Małgorzata Bela

Małgorzata Bela (fot. Wunsche&Samsel)

wywiad Gazeta.pl

Przepis na sukces Małgosi Beli: Prowadź się dobrze i nie bądź diwą

Jako modelka na światowym topie utrzymuje się od dwudziestu lat. Była na okładkach najważniejszych magazynów modowych. Teraz sama współtworzy polską edycję Vogue Polska. Małgosia Bela opowiada nam o kulisach kontrowersyjnej sesji okładkowej do pierwszego numeru tego magazynu, tłumaczy, dlaczego nie interesuje się modą oraz z jakiego powodu nie ma jej na Instagramie.

Na okładce pierwszego numeru polskiej edycji Vogue'a razem z Anją Rubik pozujecie na tle Pałacu Kultury. Zdjęcie wywołało sporo skrajnych emocji. Taki był wasz cel?

- Sesja okładkowa jest projektem artystycznym Juergena Tellera, jednego z najbardziej utalentowanych współczesnych fotografów. Kiedy rozmawialiśmy o pierwszym numerze z Filipem Niedenthalem, redaktorem naczelnym, i z Kasią Kulczyk, wydawcą Vogue Polska, wszystkim nam przyszedł na myśl właśnie on. A Juergenowi spodobał się pomysł, by w magazynie obok zdjęć mody znalazły się portrety Polaków, między innymi Lecha Wałęsy, Doroty Masłowskiej czy Taco Hemingwaya.

Vogue PolskaOkładka pierwszego numeru 'Vogue' Polska i przedstawiciele składu redakcyjno-wydawniczego, od lewej: Małgorzata Bela, Filip Niedenthal, Katarzyna Kulczyk (fot. materiały prasowe 'Vogue' Polska)

Sesja okładkowa powstała w listopadzie. Juergen na moje zaproszenie przyjechał do Warszawy we wrześniu ubiegłego roku, by szukać inspiracji, wczuć się w klimat miasta. Na potrzeby sesji wracał tutaj dwukrotnie. Zachęcałam go do tych przyjazdów, wysyłając mu plakaty "Reparationen machen frei", którymi było obwieszone całe miasto (Teller jest Niemcem - przyp. red.). Juergen w Galerii Fundacji Foksal kupił obraz Wilhelma Sasnala przedstawiający Igora Strawińskiego. Śmialiśmy się, że w ten sposób spłaca dług wobec naszego kraju.

Wiele osób jest rozczarowanych waszą okładką, w komentarzach często piszą, że jest brzydka.

- Bardzo spodobało mi się to, co Juergen powiedział w wywiadzie dla Vogue.pl: "Piękno jest skrajnie subiektywną kategorią. To, co ty uznajesz za piękne, dla mnie może być banalne. Dlatego za pięknem nie warto się uganiać. Czasem, jeśli się ma szczęście, można na nie przypadkowo trafić". Cieszę się, że na nasze piękno, na Polskę ktoś spojrzał z dystansem, na który nam, mieszkającym tu, być może ciężko byłoby się zdobyć. Jednak najbardziej jestem zadowolona z tego, że ten projekt wzbudził takie emocje.

Jak na modelkę karierę zaczynała pani bardzo późno, bo w wieku dwudziestu jeden lat. 

- Na widowni jednego z warszawskich teatrów zauważył mnie szef agencji Model Plus, który do dzisiaj jest moim głównym agentem i przyjacielem. Kiedy zapytał, czy chcę zostać modelką, odpowiedziałam, że chyba oszalał. W moim pokoleniu, i nie sądzę, żeby to była sprawa tylko środowiskowa - chodziłam do dobrego krakowskiego liceum i szkoły muzycznej - rówieśniczki nie marzyły o takiej karierze. Dzisiaj widzę, że dla dziewczyn, a nawet dziewczynek, praca modelki to sposób na życie, szybki sukces i szybkie pieniądze. Dla mnie to była wtedy abstrakcja.

Supermodelki z lat 90. - Linda Evangelista czy Naomi Campbell - nie rozbudzały pani wyobraźni?

 - Znałam je tylko z teledysku "Freedom" George'a Michaela. Były dla mnie zjawiskowe, nierealne, jak istoty nie z tej ziemi. Wszystkie wydawały się bardzo wysokie i o wiele starsze. Potem, kiedy zaczęłam spotykać te dziewczyny za kulisami pokazów, okazało się, że jestem tak samo wysoka jak one i nawet mieszczę się w te same ubrania (śmiech).

Jako dwudziestolatka interesowała się pani modą?

-  Na ten temat wiedzę miałam również zerową. Kiedy pojechałam do Nowego Jorku i zaczęłam robić kampanie reklamowe dla luksusowych marek, za każdym razem dzwoniłam do Warszawy i potwierdzałam, czy dana firma jest w porządku. Pytałam, czy Versace jest OK. (śmiech). Albo Jil Sander. W życiu nie słyszałam wcześniej o takiej marce. Jestem dzieckiem PRL-u. Wiedziałam, co to jest Moda Polska, Wólczanka, Vistula czy buty Relaksy. Zachodnich metek, poza jeansami Levi's, nie znałam. Zresztą nie było też mnie na nie stać.

Dzisiaj musi być już pani na bieżąco z markami, najnowszymi trendami.

-  Wbrew pozorom nigdy nie wkręciłam się w modę. A w redakcji Vogue'a najmniej zajmuję się ubraniami, natomiast wykorzystuję swoje doświadczenie przy wymyślaniu sesji, szukaniu tematów, inspiracji. Filip Niedenthal mówi o mnie, że jestem Ministrem Spraw Zagranicznych polskiego Vogue'a lub jego szarą eminencją. (śmiech)

A ubrania najbardziej mnie cieszą, gdy noszę je na sesjach. Potrafię sprawić, że na zdjęciu - w prostej sukni czy w dziwacznym stroju haute couture - wyglądam wiarygodnie. Prywatnie natomiast nie wyobrażam sobie wymieniania garderoby co trzy miesiące. Przeraża mnie, że trendy tak szybko się zmieniają. Nie znaczy to jednak, że nie mam własnego stylu. Lubię ubrania minimalistyczne, mało ekstrawaganckie. Im jestem  starsza, tym bardziej stonowana. Doceniam dobrze uszyty płaszcz, garnitur, dobrane do nich buty. Zwracam uwagę na kunszt wykonania, rzemiosło.

Małgosia Bela i Maggie Rizer na okładce 'Vogue Italia' z marca 1999 r. (fot. Steven Meisel)Małgosia Bela i Maggie Rizer na okładce 'Vogue Italia' z marca 1999 r. (fot. Steven Meisel)

Jak się pani czuła w Nowym Jorku, gdy pierwszy raz tam trafiła? 

-  Żyłam wtedy w błogiej nieświadomości. Nie wiedziałam jak duże pieniądze stoją za kampaniami reklamowymi i kompletnie nie czułam, że powinnam się stresować czy udawać kogoś, kim nie jestem. Na castingi chodziłam w trampkach, a nie w butach na wysokich obcasach, w których do dzisiaj nie umiem chodzić.

Uważałam, że obiektywnie nie mam warunków, by być supermodelką, dlatego muszę nadrabiać charakterem czy osobowością. Sprawiałam wrażenie intelektualistki, grałam na fortepianie, studiowałam (śmiech). Ale to nie było wykalkulowane, to nie była PR-owa akcja w stylu: to teraz Bela będzie chodziła z Dostojewskim pod pachą.

Od początku miałam też świadomość, że ta praca nie jest dla mnie sprawą życia i śmierci.

Kto panią nauczył tego dystansu?

- Mama. Na początku wstydziłam się mówić rodzicom, co robię, i przez jakiś czas to ukrywałam (śmiech). Powiedziałam, że jadę do Nowego Jorku na pokazy, bo chcę zobaczyć miasto. Dzięki mojemu agentowi stało się to możliwe. Mój świętej pamięci tata, kiedy już się dowiedział, że jestem modelką, został moim wielkim fanem. Kolekcjonował magazyny, w których się pojawiałam. Ale zawsze mi powtarzał, że gdyby tych wszystkich pism o modzie nagle zabrakło, świat dalej by się kręcił. (śmiech)

Z lewej Małgosia Bela na okładce 'Vogue Italia' z czerwca 2000 r. Z prawej okładka 'Vogue Espana' z sierpnia 2012 r. (fot. Steven Meisel / Greg Kadel)Z lewej Małgosia Bela na okładce 'Vogue Italia' z czerwca 2000 r. Z prawej okładka 'Vogue Espana' z sierpnia 2012 r. (fot. Steven Meisel / Greg Kadel)

Drugą ważną lekcją, którą wyniosłam z domu, jest to, że cokolwiek robisz, nawet jeśli jest to modeling, rób to porządnie. Czyli w moim przypadku prowadź się dobrze, wysypiaj, bądź punktualna, nie kłóć się z innymi, nie bądź diwą.

Pracowała pani przy dziesiątkach sesji z najlepszymi fotografami. Czy którąś z nich szczególnie pani zapamiętała?

- Jedną z najważniejszych jest dla mnie pierwsza sesja okładkowa dla włoskiego Vogue'a z marca 1999 roku, którą robiłam ze Stevenem Meiselem. Za namową agentów za własne pieniądze poleciałam concorde'em z Paryża do Nowego Jorku. Śmieję się, że z samolotu wskoczyłam prosto do basenu, bo cała sesja powstała w wodzie. Kilka dni temu, przy okazji robienia wideo dla polskiej edycji Vogue'a, wyciągnęłam to papierowe wydanie z piwnicy. W środku jest jeszcze pięć sesji z moim udziałem. Kiedy patrzę na te zdjęcia, zastanawiam się, kiedy mieliśmy czas, żeby je wszystkie wymyślić i zrealizować. Pracowaliśmy wtedy bardzo spontanicznie, tak samo powstawały magazyny. Dzisiaj musi być wszystko zakontraktowane, drobiazgowo zaplanowane. Branżą rządzą menedżerowie modelek, fotografów, stylistów. Wcześniej było w tej pracy więcej poezji, choć na końcu zawsze chodziło przecież o to, by sprzedać ubrania.

Z zupełnie innych powodów nie zapomnę też zdjęć do kampanii reklamowej japońskiej marki kosmetycznej Shiseido, które robiliśmy w Nowym Jorku 11 września 2001 roku. Ze studia fotograficznego obserwowaliśmy, jak walą się wieże World Trade Center. Japończycy obecni na sesji wszystko nagrywali kamerami. Byłam wtedy mocno umalowana do sesji, patrzyłam na siebie w lustrze i zastanawiałam się, czy na pewno tak chcę wyglądać, gdy świat się kończy.

Wtedy w Nowym Jorku był też Filip Niedenthal.

- Filip zatrzymał się w moim mieszkaniu. Po zamachach telefony komórkowe przestały działać. W moim apartamencie, z niewiadomych powodów, bo nigdy nie przychodził za niego rachunek, funkcjonował aparat stacjonarny. Przez ten telefon Jolanta Pieńkowska przeprowadzała z Filipem rozmowę dla telewizyjnych Wiadomości. Pamiętam też, że zrobiliśmy zapasy jedzenia i napełniliśmy wannę wodą na wypadek, gdyby zaczęła się wojna.

Z Filipem poznaliśmy się parę tygodni wcześniej na Mazurach, gdzie razem imprezowaliśmy przy ognisku. Zabawa była szampańska i jak to bywa w takich sytuacjach, nie obyło się bez drobnych wypadków. Filip niechcący mnie popchnął i wyrżnęłam głową w gorący kamień, który "wytatuował" mi się na czole. Ja miałam znamię, a Filip stan przedzawałowy - takie były początki naszej przyjaźni. (śmiech)

Z którymi fotografami lubiła pani jeszcze pracować?

- Mam olbrzymi sentyment do nieżyjącego już Richarda Avedona. Kiedy pierwszy raz wchodziłam do jego studia, trzęsły mi się nogi. Byłam pewna, że on zaraz odkryje to, że tak naprawdę wszystkich oszukuję i nie nadaję się na modelkę. Avedon był znany z tego, że jeżeli któraś z dziewczyn mu się nie podobała, wysyłał ją od razu do domu. Zdjęcia do magazynu Egoiste trwały dwa dni, było nas w studiu sześć. Pierwszego dnia zrobił mi dwa zdjęcia, jedno z Gisele Bündchen. Drugiego dnia zostałam już sama. Później bardzo się z Avedonem zaprzyjaźniliśmy. Podsyłał mi filmy do oglądania, wymienialiśmy się faksami, bo nie było wtedy e-maili (śmiech).

Podkreśla pani, że stała się lepszą modelką po urodzeniu syna. Wiele kobiet obawia się, że ciąża zmieni ich ciało, stanie się ono mniej atrakcyjne. Pani nie miała takiego lęku?

- To prawda, ciało się zmienia, bo na dziewięć miesięcy "dajemy" je komuś innemu. Na resztę życia zmienia się też głowa. Uwaga, która była do tej pory skupiona tylko na mnie, została przekierowana na drugą osobę. Nagle pojawił się ktoś, kto jest tak samo ważny jak ja, jeśli nie ważniejszy. Zmieniły się moje priorytety. Bycie matką, posiadanie w życiu celu, który jest nadrzędny, sprawił, że lepiej zaczęłam myśleć na swój temat, lepiej poczułam się ze sobą.

Po ciąży ciało zmienia się więc na gorsze, ale piękno wychodzi z wewnątrz, z wiekiem przychodzi też pewność siebie. Takie rzeczy nadają twarzy charakter. Dojrzała kobieta jest po prostu ciekawsza dla fotografa.

Dzisiaj jedną z najważniejszych miar sukcesu modelki jest liczba fanów na Instagramie. A pani tam nie ma.

-  Z premedytacją. Podjęłam kilka prób prowadzenia profilu na Instagramie, bo faktycznie był taki czas, kiedy od liczby obserwujących zależało to, czy modelka pojawi się w kampanii reklamowej. I gdybym była w tym dobra, pewnie dalej byłabym na Instagramie. Ale to nie moje medium, jestem na nie trochę za stara (śmiech). Co więcej, ze smartfona usunęłam nawet aplikację Instagrama, bo wiem, jaka to pułapka. Zaczynam coś tam oglądać i nagle okazuje się, że trzy godziny temu miałam iść z psem na spacer. Ponieważ walczę też ze swoim synem, żeby nie spędzał tyle czasu, patrząc w smartfon, próbuję dać mu dobry przykład.

Z lewej Małgosia Bela na okładce 'Vogue Portugal' w marcu 2017 r., z prawej na okładce 'Vogue Ukraine' w październiku 2017 r. (fot. Marcin Tyszka / Chris Colls)Z lewej Małgosia Bela na okładce 'Vogue Portugal' w marcu 2017 r., z prawej na okładce 'Vogue Ukraine' w październiku 2017 r. (fot. Marcin Tyszka / Chris Colls)

Jest pani też aktorką. Zagrała pani między innymi w filmie Małgorzaty Szumowskiej "Ono". W tym roku wejdzie do kin "Suspiria" Luki Guadagnino. Pojawi się tam pani u boku m.in. Tildy Swinton. Co pani myśli o akcji #MeToo, która zatrzęsła światem filmu i nie ominęła branży modowej?

- To prawda, bywałam aktorką, mieszkałam nawet w Los Angeles, ale na szczęście nigdy nie dopchałam się do castingowej sofy Harveya Weinsteina. Ale na serio, akcja #MeToo to jest rewolucja. Wiele kobiet odważyło się powiedzieć o rzeczach bardzo trudnych, na co w innych okolicznościach pewnie by się nie zdobyły. Mam nadzieję, że kiedy opadną skrajne emocje, będziemy żyć w świecie, w którym będą obowiązywać nieco inne zasady.

Czy osobiście zetknęła się pani z problemem molestowania?

-  W porównaniu z czternasto- czy szesnastoletnimi dziewczynami, które zaczynały ze mną pracę w modelingu, byłam już osobą mocno stojącą na nogach. Miałam świadomość tego, co jest dobre, a co złe, kiedy granice zostają przekroczone. Pewnych sytuacji świadomie unikałam. Miałam też szczęście, że w świecie mody od razu wskoczyłam na bardzo wysoki poziom, bo historie o wykorzystywaniu działy się najczęściej na etapie castingów, przy pracy z fotografami klasy C. Miałam więc ten luksus, że od razu pracowałam z ludźmi, którzy nie musieli w ten sposób pokazywać swojej siły, czy podkreślać swojej pozycji.

Bywały oczywiście momenty, w których nie czułam się komfortowo. Ale uznawałam je za część mojej pracy. Teraz zasady takiej współpracy na pewno będą bardziej restrykcyjne. Uważam, że to jest bardzo potrzebne, szczególnie kiedy myślę o tych dzieciach wchodzących w świat show-biznesu. Nie można jednak zapominać, że w zdjęciach modowych szukamy też jakiejś magii, czegoś, co nas uwiedzie. Dlatego trzeba to będzie wszystko rozsądnie wyważyć. Bardzo bym chciała, żeby dyskusja o molestowaniu nie dotyczyła tylko Hollywood czy świata mody, bo tam wszystko jest przejaskrawione, ale żeby przyniosła pozytywne zmiany w życiu codziennym, pracy i relacjach towarzyskich.

Pracuje pani przed obiektywem i kamerą. Jak odnajduje się pani w redakcji?

- Dopiero się rozkręcam (śmiech). Wcześniej pozowałam do zdjęć, one szły w świat i ewentualnie krytykowano je na portalach plotkarskich. Ta praca była ulotna. Teraz w redakcji stworzyliśmy magazyn od początku do końca. Reaguję emocjonalnie, gdy trzymam w ręku pierwszy numer magazynu. Mam nadzieję, że dla naszych czytelniczek będziemy autorytetem nie tylko w dziedzinie mody, ale także kultury i sztuki. Od tych tematów mamy silną obsadę na czele z Andą Rottenberg.

Przez ostatnie dwadzieścia lat mieszkała pani w Nowym Jorku, Los Angeles, Paryżu. Jak czuje się pani w Warszawie?

- Jak w domu, chociaż urodziłam się w Krakowie. W Warszawie podoba mi się jej eklektyczność - starówka, która nie jest starówką, monumentalne budynki na placu Konstytucji, a obok potransformacyjne architektoniczne pomyłki. W Paryżu nie mogłam już wytrzymać, bo tam, gdy spojrzysz do przodu, jest pięknie, gdy się odwrócisz  do tyłu - jest tak samo. Potrzebowałam zróżnicowania. Warszawa pozostawia wiele dla wyobraźni, a to inspiruje.

Małgosia Bela na okładce 'Vogue Korea' z lutego 2013 r. oraz na okładce 'Vogue Deutsch' z maja 2014 r. (fot. Rafael Stahelin / Giampaolo Sgura)Małgosia Bela na okładce 'Vogue Korea' z lutego 2013 r. oraz na okładce 'Vogue Deutsch' z maja 2014 r. (fot. Rafael Stahelin / Giampaolo Sgura)

Ma pani tutaj ulubione miejsca?

-  Warszawa ma świetne parki, choć, niestety, nie do wszystkich mogę zabrać psa. Uwielbiam spacerować po Polu Mokotowskim. Stara Ochota, na której teraz mieszkam, jest nieco na uboczu. Jest tu trochę tajemniczo, trochę groźnie. Chociaż mieszkając w sąsiedztwie ambasady Izraela, ostatnio czuję się tu bardzo dobrze strzeżona (śmiech). I za każdym razem, kiedy przejeżdżam koło stacji Filtrów, myślę, że warto byłoby tu zrobić sesję do Vogue'a.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Małgorzata Bela. Ur. w 1977 roku w Krakowie. Modelka, aktorka, zajmuje stanowisko editor at large w redakcji Vogue Polska. Jako modelka pracowała dla takich marek jak Balenciaga, Calvin Klein, Comme des Garçons, Versace, Givenchy, Dries van Noten czy Valentino. Zagrała m.in. w filmach: "Ono" Małgorzaty Szumowskiej, "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Marka Koterskiego oraz w serialu "Bez Tajemnic". Razem z synem i mężem Pawłem Pawlikowskim mieszka na starej Ochocie w Warszawie.

Anna Budyńska. Redaktorka naczelna Weekend Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (38)
Zaloguj się
  • tomtg123

    Oceniono 13 razy 9

    Sensowny wywiad z sensowną osobą. Jak widać nawet taka praca jak "fotografowanie się w ubraniach" ;) nie każdego musi odmóżdżyć. Dużo dobrego dla pani Beli.

  • menel13

    Oceniono 8 razy 6

    Chciałbym przeprosić redakcję polskiego Vogue z moje wcześniejsze złośliwe wpisy. Na tle zamieszczonych tu zagranicznych okładek wasza nie wygląda już na totalną słabiznę.

  • coelka

    Oceniono 5 razy 5

    Zdjęcie poniżej, do poprzedniego artykułu Tadeusza Rolke gdzie modelka z psem na smyczy i w kapeluszu stoi na tle bloków na łące , jest dużo lepszej jakości i wygląda o niebo lepiej niż to z pałacem kultury.
    Jak widać nie wszystko było złe za komuny a poziom fotografii polskiej przebijał poziomem zachód. Zdjęcie z pałacem jest słabe jako zdjecie. Tamto poniżej w poprzednim artykule ,niby nic babka z psem, w płaszczu i kapeluszu i w szerokich spodniach a jednak jakaś zjawiskowość z tego wychodzi ,w tej okładce tego nie ma.

  • twzelnik

    Oceniono 9 razy 3

    Polacy wcale nie są rozczarowani okładką Vołga.
    Polacy mają to głęboko w duuuuupie.

    Jakiś margines w postaci światka stylistek, stylistów, i innych dziwadeł jest tym zainteresowany. Reszta naprawdę ma to ...już pisałem gdzie.

  • lubgo19

    Oceniono 5 razy 3

    A nie się ta okładka podoba jest taka jak mieszkańcy naszego kraju ,smutna, bezbarwna oddaje nastroje społeczeństwa polskiego brakuje tylko na niej zawiści , i nienawiści do innych ale to jest niestety nie do osiągnięcia na fotach

  • superpolpol

    Oceniono 5 razy 3

    Bardzo ładna pani.

  • madznun

    Oceniono 2 razy 2

    Okładka? Dwie rozkraczone kobiety. Czy pozowanie musi zawsze kończyć się zdjęciami z powyłamywanymi kończynami ,,,i nie tylko? Żeby pokazać na zdjęciu piękno płaszcza, czy sukienki, modelka musi koniecznie rozkraczyć nogi?

  • luuuk11

    Oceniono 6 razy 2

    Ile mozna gadac o okladce magazynu? Przyszla zachodnia marka i wyglodnialy narod rozprawia jakby stla za tym filozofia na miare Schopenhauera..

  • kolorowa_nitka

    Oceniono 6 razy 2

    Bardzo fajny i sensowny wywiad. Wiedziałam, że Pani Małosia jest inteligentną osobą, ale nie wiedziałam że jest tak "równą" babką. Jestem dumna z tego co osiągnęła Ania Rubik na arenie międzynarodowej i jako nieliczna z grona polskich modelek ma coś sensownego do powiedzenia, ale to Małgorzata Bela jest absolutną gwiazdą tutaj. Mądra, inteligentna i bardzo zdolna!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX