Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali'

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (Materiały prasowe)

wywiad Gazeta.pl

Joanna Kos-Krauze: Rwanda pomogła mi zrozumieć, jakim luksusem jest tzw. godna śmierć

To nie tylko historia zbiorowej traumy jednego narodu. To opowieść o bardzo ciemnej stronie nas wszystkich. Także twojej, mojej - mówi o filmie "Ptaki śpiewają w Kigali" Joanna Kos-Krauze, jego reżyserka.

Film "Ptaki śpiewają w Kigali" na MFF w Karlowych Warach zdobył nagrodę dla najlepszej aktorki - otrzymały ją Jowita Budnik i Eliane Umuhire. We wrześniu obraz powalczy o Złote Lwy na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Opowiada o wydarzeniach z 1994 roku w Rwandzie, gdzie w trakcie wojny domowej pomiędzy plemionami Hutu i Tutsi z rąk ekstremistów zginęło około miliona ludzi. Świadkiem tych wydarzeń jest Anna (Jowita Budnik), polska ornitolog, która przyjechała do Afryki, aby prowadzić badania nad spadkiem populacji rwandyjskich sępów. Gdy zaczyna się ludobójstwo, Polka ratuje przed śmiercią młodą dziewczynę z plemienia Tutsi, Claudine (Eliane Umuhire). Anna umożliwia ocalonej ucieczkę do Polski. Po przylocie do kraju kobiety próbują otrząsnąć się z koszmarnych przeżyć, ale nie są w stanie wpisać się w rutynę codziennego życia. Pewnego dnia, po upływie kilku lat, Claudine decyduje się na powrót do ojczyzny. Anna postanawia wyruszyć wraz z przyjaciółką w tę niezwykle emocjonalną podróż do samego serca Afryki.

"Ptaki śpiewają w Kigali" to ostatni wspólny film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. Twórca zmarł w grudniu 2014 roku, a reżyserka dokończyła projekt samodzielnie.

Skąd wziął się pomysł na "Ptaki śpiewają w Kigali"? Dlaczego polscy twórcy zdecydowali się opowiedzieć o ludobójstwie w odległej Rwandzie?

- Dla nas ten temat nigdy nie był odległy. Przecież to w Polsce wydarzył się Holocaust. Minęło ponad 70 lat, a my nadal nie potrafimy o tym nawet porozmawiać. Doświadczenie ludobójstwa jest uniwersalne. Nie jest uwarunkowane kulturowo, intelektualnie czy etnicznie. Nie ma znaczenia, czy mówimy o wydarzeniach na Bałkanach, ludobójstwie Herero w Namibii czy Ormian na początku XX wieku. Dlatego w Kigali Genocide Memorial Centre w Gisozi, centrum poświęconym ofiarom ludobójstwa na kształt Yad Vashem czy Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, są sale poświęcone wszystkim udokumentowanym ludobójstwom w historii. Rwandyjczycy uważają, że są one równoprawne. To, co wydarzyło się w 1994 roku, to nie tylko historia zbiorowej traumy jednego narodu. Pod tym względem "Ptaki śpiewają w Kigali" to uniwersalna opowieść o bardzo ciemnej stronie nas wszystkich. Także twojej, mojej.

Dlaczego w takim razie nie zrobiliście filmu o polskim doświadczeniu ludobójstwa?

- Próbowaliśmy. Mamy gotowy scenariusz filmu o Jedwabnem, który wciąż czeka na realizację. Dla Krzysztofa i dla mnie Afryka była jednak szczególnym miejscem, z którym czuliśmy się związani. Najpierw jeździliśmy tam turystycznie, do przyjaciół, spędzaliśmy kilka miesięcy w roku, by odpocząć. Potem było leczenie Krzysztofa, a po jego śmierci mieszkałam tam przez dwa i pół roku. Łącznie spędziliśmy w Afryce ponad siedem lat. Wiedzieliśmy, że afrykańskie doświadczenia zapiszemy w naszej twórczości, jak każdy kawałek życia. To było organiczne. Być może spędzenie kilku lat poza Polską sprawiło, że dzisiaj nie umiem już oddzielić perspektywy polskiej od afrykańskiej. Stało się to dla mnie płynne. Afryka jest wręcz dla mnie miejscem, w którym czuję się lepiej niż w Europie, bo tam ważny jest człowiek. W Afryce - mówiąc wprost - nic nie ma. Żadnego materialnego dziedzictwa, może poza piramidami i tzw. Wielkim Zimbabwe, którego powstanie datuje się na okres średniowiecza.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. materiały prasowe)

Nawet jak w Polsce czujesz się biedakiem, bo masz kredyt we frankach szwajcarskich i ściga cię komornik, to i tak masz dużo więcej niż Afrykańczyk. Ale nie chodzi wyłącznie o pieniądze. W Afryce bycie egoistą, funkcjonowanie poza pewną strukturą społeczną jest uznawane za porażkę. To miejsce, w którym wspólnotowość, duchowość są szalenie ważne.

Jak zmieniał się pomysł na "Ptaki śpiewają w Kigali"? Wasz film powstawał przez wiele lat.

- Zaczęliśmy o tym myśleć około 2007 roku, jeszcze przed realizacją "Papuszy" [z 2013 roku - przyp. M.S.]. Przez wiele lat próbowaliśmy sobie poradzić z tym tematem, szukaliśmy klucza artystycznego. "Ptaki..." były dla nas próbą spłacenia długu wdzięczności w stosunku do Afrykańczyków, którzy stali się naszymi przyjaciółmi, a kontynent - drugim domem.

Punktem wyjścia stało się dla nas opowiadanie Wojciecha Albińskiego "Kto z państwa popełnił ludobójstwo?", ale po tym, jak zaczęliśmy sami w Afryce pomieszkiwać, zmieniło się nasze nastawienie do opowiadanej przez Wojtka historii. Zrozumieliśmy, że nie chcemy robić takiego filmu - banalnego love story z postkolonialnym wydźwiękiem o białym mężczyźnie i zależnej od niego, ekonomicznie i mentalnie, czarnej dziewczynie.

Dlatego głównymi bohaterkami filmu są kobiety?

- Byłam wiele razy w obozach dla uchodźców i moją uwagę zwróciło, jak szczególną funkcję w sytuacjach kryzysowych pełnią kobiety. To samo widać zresztą w Polsce - np. grupa skupiona wokół ojca Rydzyka to są dzielne kobiety z małych miejscowości, z mężami alkoholikami, dziećmi, które powyjeżdżały do Wielkiej Brytanii i teraz po Brexicie na nowo szukają dla siebie miejsca w kraju. I te samotne, zmęczone życiem kobiety dźwigają na swoich barkach odpowiedzialność za rodzinę, która się rozpada.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Tak samo jest w przypadku wojny, przemocy, ludobójstwa - z ich konsekwencjami zostają kobiety i dzieci. Dlatego opowiedzenie tej historii z perspektywy kobiet wydało nam się najwłaściwsze. Chcieliśmy skoncentrować się na ich relacji, przyjaźni, pewnej wspólnotowości przeżyć.

Niemal nie pokazujecie na ekranie wydarzeń z 1994 roku. Skupiacie się na konsekwencjach traumy.

- Po raz pierwszy pojechaliśmy z Krzysztofem do Rwandy w 2006 albo 2007 roku, raptem kilkanaście lat po ludobójstwie. To było traumatyczne doświadczenie. I wciąż jest, bo wydarzenia z 1994 roku są tam nadal bardzo żywe. Ofiary i oprawcy mieszkają obok siebie dom przy domu. Wyobraź sobie, że żyjesz obok sąsiada, który zgwałcił twoją matkę, dwie siostry i ojcu obciął głowę maczetą. Może przyjść do ciebie i przeprosić, przynieść ci kratkę piwa. Uśmiechnie się, będzie uprzejmy, zapyta, czy czegoś ci nie trzeba. Każdego dnia spotykałabyś go przy skrzynce na listy.

Zrozumieliśmy, że nie będziemy w stanie opowiedzieć historii z punktu widzenia Rwandyjczyków, którzy doświadczyli tego koszmaru. Nawet nie mamy prawa. Rekonstrukcja ludobójstwa na ekranie wydawała nam się wielkim nadużyciem. Nie wiem zresztą, czemu miałaby służyć. Postanowiliśmy, inspirując się dokonaniami wybitnych twórców pokroju Claude'a Lazmanna czy Michaela Hanekego, że musimy poszukać dla tej historii własnego języka. Najuczciwsza wydała nam się postawa empatyczna, współczująca. Skupiliśmy się na traumie, żałobie, życiu po tragedii.

To pierwszy film, który ukończyłaś bez twojego męża. Nie czułaś się przytłoczona, zmagając się z własną żałobą i jednocześnie pracując nad filmem o traumie?

- To wydaje się nieprawdopodobne, ale wcale tak tego nie odbierałam. Krzyś był na pierwszych sześciu dniach zdjęciowych, wówczas już bardzo chory. Wiedział jednak, że jego obecność będzie mi bardzo potrzebna. Miałam odczucie przy odchodzeniu Krzysztofa, że muszę kontynuować jego wizję kina jako dzieła sztuki. Nie czuję jednak, żeby cokolwiek się zmieniło w moim podejściu do pracy na planie, odkąd zostałam z tym filmem sama.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Przez osiem lat obiecywałam sobie, że skończę ten projekt i kiedy już wiedziałam, że dotrzymam słowa, wszystko odpuściło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kiedy wyjechałam do Afryki po śmierci Krzysztofa, poczułam się tam dobrze, jak w domu. Afrykańczycy w ogóle bardzo szanują kobiety, a wdowy mają tam szczególny status. Bardzo mi to pomogło.

Rwanda była ważnym doświadczeniem również dlatego, że pomogła mi zrozumieć, jakim luksusem jest tzw. godna śmierć. Odejść w gronie rodziny, przyjaciół, otoczony opieką, z poczuciem, że zdążyło się pogodzić z tą sytuacją, to jest naprawdę. luksus. Nie wymyśliłabym w najbardziej śmiałych czy czarnych scenariuszach, że Afryka pomoże mi przejść moją własną żałobę. Zobaczyłam moje doświadczenia w innym świetle.

 "Ptaki..." zbudowane są ze zbliżeń zestawianych z ujęciami z dystansu. Nigdy nie pokazujecie też przemocy wprost. Paradoksalnie, usuwając ją poza kadr, sprawiacie, że staje się bardziej przejmująca i przerażająca.

- To jest podstawowe założenie filmu, które determinowało nasze wybory formalne. "Ptaki..." odnoszą się do struktury traumy. Trauma ma to do siebie, że uniemożliwia człowiekowi poskładanie świata, który został zniszczony. Jego postrzeganie staje się fragmentaryczne, a bolesne przeżycia wracają wyłącznie we flashbackach, odpryskach pamięci. Dlatego w naszym filmie tak dużo dzieje się w przestrzeni pozakadrowej. Człowiek straumatyzowany nie jest w stanie ogarnąć tego, co mu się przytrafiło.

Przygotowując się do zdjęć, spotykaliśmy się z ludźmi, którzy przeżyli Holocaust. Ja spędziłam mnóstwo czasu przy ekshumacjach ofiar rwandyjskiego ludobójstwa. Rozmawialiśmy z Rwandyjczykami, którzy pamiętają te wydarzenia, a także z lekarzami, psychologami. Okazało się, że tak naprawdę doświadczenie traumy jest bardzo uniwersalne. Żołnierz wracający z wojny w Iraku zmaga się z tymi samymi zaburzeniami co osoba, która przeżyła wojnę jako cywil. Niezintegrowana osobowość może się objawiać w różny sposób - jeden człowiek jest apatyczny, drugi idzie w narkotyki, ktoś inny jeszcze szuka zapomnienia w kompulsywnym seksie. W taki sposób organizm broni się przed wspomnieniami, wypiera to, czego nie potrafi zrozumieć i uporządkować.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Po śmierci Krzysztofa spędziłam w Afryce dwa i pół roku. Zmagając się z osobistą żałobą, właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że nigdy nie widziałam Rwandyjczyka, który płakałby, mówiąc o ludobójstwie. Tak głębokie są blokady wynikające z naszego instynktu samozachowawczego. Gdyby w jakimś momencie życia dostać narzędzia umożliwiające ogarnięcie i zrozumienie tego koszmaru, człowiek by tego nie wytrzymał.

Skąd się bierze w człowieku nienawiść tak wielka, że popycha go do zamordowania sąsiada, przyjaciela, członka rodziny?

- Wszystko zaczyna się od słowa. Istnieje uniwersalny, ośmiostopniowy schemat ludobójstwa opisany przez Gregory'ego Stantona, przewodniczącego amerykańskiej organizacji Genocide Watch. Jego kolejne etapy to: klasyfikacja, symbolizacja, dehumanizacja, organizacja, polaryzacja, przygotowanie, eksterminacja i zaprzeczenie. Ludobójstwo nigdy nie jest aktem spontanicznym, to jest skrupulatnie planowany proces, na który przygotowuje się kolejne pokolenia ofiar, morderców i świadków. Ofiary muszą mieć zaniżoną samoocenę, muszą ulegać złudzeniom, że wciąż mają czas na ucieczkę. Oszukują się, że to jeszcze nie teraz. Jeszcze nie biją u nas, tylko u sąsiadów, może jakoś przetrwamy? Może zdążymy odmalować dom albo nasze dzieci skończą szkołę?

I nieodmiennie pierwszy punkt to jest naznaczenie słowem. Potem idzie za tym naznaczenie fizyczne - trzeba rozdać opaski, wydać dowody osobiste, w których jest wyszczególnione pochodzenie etniczne. Na końcu, po rzezi, po wszystkim, jest zaprzeczenie. No i potem kłócimy się, ile osób się zmieściło w stodole,  ile piece mogły spalić w ciągu doby, ilu Ormian mogło iść przez tę pustynię i czy aby na pewno aż tak wiele osób zginęło.

Dziedziczymy po naszych przodkach niezałatwione sprawy, nieprzepracowane emocje i ból. Przecież świadkowie też są straumatyzowani. Pisał o tym Jan Błoński w genialnym eseju "Biedni Polacy patrzą na getto", będącym chyba najważniejszym postulatem dokonania narodowego rachunku sumienia. Dlatego mamy obowiązek zadawać pytania o źródło przemocy, nienawiści. Kiedy to się zaczyna? Jak to powstrzymać? To jest straszna opowieść o nas samych.

Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)Kadr z filmu 'Ptaki śpiewają w Kigali' (fot. Ewa Łowżył)

Mówiłaś, że "Ptaki..." mają być uniwersalną opowieścią o życiu po traumie. A czy spodziewałaś się, że film o relacji Polki z ocalałą z rzezi Rwandyjką stanie się w rzeczywistości 2017 roku tak aktualny?

- Spotkałam się nawet z zarzutami, że ten film został zaplanowany jako komentarz do aktualnych wydarzeń na świecie i w Polsce. Powiem szczerze - nikt z nas by tego nie wymyślił. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad "Ptakami." w 2006 roku, nie przypuszczaliśmy, że życie nas w ten sposób przegoni. Byliśmy przekonani, że pracujemy nad filmem opowiadającym o konkretnym wycinku historii Rwandy, którego wydźwięk będzie uniwersalny pod każdą szerokością geograficzną. Tymczasem dialogi, napisane dekadę temu, zupełnie nie straciły na aktualności, a wręcz w czasach kryzysu uchodźczego nabrały zupełnie nowej mocy. To mnie bardzo zaskoczyło, zwłaszcza w kontekście nastawienia Polski do wydarzeń w Syrii.

Myślisz, że twój film może uwrażliwić nas na potrzeby innych, pokazać, że ludzie, którzy uciekają przed wojną, nie są dla nas zagrożeniem?

- Z mojego doświadczenia wynika, że ludobójstwo niczego nikogo nie uczy. Ale może wystarczy świadomość, że wszyscy nosimy w sobie pierwiastek zła? Mam nadzieję, że ten film stanie się punktem wyjścia do dyskusji na ten temat, bo bardzo tego potrzebujemy. Ludzie muszą zrozumieć, że uchodźca to nie znaczy terrorysta, że ludzie koczujący w obozach nie muszą być mili, uśmiechnięci. Oni przeżyli coś niewyobrażalnego. Przyjeżdżają ze stref konfliktu zbrojnego, są głęboko straumatyzowani. Mają prawo być trudni.

Chcę mimo wszystko wierzyć, że gdyby rodzina z Syrii zapukała do drzwi mojego sąsiada, spotkaliby się i nikt by im nie odmówił schronienia. Zjedliby razem kolację, może mężczyzna skosiłby trawnik, kobieta przygotowała hummus, dzieci by się bawiły razem. A gdyby jeszcze byli w stanie ze sobą porozmawiać niezależnie od dzielących ich różnic kulturowych, religijnych, narodziłaby się między nimi więź. Problem polega na tym, że nasze drogi rozchodzą się na poziomie pewnej dialektyki i narracji tworzonej przez media i polityków. Nie pozostaje nam nic innego jak wierzyć, że w ostatecznym rozrachunku spotyka się po prostu człowiek z człowiekiem. Uważam, że naszym obowiązkiem jest im pomóc. I koniec.

O tym, czego doświadczyła podczas pobytu w Rwandzie, Joanna Kos-Krauze napisała tez książkę. 'Jest życie po końcu świata' ukaże się 27 września (fot. materiały prasowe)O tym, czego doświadczyła podczas pobytu w Rwandzie, Joanna Kos-Krauze napisała tez książkę. 'Jest życie po końcu świata' ukaże się 27 września (fot. materiały prasowe)

Ten film cię zmienił? Nauczył czegoś nowego jako twórcę?

- Nauczył mnie, że już niczego nie muszę. I tego, że trzeba wiedzieć, po co się stawia kamerę i dlaczego się to robi.

Z każdym filmem się zmieniamy. Dlatego my z Krzyśkiem nigdy nie oglądaliśmy swoich filmów. Piętnaście minut i już zawsze zęby bolały. Na "Mojego Nikifora" nie byliśmy w stanie patrzeć! Wydawał nam się taki cukierkowy, przesłodzony. A to jest fajny film, ale po prostu po kilku latach był już jakby. nie nasz. Zrobilibyśmy go zupełnie inaczej.

Filmy kręci się tak, jak się żyje, zawsze są wypadkową naszych doświadczeń zawodowych, prywatnych. Myślę, że w naszej twórczości widać, że do każdej opowieści staraliśmy się znaleźć inny język. "Mój Nikifor" opierał się na pewnej symetrii i stawiał w centrum doświadczenie koloru, "Papusza" miała strukturę pamięci "rozbitego lustra". Wychodziliśmy z Krzysztofem z założenia, że nie można robić wciąż tego samego.

Gdzie wobec tego postawisz kamerę teraz?

- Tam, gdzie nikt inny jej nie stawia. Pracuję nad kilkoma projektami, m.in. nad ekranizacją książki "Maestro" Marcina Kąckiego, opowiadającej o pedofilskim skandalu w chórze Polskie Słowiki.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Książki na temat konfliktu w Rwandzie w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Joanna Kos-Krauze. Reżyserka, scenarzystka. Wspólnie z mężem, Krzysztofem Krauze zrealizowała wielokrotnie nagradzane filmy "Mój Nikifor", "Plac Zbawiciela", "Papusza". Po śmierci męża w 2014 roku samodzielnie ukończyła film "Ptaki śpiewają w Kigali".

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (81)
Zaloguj się
  • representation1

    Oceniono 3 razy -1

    "Mamy gotowy scenariusz filmu o Jedwabnem"
    -------------------------------------------------------------
    Czyżby na podstawie kłamstw Grossa?

    Kiedy będzie ekshumacja w Jedwabnym? Dlaczego Żydzi nie chcą dopuścić do ustalenia prawdziwego rozmiaru i przebiegu tej zbrodni? Nie pasowały im łuski karabinowe, które wykryto podczas poprzedniej niedokończonej ekshumacji? Bali się, że wyjdzie na jaw podżeganie do masakry i i współudział Niemców? Dlaczego nie odcięli się od kłamstw Grossa, który wielokrotnie zawyżył liczbę ofiar W Jedwabnym, a ostatnio rzuca oskarżenia na cały naród polski? Do czego prowadzą nienawistne wypowiedzi Grossa, że "Polacy zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców"?

    Prowadzą do wzrostu nastrojów antyżydowskich w Polsce.

    Takie jest też pokłosie antypolskiej propagandy i filmowych paszkwili typu "Pokłosie" i "Ida" .

    Jakoś inne narody, Niemcy odpowiedzialni za holocaust i Francuzi pozbywający się ochoczo Żydów za panowania rządu Vichy nie są skorzy do kręcenia podobnych filmów.

  • ladymantis1

    Oceniono 4 razy -2

    Troll sommers - do kosza.

  • representation1

    Oceniono 4 razy -2

    ,W obronie arcybiskupa Hosera
    ------------------------------------------
    Abp Hosera oskarżono o mordowanie murzynów w Rwandzie. Gdy okazało się to bredniami, nagonkę zakończono rytualnym oskarżeniem o antysemityzm.

    W związku z tym, że arcybiskup Henryk Hoser podpadł środowiskom lewicowy – okazał się być ku oburzeniu lewaków katolikiem, na łamach establishmentowych mediów trwa nagonka na jego osobę. Z częścią kolportowanych przez antykatolickie media kłamstw na temat abp Hosera rozprawił się na łamach „Gościa Niedzielnego” Andrzej Grajewski w tekście „Kłamstwa ''Newsweeka””.

    Zdaniem Grajewskiego publicystka Newsweeka Aleksandra Pawlicka w swoim tekście „Karząca ręka Boga” zwarła kłamliwe insynuacje pod adresem abp Hosera – oskarżając bezpodstawnie jego i kościół katolicki o odpowiedzialność za ludobójstwo w Rwandzie.

    Pawlicka kłamała pisząc, że abp Hoser był nuncjuszem apostolskim w Rwandzie w czasie eksterminacji od kwietnia do lipca 1994 – w rzeczywistości nuncjuszem był od 1991 do 1995 abp Giuseppe Bertello. Ówczesny nuncjusz wbrew antykatolickim publicystom zrobił wszystko by zakończyć eksterminację i poinformować opinie światową o cierpieniach Rwandyjczyków. Abp Bertello zastąpił Polak, ale nie abp Hoser, tylko abp Juliusz Janusz. W Rwandzie przez krótki czasu abp Hoser miał uprawnienia Wizytatora Apostolskiego, ale nigdy nuncjuszem nie był. Podczas swej posługi abp Hoser zajmował się odbudową zniszczonego podczas zagłady kościoła katolickiego.

    Arcybiskup Hoser był misjonarzem w Rwandzie przez 20 lat. W czasie ludobójstwa nie było go na terenie Rwandy. Wyjechał z Rwandy w wrześniu 1993 i powrócił w sierpniu 1994 – masowe mordy miały miejsce między kwietniem a lipcem 1994. Abp Hoser wyjechał więc 7 miesięcy przed mordami, i wrócił 4 miesiące po mordach.

    Zapewne tyle samo są warte brednie celebryty Lemańskiego wykorzystującego swoje kapłaństwo do walki z kościołem katolickim i jego nauczaniem. Lemański został ulubieńcem antykatolickich mediów dzięki podważaniu bioetycznego nauczania kościoła. Głoszenie herezji przez Lemańskiego spotkało się z reakcją abp Hosera. W odwecie Lemański zaczął insynuować, że arcybiskup jest pederastą, który chciał go molestować.

    Surrealizm pomówień egocentrycznego mitomana zmusił promujące go media i samego do zmiany strategii. Abp Hosera oskarżono o mordowanie murzynów w Rwandzie. Gdy i to okazało się bredniami, nagonkę na abp Hosera zakończono rytualnym oskarżeniem o antysemityzm.

    Lemański na antenie radia TOK FM, rozgłośni należącej do Agory - wydawcy Gazety Wyborczej, ogłosił że abp Hoser wkurzony za jego filosemityzm miał złośliwie dopytywać się czy jest obrzezany, czy jest Żydem. Hoser miął negować zasadność kontaktów z Żydami i tak zwanego dialogu z judaizmem. W wywiadzie radiowym Lemański przyznał, że jego poprzednie insynuacje o pedalstwo były kłamliwe. Doświadczenie więc uczy, że i w oskarżenia o antysemityzm arcybiskupa nie ma co wierzyć.

    Hucpę Lemańskiego wsparła Agnieszka Holland która w TVN stwierdziła, że poziom „poziom empatii i szacunku dla człowieka” jest u Hozera niski, a „ w polskim Kościele katolickim postawy antysemickie są częste”.

    Holland w kwestii poziomu empatii szacunku osiągnęła mistrzostwo nazywając w 2003 roku po pokazie Pasji Jezusa „krwawym pulpetem”, i dostrzegając w misterium męki Jezusa „straszną nienawiść do Żydów”.

    www.prawy.pl/wiara/3473-rwanda-homoseksualizm-a-teraz-antysemityzm-o-co-jeszcze-oskarza-abp-hosera

  • zbigniewszarycz

    0

    "Problem polega na tym, że nasze drogi rozchodzą się na poziomie pewnej dialektyki i narracji tworzonej przez media i polityków."
    Otóż to! Ludzkie masy są indoktrynowane w określonym kierunku, aby łatwiej było nimi sterować. Dzieje się tak od początku historii.
    Natomiast, jeżeli chodzi o powody regularnych rzezi, które funduje sobie rodzaj ludzki odpowiedź jest prosta: mamy to w genach! Genocide ma w rdzeniu gen!

  • kato-rznik

    Oceniono 3 razy 1

    A co z Hoserem?

  • kocisia

    Oceniono 5 razy 3

    Pójdę na ten film chociażby po to, żeby zobaczyć Jowitę Budnik, która jest doskonałą aktorką (była znakomita w roli Papuszy).

  • wifi787878

    Oceniono 8 razy -2

    Porozmawiajmy lepiej o white genocide ktore sie dzieje teraz na naszych oczach w Europie. Czy wiecie ze Europejczycy beda niedlugo mniejszoscia etniczna w swoich wlasnych krajach ? Czy wiecie ze w Londynie mieszka juz tylko 45% ludzi pochodzenia europejskiego ?

  • tupiak mirek

    Oceniono 2 razy 2

    kto podnosi rękę na moją rodzinę nie powinien żyć!!!

  • gangut

    Oceniono 7 razy -5

    I po co to wszystko? jak wynika z końcówki wywiadu, do tego aby wybielić "nachodźców" i zachęcić do ich wpuszczenia do Polski. pani Krauze staje po stronie Zła.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX