Wywiad został opublikowany w 2017 r.
Dlaczego zdecydowałaś się wyjechać do Niemiec, by pracować jako opiekunka?
- Tematem pracy opiekunek zainteresowałam się kilka lat temu, kiedy mieszkałam w Berlinie. Ciekawiły mnie historie tych kobiet, a także system prawny, w ramach którego działa ta profesja. Kiedy wyjechałam pierwszy raz, myślałam już o książce, ale nie miałam w głowie konkretnego planu. Zdecydowałam się na tę pracę z jednej strony, żeby przygotować dokumentację, ale z drugiej chciałam również odpocząć trochę od swojego życia w Polsce i zarobić trochę pieniędzy. Miałam dość różnych niestabilnych finansowo dorywczych prac. Jak można przeczytać na okładce mojej książki - każdy może zostać opiekunką. Możesz być germanistką, ekonomistką, pielęgniarką czy sprzedawczynią. To bez znaczenia, bo nikt nie pyta o kwalifikacje.
Pamiętasz swoją pierwszą "sztelę'' - miejsce pracy?
- Wspominam ją dobrze. Po kilku dniach bycia do dyspozycji od rana do późnego wieczora postanowiłam porozmawiać z moją podopieczną i wynegocjowałam warunki, które byłyby możliwe do zaakceptowania przeze mnie i możliwe do wprowadzenia w życie w tamtej sytuacji. Opiekowałam się dość samodzielną panią. Ustaliłyśmy, że pracuję od 9 do 17 od poniedziałku do soboty. W niedzielę spędzałam z nią poranki, ale resztę dnia miałam wolne. Dlatego w moim przypadku trudno mówić o wyzysku, nikt nie wymagał ode mnie, żebym była na każde zawołanie przez całą dobę.
Ale takie sytuacje chyba zdarzają się rzadko?
- Na początku zawsze dostaje się listę chorób podopiecznego. Często jednak nie pokrywa się ona w stu procentach z rzeczywistością. Zwykle opiekunki zastają podopiecznych w zdecydowanie cięższym stanie, niż wynikało z opisu w ogłoszeniu. Do pewnego stopnia jest to więc wyprawa w nieznane. A te kobiety niezależnie od okoliczności są zdeterminowane, by nie zrywać kontraktu ze strachu przed karami umownymi albo po prostu niespłaconą ratą kredytu. Dlatego przez te dwa, trzy miesiące zaciskają zęby i starają się wytrzymać nawet o wiele bardziej wymagającą pracę niż ta, na którą się umawiały.
Sama miałam kiedyś sytuację, która z perspektywy czasu wydaje mi się wręcz komiczna. Podczas rozmowy z agencją zaproponowano mi pracę u starszego małżeństwa potrzebującego wsparcia przy codziennych domowych czynnościach, w dodatku niejedzącego mięsa (wiedzieli, że jestem wegetarianką). Zgodziłam się, a po przyjeździe na miejsce okazało się, że będę opiekować się samotną kobietą, która nigdy nie była mężatką. W dodatku, oczywiście, jadła mięso (śmiech). To są strategie, które obnażają desperację pośredników. Wciąż brakuje osób do pracy, a w związku ze starzeniem się społeczeństwa zapotrzebowanie na opiekunki będzie coraz większe.
Kim są kobiety, które decydują się na wyjazd do obcego kraju, nie wiedząc dokładnie, co je czeka na miejscu? W powszechnym przekonaniu są to zwykle osoby, które nie mają perspektyw na godziwe warunki pracy w Polsce.
- Wydaje mi się, że bardzo łatwo w Polsce stać się osobą "bez perspektyw". Mamy bardzo słabe zabezpieczenia socjalne, szczególnie w przypadku zleceniobiorców. Żyjemy w kraju, w którym 80 proc. osób bezrobotnych nie ma prawa do zasiłku. Mamy też najwyższy w całej Unii Europejskiej odsetek ludzi zatrudnionych na "śmieciówkach". Oznacza to, że w momencie, w którym tracimy źródło utrzymania w postaci pracy zarobkowej albo na przykład zachorujemy, jesteśmy zdani wyłącznie na pomoc naszej rodziny. Państwo nas w żaden sposób nie wspiera. Zresztą nie trzeba nawet większych życiowych perturbacji - czasami wystarczy jakiś dentystyczny problem i pieniędzy może nie wystarczyć już na opłacenie czynszu za mieszkanie. Większość zabiegów nie jest przecież refundowana, a wizyty w prywatnych gabinetach potrafią być bardzo kosztowne.
Wyjazd do Niemiec pozwala zaplanować takie wydatki, zadbać o swoje zdrowie i komfort życia. Tak zresztą było także w moim przypadku. Ta praca daje stabilizację finansową, ale odbywa się to kosztem własnego życia. Opiekunki tłumaczą to sobie w taki sposób, że decydują się na "dobrowolne więzienie", aby móc korzystać z życia, kiedy wrócą do Polski na kolejne dwa, trzy miesiące. Zostawiają domy, mężów, dzieci, by żyć cudzym życiem przez 24 godziny na dobę.
Ile Polek pracuje jako opiekunki? W książce przytaczasz liczby od 200 do nawet 500 tysięcy. Skąd ta rozbieżność?
- Około 200 tysięcy to liczba podawana przez niemieckie związki zawodowe. Trudno oszacować, ile dokładnie kobiet pracuje jako opiekunki, bo nie wszystkie umowy są zawierane do końca legalnie, stąd takie rozbieżności. Może ich być około pół miliona.
Opiekunki zatrudniane są w polskich agencjach pracy najczęściej na umowach-zlecenia, a dwu-, trzymiesięczny wyjazd do Niemiec rozliczany jest jako delegacja. Łatwo w takiej sytuacji o niejasności, które doprowadzają do wykorzystywania opiekunek do całodobowej pracy.
- Wiele osób pracuje na umowach-zlecenia, choć faktycznie między agencją a opiekunką zachodzi stosunek pracy. Agencje pośrednictwa często naginają prawo tak, by ponosić jak najmniejszą odpowiedzialność za zatrudnianą osobę. Temat jest bardzo złożony, bo dotyka zarówno prawa polskiego, jak i niemieckiego i regulacji unijnych.
Według agencji na przykład oglądanie telewizji z podopiecznym czy wstawanie w nocy, by pomóc mu skorzystać z toalety, to nie praca.
- W Niemczech nie istnieje 24-godzinna forma opieki domowej nad osobą starszą czy chorą. Trzeba by wówczas zatrudnić trzy albo cztery pielęgniarki lub opiekunki, co kosztowałoby między osiem a dziesięć tysięcy euro brutto. To jest nie do udźwignięcia finansowo dla większości Niemców. Dlatego zatrudnia się jedną osobę za około dwa tysiące euro brutto (z czego blisko połowę pobiera pośrednik), która w świetle prawa pracuje osiem godzin dziennie, ale w praktyce jest non stop do dyspozycji podopiecznego. Umowa-zlecenie nie gwarantuje, że będą przestrzegane określone godziny pracy, mimo że w teorii figurują one na umowie.
Składki opłacane są w Polsce czy w Niemczech?
- Opiekunki funkcjonują na styku dwóch systemów - polskiego i niemieckiego. Niemiecka stawka minimalna wynosi obecnie 8,84 euro brutto i Polki pracujące jako opiekunki rzeczywiście ją otrzymują - tyle że w umowach mają przeważnie wpisane 38,5 godziny pracy tygodniowo, czyli tyle, ile powinny pracować zgodnie z niemieckimi przepisami.
Bardzo rzadko zdarza się, żeby opiekunki były ubezpieczane w niemieckiej kasie chorych, bo wtedy ubezpieczenie nie obejmuje ich, kiedy wracają do kraju. A one zazwyczaj pracują przez dwa, trzy miesiące w Niemczech, a później jadą do Polski na kolejny miesiąc, dwa. Z kolei ubezpieczanie ich przez polski NFZ to bardzo skomplikowany biurokratycznie proces. Formularz A1, który jest wymagany do ubezpieczenia za granicą, zazwyczaj nie dociera do opiekunek przed końcem kontraktu. Dlatego zwykle składki są odprowadzane tylko od stawki minimalnej, ale polskiej. To rozbicie na dwa systemy doprowadza do sytuacji, w której w przypadku potencjalnych problemów żadna ze stron nie chce się zaangażować.
Sylwia Timm, prawniczka z Berlina udzielająca pomocy i porad osobom z Polski, które pracują w Niemczech w charakterze pomocy domowej lub opiekunek osób starszych, podkreśla, że chodzi o to, by jak największą odpowiedzialność przenieść na opiekunki. Ochrona praw pracownika jest możliwa w Polsce tylko w sytuacji, kiedy osoba jest zatrudniona na umowę o pracę. Dlatego pośrednicy zawierają umowy-zlecenia, bo trudno je skontrolować Państwowej Inspekcji Pracy. Praca jest zadaniowa, więc zakres obowiązków może się wydłużać w nieskończoność. To często prowadzi do nadużyć w stosunku do pracownic.
W książce piszę na przykład o problemach Mirosławy, która nie wiedziała, że nie posiada ubezpieczenia zdrowotnego w Polsce, dopóki nie poszła do lekarza. Z kolei Basia bezskutecznie próbowała skłonić Państwową Inspekcję Pracy do działań argumentując, że w ogóle nie powinna otrzymywać umów zleceń tylko umowy o pracę.
Jak poznałaś swoje bohaterki? Długo zajęło ci zdobywanie ich zaufania?
- Nieocenionym medium do szukania kontaktu jest internet - blogi, fora, grupy na Facebooku. Bardzo mi pomogło moje własne doświadczenie w tej branży. Widziałam na twarzach spotykanych przeze mnie kobiet wyraźnie rysujące się uczucie ulgi, kiedy dowiadywały się, że sama pracowałam jako opiekunka. Nie widziały we mnie typowej "dziennikarki z Warszawy" (śmiech), tylko osobę, która poznała to, o czym chce pisać, na własnej skórze. Udało nam się dzięki temu szybko zbudować pewną wspólnotę doświadczeń. Nie musiały mi wszystkiego tłumaczyć od podstaw, mogłyśmy skupić się na konkretach. Z czasem to te panie kontaktowały się między sobą i podawały informacje koleżankom, że przygotowuję książkę o "betrojerinkach" i że można mi zaufać.
Podczas lektury twojej książki towarzyszyły mi bardzo ambiwalentne uczucia. Z jednej strony opiekunki odnoszą się do swojej sytuacji, mówiąc niemalże o "niewolnictwie", z drugiej dla wielu z tych kobiet wyjazd do Niemiec staje się doświadczeniem emancypacyjnym. Pierwszy raz w życiu mają swoje pieniądze, decydują o swoim czasie. Stają się niezależne.
- Niestety, pozycja kobiet w Polsce wciąż jest nie najlepsza i właściwie w obecnym klimacie politycznym pogarsza się z miesiąca na miesiąc. Wiele z moich bohaterek miało pracę w Polsce, ale zarabiały najczęściej najniższą krajową. Ile z nas może sobie pozwolić na finansową niezależność czy na przykład wynajęcie mieszkania w dużym mieście w pojedynkę? Jedna z moich bohaterek chciała przyjąć pracę w domu opieki we Wrocławiu, ale gdyby wynajęła do tego mieszkanie za 2 tys. zł, nie zostałoby jej nic na życie. Dlatego wybrała pracę w Niemczech.
To jest portret kobiet, które zaczynają się cieszyć życiem i korzystać z niego. Myślę, że to wynika z dwóch czynników. Po pierwsze, wiele z nich pierwszy raz w życiu stać na to, by zrobić coś dla siebie i nie przejmować się pieniędzmi. Mogą przebierać w ofertach i pozwalają sobie na luz, bo wiedzą, że jeżeli jedno zlecenie się skończy, pojawią się kolejne. Po drugie, zawód opiekunki polega w gruncie rzeczy na przebywaniu przez długi czas z osobą chorą albo umierającą. Taka obecność sprawia, że zaczynamy w pełni dostrzegać kruchość życia i stajemy się bardziej świadomi tego, jak to życie jest ulotne i cenne. A to popycha nas do tego, by jak najlepiej wykorzystać te lata, które nam zostały. Kobiety zaczynają myśleć o swojej starości, ale i o tym, co można jeszcze zrobić, czego jeszcze spróbować, jaką przyjemność sobie sprawić. A potem to robią.
Jak można uregulować prawnie sytuację "betrojerinek"?
- To jest bardzo złożony problem. Specyfika pracy opiekuńczej, niezależnie od tego, gdzie ona się odbywa, sprawia, że jest to męczące i czasochłonne zajęcie. Opiekunki mieszkają w tym samym mieszkaniu co podopieczny i nawet jeśli ustalą między sobą ośmiogodzinny dzień pracy, może się zdarzyć, że będą któregoś dnia pracowały dłużej albo będą musiały wstać w nocy pomóc podopiecznemu skorzystać z łazienki.
Pod względem prawnym łatwiej byłoby, gdyby opiekunki zdecydowały się na zamieszkanie na stałe w Niemczech i dojeżdżanie do podopiecznych, wtedy mogłyby liczyć na ochronę swoich praw ze strony państwa, które je zatrudnia. Ucywilizowałoby to też kwestię składek, świadczeń.
Obecna sytuacja jest pod wieloma względami wygodna dla obydwu państw. Myślę, że jeszcze wiele wody upłynie, zanim sytuacja na polskim rynku pracy zostanie uporządkowana. Wciąż pokutuje u nas myślenie wśród urzędników, że lepsza jakakolwiek praca niż żadna. Dla Niemiec status quo także jest wygodne, bo pozwala na duże oszczędności.
Czyli prawdopodobnie nic się nie zmieni?
- Mam nadzieję, że coś się jednak zmieni, ale to nie będzie kwestia niedalekiej przyszłości. Nie jestem prawniczką, nie działam w związkach zawodowych ani nie pracuję w ministerstwie, więc trudno mi zaprojektować w tym momencie systemowe zmiany. To jest sytuacja teoretycznie patowa, ale wydaje mi się, że są dwie możliwości. Jedna z nich jest taka, że sytuacja w Polsce na rynku pracy się poprawi i część z tych pań zostanie tutaj. Wiele z nich mówi, że gdyby miały szansę na stałą pracę w Polsce, nawet niekoniecznie bardzo dobrze płatną, zdecydowałyby się na nią. Szczególnie że mają tutaj rodziny - dzieci, mężów, a także własnych rodziców wymagających opieki. Część z nich zostanie na pewno w Niemczech, zdobędzie kwalifikacje potrzebne do wykonywania pracy opiekunki, bo na razie zatrudniane są oficjalnie jako pomoc domowa. Przecież dylemat, czy być opiekunką w Niemczech za najniższą krajową, czyli 1,2 tys. euro, czy w Polsce za niecałe 1,5 tys. zł, to właściwie żaden dylemat.
Rynki państw członkowskich Unii Europejskiej się integrują - możemy przecież założyć działalność gospodarczą na przykład w Niemczech - pojawiają się ciekawe pomysły związane z uspójnieniem polityki płacowej w ramach Wspólnoty. Rozwiązaniem na szeroko zakrojoną skalę byłoby płacenie takiej samej stawki pracownikom niezależnie od miejsca wykonywania pracy.
Książkę Anny Wiatr "Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Anna Wiatr. Doktor socjologii, badaczka jakościowa, autorka książek "Historie intymne. Odnajdując i tracąc siebie" (Nomos 2010) i "Pomiędzy życiem a śmiercią. Opowieść o tożsamości i umieraniu" (Nomos 2013). Niedawno nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się jej kolejna książka "Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei".
Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.