(fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Agnieszka Kościańska: Dyskusja o seksie i edukacji seksualnej to także dyskusja o kształcie państwa

Jeśli nie będzie równości w sferze seksualnej między kobietami i mężczyznami, między hetero i homoseksualistami, to nie będzie równości społecznej w ogóle. Jeśli zgodzimy się na piętnowanie ludzi za to, co robią w sypialni, to nie doświadczymy pełnej obywatelskiej partycypacji - przekonuje Agnieszka Kościańska, autorka książki "Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu".

Jak dziś wygląda edukacja seksualna w szkołach?

- Odbywa się w ramach przedmiotu "Wychowanie do życia w rodzinie". Jak wygląda w praktyce, zależy od poszczególnych nauczycieli. W tym momencie tylko jeden podręcznik jest dopuszczony do użytku szkolnego. To bardzo konserwatywny podręcznik pod redakcją Teresy Król.

Dlaczego konserwatywny?

- Bo umiejscawia seks jedynie w małżeństwie i opisuje go jako narzędzie służące wyłącznie do prokreacji. To zdecydowany odwrót od podejścia, jakie prezentowano w PRL, czy nawet na początku lat 90. Jeszcze dwie dekady temu szkoły mogły wybierać między podręcznikami Alicji Długołęckiej, Zbigniewa Lwa-Starowicza czy Zbigniewa Izdebskiego, które powstawały m.in. w odpowiedzi na listy pisane przez młodzież do seksuologów.

Edukatorka podcza lekcji wychowania seksualnego w jednym z łódzkich gimnazjów (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)Edukatorka podcza lekcji wychowania seksualnego w jednym z łódzkich gimnazjów (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

A teraz mamy podręcznik do wychowania we wstrzemięźliwości, w którym młodzież - a przypominam, że mamy XXI wiek - przeczyta, że homoseksualizm jest taką samą dewiacją jak zoofilia czy kazirodztwo. Taka nauka wyrządza więcej szkody niż pożytku osobom, które nie mieszczą się w tzw. normie.

"Edukację seksualną zostawmy rodzicom" - powiedziała w lutym tego roku minister edukacji Anna Zalewska. Tymczasem Fundacja Dajmy Dzieciom Siłę podała, że w zeszłym roku 53 proc. nastolatków miało kontakt z pornografią w internecie. I to internet - a czasem też znajomi - są pierwszym źródłem informacji o seksie.

- Są rodzice, którzy rozmawiają z dziećmi o seksie, ale to rzadkość. Dzięki badaniom przeprowadzonym wśród studentów przez profesor Marię Beisert, zaprezentowanym w książce pt. "Seks twojego dziecka" wiemy, że nastolatki uświadomione przez rodziców to zdecydowana mniejszość. Rodzice albo wstydzą się o tym rozmawiać, albo za późno podejmują inicjatywę. Badania prof. Izdebskiego pokazują, że nawet 80 proc. polskich nastolatków obu płci ogląda pornografię w internecie. Feona Atwood, brytyjska kulturoznawczyni, przeprowadziła badania międzynarodowe i tu wynik był podobny - dla młodych ludzi na całym świecie właśnie pornografia jest podstawowym źródłem wiedzy o seksie.

Jak to się stało, że seksualność jako temat, i jako problem, z prywatnej stała się publiczna?

- XIX wiek to czas silnej urbanizacji i przemian społecznych, powstawania nowego modelu państwa. W całej Europie rządzącym zaczyna zależeć na jakości życia swoich obywateli, na tym, żeby dzieci było tyle, ile trzeba, żeby były zdrowe, żeby społeczeństwo dotykało jak najmniej chorób, również tych wenerycznych. Dlatego kontrola nad seksualnością, a także nad płodnością kobiet stała się istotnym elementem sprawowania władzy.

Przez wiele stuleci młodzi chłopcy swoje pierwsze doświadczenia seksualne zdobywali w objęciach prostytutek (fot. "Rolla", obraz Henri Gervexa / Wikimedia.org / Domena publiczna)

I stąd potrzeba edukacji seksualnej?

- Tak, choćby po to, by chronić młodych przed chorobami wenerycznymi. Dwa stulecia temu były one prawdziwą plagą. W drugiej połowie XIX wieku obserwujemy coś, co się nazywa podwójnym standardem. Od kobiet oczekiwano wstrzemięźliwości i czystości, a od mężczyzn doświadczenia. Chłopcy z dobrych domów zwykle pierwszy raz przeżywali ze służącą albo z prostytutką, tak się zarażali. A potem te choroby przenosili na swoje cnotliwe żony.

To dlatego pierwsze poradniki uczą odpowiedzialności, odwołują się do sumienia mężczyzn, by mieli na względzie zdrowie swoich żon, matek swoich dzieci?

- Tak, a także los swoich nieślubnych dzieci i ich matek.

W ogromnych nakładach wychodziła wtedy też tzw. literatura antymasturbacyjna skierowana do młodzieży i jej wychowawców. Zauważano seksualność dzieci, ale uważano, że masturbacja jest szkodliwa, więcej, łączono ją z gruźlicą i innymi chorobami.

Wcześniej sprawy seksu regulował Kościół, wszystko, co działo się poza małżeństwem i nie służyło prokreacji, uważano za grzeszne. W XIX wieku kontrolę nad seksem przejmuje państwo i nauka, rozwija się nowa dziedzina - seksuologia. Zajmuje się ona opisywaniem ludzkiej seksualności, jej odmienności, ustalaniem w sposób medyczny, co jest normą, a co nie. W ten sposób powstaje nowoczesna edukacja seksualna. Służy ucywilizowaniu seksu.

Prostytutki w San Francisco, 1870 r. (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)Prostytutki w San Francisco, 1870 r. (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Jak ta wiedza przekładała się na edukację wśród nastolatków czy młodych małżeństw?

- Moment, kiedy zaczyna się o tym mówić otwarcie, to początek XX wieku. Gdy spojrzymy na prasę z tamtego okresu, panuje ogólna zgoda, że trzeba uświadamiać. Publikowane są pierwsze badania, które tłumaczą, skąd biorą się choroby weneryczne. Wcześniej, jeszcze w 1886 roku, ukazuje się "Psychopathia sexualis", czyli zbiór przypadków zaburzeń seksualnych. Książka ma mnóstwo wznowień, a autor dostaje setki listów z całej Europy. Zostaje przetłumaczona na polski i ukazuje się w Krakowie już dwa lata po wiedeńskiej premierze. Ludzi żywo te sprawy interesują, dyskutuje się o nich.

Zaczynają kształtować się dwa obozy, których argumenty słyszymy także dziś. Z jednej strony są konserwatyści, którzy chcieli umieścić seks w małżeństwie. Uważali, że trzeba młodzież uświadomić, ale tak, by nie rozbudzić w niej chęci współżycia. Drugą stroną zawiaduje doktor Walenty Łukasz Miklaszewski, który w swojej odezwie z 1906 roku otwarcie nawołuje do tego, by zreformować społeczeństwo, nie trzymać go w seksualnej niewiedzy i przede wszystkim wprowadzić równość między kobietami i mężczyznami.

Efektem tych zmian jest pierwsza lekcja edukacji seksualnej, którą przeprowadził nauczyciel przyrody Wacław Jezierski w 1904 roku. To był przełom?

- Zanim Jezierski zrobił tę pierwszą lekcję, narzekał, że biologii uczy się na bezpłciowych manekinach. Nie uczono wtedy o narządach wewnętrznych ze strachu, że wywoła to pytania o narządy płciowe. Jezierski postanowił to zmienić i krok po kroku przesuwał granicę, aż doprowadził do lekcji, podczas której pokazał budowę ciała człowieka. Później, w okresie międzywojennym, zaczęły u nas powstawać poradnie świadomego macierzyństwa i ruch na rzecz praw seksualnych.

Pikieta przeciwko wprowadzeniu edukacji seksualnej w przedszkolach i szkołach, maj 2013 r. (fot . Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Pikieta przeciwko wprowadzeniu edukacji seksualnej w przedszkolach i szkołach, maj 2013 r. (fot . Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Przy powstawaniu poradni świadomego macierzyństwa ogromną rolę odegrał duet Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński.

- Krzywicką, jak i inne czołowe aktywistki w Europie i Stanach Zjednoczonych, z Margaret Sanger, amerykańską pielęgniarką i feministką na czele, do działania popychały własne doświadczenia i obserwacje. Widziały swoje matki, koleżanki, sąsiadki chorujące po wielu porodach, cierpiące po nielegalnych i źle wykonanych aborcjach i postanowiły to zmienić. Krzywicka przekonała Boya-Żeleńskiego, literata, który jednak z wykształcenia był lekarzem, żeby zaczął pisać o problemach kobiet. Ona sama uznała, że jako kobieta będzie miała mniejszą siłę przebicia. I tak w latach 30. w efekcie ich starań zaczęły powstawać poradnie świadomego macierzyństwa.

Rozwijała się też wiedza o antykoncepcji. Wspomina pani, że pigułkę wymyślono już w latach 20. XX wieku.

- Już wtedy uczeni zdawali sobie sprawę, że odkryte przez nich hormony mogą zadziałać antykoncepcyjnie, ale klimat polityczny tamtych czasów nie sprzyjał takim badaniom. Bardzo silny sprzeciw Kościoła katolickiego uniemożliwiał ich rozwój. Pigułka pojawiła się w obiegu dopiero pod koniec lat 50. Warto dodać, że jeden z pierwszych uczonych, którzy pracowali nad pigułką, popełnił samobójstwo, nie mogąc znieść ataków na siebie i swoją rodzinę.

Czasem myślimy o Polsce jako kraju zacofanym, ale to nieprawda. Irena Krzywicka w swojej autobiografii wspominała pobyt na Zachodzie po II wojnie światowej, gdzie dopiero zaczynano dyskusję o antykoncepcji, aborcji, i pisała, że Polacy przerobili te zagadnienia już w 20-leciu międzywojennym. Starałam się pokazać w książce, że te idee niekoniecznie przyszły z Zachodu, a wiele z nich, jak kwestie emancypacji czy antykoncepcji, powstało w naszym regionie, w Warszawie, w Wiedniu, Berlinie, Pradze.

Michalina Wisłocka na Balu Harlequin'a (fot. Andrzej Iwańczuk / Agencja Gazeta)Michalina Wisłocka, autorka "Sztuki kochania", na Balu Harlequin'a (fot. Andrzej Iwańczuk / Agencja Gazeta)

Kolejnym takim przełomowym okresem był PRL. Oczywiście, możemy dyskutować o motywacjach władz. Czasem rządzący chcieli utrzeć nosa Kościołowi, czasem zagonić kobiety do fabryk, bo brakowało rąk do pracy. Aborcję zalegalizowano, bo ok. 80 tys. kobiet rocznie trafiało do szpitali po nielegalnych, wykonanych w fatalnych warunkach skrobankach. W PRL prężnie działało Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, edukowano za pośrednictwem prasy; wydawnictwa publikowały seksualne poradniki, a ludzie związani z TŚM jeździli od szkoły do szkoły i odpowiadali na pytania młodzieży.

Po Polsce jeździła też Michalina Wisłocka, której "Sztukę kochania" przypomniało ostatnio kino. Tymczasem pani zwraca uwagę, że nasza "pani od seksu" była w swoich radach bardzo zachowawcza. Zdecydowanie bardziej postępowy poradnik, choć katolicki, wydał w tym samym czasie Andrzej Wielowieyski.

- Wisłocka często podkreślała, że kobieta nie powinna wprost komunikować mężczyźnie swoich potrzeb, bo on się wtedy przestraszy i ucieknie. Więcej, uważała, że panom nie powinno się nic mówić wprost, nawet tego, żeby poszli do dentysty. Można im to zasugerować w taki sposób, żeby myśleli, że to ich inicjatywa. Ale takie podejście wpisywało się w model męskości i kobiecości lat 70. Jeśli przyjrzymy się prasie poradnikowej z tego okresu, to o mężczyznach pisało się wtedy jak o dużych dzieciach. Dlatego zamiast mówić mężowi: chcę się dziś pokochać, trzeba było dać mu delikatnie do zrozumienia. Wisłocka podkreślała, że kobieta nigdy nie powinna inicjować seksu, powinna dawać się uwodzić, bo mężczyźni uwielbiają zdobywać. "Sztuka kochania" wyznaczała kobiecie tradycyjne miejsce w przestrzeni domowej, jako figury zakulisowo rządzącej domem. Zupełnie inaczej pisał o tym Andrzej Wielowieyski we wspomnianym poradniku katolickim. Mówił na przykład, że nie ma nic złego w tym, żeby to żona wyszła z inicjatywą.

Lata 70. to powiew większej swobody i obyczajowego rozprężenia, co skutkowało także odważniejszym podejściem do edukacji seksualnej.

- Program nauczania z 1975 roku w ramach przedmiotu "Przygotowanie do życia w rodzinie" mówił, że ucznia należy traktować podmiotowo. I że uczniowie powinni prowadzić badania związane z seksualnością, poszukiwać, dyskutować i poznawać temat. Choć, jeśli chodziła pani do PRL-owskiej podstawówki, to pamięta, że z realizacją idei podmiotowego traktowania ucznia było dość słabo. Ale pomysł, że ucznia w kontekście seksualności należy traktować jak osobę dojrzałą, której warto przekazać wiedzę oraz wartości z nią związane, jest fajny. I takie podejście zostało zrealizowane w podręczniku do przedmiotu, napisanym w 1987 roku przez Wiesława Sokoluka, Marię Trawińską i Dagmarę Andziak.

Zbigniew Lew Starowicz podpisuje książkę 'Rodzina i dom. Seks trudny czy łatwy'. Kiermasz książek przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie podczas Dni Oświaty, Książki i Prasy, 1980 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Zbigniew Lew Starowicz podpisuje książkę 'Rodzina i dom. Seks trudny czy łatwy'. Kiermasz książek przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie podczas Dni Oświaty, Książki i Prasy, 1980 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

I który od razu spotkał się z krytyką.

- Kontrowersje budziła szczególnie część Sokoluka, w której pisał, że każdy indywidualnie musi podjąć decyzję, kiedy rozpocząć życie seksualne. Podawał argumenty za i przeciw, radził zastanowić się nad dojrzałością związku i wspólnie decydować. Krytycy tej książki mówili nie tylko, że podręcznik demoralizuje i jest antykatolicki, ale przede wszystkim przeszkadzało im to, że nastolatki mają same podjąć tak ważną decyzję. A przecież to wiek, kiedy często dochodzi do inicjacji seksualnej. I autorzy podręcznika przyjęli po prostu do wiadomości, że od zakazywania seksu młodzież nie przestanie go uprawiać, bo od zawsze się jej tego zakazuje, a ona jakoś nie słucha.

Krytycy podręcznika twierdzili, że książka jest atakiem na polską młodzież, argumentując w podobny sposób, w jaki dziś mówi się o szkodliwości Konwencji Antyprzemocowej czy pigułce "dzień po".

- To absurd, że 15-latka, zgodnie z polskim prawem, może legalnie współżyć, 16-latka może wyjść za mąż, ale nie może podjąć decyzji o swojej seksualności i płodności. Brakuje tu konsekwencji. Jeśli nie chcemy, żeby nastolatki współżyły, przesuńmy granicę legalnego seksu od 18. roku życia. A jeśli nie chcemy tego robić, dajmy nastolatkom dostęp do antykoncepcji, bo to jest grupa, która najgorzej sobie poradzi, jeśli zajdzie w ciążę.

Ten podręcznik otworzył wówczas dyskusję, która trwa nieprzerwanie do dziś. Powstał wówczas nawet list pasterski przeciwko demoralizacji, podobne argumenty pojawiały się znowu kilka lat temu w liście pasterskim w sprawie gender. Te wszystkie argumenty narodowe, religijne dziś i 30 lat temu brzmią zupełnie tak samo. Przeszliśmy transformację, tyle się wydarzyło, tylko stosunek do tej sfery pozostał ten sam. Z jednej strony lata 90. to początek aktywizacji gejów i lesbijek, potem osób trans. Więcej mówi się o przemocy seksualnej, w ogóle temat przemocy wobec kobiet zaczyna pojawiać się w debacie publicznej. Z drugiej strony kobiety przegrały batalię o antykoncepcję i aborcję. Często myślimy o transformacji jako czymś postępowym, ale nie do końca tak jest. To jest też czas, kiedy odcięliśmy się do emancypacyjnej przeszłości socjalizmu, i wiele z tego, co przed 89 rokiem udało się wprowadzić polskiej seksuologii, zostało zaprzepaszczone.

Książka 'Zobaczyć łosia...' Agnieszki Kościańskiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe / archiwum prywatne)Książka 'Zobaczyć łosia...' Agnieszki Kościańskiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe / archiwum prywatne)

Szkoda, bo dyskusja o seksie i edukacji seksualnej to także rozmowa o kształcie państwa. Jeśli nie będzie równości w sferze seksualnej między kobietami i mężczyznami, między hetero i homoseksualistami, to nie będzie równości społecznej w ogóle. Jeśli zgodzimy się na piętnowanie ludzi za to, co robią w sypialni, to w efekcie nie doświadczymy pełnej obywatelskiej partycypacji. Dostrzegł to już na początku XX wieku wspomniany Miklaszewski, mówiąc, że nie będzie końca prostytucji bez emancypacji kobiet. Kobiety się prostytuują, bo popycha je do tego patriarchat. Nam się może dziś wydawać, że kwestia nierządu to sprawa XIX wieku, że to margines, ale spójrzmy na świetnie działający system sponsoringu, na to, że nadal kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. Często nie są w stanie utrzymać siebie i dzieci bez pomocy partnera. Nie mogą od niego odejść nawet wtedy, kiedy je bije czy znęca się nad nimi, bo nie mają z czego żyć. Może jeśli w ten sposób spojrzymy na seks, to zrozumiemy, że kwestia równości w przestrzeni seksualnej jest kluczowa dla równości społecznej.

Książkę Agnieszki Kościańskiej "Zobaczyć łosia..." w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>


Agnieszka Kościańska. Pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książek Płeć, przyjemność i przemoc (2014) oraz Potęga ciszy (2009). Redaktorka prac zbiorowych, antologii tłumaczeń i numerów monograficznych czasopism poświęconych zagadnieniom płci, seksualności, religii i wykluczenia, np. Antropologia seksualności (2012). Stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej (New School for Social Research), Marie Curie Fellowship (Uniwersytet Harvarda), Imre Kertész Kolleg Jena. Zastępczyni redaktora naczelnego "Ludu".

Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak "Zwierciadło", "Sens", "Tygodnik Powszechny". Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak "Pracownie" i "Wiersze w Metrze", feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (73)
Zaloguj się
  • horacy1980

    Oceniono 14 razy -10

    Dlaczego państwo tak bardzo chce uczyć nasze dzieci seksu? Dlaczego nie zostawić tego rodzicom? A może chodzi o to, żeby walczyć z tradycyjnymi wartościami?

  • dobrochnaa

    Oceniono 6 razy -4

    Jestem jednak przeciwna promowaniu idei tzw. "wolnego seksu" i mentalności, w której życie seksualne jest swobodne, nie związane z uczuciem i związkiem małżeńskim. Już obecnie panuje duża rozwiązłość, zdrady seksualne są na porządku dziennym. Zdradzany partner albo nie wie, albo udaje, nawet przed sobą, że nie wie lub w ciszy "przeżuwa" psychologicznie zdradę i toleruje ją. Niemniej efekty wypływają - np. poprzez podniesienie się poziomu konfliktowości w związku, generalnego braku zaufania i pojawiającej się i rosnącej antypatii do partnera.

  • gogol_m

    Oceniono 6 razy -4

    "Jeśli zgodzimy się na piętnowanie ludzi za to, co robią w sypialni, to nie doświadczymy pełnej obywatelskiej partycypacji ..."
    Jakiś przykład piętnowania za to, co ludzie robią w sypialni z ostatnich lat?

  • biblia11

    Oceniono 2 razy -2

    oj ludzie,ludzie już pierwsze badania dowodzą że w krajach które nie dały się ponieść waszej rozwiązłości w śród dzieci jest dużo mniej niechcianych ciąż,róbcie co chcecie żal mi was ale nigdy przenigdy nie pozwolimy w tą przepaść ciągnąć naszych dzieci i wiecie co z Bożą pomocą będzie nas coraz więcej bo w naszym kraju zaszło niesamowite wydarzenie I N T R O N I Z A C J A

  • Zuzanna Kiliańska

    Oceniono 1 raz -1

    Książka pani Król jest jedyną książką. PODRĘCZNIKIEM. Ale obie rozmówczynie zapomniały albo nie wiedzą, że są też ZESZYTY UCZNIA do tego przedmiotu dostępne za sprawą innych autorów i wydawnictw, jak np. MOJE DORASTANIE. Recz mniej radykalna i zaściankowa niż wędrując ku dorosłości.

  • twzelnik

    0

    Straszny bełkot.
    Nie cierpię PiS, ale dziewiętnastowieczne, mocno zresztą zakłamane, wizje to jakiś absurd.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl

    0

    Jest w tym artykule duże niedopowiedzenie. Dr Miklaszewski, przedstawiony tutaj jako postępowy, był mocno krytykowany przez sufrażystki. Twierdził, że normalna kobieta nie jest zdolna do orgazmu. Że orgazmu to cecha tylko kobiet zdemoralizowanych i o zniszczonych nerwach.

    Ponieważ nie można tu wstawić linku, proszę wpisać w wyszukiwarkę: Pan doktór contra sufrażystki.

  • jarek.jam

    Oceniono 4 razy 0

    s sluzace swoj pierwszy raz ?

  • dobrochnaa

    Oceniono 1 raz 1

    Oczywiście, książka Wisłockiej to dosyć komiczny twór- z jednej strony to bardzo, hm, nie tyle konserwatywne co głupie podejście do psychologicznych relacji mężczyzny i kobiety, traktujące mężczyznę w sposób nieco przedmiotowy, instrumentalny i takież zalecenia odnośnie relacji kobiety wobec mężczyzny. Z drugiej zaś strony to daleko posunięty w swojej śmiałej, nie mającej granic i oporów tematyce podręcznik "technik seksualnych". Dlatego właśnie po przeczytaniu wyrywkowo kilku stron ze zdegustowaniem go porzuciłam - właśnie ze względu na kołtuński a nawet nienormalny sposób traktowania psychologicznych relacji międzyludzkich.
    Uważam, że błędem jest nazywać przedmiot, o którym mowa "edukacją seksualną". Przedmiot ten powinien raczej nazywać się "higieną życia seksualnego" i takiej tematyki powinien dotyczyć - uczniowie mogliby na takiej lekcji dowiedzieć się np. ze sposobami antykoncepcji w różnej formie, typami chorób, którymi można się zarazić drogą płciową (i nie należy ograniczać do chorób wenerycznych), sposobami zabezpieczania się przed zarażeniem, zapoznaniem z fizjologią, i wskazanie na ograniczenia pod tym względem chociażby okresu wiekowego inicjacji, itd., itp. To byłby dobry sposób na przekazanie młodzieży nieco podstawowej edukacji medycznej i związanej z higieną - czego jest za mało w obecnym podejściu.
    Poza tym dobrze byłoby aby nauczycielka wymieniła kilka na dobrym poziomie, fachowych podręczników seksualnych. Sądzę że taki zakres edukacji w tym obszarze byłby wystarczający na etapie szkolnym.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX