Białystok, Podlaski Urząd Wojewódzki. Rozstrzygniecie konkursu plastycznego 'Życiowy numer 112'

Białystok, Podlaski Urząd Wojewódzki. Rozstrzygniecie konkursu plastycznego 'Życiowy numer 112' (fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

reportaż

Zanim zadzwonisz na 112, bo zapomniałeś PIN-u do telefonu, przeczytaj ten tekst

Telefon od ojca, którego dzieci przejechał samochód. Żony, której mąż właśnie stracił głowę. Chłopaka, który za chwilę się powiesi. Ale też od dziewczyny, która zgubiła futro z norek za 40 tysięcy złotych. Operatorzy numeru 112 opowiadają o swojej pracy.

Reportaż nominowany do nagrody im. Teresy Torańskiej w kategorii "najlepsze w internecie 2018"

Tekst po raz pierwszy został opublikowany w 2018 roku.

- Córka się powiesiła. Proszę, przyjedźcie. Na parterze mieszkam. Odciąłem ją. Odcięta jest. Nie wisi.

- Proszę się uspokoić. Zdjął pan pętlę z szyi? Proszę uciskać klatkę piersiową.

- Nie, nie. Ona to zrobiła kilka godzin temu. Cała już jest zimna, sztywna. Jezuuu, nieeeee!

Weronika przyznaje: samobójcy nadal robią na niej wrażenie. Wypadki, ciała zmasakrowane, głowy odcięte przez tramwaj - wszystko przerabiała i generalnie nic jej już nie rusza, ale jak dzwonią samobójcy, to jednak ją trzęsie. Po takim telefonie musi wstać, przejść się po pokoju, zrobić herbatę, pogadać z Dagmarą.

Warszawa, ulica Młynarska 43 / 45. Centrum Powiadamiania Ratunkowego (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta) Warszawa, ulica Młynarska 43 / 45. Centrum Powiadamiania Ratunkowego (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Może to przez telefon, który odebrała na początku pracy. Chłopak opowiadał, że się powiesi. Właśnie zakłada pętlę na szyję, a ona będzie słuchała, jak człowiek umiera. Trochę ją zamurowało. Na szczęście okazało się, że pan tak sobie tylko żartował. Ale uraz został.

Weronika pracuje w Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Łodzi. Przyszła tylko na chwilę, minęły już trzy lata.

Centrum to budynek na obrzeżach miasta, pośrodku policyjnej bazy i parkingu. To tu trafiają połączenia na numer 112. W środku cztery pomieszczenia, w każdym po pięć stanowisk. Operatorzy ze słuchawkami na uszach wpatrują się w monitory z danymi rozmówcy, mapą miejsca, z którego dzwoni, służbowymi notatkami. W pokoju Weroniki rozbrzmiewają fragmenty rozmów:

- Przytomna? Otwarte oczy?

- Czy jest sama? Czy to w pasie ruchu? Przy jakim numerze?

- Na parkingu? Mężczyzna, kobieta?

- Pan podejrzewa, że samochód kradziony? Rozumiem. Dane tego pojazdu?

- Ktoś trzyma głowę? Pod jakim sklepem? Biedronką?

Weronika i jej koleżanki odbierają średnio 15 telefonów na godzinę. Jeden na cztery minuty. I choć większość to pomyłka, żart lub głuche połączenie, trafiają się też takie rozmowy, że na linii siedzisz  pół godziny, bo gość właśnie wyznał, że zaraz wiesza się i koniec. Więc cały czas mówisz do niego, dajesz wsparcie, a w międzyczasie piszesz wiadomość do policji i strażaków.

Dagmara, lat 29, koleżanka Weroniki, wspomina drżący głos kobiety, którą bije mąż. Ona nie wie, co robić, zaraz sobie życie odbierze. Dagmara tłumaczy: proszę, nie, znajdziemy pomoc, podpowiem, gdzie się zgłosić. Pani bardzo dziękuje za pomoc, już jej lepiej. Dagmara tak sobie myśli, że może uratowała jej życie.

Ale rzadko kiedy ma taką satysfakcję, bo policja i straż pożarna niechętnie powiadamiają Centrum, jak zakończyła się interwencja. Następnego dnia dziewczyny same doczytują w gazetach, jaki był finał ich rozmów. Aha, to ten potrącony przez pociąg nie przeżył. O, to w tym wypadku było rannych pięć osób, nie jedna.

Rzeszów, otwarcie nowego budynku Centrum Powiadamiania Ratunkowego (fot. Grzegorz Bukala / Agencja Gazeta) Rzeszów, otwarcie nowego budynku Centrum Powiadamiania Ratunkowego (fot. Grzegorz Bukala / Agencja Gazeta)

Dagmara skończyła studia, kierunek bezpieczeństwo i zarządzanie kryzysowe. Po szkole przyszła na nabór do Centrum i już została. Wcale nie było łatwo się dostać. Egzamin, kilka etapów, rozmowy z egzaminatorami, które miały markować prawdziwe zgłoszenia. Teraz ma certyfikat, który raz na trzy lata musi odnawiać.

Wcześniej pracowała w sklepie w galerii, ale nie chciałaby wrócić. Choć tutaj bywa, delikatnie mówiąc, intensywnie.

Głowę przygniotło

- Autostrada A3. Uderzył w nas samochód, na poboczu. Stoimy (głos mężczyzny zakłóca pisk. W słuchawce wyje przeciągłe kobiece "iiiiiiiiiiiiii"). Stoimy na poboczu.

- Proszę pana, proszę się uspokoić, gdzie pan jest?

- Dzieci wyszły, nie widać (pisk), nie widać, z samochodu, nie wiemy, nie ma. Dzieci nie ma, tu świecę.

-  Spokojnie, gdzie pan jest?

- Droga, świecę latarką za barierki, może tam dzieci spadły, nie widać (iiiiiiiiii  zagłusza).

- Proszę pana, nie ma autostrady A3. Niech się pan uspokoi! Spokojnie! Gdzie pan jest, konkretnie?

- Gdzie my jesteśmy? Nie wiem, ciemno. Tu jakiś pan mówi, że 120. kilometr.

- Ale jaka droga?

- Na Warszawę, A3 na Warszawę.

- Proszę pana, nie ma drogi A3!

- (pisk zagłusza) A2, A2, A2 na Warszawę. Szybko, dzieci nie ma!

Dagmara z koleżankami śmieją się z programu "Na ratunek", w którym operator spokojnym głosem tłumaczy, co robić. A ludzie odpowiadają: Jan Kowalski, ulica Malinowa, kolega krwawi z nosa. Chciałyby tak pracować. A to jest miraż jakiś. Ludzie tak wypadków nie zgłaszają.

Jak w tym telefonie: małżeństwo z dziećmi, jadą autostradą. Noc, stłuczka. Zjeżdżają na pobocze, syn i córka wychodzą z auta. I znikają. Żona biega po poboczu, szuka ich, facet świeci komórką po krzakach, za barierki. Dzieci nie ma. Wyszły na jezdnię. Potrąciły je pędzące samochody. Dzieci nie przeżyły.

Katowice, Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Operatorzy podczas pracy (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta) Katowice, Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Operatorzy podczas pracy (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Albo taka sytuacja: odbiera koleżanka telefon i słyszy kobietę wyjącą do słuchawki. To się w żadne słowa nie układa. Pyta: Co, gdzie, spokojnie. Dalej wycie: "JEZUS MARIA! GŁOWĘ PRZYGNIOTŁO! RATUUUJCIE!!!!".

Okazuje się, że kobieta dzwoni sprzed garażu. Mąż właśnie zmieniał koło. Lewarek nie wytrzymał, samochód spadł, zgniótł mu głowę. Kobieta z pięcioletnią córką na rękach wzywa pomocy, choć właściwie nie ma już do kogo.

Ludzie w takich chwilach nie pamiętają, by przedstawić się pełnym imieniem i nazwiskiem, adresem i numerem PESEL.

Julia, lat 30, eksczłonkini ochotniczej straży pożarnej, ma takie spostrzeżenie: ludziom się wydaje, że za każdym rogiem czeka policjant, co zaraz wyjdzie i im pomoże. Na pytanie: Gdzie to jest?, słyszy: Na polu. W lesie. Na rogu. Obok sklepu, witryna taka różowa.

Rozmówcy się denerwują: Po co tak pani dopytuje? Pie*dolę, tu giną ludzie!

A kiedy docieka, ilu rannych, w jakim stanie, czy z samochodów paliwo cieknie, to słyszy: - Co pani jeszcze chce, ku*wa? Przyjedźcie, to zobaczycie, co się stało.

A Julia przecież nie pyta z wrodzonego wścibstwa, tylko dlatego, że każdy szczegół ma znaczenie. Ile wezwać karetek? Jak wyposażonych? Dzwonić na straż? To wszystko musi ustalić.

Telefon z szafy

- Halo, halo. Proszę pana, dzwoni Adam Wolaś, lat 9. Tata właśnie bije mamusię, uderza, pobił ją (płacz). Proszę na Kopernika 7 przyjechać.

- Spokojnie, ja ci pomogę. Gdzie jesteś?

- Na dworze, ukryłem się.

- Bardzo dobrze zrobiłeś, jesteś dzielny. Masz rodzeństwo?

- Siostrę, ale nie ma jej teraz.

Łódź. Operatorzy na ekranach widzą m.in. mapę z miejscem, z którego dzwoni poszkodowany (fot. Bartosz Józefiak) Łódź. Operatorzy na ekranach widzą m.in. mapę z miejscem, z którego dzwoni poszkodowany (fot. Bartosz Józefiak)

Dzień zaczyna się od wypadków. Siódma rano to wściekłe głosy, stłuczone lampy, urwane zderzaki, czasami coś większego. W południe się uspokaja, by znów wybuchnąć po 15.00. Po południu i wieczorami wkraczają dramaty rodzinne. Najgorszy jest początek miesiąca. Przychodzą pensje, zasiłki, emerytury. Ciężko się wtedy porozumieć z dzwoniącymi, bo połowa na rauszu. Ale jest w Centrum taka dziewczyna, która każdego zrozumie.

- Gdzie pan jest?

- Sdsdgszstem.

- Aha, w Łodzi. A na jakiej ulicy? A, na Warszawskiej.

Jak ona to robi? Koleżanki zazdroszczą. Inni nie mają takich umiejętności. Muszą mozolnie rozgryzać pijackie dukanie.

Jeśli chodzi o rodzinne scysje, to dopuszczalne są wszelkie konfiguracje. Pan bije panią. Pan bije panią i dziecko. Pani bije dziecko. Pani bije pana.

Czasem sprawy zajdą dalej. Jak ostatnio: - W mieszkaniu moim kolega, konkubent, na nóż się nadział. No, od razu się może przyznam, że to mnie się ten nóż wymsknął.

Panowie czasem maskują emocje pozornym spokojem. Dzwonią: - Przyjedźcie, bo z tą ku*wą nie wytrzymam. Chyba ją zaj*bię.

Są też mężczyźni zawstydzeni, że dali się pobić kobiecie. I dzieci, które są bardziej przytomne niż rodzice. Wzorowo recytują imię, nazwisko, miejsce zdarzenia, wiek. Przeszkolone na lekcjach wiedzą, jak postępować przy telefonie na 112. I jak zachować się w obliczu ciężkiej rodzicielskiej ręki. Dzwonią z łazienki. Ze schowków w szafie. Z komórek w piwnicach. Miejsc, gdzie maluchy uciekają przed dorosłymi.

Bieli passat

- Pan stoi w kościele na schodach. Dziwnie się na dzieci patrzy. Może pedofil? Dzieci są małe, chcą biegać po kościele, a on stoi w przejściu. Da się coś z tym zrobić? W końcu jesteście 112. Policja przyjedzie?

Julia chciałaby dzwoniącym kilka rzeczy powiedzieć.

Po pierwsze: operatorzy nie znają wszystkich kodów PIN i PUK na świecie. W tej sprawie lepiej do nich nie dzwonić. A takie telefony w Centrum odbierają co chwilę.

Po drugie: nie są w stanie zamówić taksówki. Nie dowożą też wódki.

Po trzecie: nie pomogą znaleźć płaszcza z norek za 40 tysięcy, który zaginął w nocnym klubie. Choć zdają się ekspertami od nocnej mapy Łodzi. Z zamkniętymi oczami pokażą kluby na mapie. I przy okazji powiedzą, że w piątkowe i sobotnie wieczory dominują zgłoszenia od ludzi pobitych przez ochroniarzy.

Bydgoszcz, ul. Grudziacka. Bydgoskie Centrum Zarządzania Kryzysowego (fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta) Bydgoszcz, ul. Grudziacka. Bydgoskie Centrum Zarządzania Kryzysowego (fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta)

Operatorzy dostają wiele próśb.

Pan kupił w sklepie przeterminowane pierogi i liczy na interwencję.

Inny zrobił kolorowe zdjęcie do dowodu, a w dowodzie ma czarno-białe.

Pani chce poinformować, że Matka Boska na obrazie jest niestosownie ubrana.

Starszy mężczyzna dzwoni zapobiegawczo, bo po południu będzie jechał na działkę i spodziewa się zastać osy. Czy straż pożarna już teraz nie mogłaby się tematem zająć?

Marek ma sprawę: konkubina leży w szpitalu. Czy dziewczyny ze 112 nie mogłyby dowiedzieć się, co tam u niej? Jemu akurat skończyły się pieniądze na karcie.

Zbyszek potrzebuje porady. Siedzi tutaj nad śledzikiem z kolegą i duma, czy na gwiazdkę odwiedzić brata w więzieniu. Bo brat mu tyle zła wyrządził.

No i jest też Marian. Dzwoni co drugi dzień. Tak po prostu, pogadać.

Żartownisiów na szczęście prawie nie ma. Ludzie odkryli, że za fałszywe telefony grozi grzywna i areszt. A policja jest całkiem dobra w namierzaniu dowcipnych inaczej. Dagmara pamięta telefon pani z Ukrainy:

- Porwał mnie! Porwał! Bieli passat! Bieli passat!

Okazało się, że kobieta przygotowała zemstę na byłym kochanku. Chciała go wrobić w porwanie. Nie wyszło.

Ćpają w BMW

Są też telefony jak ze złego snu, jak upiorne żarty albo majaki chorego. Na przykład ten od kierowcy, który nocą, na pustej drodze, potrącił przechodnia. Śmiertelnie. Wykręcił 112, a potem położył się na ziemi, w deszczu, obok trupa. Czekał na śmierć.

- Zabił mnie. I ja zabiłem.

- Ale skąd pan dzwoni, o czym pan mówi?

- Zabił.

- Kto zabił? Kogo? Pana zabił? Co się stało?

- Leżę koło samochodu. Też zabiłem. Deszcz pada. Leżę.

Mężczyzna z miasteczka P. opowiadał, że jakiś samochód za nim jeździ. Ludzie go śledzą. Stoi na rynku, a oni patrzą. On stoi, a tu samochody jeżdżą. Chory - można pomyśleć. Operatorka nie ryzykowała. Wysłała sygnał do policji. Patrol pojechał na rynek, pana nie znalazł. Tydzień później mężczyzna już nie żył. Sprawę bada prokuratura.

Białystok, Podlaski Urząd Wojewódzki. Rozstrzygniecie konkursu plastycznego 'Życiowy numer 112' (fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta) Białystok, Podlaski Urząd Wojewódzki. Rozstrzygniecie konkursu plastycznego 'Życiowy numer 112' (fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

Zgłoszenia są najróżniejsze. Dziewczyny odbierają i w trakcie rozmowy pilnie zapisują krótkie notki. Wysyłają je zaraz do policji, straży czy pogotowia:

"Na parkingu Rumuni na fałszywych blachach".

"Zapach gazu w bloku".

"Ćpają w BMW. Sreberka zostawiają wszędzie".

"Motocyklista, wpadł pod auto. Zakleszczony".

"Bełkocze, twarz pokrwawiona".

I tak dalej, średnio co cztery minuty.

Pijak na parafii

- Dzień dobry, tutaj zgłaszam, jakiś pan na trawniku leży. Pijany chyba. Może niech ktoś go zabierze.

- Proszę zawrócić, sprawdzić, w jakim jest stanie.

- Nie mogę, ja tu, proszę pani, w kolejce do McDonalda stoję.

- Ale chyba życie tego pana jest ważniejsze?

- Proszę pani, ja tylko to zgłosiłem. Nikt inny się nie zainteresował. Następnym razem w ogóle nie zadzwonię. Wyśle pani straż miejską czy nie?

- To pana obowiązek udzielić pomocy.

- Ale to pani jest 112, nie ja! Róbcie, co chcecie, ja zgłosiłem. A pani zachowanie opiszę w telewizji!

Julia ma spostrzeżenie: ludzie są bardziej wrażliwi na krzywdę zwierząt niż ludzi. Pies, sarna, gołąb ze złamanym skrzydłem - potrafią godzinami siedzieć i czekać, aż ktoś przyjedzie pomóc zwierzątku. Dla ludzi nie mają tyle cierpliwości. Tu częściej zdarzają się takie telefony:

- Kobieta półnaga wybiegła z lasu. Zakrwawiona. Nie wiem, co się stało. Nie zatrzymałem się, bo jadę do pracy.

- Mężczyzna leży w śniegu, może warto pomóc? Tak, zwrócił moją uwagę, bo jak wczoraj szłam do pracy, to też leżał.

- Dzień dobry, zgłaszam, że tu pijany facet leży pod balkonem, na mojej parafii. Proszę przyjechać i zabrać.

Gdańsk, Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego 112. Operatorzy podczas pracy (fot. Lukasz Głowala / Agencja Gazeta) Gdańsk, Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego 112. Operatorzy podczas pracy (fot. Lukasz Głowala / Agencja Gazeta)

Czasami udaje się namówić ludzi do pomocy. Julia pamięta telefon dwóch kobiet, które wybrały się na spacer po łąkach. Przy lesie usłyszały wołanie. Julia przekonuje:

-  Proszę zobaczyć, co się stało.

-  My nie wejdziemy w las, boimy się.

-  Czego się panie boją? Jak ktoś krzyczy pomocy, to przecież nie zrobi krzywdy.

Weszły do lasu. Znalazły mężczyznę leżącego w studni od dwóch dni. Miał szczęście.

Satysfakcja jest zapłatą

Zasada jest jedna: pracy nie wynosisz do domu. Na miejscu, owszem, dziewczyny rozmawiają ze sobą o telefonach. Do pomocy mają psychologa na pół etatu. Ale jak wyjdą za próg Centrum, to koniec. Nie opowiadają partnerom, czego się nasłuchały. Nie rozpamiętują. Bo tak się nie da żyć. Chodzą razem na kręgle, na imprezy i nigdy nie rozmawiają o tych telefonach.

Państwo polskie wynagradza je kwotą 1900 złotych miesięcznie na rękę. Po pięciu latach jest podwyżka. Pięć procent. Minister oświadczył niedawno, że największą zapłatą jest dla nich satysfakcja.

Jednak fajnie iść do sklepu i nie oglądać każdej wędliny i sera po pięć razy, kalkulować, czy mi starczy. Dlatego Weronika myśli o zwolnieniu, ale nie powie, gdzie się potem zatrudni.

Dagmara nie myśli, dobrze jej tu. Jest superatmosfera, zgrany zespół, płatne nadgodziny, a po dwóch 12-godzinnych dyżurach są trzy dni wolnego.

Ale wielu chętnych do pracy nie ma. W łódzkim Centrum brakuje pięciu etatów, we Wrocławiu aż 40.

Z całym szacunkiem, ale łatwiej jednak pracować na kasie, niż odbierać telefony od pani, której mężowi zgniotło głowę.

Kraków, Międzynarodowy Dzień Numeru Alarmowego 112 (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta) Kraków, Międzynarodowy Dzień Numeru Alarmowego 112 (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Imiona i nazwisko bohaterów zostały zmienione.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Bartosz Józefiak.
Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku