Anna Jantar na festiwalu opolskim, 1974 r.

Anna Jantar na festiwalu opolskim, 1974 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

wywiad Gazeta.pl

''Jeszcze pół roku później wyjmowaliśmy z samolotu fragmenty zwłok''. Kulisy katastrofy, w której zginęła Anna Jantar

O tej katastrofie różnie mówiono, czasem niestworzone rzeczy. Pewne jest tylko to, że zginęło 77 osób plus 10-osobowa załoga - Jerzy Dziewulski opisuje kulisy jednego z najtragiczniejszych wypadków w historii polskiego lotnictwa.

14 marca 1980 roku dochodzi do pierwszej poważnej katastrofy lotniczej Polskich Linii Lotniczych. Jednym z jej świadków byłeś ty. Co zapamiętałeś z tamtego dnia?

- Tego dnia ma przylecieć z Nowego Jorku samolot Polskich Linii Lotniczych LOT Ił-62 "Mikołaj Kopernik". Na jego pokładzie leci między innymi bokserska reprezentacja USA i Anna Jantar. Z tego, co pamiętam, jest niezła pogoda, słonecznie, a my wracamy trzema uazami [produkowane w Rosji samochody terenowe - przyp. red.] ze strzelnicy. Zegarki nie pokazują jeszcze nawet południa. Jak się później okaże, samolot z powodu intensywnych opadów śniegu wylatuje z opóźnieniem. Wracamy aleją Krakowską. Jesteśmy w pobliżu fortów, które są bezpośrednim przedłużeniem pasa startowego. I dostaję sygnał: Jurek, jest awaryjne lądowanie. Zap*dalajcie! Nasze operacyjne zadania były związane z awaryjnym lądowaniem każdego samolotu.

Ił-62, który uległ katastrofie (nr rej. SP-LAA). Zdjęcie wykonano na lotnisku w Nowym Jorku w styczniu 1979 roku (fot. Ken Rose / Wikimedia.org / GFDL 1.2)Ił-62, który uległ katastrofie (nr rej. SP-LAA). Zdjęcie wykonano na lotnisku w Nowym Jorku w styczniu 1979 roku (fot. Ken Rose / Wikimedia.org / GFDL 1.2)

Czyli?

- Milicja, jednostka specjalna, miała być w stanie alarmu, czyli na stanowiskach wyjściowych, bo bezpośrednie czynności operacyjne wykonywała straż pożarna. Ale my, na wypadek katastrofy lotniczej, pomagamy straży pożarnej. Ratujemy ludzi, ewentualnie wyciągamy ciała z wraku maszyny. Poza tym, gdyby zdarzyła się katastrofa, akurat nasza jednostka prowadziła w takich przypadkach dochodzenie. Powody, taktyka, kto zawinił etc. Wrzeszczą mi przez radio: 'Kopernik' jest na ostatnim podejściu i zaraz będzie na bardzo krótkiej prostej. I co ja widzę: Ił-62 leci zakosem, ale jest szalenie nisko. Co jest, k*wa, grane?! Powolutku jedziemy, a on robi kolejny ostry skręt i znika nam z oczu! Widzimy ogromne ilości kurzu! Jakby bomba wybuchła, ale to nie była eksplozja, bo nic nie słyszeliśmy. Jest tylko ten wznoszący się po niebo słup kurzu i pyłu.

Gdzie wtedy jesteście?

- W tamtym momencie jesteśmy 200 metrów od miejsca katastrofy, akurat byliśmy na pozycji, bo to było już przy drodze lądowania. I tam stały takie wysokie topole. Ja na to patrzę, aż mnie zatkało. Kurz, dym i fruwające na wietrze tiule i muśliny, ale w ilościach takich, jakby włókiennicza fabryka eksplodowała. Nie wierzę własnym oczom!

Tiule?

- Tak, różnokolorowe tkaniny, zielone, czerwone, niebieskie. I my żeśmy stanęli, rozdziawiając gęby ze zdziwienia. To było niewiarygodne, to wcale nie wyglądało na katastrofę pasażerskiego samolotu, raczej manufaktury. Upływa pięć sekund, dziesięć. I nie wierzę własnym oczom! Na topolach są rozwieszone jak pranie setki metrów tiulu. Tiul to był towar handlowy stewardes. Wreszcie do mnie dociera, co się stało, wydaję komendę: Naprzód, panowie! Jest katastrofa! Myśmy tam byli 45 sekund, może minutę po wypadku. Dojeżdżamy i widzimy trzy osoby, które wpadają w to śmietnisko. Śmietnisko, ale jakie?! Proszę ciebie, widzę coś, co będzie mi się śnić do końca życia. Ten obraz nigdy nie zniknie z mej pamięci. Widzę czarnoskórych, dużo ich jest, potem się dowiedziałem, że to bokserska reprezentacja USA, którzy są poobcinani do połowy, korpusy stoją na ziemi albo leżą.

Tablica upamiętniająca kpt. Pawła Lipowczana - dowódcę załogi samolotu 'Mikołaj Kopernik', który 14 marca 1980 roku rozbił się w Warszawie podczas podchodzenia do lądowania. Warszawa, ul. Lipowczana (fot.  Grzegorz Petka / Wikimedia.org / Domena publiczna)Tablica upamiętniająca kpt. Pawła Lipowczana - dowódcę załogi samolotu 'Mikołaj Kopernik', który 14 marca 1980 roku rozbił się w Warszawie podczas podchodzenia do lądowania. Warszawa, ul. Lipowczana (fot. Grzegorz Petka / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Czyli obcięło ich w tym miejscu, w którym mieli zapięte pasy.

- Tak, ewidentnie przecięły ich pasy. I widzę czarnoskórego, który patrzy na mnie. Jak Boga kocham! I mruga! Ja, k*wa, nie wierzę własnym oczom! Wydawało mi się, że to mi się śni! Wiesz, ten obraz pozostanie ze mną do końca życia. I on z tymi otwartymi oczyma - oczywiście przestaje mrugać po paru sekundach, widać jeszcze chwilę serce pracowało, mózg pracował - tak zostaje. Z półotwartymi ustami. I widzę, jak jacyś ludzie przeszukują cały ten rozrzucony majdan.

Co to za ludzie?

- Jacyś miejscowi, chyba pracowali w pobliżu. (...) I widząc, co się dzieje, że to jest rabowanie, wyjmuję broń i jeb! w górę. I mówię: Rozp*dolę tego, kto się waży tknąć coś z miejsca katastrofy! Won mi stąd! Pogoniłem ich, rzeczywiście, oni uciekli, kiedy w nich wymierzyłem. Ja mam na to świadków. Moich ludzi. (...) Odwracam się i widzę, jak się później okazało, ciało Anny Jantar. Ma na sobie rude futerko - już była przygotowana do lądowania. Rude futerko, takie krótkie, bo ono nie leżało na ziemi, ono było tak do połowy jej. Te charakterystyczne rude włosy, ale twarz nimi zakryta. Wtedy nie wiedziałem, że to jest Anna Jantar.

Nie miałeś pojęcia, że ona leciała w tym samolocie.

- Nie, nie. Zwróciłem uwagę na osobę zmarłej przez to charakterystyczne futro. I oczywiście zgłaszam, że samolot jest rozbity, dyżurny mówi: Tak, wiem. Powiadomiliśmy wszystkie służby, uruchomiliśmy system. Oczywiście przyjeżdżają ludzie, dochodzeniówka moja, Komendy Stołecznej. Pracujemy. Walizki, torby, to wszystko się składa. Cała robota z samolotem polega na tym, że wszystkie jego części składa się do kupy na specjalnie wyeksponowanym hangarze. I te części, które leżą, próbuje się złożyć na cały samolot. Ale mało tego. Jeszcze pół roku później myśmy wyjmowali z samolotu fragmenty ludzkich ciał. Tak jest. Zawsze zostaje ręka, pół dłoni, kawałek palca. I za każdym razem, niestety, wzywaliśmy instytucje pogrzebowe do załatwienia tego typu spraw.

Podwozie Tu-154M na miejscu katastrofy smoleńskiej dzień po tym jak do niej doszło (fot. User:staszewski, PRS Team.net / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.5)Podwozie Tu-154M na miejscu katastrofy smoleńskiej dzień po tym jak do niej doszło (fot. User:staszewski, PRS Team.net / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.5)

Wy wyciągaliście te ciała z samolotu?

- Nie, zajmowali się tym specjaliści od zwłok, nie my. (...) Oczywiście, o tej katastrofie różnie mówiono, czasem niestworzone rzeczy. (...) Pewne jest tylko to, że zginęło 77 osób plus 10-osobowa załoga. To była pierwsza poważna katastrofa w historii Polskich Linii Lotniczych. (...) Ktoś, kto tego nie widział i dzisiaj mówi o katastrofie smoleńskiej, że skoro ludzie byli rozkawałkowani, to znaczy, że na pokładzie musiał być wybuch, plecie takie rzeczy, że ja nie jestem w stanie tego słuchać. Bo nikt z nich nie widział prawdziwej katastrofy, nikt nie był na miejscu wypadku.

Nawet minister, późniejsza premier Kopacz - ona nie widziała miejsca tej tragedii, widziała tylko zwłoki, które już jej przywozili w kawałkach. Szczątki, rozdrobnione fragmenty ciał, to działa na wyobraźnię. Akurat podczas katastrofy "Kopernika" zwłoki były w lepszym stanie, łatwiej było o ekspertyzę. (...)

Wrak "Kopernika" zwożono przez kilkanaście dni. Już pół roku stał w hangarze, takie są procedury, samolot składa się do kupy, żeby wiedzieć, co spowodowało katastrofę. I wyobraź sobie, że nie było dnia, żeby nas nie wołano, bo między blachami samolotu wciąż znajdowano ludzkie szczątki. To było straszne!

Na przykład palec albo kawałek ręki.

- Tak. (...) Po wypadku "Kopernika" (...), siedem lat później, 9 maja 1987 roku, znowu wydarzyła się tragedia. Pamiętam jak dziś ten sobotni poranek, gdy w całym kraju szykowano się do obchodów z okazji kolejnej rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. Dzień Zwycięstwa. Dokładnie o 10:07 kapitan "Kościuszki" Zygmunt Pawlaczyk uruchomił silniki. Za moment miał się rozpocząć rejs nr LO 5055 z Warszawy do Nowego Jorku. Na pokładzie było 11 członków załogi i 172 pasażerów.

Głaz upamiętniający katastrofę samolotu Ił-62M SP-LBG Tadeusz Kościuszko (fot. Grzegorz Petka / Wikimedia.org / Domena publiczna)Głaz upamiętniający katastrofę samolotu Ił-62M SP-LBG Tadeusz Kościuszko (fot. Grzegorz Petka / Wikimedia.org / Domena publiczna)

O 10:18 samolot oderwał się od pasa lotniska. Około godziny 10:42 jeden z pilotów przerażony krzyczy: Dwa silniki poszły! Maszyna jest wtedy w okolicach Grudziądza. W tym momencie jestem w pracy, dzwoni telefon: Słuchaj, jest awaryjne lądowanie ze Stanów. No to dawaj, odpalamy uazy, samolot jest na długiej prostej. To jest jakieś 15 kilometrów, więc mamy czas. My to obserwujemy, rzeczywiście, z daleka widać, "Kościuszko" włącza światła podejścia, ale nie podchodzi do lądowania, tylko leci jakby łukiem, najprawdopodobniej zrzuca paliwo. I w pewnym momencie słyszę wrzask w radiostacji: Rozp*dolił się na Kabatach!

Jak się później okaże, "Kościuszko" uderzył o ziemię z prędkością około 470 kilometrów na godzinę, czyli 200 kilometrów szybciej niż podczas normalnego lądowania. Kabaty? Jakie, k*wa, Kabaty? Jeszcze nie zbudowano metra i ja nie wiedziałem, gdzie te Kabaty! Tłumaczą mi: Jak będziesz jechał do Piaseczna, jeszcze przed ośrodkiem ZOMO.

Nie zdążyłem nic zrobić, jeszcze jestem w jednostce, znowu słyszę telefon. Dzwoni do mnie redaktor Programu Trzeciego Polskiego Radia. To był chyba jeden z zastępców naczelnego, później był też w telewizji. I mówi: Panie Jerzy, ja mam gorącą prośbę! My mamy reporterkę, którą chcemy tam wysłać, ale ona się tam nie dostanie, bo ją zablokują. Czy może pan pomóc? Jak się panna nazywa? Monika Olejnik. (...)

Już ją wtedy kojarzyłeś?

- Kojarzyłem, bo ona wcześniej z nami robiła reportaż z lotniska. Rzecznik komendy powiedział, że przyjdzie młoda dziennikarka i żebyśmy robili, co trzeba. Pamiętam, przyszła taka panienka Marysia czy raczej Monisia i robiła z nami reportaż. Wiedziałem więc, kto to jest, ale Olejnik nie była jeszcze wtedy znana, dopiero w mediach startowała. To była reporterka, taka z mikrofonem biegająca. Mówię dziennikarzowi z Trójki: Niech się ta Olejnik zgłosi na stanowisko dowodzenia do pierwszych gliniarzy i powie, że jest ode mnie. Chwyciłem za telefon i powiedziałem, żeby wpuścili taką redaktorkę, bo będzie dla mnie robiła pewną dokumentację. I oni ją wpuścili.

Ił-62 o nr. rej. SP-LBG, który uległ katastrofie w Lesie Kabackim. Zdjęcie wykonano na lotnisku Heathrow w Londynie trzy tygodnie wcześniej (fot. Tim Rees / Wikimedia.org / GFDL 1.2)Ił-62 o nr. rej. SP-LBG, który uległ katastrofie w Lesie Kabackim. Zdjęcie wykonano na lotnisku Heathrow w Londynie trzy tygodnie wcześniej (fot. Tim Rees / Wikimedia.org / GFDL 1.2)

Ja później przyjechałem. Krajobraz jak po uderzeniu meteorytu, no, katastrofa tunguska, tylko na mniejszą skalę. Samolot wyciął kawał lasu - pas o długości około 370 metrów i 50 metrów szerokości. Dwie godziny później leciałem tam śmigłowcem i wyglądało to tak, jakby na głowie hipisa zrobić przedziałek maszynką do golenia. Las był wykoszony na przestrzeni kilkuset metrów! (...) Charakterystyczne jest to, że w obu przypadkach, zarówno w katastrofie "Kopernika", jak i "Kościuszki", przetrwało całe podwozie samolotu - widocznie było bardzo mocne. O ile w pierwszym przypadku (...) widziałem kokpit, skrzydło, tylny statecznik, o tyle po "Kościuszce" nic nie zostało. Zwłoki były w częściach na drzewach. Rozdrobnione na śrutę, poszatkowane. Tak jak w Smoleńsku, i tam, i tu ludzkie ciała jakby trafiły do krajalnicy czy udarowego młynka, gdzie ostrzami były pasy, pnie drzew, blachy maszyny. Nadto zderzenie samolotu z ziemią sprawiło, że wybuchł zbiornik paliwa. Skutek był tego taki, że każdy krok, jaki zrobiłeś w Lasku Kabackim, to było niestety deptanie - niezamierzone! - rozdrobnionych zwłok.

I okazało się, że "Kościuszko", czyli kolejny Ił-62, rozwalił się dokładnie tak samo jak maszyna z Anną Jantar na pokładzie. Oczywiście wtedy też były plotki, że to Rosjanie stoją za tym, że to zamach. Badania radzieckie i polskie potwierdziły jednoznacznie, że powodem była wada materiałowa jednego z dysków napędowych silnika. On podczas wirowania z ogromną prędkością urywał się, przecinał ogon, uniemożliwiał sterowanie samolotem. Potwierdzili to eksperci polscy i radzieccy.

W ogóle jeżeli mnie pamięć nie myli, to zarówno Ił-62, jak i Tu-154 to były samoloty bombowe dalekiego zasięgu. Tak naprawdę Rosjanie nie robili samolotów pasażerskich, tylko ogólnego przeznaczenia. Co to oznacza w praktyce? Dzisiaj pasażerowie, a jutro bomby, wystarczyło kilka modyfikacji. W parę dni masz bombowiec. A więc to były samoloty wojskowe. W gruncie rzeczy w pierwszych Tu-154 kokpit był cały z poliwęglanu. Nawigatorzy zawsze się śmiali, że mają najgorszą pozycję w życiu, bo musieli siedzieć na samym dole maszyny. Ale to nieprzypadkowo, to był właśnie luk czy też komora celownicza. I ten nawigator siedział w tym szklanym kokpicie i jak lądowali, to się śmiał, że wali piętami w asfalt. A wiesz, jak jest z samolotami wojskowymi? Niekoniecznie muszą być dopracowane, one są potrzebne zaraz. I ten też nie był dopracowany.

Książka 'Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce' ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka (fot. materiały prasowe)Książka 'Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce' ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka (fot. materiały prasowe)

Dopiero później zastosowano specjalną szwajcarską metodę wychwytywania niespodziewanych drgań, wiesz, niewłaściwej pracy silnika. I od tego momentu raczej już nie było tego typu zdarzeń. Ale nigdy nie zapomnę ostatnich słów, które wypowiedział wtedy pilot "Kościuszki": Żegnajcie, cześć, giniemy!

*Fragment książki "Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce"

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Krzysztof Pyzia.
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor bestsellerów - książki "Jerzy Dziewulski o polskiej policji" i wywiadu rzeki z Kajetanem Kajetanowiczem "Kajto. Jadę po swoje". Producent Poranka w Radiu ZET, dziennikarz tygodnika "Angora" i "Playboya". Autor bloga KtoPyziaNieBladzi.pl. Interesuje się historią i tematyką dotyczącą służb specjalnych i terroryzmu.

Jerzy Dziewulski. Były policjant, antyterrorysta, poseł na Sejm I, II, III i IV kadencji. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Pracę zaczynał w Milicji Obywatelskiej w wydziale służby wywiadowczej na Żoliborzu. Później był m.in. dowódcą jednostki antyterrorystycznej na lotnisku Okęcie w Warszawie. Szef osobistej ochrony prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, jego osobisty sekretarz oraz doradca do spraw bezpieczeństwa. Szkolony w USA, Izraelu i Francji. Twórca Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych. Ranny na służbie. Jako jedyny policjant w Polsce został trzykrotnie odznaczony Medalem za Ofiarność i Odwagę. Odznaczony również Krzyżem Oficerskim i Kawalerskim Orderu Polonia Restituta.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (401)
Zaloguj się
  • secateur

    Oceniono 158 razy 152

    Byłem wtedy uczniem Technikum Lotniczego PLL Lot i pilotem sportowym. Gdy zwieziono szczątki tego Iła do hangaru na Okęciu to wszystko to było zmieszane z ludzkimi szczątkami. Nigdy nie zapomnę kawałków ciał o objętości 1 cm sześciennego. A dziś to bydle, ten świr smoleński nie mając zielonego pojęcia o lotnictwie, lataniu i o niczym co lotnicze ma jakieś obiekcje co do rozczłonkowania ofiar katastrofy smoleńskiej.

  • sprzedam_sie

    Oceniono 80 razy 62

    "I widzę, jak jacyś ludzie przeszukują cały ten rozrzucony majdan."

    Wyborne! Okazuje sie, ze Chrystus Narodow to narod szabrownikow.
    Przypadek? Nie sadze.

  • antymilo92

    Oceniono 61 razy 49

    "Żegnajcie, cześć, giniemy!" To jest klasa i kultura ! Czesc jego pamieci.
    A co powiedzial pilot tzw. prezydenckiegoTupolewa ??

  • puotka

    Oceniono 43 razy 41

    Pamiętam, że jak pierwszy raz zobaczyłam tego rzędowego Tupolewa i opis jak wyglądały zwłoki to od razu przypomniał mi się Kopernik. Żaden tam zamach, tragiczny wypadek. Ludziom, którzy nigdy katastrofami lotniczymi się nie zajmowali można każde kłamstwo wcisnąć. A wystarczyło obejrzeć nawet ,, katastrofy w przestworzach" i już wiadomo jak wygląda samolot po wybuchu bomby, a jak po zderzeniu z ziemią. Ludzie, którzy wierzą w zamach smoleński to ignoranci i nieuki, zasady fizyki ich nie dotyczą.

  • josef.papug

    Oceniono 40 razy 30

    Dziennikarze i propagandziści PiS piszą "zamieniona głowa", gdy w rzeczywistości znaleziono np. kawałek ucha. I tak to jest. W każedej trumnie są pewnie drobne kawałki różnych osób. Na dodatek dziś badają "zupę z trupa", któa jest w trumnach, na DNA. Wyjdzie oczywiście, że w każdej trumnie jest po kilka osób.
    Więc to jest odrażająca manipulacja kanalii politycznych.
    Był jeden przypadek zamiany trumny w całości - czyli błąd nie składania zwłok, tylko administracji później.
    Że był pewien bałagan? Oczywiście że był. Jaką to wprawę ma nasze państwo w obsłudze takich katastrof? Co tydziń jedna? Generalnie poradzono sobie całkiem dobrze.
    Katastrofa była na terytorium Rosji, więc między bajki możesz sobie włożyć "międzynarodową komisję" i jaką kolwiek kontrolę nad ich śledztwem. Zresztą nie dziwię się Rosjanom. Najlepsza ekspertyza do dziś - Anodiny, została uznana za spisek Rosjan. Jeszcze w miarę uczciwa komisja Millera zacierała winę Polaków i naszego wojska. Występy świra i jego podobnych z PiS to już farsa zupełna. Na miejscu Rosjan nigdy bym nie oddał wraku takiemu narodowi jak nasz.

  • loyer1

    Oceniono 32 razy 30

    "W 2010 roku „Newsweek” dotarł do akt śledztwa w sprawie „Kopernika” przechowywanych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej – tysięcy stron protokołów przesłuchań, notatek, analiz, ekspertyz, które przekazano w kwietniu 1980 r. kierownictwu MSW.

    Okazało się, że rzeczywiście bezpośrednią przyczyną tragedii była awaria silnika. Ale nie był to jedyny powód i być może nie najważniejszy. W ciągu trzech lat poprzedzających katastrofę dyrekcja PLL LOT, przymuszana przez rząd do drakońskich oszczędności, złamała wszelkie normy bezpieczeństwa lotów. Eksploatowała maszyny ponad miarę i wysyłała w rejsy niesprawne samoloty. Peerelowskie władze wiedziały o tym procederze. Gdy więc w efekcie koszmarnych zaniedbań doszło do wielkiej katastrofy, wszelkie informacje o nadużyciach starannie ukryto."

    Źródła:
    goo. gl/yLUE3i
    goo. gl/vtRQp7
    (Trzeba usunąć spacje z linków)

  • wyksztalciuch

    Oceniono 46 razy 30

    A tak przy okazji.... Pan Dziewulski to w CV też ma "były gliniarz"? Szacun.

  • ahoy2

    Oceniono 28 razy 26

    Mieszkałam wtedy na Natolinie, akurat byla pora spaceru dla mojego malego synka. Wyszłam i jadę wózeczkiem w stronę lasu jak zwykle, a zwykle to była spokojna droga, nikogo nie mijalam. A tym razem obok mnie-patrzę wkurzona - pędzą różni ludzie z obłędem w oczach. Dopiero potem dowiedzialam się, że to były hieny, które biegly na szaber. Ich oczy pamiętam do dziś. Żadnego współczucia, sama pazerność. Okrucienstwo. I nie mówcie, że Polacy to dobroduszni katolicy.

  • lob1

    Oceniono 26 razy 24

    Ciekawe,że nikt się tak bardzo nie przejął tą katastrofą samolotową,nawet Kaczyński.Nie ma pomników,nie ma miesięcznic i nie było,a tu ze Smoleńskiem śledztwo trwa się już 7 la. Fajnie się wyrzuca cudze pieniądze ,żeby wykryć sprawców a miliony na śledztwo leci z naszych podatków a nie z pensji Kaczyńskiego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX