Dr Kacper Pobłocki

Dr Kacper Pobłocki (fot. Filip Pobłocki)

wywiad Gazeta.pl

Kacper Pobłocki: Pieniądz nie jest narzędziem wymiany, ale sposobem organizowania władzy

W Warszawie na Pradze-Północ mężczyźni przeciętnie dożywają 69,5 roku, tyle samo co mężczyźni w Bangladeszu, w Wilanowie - 82,2 roku, w Wilanowie - 82,2 roku, czyli żyją o dwa lata dłużej niż liderzy rankingu długowieczności - Szwajcarzy. Musimy przeciwdziałać pogłębianiu się tych różnic - mówi Kacper Pobłocki, autor książki "Kapitalizm - historia krótkiego trwania".

Podobno o pieniądzach się nie rozmawia. Nie wypada. Ty przekonujesz, że czas pożegnać się z tym poglądem. Dlaczego to takie ważne?

- Mówi się, że"gentlemani o pieniądzach nie rozmawiają". Faktycznie, w powszechnym rozumieniu dobre wychowanie wyklucza tego typu dyskusje. Natomiast według mnie gentlemani o pieniądzach nie rozmawiają, ponieważ je mają. Jan Kulczyk, jeden z czterech polskich multimiliarderów, zapytany przez dziennikarza, kiedy ostatni raz płacił gotówką, po długim namyśle odpowiedział, że kupił hot doga na Stadionie Narodowym. Ile kosztował? - dociekał dziennikarz. Skonsternowany Kulczyk oznajmił, że jakieś 50 zł (sic!). Ludzie zamożni zwyczajnie tracą zdolność szacowania wartości gotówki.

Warszawa 2012 r. Jan Kulczyk podczas podpisania umowy dotyczącej 20 milionowej darowizny na budowę głównej wystawy Muzeum Historii Żydów Polskich. Rekordową dotację przekazał dom inwestycyjny Jana Kulczyka (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)Warszawa 2012 r. Jan Kulczyk podczas podpisania umowy dotyczącej 20 milionowej darowizny na budowę głównej wystawy Muzeum Historii Żydów Polskich. Rekordową dotację przekazał dom inwestycyjny Jana Kulczyka (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

O pieniądzach myślą ci, którym ich brak bądź niedobór ogranicza pole działania. Pieniądz jest instrumentem sprawczości. Ludzie majętni mogą wiele, nie muszą dużo. Osoby biedne muszą dużo, mogą niewiele. W tym sensie pieniądz jest też jednym z podstawowych sposobów organizowania władzy. Jeśli nie nauczymy się o nim rozmawiać, to znaczy rozumieć, jak funkcjonuje współczesna ekonomia, nie będziemy mogli jako społeczeństwo skutecznie walczyć o sprawiedliwszą dystrybucję władzy i sprawczości.

Rozmowy o pieniądzach nie tylko są niestosowne, ale też przeznaczone dla wąskiego grona ekspertów. Grany przez Ryana Goslinga bohater filmu "Big Short" (opowiadający o krachu w 2008 r. - przyp. red.) tłumaczy ten fenomen tak: "MBS, kredyty sub-prime, transze. Skomplikowane co? Zaczynasz czuć się znużony albo głupi? Cóż, właśnie o to chodzi. Wall Street lubi używać skomplikowanych terminów, żebyście myśleli, że tylko oni mogą się tym zajmować. Albo nawet lepiej: żebyście się od nich odp***dolili".

- Cóż, u nas jest podobnie. Staliśmy się narodem ekonomicznych analfabetów, a eksperci tylko nam w tym pomogli, udając, że porozumiewają się po chińsku. Najbanalniejszym przykładem jest stopa procentowa, czyli nic innego jak cena pieniądza. O ile każdy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego codzienne życie zależy od tego, ile pieniądz jest wart, o tyle stopa procentowa wydaje się czymś znacznie bardziej abstrakcyjnym i odległym.

Co gorsza, analfabetyzm uniemożliwia śledzenie licznych przekłamań języka ekonomii. Na przykład przeciętna pensja, jaką wpisuje do swoich raportów GUS, jest zawyżana, bo wylicza się ją na podstawie średniej arytmetycznej. Ta natomiast znajduje zastosowanie jedynie w rozkładach, w których większość elementów posiada zbliżone wartości. Zbiór, w którym współwystępują wynagrodzenia prezesów banków i kasjerek w supermarketach, na pewno nie należy do tej grupy. W jego przypadku należy zastosować inne statystyki, takie jak mediana czy dominanta. Pierwsza to po prostu wartość znajdująca się dokładnie w środku analizowanego szeregu liczb. Druga pokazuje wartość najczęściej występującą w puli wynagrodzeń. Nietrudno się domyślić, że przeciętna pensja wyliczona na podstawie tych narzędzi jest radykalnie niższa od tej otrzymanej za pomocą średniej arytmetycznej. Statystycy w GUS-ie muszą zdawać sobie sprawę z tej różnicy.

Warszawa, panorama Pragi Północ, Powiśla i centrum Warszawy z wieży Katedry Praskiej (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)Warszawa, panorama Pragi Północ, Powiśla i centrum Warszawy z wieży Katedry Praskiej (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Dlaczego więc wprowadzają nas w błąd?

- Zapewne chodzi o podtrzymywanie w społeczeństwie przekonania, że oto wszystkim nam rośnie, tym samym maskując wciąż powiększającą się różnicę pomiędzy garstką najzamożniejszych i całą resztą. Takich przekłamań jest wiele. Weźmy na przykład święte prawo permanentnego wzrostu gospodarczego, które utożsamiane jest z poziomem dobrobytu obywateli. Według ekspertów jego wartość rocznie powinna wynosić minimum 3 proc. w skali kraju. Jeśli jest mniejsza, w kraju zaczynają mówić o nadchodzącej recesji. Gdy natomiast szybuje powyżej tej wartości, obywatelom żyje się lepiej. Wiesz, jakie kraje są liderami tego rankingu?

Niemcy?

- Angola - kraj permanentnej wojny domowej, Liban, Rwanda oraz Bośnia i Hercegowina z czasów zaraz po wojnie, Irlandia chwilę po recesji. Przez większość ostatniego dwudziestolecia Białoruś osiągała znacznie wyższy wzrost gospodarczy niż Polska. W czołówce znajdują się więc często kraje niedemokratyczne, w których praca najemna zastępowana jest różnymi formami pracy przymusowej; państwa, gdzie rządzi naga przemoc. Wzrost gospodarczy nie ma w tych przypadkach nic wspólnego z dobrobytem obywateli.

Z rzetelnej analizy danych wyłania się zupełnie inny obraz relacji ekonomicznych niż ten, jakim karmieni jesteśmy przez telewizyjnych ekspertów, w których przekazie dominuje ideologia. Dlatego tak ważne jest, byśmy przestali się bać rozmawiać o pieniądzach i odczarowali mity wokół nich narosłe.

To może okazać się trudne, skoro twierdzisz, że nawet historia narodzin pieniądza jest w dużej mierze wyssana z palca. Uczymy się, że dawno temu ludzie wymieniali się dobrami, które sami wytwarzali. Gdy wielu różnych producentów zaczęło uczestniczyć w tej wymianie, trzeba ją było jakoś zorganizować - wymyślono więc pieniądze.

- Problem z linearną historią pieniądza jest jeden: nie ma żadnych dowodów na jej prawdziwość. Wiadomo natomiast, że nawet w najprymitywniejszych społecznościach funkcjonował skomplikowany system pieniężny. Wdzięcznym przykładem są plemiona zamieszkujące położoną na Oceanie Spokojnym wyspę Yap. Ich walutą były kamienne żetony z wydrążoną w środku dziurą. Niby nic szczególnie oryginalnego, gdyby nie fakt, że każdy z nich miał metr lub kilka metrów wysokości. Nie można więc było przekazywać ich sobie z ręki do ręki, nie wspominając o chowaniu do kieszeni. Kamienie transportowane były łodziami z sąsiednich wysp, by spocząć na zawsze w wyznaczonym miejscu. Pewnego razu podczas podróży jeden z żetonów wpadł do oceanu. Społeczność jednak nie dostrzegła w tej katastrofie niczego niepokojącego. Niewidzialność nie wyklucza przecież użyteczności. Kamień funkcję bycia pieniądzem sprawował z dna oceanu, zmieniając jedynie swoich właścicieli. Ci ludzie posługiwali się czymś, co bardziej przypominało kartę kredytową niż monety, nie wspominając o barterze!

Kiosk M-PESA, gdzie można wymienić kody aktywacyjne na gotówkę. Kibera, największy slums Nairobi (fot. Fiona Graham / WorldRemit / Flickr / CC BY-SA 2.0)Kiosk M-PESA, gdzie można wymienić kody aktywacyjne na gotówkę. Kibera, największy slums Nairobi (fot. Fiona Graham / WorldRemit / Flickr / CC BY-SA 2.0)

Chcesz powiedzieć, że karta kredytowa jest starsza od monet?

- Nie w tym rzecz, by rozstrzygać, czy pierwsza była kura czy jajko, ale by zrozumieć, jak ciekawy i skomplikowany jest świat pieniądza. Tę historię można opowiedzieć też tak: pokaż mi, proszę, swój portfel. Mamy w nim: kartonik ze stemplami za kawę, paragon, kartę kredytową, monety i banknoty - to wszystko są różne formy pieniądza, które zachodnie myślenie układa w sekwencję ewolucyjną. Najprymitywniejszą formą jest oczywiście kartonik. Stempelki oznaczają wartość, która pomnożona do kilku kupionych kaw pozwala kolejną otrzymać za darmo. Wiele form pieniądza funkcjonowało w ten ograniczony sposób. Dalej na linii rozwoju plasują się monety, za nimi banknoty. Natomiast rachunek za zakup butów to tak naprawdę papier wartościowy, który w ciągu 30 dni możesz wykorzystać, by buty zwrócić, w zamian otrzymując pieniądze lub inny ich model. W żargonie finansowym coś takiego nazywa się "opcją". Istnieją tak zwane rynki terminowe handlujące tego typu niematerialną możliwością zrobienia czegoś za jakiś czas. Na kilka lat przed wybuchem kryzysu z 2008 roku inwestorzy mogli na nich obstawić możliwość wystąpienia krachu gospodarczego.

Z kolei karta kredytowa, czyli całkowicie wirtualny pieniądz prywatny wydawany przez banki, to według klasycznej historii gospodarczej środek płatniczy wynaleziony najpóźniej. Prosta analiza zawartości twojego portfela demaskuje mityczny charakter opowieści o ewolucyjnej historii pieniądza. Nadal bowiem używamy - zdawałoby się - bardzo zacofanych form płatniczych.

Czy to zmienia nasze myślenie o pieniądzu: plemiona z wyspy Yap podobnie jak my używały pieniędzy do wymieniania się towarami i usługami?

- Takie przekonanie również stanowi jedną z półprawd klasycznej historii ekonomii. Jej powielanie przeszkadza w zrozumieniu, jak dziś funkcjonuje pieniądz. Nie został on wynaleziony po to, aby wymieniać jabłka na wyroby skórzane, lecz by organizować nierówności.

Według chińskiej legendy z VI w. p.n.e. Chińczycy nękani powtarzającymi się klęskami naturalnymi, straciwszy cały dobytek, musieli sprzedać swoje dzieci w niewolę. Gdy ich sytuacja się poprawiła, chcieli odzyskać potomstwo. Z pomocą przyszło państwo, które zleciwszy wybicie monet, wykupiło niewolników. W starożytnej Grecji zaczęto używać pieniędzy, by opłacać żołnierzy, którzy w ten sposób stali się pierwszą grupą pracowników najemnych. Co te dwie opowieści mają ze sobą wspólnego? Fakt, że zarówno jeden, jak i drugi suweren wprowadził do obiegu pieniądze kierowany nadzieją na przyszły zysk, czerpany albo ze spłaty długu, albo z grabieży wojennych. Zamiast upatrywać w pieniądzu pośrednika w wymianie towarów, warto pomyśleć o nim jako o sposobie mierzenia społecznych zobowiązań.

(projekt: Grzegorz Laszuk)(projekt: Grzegorz Laszuk)

Zresztą nie trzeba oglądać się na Chińczyków czy Greków, państwo Piastów mogło powstać dzięki pieniądzom pochodzącym ze sprzedaży niewolników do ówcześnie znacznie bardziej rozwiniętego od Europy świata islamu. Z pieniędzy tych Mieszko opłacał żołnierzy najemnych, którzy z kolei parali się grabieżą i brali w niewolę kolejnych mieszkańców terenów dziś nazywanych Polską.

W jaki sposób ta historyczna wiedza ma nam pomóc w zrozumieniu meandrów dzisiejszej ekonomii?

- Wbrew pozorom mówi nam ona zaskakująco wiele o naszej sytuacji. Po pierwsze, pokazuje, że formy pieniądza były i są nieustannie na nowo wymyślane. Po drugie, wskazuje na faktyczną intencję, jaka kryje się za tą kreatywnością - nadzieję na przyszły zysk. Pomnażanie pieniędzy daje bowiem władzę i sprawczość. Podstawowe pytanie brzmi więc, kto i w jaki sposób "wymyśla" dziś pieniądze.

Obecnie majątek ośmiu najbogatszych ludzi - dodajmy wyłącznie mężczyzn - jest równy temu, co posiada najbiedniejsza część ludzkości, czyli 3,7 mld osób. Mówiąc w uproszczeniu, dziś 1 proc. najbogatszych wpływa na to, w jaki sposób zorganizowany jest obrót pieniądza. Niestety, ich działania najlepiej opisuje hasło "bierzemy, co nasze, a po nas choćby i potop". Chodzi przede wszystkim o to, by zyski prywatyzować, a ewentualne straty uspołeczniać. Najlepszym przykładem tego typu działań był krach rynków finansowych w 2008 roku, w wyniku którego banki dostały od państw wielomiliardowe wsparcie. Ten zastrzyk popłynął prosto z publicznych pieniędzy. To obywatele zapłacili za dezynwolturę, a właściwie pazerność i nieuczciwość banków.

W debacie publicznej dezynwolturą i brakiem odpowiedzialności najczęściej obarczane są jednostki, które dały się skusić przystępnym ofertom banków, a potem nie mogły spłacić swoich zobowiązań. U nas taka narracja budowana była wokół frankowiczów. W Stanach za kryzys w dużej mierze obwinione zostały osoby niezamożne zaciągające kredyty wysokiego ryzyka.

- Badania pokazują, że nawet one obarczają siebie winą. Jednym z bohaterów mojej książki jest Arturo Travija, ubogi imigrant z Meksyku, który przyjechał do Kalifornii wraz z żoną i trójką dzieci, by pracować w fabryce. W pewnym momencie zdecydował się wziąć kredyt na dom, nie mógł go spłacić i stracił wszystko. Czy była to jego wina? Moim zdaniem nie! Eksperci mówili mu, że rynek nieruchomości będzie rósł w nieskończoność. Arturo myślał więc, że weźmie kredyt na kupno domu, którego wartość za 5 lat wzrośnie. Wówczas sprzeda nieruchomość, spłaci kredyt, a resztę zarobionych w ten sposób pieniędzy zainwestuje w rozkręcenie własnego biznesu. Niestety, rynek nieruchomości działa jak piramida finansowa. Na sprzedaży domów zarabiają jedynie ci, którzy znajdują się na szczycie, czyli weszli do niej najwcześniej. Magiczne zyski nie wynikają bowiem z tego, że ktoś dokonuje czegoś w świecie materialnym, ale z tego, że do piramidy zapraszane są wciąż nowe osoby. Te kupują domy od poprzedników, uprzednio zaciągając kredyt hipoteczny i licząc, że im też za kilka lat uda się sprzedać dom po cenie wyższej niż cena kupna. Arturo Travija po prostu znajdował się za daleko w tym łańcuchu.

Ekskluzywny dom na przedmieściach Salinas w Kalifornii. Na kupno tego typu posiadłości zaciągano kredyty wysokiego ryzyka, licząc, że po kilku latach uda się je sprzedać z zyskiem (fot. BrendelSignature at English Wikipedia / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0-migrated-with-disclaimers)Ekskluzywny dom na przedmieściach Salinas w Kalifornii. Na kupno tego typu posiadłości zaciągano kredyty wysokiego ryzyka, licząc, że po kilku latach uda się je sprzedać z zyskiem (fot. BrendelSignature at English Wikipedia / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0-migrated-with-disclaimers)

W dzisiejszym świecie pieniądz zorganizowany jest wokół różnego typu produktów finansowych. Kredyty hipoteczne, które zaciągały takie osoby jak Travija, stawały się elementami pakietów sprzedawanych inwestorom. Bank pobierał z tej transakcji prowizję. Inwestor zaś mógł dalej go odsprzedać lub cierpliwie czekać na zyski, gdy długi upchane w pakietach wreszcie zostaną spłacone.

To wszystko trudno zrozumieć, bo przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia, że pomnażanie pieniędzy ostatecznie wiąże się z działalnością w świecie materialnym, podczas gdy produkty finansowe czy rynek nieruchomości funkcjonują w logice "pieniądz robi pieniądz".

- Ta logika, zwana finansjalizacją, rządzi gospodarkami zachodnimi, a przede wszystkim gospodarką Stanów Zjednoczonych, od kilkudziesięciu lat. W takiej rzeczywistości głównym motorem napędzającym wzrost nie jest produkcja czy handel towarami. Zyski są czerpane z czystego obrotu pieniądzem oraz ze spekulacji na rynku nieruchomości.

Jedną z podstawowych zasad gospodarek kapitalistycznych jest 5-procentowa stopa zysku na kapitale. W czasie powojennego boomu w gospodarce amerykańskiej stopa zysku wynosiła aż kilkanaście procent. W latach 70. zyski wielkich firm przemysłowych zaczęły jednak spadać. Finansjalizacja była sposobem na utrzymanie świętej krowy kapitalizmu, czyli 5-procentowej stopy zwrotu na kapitale. Centrum dowodzenia gospodarką z Detroit przeniosło się na Wall Street.

Finansjalizacja charakteryzuje wyłącznie dojrzałe gospodarki kapitalistyczne i niczym jesień jest czasem zbierania owoców. Na początku więc przynosi góry pieniędzy, równocześnie pogłębiając rozwarstwienie społeczeństwa - w Stanach ten czas przypada na prezydenturę Billa Clintona - ale jak każda jesień, musi się kiedyś skończyć. Momentem tym był 2008 rok. Obecnie stery światowej gospodarki przejęły Chiny, natomiast Amerykanie w coraz mniejszym stopniu czują się odpowiedzialni za porządek globalny, o czym choćby świadczy wycofanie się Donalda Trumpa z paryskich ustaleń klimatycznych. Podczas gdy chińska Partia Komunistyczna zaczęła ich bronić, opowiadając się po stronie rozsądku. To rechot historii. Całkiem prawdopodobne, że za 100 lat dla historyków badających nasze czasy prawdziwym zwycięzcą Zimnej Wojny będą Chiny, a w podręcznikach 1989 rok zostanie zastąpiony rokiem 2008. Jak mówią: gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta.

Gdzie w globalnym porządku jest Polska?

- Przede wszystkim mainstream polskich ekonomistów ideowo nadal tkwi w latach 80., opowiadając o niewidzialnej ręce rynku, która przedsiębiorstwom zapewnia zdrową konkurencję i napędza gospodarkę. Otóż dzisiaj cała reszta świata na tego typu wyznanie wiary spogląda z politowaniem. Kapitalizm nigdy nie był systemem opartym na handlu i wolnym rynku, ale na monopolu i pieniądzu.

(projekt: Grzegorz Laszuk)(projekt: Grzegorz Laszuk)

Polskie myślenie o kapitalizmie ukształtowało się w latach 80., gdy nasz kraj wpadł w pułapkę długów zaciągniętych przez Gierka. Jaruzelski, musząc je spłacać, przestawił gospodarkę na sektor węglowy, bo tylko z niego były dewizy. Za zgodą państwa produkcję towarów konsumpcyjnych przejęła inicjatywa prywatna. Wszystkie reformy wdrażane po roku 80. wspierały funkcjonowanie tak zwanych prywaciarzy, chroniąc ich przed zagraniczną konkurencją. Dobra passa rodzimych drobnych przedsiębiorców i kupców trwała do końca lat 90., co przedstawiają dane dotyczące sektora handlu detalicznego. Ostatnia dekada pokazała jednak, że gospodarką kapitalistyczną rządzi nie tyle niewidzialna ręka rynku, ile rozpychające się łokcie dużych korporacji.

W jakim stopniu Polskę dotyka problem finansjalizacji?

- Jesteśmy krajem hybrydowym. Oznacza to, że zachodzą u nas procesy reindustrializacji, powstają duże zakłady przemysłowe dające miejsca pracy klasie ludowej. Jednocześnie zachodni, głównie niemiecki, kapitał inwestuje w polskie nieruchomości, takie jak domy handlowe, i czerpie z nich zyski, co jest efektem finansjalizacji.

W sensie społecznym dotykają nas te same globalne problemy, co resztę świata: przede wszystkim pogłębiające się różnice w poziomie zamożności obywateli. Najlepiej ten rozdźwięk ilustrują badania przewidywanej długości życia mieszkańców różnych części Warszawy: na Pradze-Północ mężczyźni przeciętnie dożywają 69,5 roku, tyle samo co mężczyźni w Bangladeszu, w Wilanowie - 82,2 roku, żyjąc o dwa lata dłużej niż liderzy rankingu długowieczności - Szwajcarzy.

Jak przeciwdziałać globalnemu społecznemu rozwarstwieniu?

- W kulturze europejskiej panuje przeświadczenie, że lepszy świat będzie rzeczywistością bez pieniądza, co ujawnia się w dziełach takich myślicieli jak choćby Tomasz More. Współczesne systemy wymiany barterowej, banki czasu i tym podobne wynalazki także czerpią z tej tradycji. Z mojej książki wynika jednak, że nie ma historii ludzkości bez historii pieniądza. Pieniądz sam w sobie nie jest zły, natomiast może być wykorzystywany do niecnych celów. Dlatego trzeba wymyślać sposoby jego właściwego i bardziej sprawiedliwego użycia. Świetnym tego przykładem może być kenijski system płatności Mpesa. Wyobraź sobie, że mieszkasz w wiosce. Musisz kupić swojemu dziecku podręcznik do szkoły. Niestety, najbliższa księgarnia jest oddalona o 100 km. Podróż to zbyt duży wydatek. W mieście mieszka twój znajomy, który mógłby nabyć dla ciebie podręcznik. Nie możesz zrobić przelewu, bo nie masz konta, jako osoba biedna jesteś wykluczona z oficjalnego systemu obrotu pieniądzem. Posiadasz natomiast telefon komórkowy. Na świecie jest ich aż 7 miliardów. W okolicznym kiosku kupujesz doładowanie. Otrzymujesz kod, ale go nie aktywujesz, tylko przesyłasz SMS-em układ cyfr do swojego znajomego. On może go uruchomić na swoim telefonie albo przekazać komuś innemu w zamian za inną usługę. Gdy coraz więcej osób zaczyna płacić w ten sposób, ktoś wpada na pomysł, by otworzyć punkty, w których za drobną opłatą można te kody wymieniać z powrotem na gotówkę. Tę metodę płatniczą stworzyli biedni ludzie, by przezwyciężyć wykluczenie.

Książka Kacpra Pobłockiego ''Kapitalizm. Historia krótkiego trwania'' ukazała się dzięki Fundacji Bęc Zmiana (fot. Justyna Chmielewska)Książka Kacpra Pobłockiego ''Kapitalizm. Historia krótkiego trwania'' ukazała się dzięki Fundacji Bęc Zmiana. Projekt okładki: Grzegorz Laszuk (fot. Justyna Chmielewska)

Innym bardzo poważnie dyskutowanym i badanym tematem jest dochód gwarantowany. Jeśli dasz ludziom pieniądze, to oni ich wcale nie przepiją - chyba że są alkoholikami, ale większość biednych ludzi nie jest - tylko potrafią je rozsądnie spożytkować. Liderami w eksperymentowaniu z dochodem gwarantowanym są kraje takie jak Namibia, RPA czy Brazylia. W Polsce badania pokazują, że program 500+ nie jest bezsensownym rozdawnictwem, ale sposobem na to, by biedniejsze rodziny zyskały więcej sprawczości. Progresywne myślenie o pieniądzach wymaga od nas, byśmy do lamusa wyrzucili nie tylko powiedzenie "gentlemani o pieniądzach nie rozmawiają", ale też niezwykle szkodliwe, paternalistyczne i nieprawdziwe hasło "ludziom trzeba dawać wędkę, a nie rybę". Ryba jest tak samo ważna jak wędka!


Kacper Pobłocki. Antropolog społeczny, pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz w Centrum Europejskich Studiów Lokalnych i Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książki "Kapitalizm. Historia krótkiego trwania" (2017) oraz licznych tekstów z zakresu studiów miejskich, antropologii porównawczej i ekonomicznej oraz historii społecznej. Współautor książki "Anty-bezradnik przestrzenny - prawo do miasta w działaniu" oraz współredaktor książki "Architektura niezrównoważona" (2016). Jego praca doktorska "The Cunning of Class - Urbanization of Inequality in Post-war Poland" (2010) została wyróżniona nagrodą Prezesa Rady Ministrów.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Przez wiele lat związana z Fundacją Nowej Kultury Bęc Zmiana, gdzie współprowadziła magazyn kulturalny "Notes na 6 tygodni".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (189)
Zaloguj się
  • shogun4

    0

    Jestem pewien, że ci którzy tak lekką ręką krytykują tu człowieka, nie mieli jego książki w ręku, nie mówiąc już o jej przeczytaniu. A pisze tam wyraźnie, że nie jest to książka stricte z dziedziny ekonomii, przynajmniej nie w tradycyjnym wydaniu. To jest spojrzenie antropologa, z dużą wiedzą historyczną, spojrzenie przestrzenne i to z dużej perspektywy, statystyczne, porównawcze. W moim odczuciu każdy profesjonalny ekonomista powinien chcieć tę książkę przeczytać dla własnego dobra, właśnie dlatego że daje spojrzenie, od którego tradycyjna ekonomia, zamknięta w wąskim, wirtualnym świecie statystyk i mnożników, jest zupełnie oderwana. To jest książka z perspektywą 1000 lat wstecz i pewnie ze 100 lat do przodu, a nie z perspektywą trendu na co najwyżej najbliższe 10 lat. To jest książka-sygnał, że obecny system się wyczerpuje, że wymaga gruntownej reformy, bo tak naprawdę stoimy w miejscu i opieramy wszytko o kolejne, nowe formy niewolnictwa. To że potęgi Dubaju, Chin czy Indii są dziś budowane na niewolniczej pracy wieśniaków, to fakt. To że pieniądz w gruncie rzeczy nie ma żadnej wartości i służy dziś najbogatszym do wykupywania realnych dóbr z rąk społeczeństwa światowego , to fakt. Przypominam sobie jak Detroit pogrążone w chaosie oglądałem jako SF w filmie Robocop, a dziś... to fakt. Czepiacie się tu jakichś wyrwanych z kontekstu jednego artykułu haseł, a to 500+, a to mediana... Wierzcie mi ludzie, przeczytajcie książkę, a zobaczycie, że facet nie wziął tych rzeczy z powietrza. Pewne statystyki i porównania są na prawdę imponujące. Jedyne czego wymaga ta książka, to umiejętność szerokiego spojrzenia, wręcz ogarnięcia jednym okiem całego horyzontu. Mnie pewnie jest łatwiej, bo znam dobrze historię. Ja w tej książce widzę jakiś maleńki zaczątek unaukowienia myśli Jacquesa Fresco, co do której jestem absolutnie przekonany, że stanie się kiedyś fundamentem naszego społeczeństwa, ale na poważnie wezmą ją dopiero nasze pra, pra, pra... wnuki, a z nas będą się śmiać jak z neandertali.

  • Dagmara Dobosz

    0

    Historia z Kulczykiem jest anegdotyczną. Ile w niej prawy trudno powiedzieć, ale wiadomo, że inaczej wydaje się pieniądze operując milionami niż tysiącami.

  • chlebojad

    0

    Nie można porównywać majątku najbogatszych z majątkiem biednych na wprost, bo porównujemy skalę makroekonomiczną z mikroekonomiczną. Buffet nie przejada swoich miliardów tylko jest bardziej ich managerem. Takie prostolinijne zestawianie cyferek jest bardzo wprowadzające w błąd. Np. nie jest tak, że majątek Buffeta można rozdać biednym. To nie są pieniądze na koncie tylko wartość kilkuset działających firm. Gdyby ktoś chciał je skaszować to po pierwsze okazałoby się, że nie jest to takie proste. Poza tym te firmy zatrudniają ludzi i tworzą produkty i usługi itd. sam fakt, że na końcu ma w nich udziały Buffet dla mnie osobiście niewiele znaczy. Ludzie mają bardzo naiwne myślenie o tej skali kapitału.

  • Karol Witkowski

    0

    Pewnie Kulczyk nie miał drobnych więc dał 50 zł a resztę zostawił na napiwek. Zawsze miał facet gest

  • Oceniono 1 raz 1

    Kulczyki maja leb na karku, odziedziczyli ogromny majatek i umieja nim zarzadzac, nadal pomnazaja swoje pieniadze...chcialabym byc taka przedsiebiorcza...

  • Konrad Lipski

    0

    Kapitalizm juz dawno umarł. Wolny przepływ kapitału. Wszelkie podatki są formą jego upadku. Nie zastępujmy jednych ideologii przez drugie. Pieniądz i bogactwo nie są wyznacznikiem poziomu szczęścia, czy długości życia. Co z tego, żę Kulczyk wycenił Hot doga na 50 PLN? Nie ma go już wśród żywych. Pieniądz jest tylko niezbędnym dodatkiem. Łatwo deprecjonować jest kapitał, gdy pożycza się pieniadze bez pokrycia licząc na spłate i wypracowanie wartości w przyszłości. Za takie postepowanie 100 lat temu można było zawisnąć na kiszkach ostatniego socjalisty.

  • stiopagnomkin

    0

    A propos wzmianki o długosci życia -GUS mógłby jeszcze z łaski swojej opublikować średnią wieku ludzi , którzy umierają teraz. A nie tylko średnią PRZEWIDYWANĄ długość życia.

  • deejay444

    0

    Czytam i nie wierzę własnym oczom : ,,badania pokazują, że program 500+ nie jest bezsensownym rozdawnictwem"
    Takie opinie w gazecie.pl, czy na pewno Naczelny o tym wie?! Jednak nie taki ten PiS straszny jak go malują?!

  • mikro_klik

    Oceniono 1 raz 1

    Uwielbiam takich "góru". Białoruś nie ma wyższego tempa wzrostu od Polski: tradingeconomics.com/belarus/gdp, a "pensja przeciętna", to nie pensja średnia, tylko właśnie dominanta, której publikowania domaga się autor książki. Nawiasem mówiąc GUS publikuje wszystkie 3 wartości (średnią, medianę i dominantę) - wystarczy poszukać na ich stronie zamiast powtarzać niepoparte niczym brednie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX