inżynierów, którzy świetnie się urządzili. "Azbest" to wbrew pozorom niewielka część Polaków.

    Przypuszczam, że podobnie jest w UK, ale artykuły i książki o polskiej patologii społecznej lepiej się sprzedają.

  • sdfsfdsf

    Oceniono 5 razy 5

    Oj jak mi zle na wyspach, pozytywnych artykulow brak, jestem kryminalista bez wyksztalcenia i niewolnikiem, moze rzuce wam jakims groszem jak przyjade nastepnym razem, powodzenia

  • tadeusz-1d

    Oceniono 17 razy 5

    Powtórzę słowa starszej Żydówki która powiedziała je do swoich ziomków żyjących w Polsce "Jak wam źle w Polsce /bo tak narzekacie na Polskę i Polaków/ to przyjeżdżajcie do Izraela, co wy tam robicie. Co nie chcecie. Bo w Izraelu musielibyście pracować a w Polsce żyjecie lekko kombinując, jak zwykle robią Żydzi by lekko żyć wśród innych narodów." Nie wierzę by nawet nie bardzo kapujący człowiek, Polak będąc w Anglii /nie zamknięty w celi/ nie poradzi by sobie nawet bez tłumacza. Przecież wystarczyło by wsiądź w autobus lub nawet pójść na policję /jak nie miał kasy/ i wrócić do Polski. Anglia nie jest zobowiązana do opieki na nim. W Polsce jakąś opiekę by dostał marną ale by dostał.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX