W listopadzie ubiegłego roku zostałam ponownie "kocią mamą". W moim rodzinnym domu koty były właściwie od zawsze, później - już jako dorosła osoba - przez półtora roku opiekowałam się niewidomą i niepełnosprawną kocicą Zochą. Ale dopiero Fruzel (nazywany też Generałem) jest kotem, który całą swoją puchatą osobą pokazuje, kogo uważa za swojego człowieka. Kotem, który chodzi za mną krok w krok, drze się pod drzwiami, kiedy nie chcę go wpuścić do łazienki, i który obraża się, jeśli za długo nie ma mnie w domu (mimo troskliwej opieki współlokatorki).
To właśnie Generał i jego trudny charakter zaprowadziły mnie na kocie grupy i fora. Na początku mruczek sprawiał sporo problemów - tęsknota za poprzednią właścicielką i wyjątkowy upór zwierzaka nie ułatwiały mu adaptacji w nowym mieszkaniu. Gdy trudności szczęśliwie minęły, nadal zaglądałam na strony poświęcone mruczkom. Do momentu, w którym złapałam się na tym, że z każdą chwilą czuję się gorszą właścicielką i zaczynam wątpić, czy w ogóle powinnam mieć zwierzę.
1. Kot jest ważniejszy niż człowiek
Raz na jakiś czas w internetowych grupach pojawiają się posty, w których ktoś szuka nowego domu dla kota. Powody są różne: zwierzak jest agresywny, u dziecka ujawniła się alergia, kociak się przybłąkał, a w domu są już trzy inne mruczki. Wiele osób chce w takiej sytuacji pomóc, ale dominują inne komentarze. "Życzę pani, aby na stare lata rodzina oddała panią do domu starości!!", "Jak można być tak okrutnym. Zabawka się znudziła?", "Może dzieci też pani odda? Pewnie bez nich spałoby się lepiej", "Wcale się nie dziwię, że was drapie", "Nie zasługujesz na to, żeby żyć z kotem" - to tylko kilka z nich. Aplauz zbiera wpis osoby, która tłumaczy, że nie istnieje coś takiego jak alergia na kocią sierść; to "w większości przypadków tylko pretekst, żeby pozbyć się niechcianego już zwierzaka".
W opinii wielu ludzi udzielających się w grupie mruczek to absolutny priorytet w życiu człowieka. W pamięci utkwił mi szczególnie wpis kobiety, którą od kilku lat pupil codziennie budził w środku nocy. "Z kotem jak z dzieckiem" - tłumaczyła, by parę zdań później przyznać, że z tego powodu jest notorycznie niewyspana.
2. Nie ma znaczenia, czym karmisz kota. I tak robisz to źle
Kot je popularną karmę z marketu? Powody (np. to, że nie stać cię na inną) nie będą miały znaczenia - w internetowej grupie miłośników kotów dowiesz się, że wyrządzasz mu ogromną krzywdę. Weterynarz zalecił pupilowi suchy pokarm, np. dla kastratów albo kotów "nerkowych" - przeczytasz, że lekarze się nie znają, a takie karmy to chwyt marketingowy i trucizna. Karmisz kota puszkami, a nie surowym mięsem? Zaraz padnie pytanie, dlaczego. A poza tym dla wzbogacenia diety przydałoby się, żebyś raz na jakiś czas dał kotu zamrożoną mysz albo jednodniowe kurczę. Wszystko po to, by jak najlepiej odwzorować dietę drapieżnych mruczków żyjących na wolności.
- Osoby, które dają takie rady, zapominają, że koty są zwierzętami udomowionymi. Przez setki lat życia z człowiekiem zmianom uległa także ich dieta, która wygląda zupełnie inaczej niż u drapieżników żyjących na wolności - uspokaja dr hab. Tadeusz Kaleta, profesor SGGW w Katedrze Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt oraz specjalista w zakresie zachowań zwierząt. Według niego właściciele wcale nie muszą dawać kotom karmówki (pod tą nazwą kryją się uśpione i zamrożone gryzonie czy kurczaczki) czy surowego mięsa. Natomiast niewskazane są też próby robienia z kota wegetarianina czy karmienie go ludzkim jedzeniem, np. ciastem albo słodyczami.
Przyznaję się bez bicia: w rozmowach z mamą zdarza mi się żartować i opowiadać, co ostatnio zrobił jej "wnuczek". Mimo to sprawa jest dla mnie jasna - choć mądry i kochany, kot pozostaje zwierzęciem. Może spać ze mną w jednym łóżku, ale kiedy o 4.00 nad ranem urządzał gonitwę po mojej głowie, zaczęłam szukać sposobów, jak go tego oduczyć. Nie jemy z jednego talerza, nie dzielę się z nim jedzeniem, "bo on tak prosi i jak mu odmówić?!". W końcu Generał, jak bardzo "po ludzku" by się nie zachowywał, nadal jest kotem.
- Przydatne będą rady weterynarza, który może zalecić karmę dostosowaną do problemów zdrowotnych kota - np. tę o obniżonej zawartości kalorii. Jeśli zwierzę jest zdrowe, możemy dobrać ją sami metodą prób i błędów - poczytać informacje na opakowaniach, zobaczyć, co polecają pisma poświęcone kotom - mówi ekspert. Przyznaje, że lepiej unikać najtańszych karm - te mogą zawierać zbyt dużo zboża albo składać się raczej z mięsnych odpadków niż prawdziwego mięsa. - Warto też uważać na drób, który nie powinien być najważniejszym składnikiem diety. Raz na jakiś czas dobrze jest podać zwierzakowi rybę, np. surowego łososia, dorsza czy mintaja. Tych gatunków nie trzeba wcześniej gotować, ale już makrelę czy karpia powinno się poddać obróbce termicznej - tłumaczy.
A co z pokarmem dla kastratów? Dr Kaleta przypomina, że zabieg, który przechodzi większość kotów trzymanych w domu, może skutkować zwiększoną skłonnością do tycia. I to właśnie otyłość jest przede wszystkim dla nich groźna, a nie odsądzane od czci i wiary chrupki.
3. Kot wychodzący to kot szczęśliwy
Tu frakcje są dwie, a ich przedstawiciele toczą ze sobą nieustanną walkę. Według części osób zamykanie kota w czterech ścianach jest "barbarzyństwem" i wypacza całkowicie kocią naturę. Ta grupa za wzór uznaje tzw. koty wiejskie, które wchodzą do domów i z nich wychodzą w sposób nieskrępowany. Tu się przebiegną, tam złapią myszkę, a na koniec... zginą pod kołami samochodu - odpowiadają zgodnym chórem przeciwnicy takiego stylu kociego życia. Ich poglądy są jasne: jeśli spacer, to tylko na smyczy, jeśli wyjście z domu, to tylko do części ogrodu ogrodzonej siatką. Argumenty za takimi rozwiązaniami dzielą się na te emocjonalne ("nie wyobrażam sobie nie wiedzieć, gdzie jest mój kot, nawet w domu ciągle go szukam") i logiczne (koty niszczą ekosystem, mogą zarazić się różnymi chorobami, wpaść pod samochód).
- Faktycznie, koty to urodzeni mordercy. Polują na gryzonie i młode ptaki, a także wiewiórki czy drobne ssaki. To właśnie dla dobra środowiska nie powinniśmy wypuszczać z domów swoich pupili - zgadza się dr hab. Tadeusz Kaleta. Jeżeli mamy taką możliwość, w ogrodzie czy na balkonie możemy zbudować kocią wolierę, można też spróbować spacerów na smyczy. Jedno jest pewne: kot nie będzie nieszczęśliwy tylko dlatego, że nie opuszcza mieszkania.
- Jako społeczeństwo mamy skłonności do antropomorfizacji i przypisywania zwierzętom naszych ludzkich uczuć. W odniesieniu do kotów pojęcie szczęścia jest bardzo względne i w dużym stopniu sprowadza się do uczucia pełnego brzuszka. Jeżeli zwierzak ma przestrzeń, po której może się poruszać, jeśli ma miejsca, na które może wskakiwać, oraz ma możliwość wyglądania przez okno, to nic nie traci - zaznacza specjalista.
4. Co dwa koty, to nie jeden
Obawiasz się, że spędzasz zbyt mało czasu z pupilem? A może przybłąkał się do ciebie kolejny kot? Powody nie mają znaczenia, ważny jest wniosek: dokocenie jest doskonałym remedium na problemy - to przeczytasz w "kocich" grupach w internecie.
Pół biedy, jeśli faktycznie nie ma cię całymi dniami, a masz warunki (nie tylko lokalowe, ale i finansowe), które pozwalają na poszerzenie gromadki. Gorzej, gdy osoby mające już kilka kotów słyszą, że przecież "kolejny mruczek nie robi różnicy". Albo ktoś chce wziąć kota i od razu namawia się go na parkę, bo "tak lepiej się chowają". Jasne, im więcej kotów, tym więcej miłości, ale i obowiązków połączonych z wydatkami. Takie decyzje powinny być przemyślane, a to może być trudne, gdy za wzór są stawiane osoby, które wręcz odejmują sobie od ust, byle tylko koty miały jak najlepiej. To szlachetne, ale bądźmy szczerzy: nie każdy musi postępować podobnie. Zwłaszcza że koty wcale nie muszą mieć towarzystwa.
- Gdyby w tym zdaniu zamienić słowo "kot" na "pies", wszystko by się zgadzało. Psy są przyzwyczajone do życia w stadzie, najlepiej czują się w kontakcie z innymi zwierzętami albo z człowiekiem, który poświęca im dużo czasu. Tymczasem koty są samotnikami - polują w pojedynkę, nie tworzą gromad. Kot świetnie się czuje w swoim towarzystwie, bo gdy w domu nie ma właścicieli większość dnia po prostu może przesypiać. Jeśli zapewnimy mu odpowiednie warunki - kocie zabawki, przestrzeń, pełną miskę i porcję zabawy po powrocie z pracy - zwierzakowi niczego nie zabraknie - wyjaśnia dr Kaleta.
5. Internauci wiedzą lepiej
Obserwując członków internetowych grup skupiających właścicieli kotów, często miałam wrażenie, że mam do czynienia nie z kociarzami, ale z matkami. I to tego rodzaju mamusiami, z którymi nie ma dyskusji, bo każda wątpliwość jest traktowana jako atak. Przykładowo, pasta polecona przez weterynarza może zostać uznana przez innych za "syf", a stąd już tylko krok do dyskusji o tym, co kto może powiedzieć i mojego ulubionego "nie pogrążaj się kobieto, tyle w temacie". Internauci analizują też we własnym gronie wyniki badań i stawiane przez weterynarzy diagnozy. Do grup trafiają zdjęcia i opisy kocich dolegliwości ("czy miał ktoś podobny problem?"). Nie ma w tym niczego złego, jeżeli ta wiedza jest traktowana jako uzupełniająca, a ostatecznej oceny stanu zdrowia zwierzaka dokonuje lekarz. Gorzej, jeśli opiekunowie z racji deklarowanego przez nich doświadczenia stają się ekspertami - argument "bo mój kot" to przecież w gruncie rzeczy żaden argument.
Mimo wszystko nie chciałabym demonizować "kocich grupek" - bije z nich przede wszystkim autentyczna troska i miłość do pupili. Zachwyceni właściciele bombardują innych zdjęciami i filmikami z udziałem swoich mruczków, nie brak też fachowych porad, linków czy przydatnych materiałów (np. analiz składu karm). Mnie jednak rzuciła się w oczy ta druga strona medalu - krytyka, autorytaryzm i wrażenie, że kota powinno się stawiać na równi z człowiekiem. A chyba jednak nie o to w tym wszystkim chodzi.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Aneta Bańkowska. Z wykształcenia psycholog, pracuje z osobami w stanie kryzysu psychicznego. Wcześniej przez cztery lata była dziennikarzem i wydawcą portalu Gazeta.pl. Specjalizuje się w tematach społecznych i związanych z seksuologią.