Poznań

Poznań (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

reportaż

Poznań się wyludnia. I to najszybciej ze wszystkich miast wojewódzkich

Mam dość betonu, hałasu i psich kup na chodnikach - mówi Marta. Z tym kojarzy jej się miasto, z którego razem z mężem i dziećmi uciekła wcześniej, niż planowała. W ciągu ostatnich 15 lat z Poznania wyprowadziło się 35 tysięcy mieszkańców. To tak, jakby zniknęły Augustów, Cieszyn albo Sopot.

Marta idzie najpierw na spacer z psem do pobliskiego lasu. Gdy wraca, wącha kwiaty w swoim ogrodzie. Tak zaczyna każdy dzień. - A w mieście miałam smród od spalin i rozgrzanego asfaltu - mówi. 

Kiedy ona chwali sobie emigrację z Poznania na prowincję, miejscy urzędnicy głowią się, jak zaradzić temu, żeby stolica Wielkopolski przestała się wyludniać. Prognozy są złe - zdaniem demografów w ciągu najbliższych 30 lat na wieś może wyemigrować aż 100 tysięcy poznaniaków (niektórzy sądzą, że nawet więcej).  Mniej więcej tylu, ilu mieszkańców liczy Koszalin.

Kto się wyprowadza z Poznania? Głównie ludzie między trzydziestką a czterdziestką, z małymi dziećmi. - Są już po studiach, mają ustabilizowaną sytuację rodzinną i zawodową, więc zamiast płacić drogi czynsz w mieście, szukają tańszego życia na wsi - mówi doktor Krzysztof Szwarc z Katedry Statystyki i Demografii Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


Panorama Poznania z wieży ratuszowej (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Marta, która wraz z mężem Łukaszem i bliźniętami wyniosła się do Radzyny pięć lat temu, przed czterdziestką, potwierdza: - Większość naszych sąsiadów to nasi rówieśnicy. Mamy dzieci w podobnym wieku.

Jej mąż całe życie spędził w stolicy Wielkopolski, ona przyjechała tu z Darłowa w połowie lat 90. na studia. Dlaczego wyemigrowali? - Zawsze chcieliśmy mieszkać na wsi - mówi Marta. - Ale myśleliśmy, że to dobry sposób na życie w wieku poprodukcyjnym. Że na razie to nie dla nas.

Jednak kiedy kilka lat temu, podczas odwiedzin u znajomych na wsi, dowiedzieli się, ile kosztuje działka i budowa domu, doszli do wniosku: stać nas. Z budową uwinęli się w rok. Dziś mają piętrowy domek we wsi Radzyny, 30 kilometrów na zachód od Poznania, z jasną elewacją, kryty grafitowym dachem, z dużym tarasem i sporym ogrodem.

- Poznań zaczął nam doskwierać - nie kryje Marta. Hałas, korki, dookoła beton, psie kupy na chodnikach i spóźniające się tramwaje. Z tym kojarzy jej się miasto. Gdyby nie kościół baptystów, w którym stara się być z rodziną co niedziela na nabożeństwie, prawie w ogóle by tam nie jeździła. Mówi: - Zakosztowałam wielkomiejskiego życia przez dwadzieścia lat. Znam w Poznaniu każdy zakątek. Nic mnie już tam nie ciągnie.

Na wsi taniej niż w Poznaniu

Poznań to piąte pod względem liczby mieszkańców miasto w Polsce - ma ich pół miliona. Więcej jest tylko w Warszawie, Łodzi, Krakowie i Wrocławiu. Ale co z tego, skoro Poznań się wyludnia. W ciągu ostatnich 15 lat liczba poznaniaków zmniejszyła się o 35 tysięcy. To tak, jakby zniknęły Augustów, Cieszyn albo Sopot. 


Nowy tramwaj MPK w Poznaniu (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

- Ze wszystkich miast wojewódzkich Poznań ma największe ujemne saldo migracji. Wyludnia się najszybciej - mówi dr Krzysztof Szwarc. Saldo migracji to różnica między napływem ludności a jej odpływem. W Poznaniu wynosi ono minus dwa tysiące. To znaczy, że co roku ubywają dwa tysiące mieszkańców.

Na przykład Wrocław ma saldo migracji na plusie - tam mieszkańców przybywa. W Poznaniu - odwrotnie. Choć bezrobocie jest niskie, są kina, teatry, kawiarnie, lotnisko, nowoczesny stadion. Do tego niezła komunikacja miejska - dzięki Poznańskiemu Szybkiemu Tramwajowi z Piątkowa (północna sypialnia Poznania) do centrum da się przejechać w kwadrans. Co więc wypycha poznaniaków na wieś? Czy tylko nostalgia za świeżym powietrzem i ciszą?

- W okolicach Poznania jest dobra przestrzeń do zamieszkania - uważa dr Szwarc. - Są tam tańsze działki i można taniej wybudować dom. Poznań jest dobrze skomunikowany z okolicznymi gminami - więc jest łatwy dojazd. I to są te powody.

Dobra komunikacja z ościennymi gminami jest w dużej części zasługą poznańskiego magistratu. - I tu jest paradoks - uważa mój rozmówca. - Bo właśnie ona zachęca do osiedlania się w tych gminach. To trochę podcinanie gałęzi, na której się siedzi.  

Tylko Warszawa byłaby większa

Jesień 2014 roku. W Polsce odbywają się wybory samorządowe. W Poznaniu sensacja: rządzący miastem od czterech kadencji Ryszard Grobelny przegrywa. Nowym prezydentem zostaje Jacek Jaśkowiak z Platformy Obywatelskiej. Kilka miesięcy po wyborach Jaśkowiak proponuje: powiększmy Poznań o wszystkie ościenne gminy. Stolica Wielkopolski stałaby się wówczas drugim po Warszawie największym miastem w Polsce. Wielki Poznań miałby liczyć milion mieszkańców, mieć wspólną komunikację i szkolnictwo. Jaśkowiak tłumaczył, że wszyscy zyskaliby na tym finansowo.


Jacek Jaśkowiak podczas przekazania urzędu przez dotychczasowego prezydenta Ryszarda Grobelnego (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Pomysł nie spodobał się staroście poznańskiemu i wójtom gmin, które w przyszłości miałyby się stać nowymi dzielnicami Poznania. Oni od połączenia wolą integrację. Tłumaczą, że podpoznańskie gminy straciłyby na tym ruchu, bo ratusz dbałby tylko o rozwój centrum, a zaniedbywał peryferie. Uważają też, że z bliska lepiej widać lokalne potrzeby niż z odległego placu Kolegiackiego, gdzie urzęduje prezydent Jaśkowiak. 

A co o inicjatywie Jaśkowiaka sądzi demograf? - Wzrosłaby oczywiście liczba mieszkańców, ale byłoby to sztuczne powiększenie - ocenia dr Szwarc. Sam jest modelowym przykład poznaniaka (nie urodził się tutaj, ale spędził już w Poznaniu ponad połowę życia), który też mógłby się wyprowadzić na wieś. Rocznik 1975, pewna praca, rodzina. Mieszka na Ratajach - największej sypialni Poznania. Dojazd do pracy tramwajem zajmuje mu kilkanaście minut, samochodem jest jeszcze szybciej.

- Nie chce się pan wyprowadzić na wieś? - pytam.

- Nie stać mnie na kredyt - mówi. -  Poza tym trzymają mnie w mieście szkoły dla dzieci. Mój najstarszy syn idzie w tym roku do liceum. Gdybyśmy się wyprowadzili, musiałby dojeżdżać. Ja sam dojeżdżałem pociągiem do szkoły średniej i pamiętam, że było to dość uciążliwe. Chciałbym, by moje dzieci tego uniknęły.

Prawdopodobnie poznaniaków, którzy chętnie wyprowadziliby się z miasta na prowincję, jest dużo więcej. Zostają jednak, jak dr Szwarc, ze względów finansowych i dla dobra dzieci, albo dlatego, że nie chcą "spędzać życia w samochodzie". Mają na myśli codzienne dojazdy autem do pracy i powroty do domu.

^03.08.2013 Poznan , Rondo Rataje . Poranne korki . Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
Poranne korki w Poznaniu (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Mąż Marty, Łukasz, który jest grafikiem komputerowym w jednej z poznańskich redakcji, codziennie musi dojeżdżać z Radzyny do Poznania. Twierdzi jednak, że to nie kłopot. - Jadę czterdzieści minut w jedną stronę. Ci, co mieszkają w Poznaniu, też muszą tyle czasu poświęcić na dotarcie do pracy, a czasem i więcej - uważa Łukasz. - Różnica jest tylko w kilometrach.

Poznaniaków rodzi się za mało

Migracja poznaniaków na wieś to niejedyny powód wyludniania się miasta. Poznań ma fatalny wskaźnik przyrostu naturalnego. - Współczynnik dzietności wynosi tu 1,3 - dr Szwarc znowu rzuca niepokojącymi liczbami.  - Żeby była zastępowalność pokoleń, powinien wynosić co najmniej 2,1.

Do tego przybywa ludzi starszych, bo siedemdziesiątkę przekroczyło albo wkrótce osiągnie pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Czyli ludzi urodzonych w drugiej połowie lat 40. i pierwszej 50. 

Pewną nadzieję daje ostatni wzrost urodzeń - w minionym roku na świat przyszło aż 6159 poznaniaków. "Aż", bo rok wcześniej urodziło się prawie pół tysiąca mniej. Nie wiadomo, skąd nagle tyle dzieci. Czy to efekt 500+? Nie robiono na ten temat badań. Nie wiemy też, czy ta tendencja się utrzyma. Jeśli nie, według prognoz w 2050 r. poznaniaków będzie tylko 400 tys. Choć - jak to z takimi przewidywaniami bywa - mogą one się mylić.

Jako przykład dr Szwarc przywołuje badania słynnego poznańskiego demografa prof. Mieczysława Kędelskiego. Na początku lat 90. opracował on szacunki, z których wynikało, że do 2015 roku Poznań będzie miał 600 tys. mieszkańców. - Prognozy się nie sprawdziły, bo profesor nie przewidział, że procesy demograficzne potoczą się inaczej - mówi dr Szwarc, uczeń prof. Kędelskiego.

Plac Wolności. Impreza senioralna - przekazanie kluczy do miasta seniorom (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Plac Wolności. Impreza senioralna - przekazanie kluczy do miasta seniorom (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Potoczyły się tak, że Poznań zamiast rosnąć, wyludnia się. Powiększają się za to osiedla domków jednorodzinnych w podpoznańskich miejscowościach: Skórzewie, Suchym Lesie, Swarzędzu czy Tarnowie Podgórnym. - Kiedy się sprowadziliśmy do Radzyny, za oknem mieliśmy puste pole - opowiada Marta. - A teraz jest pełno nowych domów. 

Ich mieszkańcy nie zrywają jednak związków z miastem. - Ono pozostaje miejscem pracy, nauki i ośrodkiem usług społecznych, takich jak np. jak służba zdrowia  - uspokaja Iwona Matuszczak-Szulc, dyrektor wydziału rozwoju miasta w poznańskim ratuszu. - Blisko połowa z nich nadal uczy się bądź pracuje w Poznaniu.

Jak ich powstrzymać?

Co miasto robi, żeby zatrzymać uciekających z jego granic? Matuszczak-Szulc mówi, że dużo. Wylicza:

- rewitalizacja Śródmieścia, koryta Warty,
- rozwój komunikacji miejskiej (wymiana autobusów i tramwajów na niskopodłogowe i klimatyzowane),
- rowery miejskie i więcej ścieżek rowerowych,
- powstanie w centrum Strefy Tempo 30,
- rozwój budownictwa komunalnego i społecznego (a tu: "mieszkanie na wynajem z dojściem do własności", "mieszkanie dla absolwenta" - dla tych, którzy ukończyli poznańskie uczelnie i którzy zostaną w mieście),
- rozwój żłobków niepublicznych (700 złotych dopłaty na każde dziecko),
- specjalny bilet ulgowy dla rodzin, w których wychowuje się co najmniej czworo dzieci,
- dofinansowanie zajęć pozalekcyjnych w szkołach,
- budowa szkół i przedszkoli na nowych osiedlach,
- stypendia dla finalistów i laureatów olimpiad, którzy rozpoczną studia w Poznaniu.


Przystań Miejska nad Warta w Poznaniu (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Dr Szwarc zastanawia się, co jeszcze mogłoby zatrzymać exodus poznaniaków na wieś: - Być może jakieś darmowe usługi, typu bezpłatna komunikacja. Ale czy miejski budżet udźwignie takie ulgi?

Z okien jego gabinetu (siedemnaste piętro słynnego uniwersyteckiego wieżowca) widać wspaniale panoramę Poznania.

- Chce pan powiedzieć, że to miasto nie ma racji bytu? - pytam naukowca.

- Aż tak to nie - uspokaja.

Ale dodaje zaraz, że miejskie życie przestaje być atrakcyjne: - Kiedyś miasto stało wyżej cywilizacyjnie niż wieś. Dzisiaj ciepła woda, centralne ogrzewanie na wsi są czymś powszechnym. Więc nie ma czego miastowym zazdrościć.

- Ale nie ma kin, teatrów - wtrącam.

- Do kina można łatwo dojechać.

Dr Szwarc uważa na przykład, że miasto przegrywa pod względem warunków do rekreacji.  - Zrobi pan grilla na balkonie albo przed blokiem? - pyta retorycznie. - A na wsi można. I jeszcze przyjaciół i sąsiadów można zaprosić.

Prawda. Marta i Łukasz często grillują z sąsiadami. - Robimy ognisko, na które schodzi się cała ulica - opowiada Marta. - A raz w roku z sąsiadami z naszej ulicy wyjeżdżamy na długi weekend do jakiegoś pensjonatu.

W Poznaniu było to mało realne: w kamienicy, w której mieszkała, przeważały osoby starsze. Na wsi jej sąsiedzi są w podobnym wieku co ona.

Poznań, ul. Robocza 4. Ogródek społecznościowy w ramach festiwalu  Malta (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Poznań, ul. Robocza 4. Ogródek społecznościowy w ramach festiwalu Malta (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Ale to nie jest tak, że Marta nie lubi Poznania. Od czasu studiów mieszkała w dzielnicy Wilda - jednej z kultowych. Czuła się tam kameralnie: chodziła do swojej ulubionej piekarni, lubiła robić zakupy na słynnym Rynku Wildeckim, znała sprzedawców, a oni ją. - Jak byłam w ciąży, to straganiarz sprowadzał specjalnie dla mnie kwaśne jabłka - wspomina. Tam mogła w laczkach wyjść do sklepu, tutaj to już wyjazd do pobliskiego Kaźmierza.

Ale na wsi ma za to swój ulubiony ogród. A w nim tuje, akacje, bez (żałuje, że już przekwitł), róże, glicynie (właśnie teraz kwitną). Ma swoje czereśnie, brzoskwinie, agrest, porzeczki. W warzywniaku sieje ogórki, sadzi pomidory. W tym roku pierwszy raz posadziła ziemniaki. Z ciekawości, bo lubi "ryć w ziemi". - No i mamy rzut beretem do lasu - zachwala swoje wiejskie życie. - A trochę dalej zalew.

Za nic w świecie nie wróciłaby już do Poznania.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Stanisław Zasada. Rocznik 1961. Absolwent polonistyki na UMK w Toruniu i Polskiej Szkoły Reportażu. Związany etatowo z serwisem Dominikanie.pl. Współpracuje z "Dużym Formatem", "Gazetą Wyborczą", "Tygodnikiem Powszechnym", miesięcznikiem "W drodze". Wydał dwie książki: "Generał w habicie" o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i jej Wspólnocie Chleb Życia i "Wyznania księży alkoholików". Jest żonaty, ma dwoje dzieci, mieszka w Poznaniu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (367)
Zaloguj się
  • tege

    0

    Ale w czym problem? Chcą ludzie mieszkać poza miastem ze wszystkimi z tym związanymi przywilejami i niedogodnościami? Proszę bardzo. Ja mieszkam w pobliżu Warty blisko centrum i to też ma swoje wady i zalety, z którymi się godzę. W korkach nie stoję, bo jeśli już gdzieś rano jadę, to opuszczam centrum podczas gdy większość tam zmierza, a wracając do domu jadę w stronę centrum, podczas gdy korki tworzą się na drogach wyjazdowych. Nie widzę żadnego problemu w wyludnianiu się miasta, niech każdy żyje, jak mu wygodnie :).

  • Mieszko Pierwszy

    Oceniono 1 raz 1

    "A w mieście miałam smród od spalin i rozgrzanego asfaltu"

    I to mnie najbardziej w kor wia. Później wsiada taka do swojego samochodu i robi miastowym smród i korki.Gdyby chociaż nie pieprzyła takich cynicznych głupot...

  • swerd

    Oceniono 4 razy 4

    i dla takich ludzi z prowincji którzy pracuja w mieście buduje się parkingi, zabiera przestrzeń publiczną.
    jest coraz bardziej ponuro, po 17 miasto się wyludnia i kolejne osoby uciekają
    i tak dalej i tak dalej
    a starczy zadbac o centrum, wypierdzielić samochody, to ludzie wrócą
    już w cywylizowanych krajach do tego doszli

  • globalne.ocieplenie

    Oceniono 3 razy 3

    Myślę, że Poznań stoi w obliczu zmiany i w moim odczuciu ta zmiana się już dokonuje. Większość pomstujących na ścieżki rowerowe i utrudnienia dla kierowców tego nie zaakceptuje, ale myślę, że z czasem miasto zaludnią mieszkańcy niezwiązani symbiotycznie z samochodem. Ja urodziłam się w Poznaniu i spędziłam tu większość życia. Nigdy nie miałam samochodu - jeszcze parę lat temu podróżowałam głównie komunikacją miejską lub niekiedy taksówką - potem urodziło mi się dziecko, a że wychowuję je sama, po raz pierwszy pomyślałam o samochodzie. Najpierw jednak kupiłam dobry rower, a jak młody troszkę podrósł, zamontowałam fotelik. Dosłownie zrosłam się z rowerem, nie wyobrażam sobie już bez niego życia. O samochodzie zapomniałam. Dla mnie z każdym rokiem Poznań staje się lepszym miastem do życia. Poruszanie się rowerem jest dziś dużo łatwiejsze, niż jeszcze 7-8 lat temu. Mieszkam w ładnej okolicy - blisko Ogrodu Botanicznego i Rusałki, do centrum jeżdżę przez Park Sołacki i Al Wielkopolską. Pracuję na Jeżycach, które zmieniają się dosłownie z każdym dniem - powstaje knajpka obok knajpki, można świetnie zjeść i napić się dobrego wina. Zakupy wożę rowerem.Gdy muszę zataszczyć coś naprawdę wielkiego, to zamawiam Ubera. Korzystam z roweru miejskiego (choć mam z nim na pieńku), miejskich placów zabaw, ścieżek rowerowych; moje dziecko chodzi do szkoły oddalonej o 2 km, co nie jest może bardzo blisko, ale za to jest to szkoła, której ufam i którą sama wybrałam. Jeszcze chwila i syn sam będzie do niej dojeżdżał rowerem. Mogę wyjść wieczorem dokąd chcę, spotkać się z kim chcę, powłóczyć po mieście albo na Wartą, a jak mi się zachce spać, to w 10 minut być w domu. Nie jestem już młoda i nie prowadzę intensywnego życia towarzyskiego, ale jak sobie pomyślę, że do miasta miałabym 30km, a szczytem moich aktywności weekendowych byłby grill dla sąsiadów, to bym się chyba zachlastała.

  • zapomorski12

    0

    Na starość jak dzieci podrosną i opuszczą dom rodzinny, powrócą do miasta. Spokojnie. Tak się dzieje od lat, i to wszędzie.

  • bo_gna

    0

    Po prostu ludzie nie chcą się kisić w dwupokojowych mieszkaniach w śmierdzących blokach, chcą odetchnąć w większym nowym mieszkaniu/domku za normalne pieniądze, bez potrzeby robienia kilku kółek wokól bloku w celu znalezienia miesjca parkingowego, dlatego wyprowadzają się poza Poznań, gdzie dojazd do miejsca pracy mają często niewiele dłuższy niż z samego Poznania.

  • jakub.kurach

    Oceniono 3 razy 3

    Jako poznaniak żądam:
    1 opłaty za wjazd do centrum - w obrębie tzw. drugiej ramy dla aut z poza Poznania. Cena 3l paliwa za jednorazowy wjazd.
    2. zwężeń na wjazdach tak by wieśniaki czekały sobie w korkach pod miastem a nie w mieście.
    3. Pilnowania rejonizacji szkół o szpitali.

  • Jacek Zakrzewski

    Oceniono 1 raz 1

    Trochę o jakiejś alternatywnej rzeczywistości ten artykuł. Ludzie po prostu wyprowadzają się z Poznania do poznańskich satelit zostając w tej samej aglomeracji i najcześciej będąc nadal zależnym od jej centra. Poznań i Powiat Poznański liczone łącznie powiększają się o ok. 5 tys osób co roku- to jeden z najlepszych wyników w kraju. W samym powiecie poznańskim przybyło przez ostatnich kilkanaście lat aż 100 tys. osób- właśnie dlatego, że leży tam gdzie leży. Poznań najbardziej się wyludnia w kraju ? Również nonsens. A Łódź, gdzie przez 30 lat ubyła gigantyczna liczba 160 tys. osób ? A konurbacja górnośląska (w której raczej nie można mówić o wyprowadzkach na przedmieścia, bo najczęściej za granicą jednego wyludniajającego się miasta jest inne też wyludniające się) ? - ubyły tam łącznie setki(!) tysięcy osób.

  • angelus-silesius

    Oceniono 1 raz 1

    Tych samych ciulstw odsłona numer 159.
    Brawo!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX