Muzeum II Wojny Światowej

Muzeum II Wojny Światowej (fot. Filip Springer)

historia jednego miejsca

Muzeum II Wojny Światowej. Przeszłość schowana pod ziemią stała się kosztowną zabawką polityków

W tym budynku na każdym kroku wyczuwa się presję, pod jaką pracowali jego projektanci. Ciśnienie, by to Muzeum było zachwycające. To choroba wielu inwestycji, w które wpompowano górę publicznych pieniędzy. A w Muzeum II Wojny Światowej wpompowano ich naprawdę dużo, bo 450 mln złotych.

W ostatnich latach Trójmiasto, a zwłaszcza Gdańsk, zyskało kilka tak zwanych "sztandarowych inwestycji" związanych z kulturą. Wszystkie one jeszcze przed otwarciem stały się architektonicznymi ikonami. Wystarczy choćby wspomnieć pokryte kortenem i rozchwiane Europejskie Centrum Solidarności czy nieco młodszy, ale nie mniej spektakularny Teatr Szekspirowski. Ikoniczne jest też bez wątpienia Muzeum II Wojny Światowej.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Ostatnio słyszeliśmy o nim przede wszystkim ze względu na wystawę, która zdaniem obecnej ekipy rządzącej nie "prezentuje polskiego punktu widzenia". W samym muzeum zaś brakuje "pozytywnych aspektów wojny", dlatego po sądowych przepychankach zmieniono tam dyrektora. I nic to, że sama ekspozycja na razie dość zgodnie przez krytyków i historyków sztuki oceniana jest dobrze. Czesława Frejlich, kuratorka i redaktor naczelna kwartalnika "2+3D", na łamach "Architektury - Murator" nazwała ją nawet wzorcową i "jedną z najlepszych wystaw historycznych, jakie zdarzyło jej się obejrzeć".

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Ale to tylko ostatnie kontrowersje związane z  Muzeum II Wojny Światowej. Nie obyło się bez nich już na etapie konkursu architektonicznego, z patronatu nad którym wycofało się Stowarzyszenie Architektów RP. Powodem takiego stanowiska SARP-u był brak w sądzie konkursowym architektów z doświadczeniem w tego typu realizacjach. Magia nazwiska przewodniczącego jury - architekta Daniela Libeskinda, wystarczyła jednak, by konkurs przeprowadzić nawet bez błogosławieństwa najważniejszej organizacji branżowej. Piętno, jakie Libeskind odcisnął na tym, co powstało nad Kanałem Raduni, było jednak o wiele silniejsze.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Tym, co muzeum łączy z ECS i Teatrem Szekspirowskim, jest nie tylko ikoniczność, ale też związana z nią technologiczna i finansowa gigantomania. W Teatrze Szekspirowskim zadbano i zapłacono słono za ręcznie formowaną cegłę antracytową, ale już nie sprawdzono, czy z najwyższych balkonów i najdalszych rzędów słychać i widać cokolwiek z tego, co dzieje się na scenie. Nie wspominając już o tym drobnym szczególe, że cały budynek wystaje poza działkę, która była pod niego przeznaczona. Europejskie Centrum Solidarności to zaś budynek spektakularny i odważny, ale stanął on w miejscu, w którym dokonano brutalnej rzezi zabytkowych, pamiętających jeszcze XIX wiek, oryginalnych obiektów stoczni. A posadzone w jego ogrodzie zimowym drzewa kupione za kwotę prawie 300 tysięcy złotych po zaledwie dwóch latach spektakularnie uschły.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Rozmachu nie zabrakło też przy budowie Muzeum II Wojny Światowej. Zwycięski projekt Studia Architektonicznego Kwadrat (Jacek Droszcz, Bazyli Domsta, Andrzej Kwieciński, Zbigniew Kowalewski) zakładał bowiem głęboki, czternastometrowy wykop oraz wprowadzenie głównej ekspozycji pod ziemię. Biorąc pod uwagę zaawansowaną konstrukcję części naziemnej (pochyłą wieżę), a przede wszystkim charakterystykę terenu (sąsiedztwo Kanału Raduni, trudne warunki wodne, duża ilość torfu), wiadomo było, że taki zabieg będzie wyzwaniem technologicznym, a co za tym idzie - finansowym. I tutaj objawia się pierwszy zarzut, jaki można sformułować do tego budynku. Fascynacja inżynierską wirtuozerią to rzecz mocno już zaprzeszła. Może i w czasach pierwszych drapaczy chmur wytłumaczalne były zachwyty nad wytrzymałością ich stalowych szkieletów i biegłością inżynierów w ich projektowaniu. Od dłuższego już czasu wiadomo jednak, że możliwości inżynierów i architektów są już właściwie niczym innym jak wynikiem równoważenia się sił natury i kapitału. Im większy kapitał, tym mniej trzeba się liczyć z siłami natury.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

W przypadku Muzeum II Wojny Światowej kapitał był publiczny. Zdecydowano, że zostanie on spożytkowany na coś, co projektant konstrukcji tego obiektu nazwał obrazowo "Podwodnym betonowaniem suchego wykopu". To już samo w sobie brzmi jak coś kosztownego. W istocie muzeum kosztowało 450 milionów złotych, przy czym spora część tej kwoty wylądowała pod ziemią. Dla porównania: Muzeum Historii Żydów Polskich pochłonęło 320 mln, Europejskie Centrum Solidarności - 232 mln, Filharmonia w Szczecinie - 120 mln, Teatr Szekspirowski - 100 mln, gdyńskie Muzeum Emigracji - 50 mln. Zasadnym jest zatem pytanie: czy było warto?

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Miejsce, w którym ten obiekt stanął, jest symboliczne. Wiadrownia to dzielnica wymazana z mapy Gdańska działaniami wojennymi. Kiedyś stały tu domy, dziś dominuje raczej architektura przemysłowa i magazynowa. Ekspresyjna bryła muzeum odcina się w tym krajobrazie, widać ją z daleka. Nie rymuje się właściwie z niczym w okolicy. Trudno odmówić jej jednak magnetyzującej mocy. Budynek jest tak inny i tak dziwny, że musi przyciągać i intrygować. Trochę irytuje tą swoją nachalnością, ale też w jakimś sensie zaprasza do samodzielnego poszukania odpowiedzi na pytania, które stawia.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Z bliska jawi się już w pełnej krasie. Największe wrażenie robi tu główny korpus gmachu, który (jakby) z impetem wbija się w grunt. Tę przechyloną wieżę obłożono okładziną w ceglastym kolorze, z jednej strony przeszkloną tak, by można było z wnętrza podziwiać panoramę Gdańska. Głównemu gmachowi towarzyszy mniejsza, połączona z nim bryła. To parterowy pawilon, w którym znalazła się część biurowa i hotelowa (niestety, bo kto chciałby mieszkać w pokoju z oknem na poziomie ulicy i chodnika?). Między wieżą a pawilonem wykopano głęboki wąwóz, jedna z jego ścian została zbudowana z ceglanego gruzu. Funkcji tego wąwozu, poza spacerową, trudno jednak dociec.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Tak czy inaczej, krzywa wieża dominuje nad tym wszystkim. Tym bardziej zaskakujące jest to, że zwiedzanie muzeum, które tak bardzo pnie się ku niebu, zaczyna się i kończy pod ziemią. To tam właśnie znajduje się główna ekspozycja. Jej omówieniu trzeba by poświęcić osobny artykuł, dość tu jednak powiedzieć, że umiar i pokora, z jakimi ją opracowano, nie współgra z wrażeniem, jakie stwarza budynek, w którym się znalazła.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Zamysł architektów był tu taki, by zaprosić zwiedzających do mrocznego, niepokojącego i przygnębiającego świata wojny.

- Przeszłość zamknięta jest w podziemiu. Tam toczy się opowieść o traumie wojny, o ludzkim okrucieństwie, zdradzie i nienawiści, ale również o bohaterstwie, poświęceniu, odwadze i miłości - pisze w autorskim tekście o tym projekcie jeden z projektantów, Bazyli Domsta. - To narracja o tej części naszej natury będzie prowadziła zwiedzających na wyższe kondygnacje, do światła, ku teraźniejszości.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Przestrzenią poświęconą tej teraźniejszości ma być w zamyśle projektantów plac otaczający muzeum. Jeśli jednak przyjrzeć mu się z bliska, trudno nie odnieść wrażenia, że proponuje on teraźniejszość betonową, pozbawioną ludzkiego wymiaru, mało przytulną i niezachęcającą. To teraźniejszość, w której zmuszeni jesteśmy do ciągłej admiracji budynku - pomnika (znicza, bunkra, szrapnela, przechylonej kamienicy - to podpowiedzi samych architektów). W cieniu czegoś takiego nie sposób odpocząć, trudno się spotkać, brakuje tu ciszy wizualnej i umiaru.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Nie wychodząc z budynku możemy tę teraźniejszość jednak pominąć i windą albo imponującymi schodami przez kolejne piętra, na których znajdują się biblioteka, sale wykładowe i konferencyjne, restauracja i taras widokowy, dostać się w przyszłość. Pytanie, czy patrząc z wysokości na odbudowane miasto dojdziemy do wniosku, że każdy koszmar się kończy? Ja miałem wątpliwości.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Trudno odmówić temu budynkowi spójnej narracji. Dla jednych będzie ona przekonywująca, dla innych, w tym mnie, niezbyt. Nie ona jest jednak jego największym problemem. O wiele większym jest wyczuwalne tu chyba na każdym kroku, poza wystawą, która jednak czerpie z tej architektury dość niewiele, ciśnienie, by obiekt ten był zachwycający. To choroba wielu inwestycji, w które wpompowano górę publicznych pieniędzy. Obarczone są one pewnym brzemieniem populizmu, ich spektakularność musi uzasadniać, z nawiązką, wydatek, jaki poniosła wspólnota. Muszą się też takie obiekty okazale prezentować na zdjęciach, muszą zachwycać, stają się bowiem tłem dla wyborczych kampanii. Muzeum II Wojny Światowej też na tę przypadłość cierpi. Wyraża się ona tutaj w nadmiernej, moim zdaniem, ekspresji - efekcie, który okupiono inżynierskim i finansowym wysiłkiem. Świat zachwycał się takimi rzeczami w czasach, gdy Daniel Libeskind, Zaha Hadid i Frank Gehry stawiali swoje pierwsze budynki. Trochę wody w Kanale Raduni od tego czasu upłynęło. Środki wyrazu wykorzystane w tym budynku należą już chyba do niedalekiej, ale jednak przeszłości. Może pora pójść dalej?


Filip Springer.
Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Źle Urodzonych" (Karakter), "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), "13 Pięter" (Czarne) i "Księgi Zachwytów" (Agora).  Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (35)
Zaloguj się
  • bilinski53

    Oceniono 17 razy 5

    To typowy produkt globalizmu, wzorowany na trendach zachodnich i to już przeszłych........Przykład braku samodzielności kulturowej, architektoniczno-inwestorskiego środowiska gdańskiego.
    Poza błędami celnie wytkniętymi w powyższym artykule( najgorszy z nich to oczywiście chowanie budynku w ziemi-czysta głupota)......Ponadto szczególnie drażni "włażenie" nieciekawego otoczenia w strefę przestrzeni muzeum........"efekt" łatwy wcześniej do przewidzenia. Bijcie się w piersi Panowie Architekci i Jurorzy Konkursowi ! !........Trzeba było zrobić budynek w typologii kwartału z pięknym dziedzińcem wewnętrznym z wykreowanym tam "fascynującym wyciszonym światem" stanowiącym stref wejścia do mrocznych zróżnicowanych rozpiętościami traktów pomieszczeń wystawienniczych, wokół.....Tak kwartał muzealny, czyli budynek o dwóch twarzach: zewnętrznej "dla Gdańska" i wewnętrznej dla Muzeum byłby zdecydowanie lepszy......i bez wchodzenia pod ziemię ( a właściwie pod wodę) ! !
    Pozdrawiam

  • Antoni Bierowiec

    Oceniono 26 razy 4

    byłam, widziałam - jestem z pokolenia tuż po wojnie - zrobiło na mnie potężne wrażenie - myślę że było to zamysłem architekta i autora wystawy, miało pokazać tragizm wojny a jednocześnie nam współczesnym uzmysłowić jak niewiele potrzeba aby kataklizm się powtórzył.Dziękuję miastu i autorom.Cena niewielka jeżeli ma się przyczynić do utrzymania pokoju .

  • gorszy_sort

    Oceniono 15 razy 3

    dobrze pan to ujął, panie Filipie
    Dodałabym jeszcze - trudny komunikacyjnie, nie wiem czy uzasadnione odległości do przemierzenia, ilości schodów. Za mało wind, dotarcie do parkingu graniczy z cudem, i samo zejście do wejścia głównego* - koszmarne dla ludzi starszych, ludzi z wózkami, na wózkach. Brak windy zewnętrznej - a jest na nia miejsce. Pochylnia ma z 200m (bez spoczników) i zaczyna sie w tylnej części obiektu - kto tam trafi??
    Megalomania, niestety. Ale ogólnie - fantastyczne.

    * - syndrom tych czasów: korzystam ostatnio dośc intensywnie z zajęć w Słuzewskim Domu Kultury i widze coraz więcej błędów - czyli walka o ikonicznośc projektu. najgorsze to zejście w dół aby wejść do góry....KOSZMAR

  • busqueros

    Oceniono 6 razy 2

    I-komiczne, panie Filipie, i-komiczne.

  • lina555

    Oceniono 13 razy 1

    Byłam, widziałam, obejrzałam wystawy, Jestem pełna uznania dla zespołu prof. Machcewicza i diabli mnie biorą, gdy pomyślę, że jest to we władaniu PiS-u, który marzy o tym, aby to zdemolować, chociaż sam niczego stworzyć nie potrafi!

  • the.nemey

    Oceniono 2 razy 0

    Chowa się nie tyle w ziemię, co do wody. Tam gdzie kanał Rauni łączy się z Motławą woda jest na głębokości 2m. Zrobić tu wykop, na 20 metrów w głąb, to czyste szaleństwo. Dobrze, że ciężar nadbudówek równoważy wypór, ale nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia obiekt by wypłynął lub woda pod ciśnieniem setek atmosfer zatopiłaby dolne pokłady.

  • Matt Snow

    Oceniono 2 razy 0

    mamy kilka kosztownych bunkrów i stadion, długi, prezydent miasta kilkanaście mieszkań a kierowcy dziury w drogach

  • bart5554

    Oceniono 18 razy 0

    Piękny budynek. Oczywiscie Wyborcza stara się Wam go zobrzydzić. "Taka droga, wszyscy czuli presję". A ile kosztowało muzeum historii Żydów w Warszawie? I ile poszło na jej budowę z budżetu państwa? Ile idzie co miesiąc na utrzymanie?

  • jakobhorner

    Oceniono 8 razy 0

    Schody główne w ścianę, bez kontynuacji. Potem wnętrza z parkingu podziemnego galerii handlowej. Same wejścia od strony miasta zupełnie nie jasne, bezsensowne, od mostku zwężenie, ludzie walą wałem, z drugiej strony beznadziejne pole beznadziejnego bruku, poprzecinane, jak cały plac, architektonicznymi udziwnieniami, przeskadzajkami kryjącymi tylko uwiąd i niemoc projektantów. Orientacji i intuicyjności brak. Fajna wieża to biura dla wybranych pracowników i bogaczy w restauracji - akcent architektoniczny z oknami (!) (trzeba podkreślić w ich deficycie). Po co budować wieżę tylko dla towarzystwa? Tym samym, wieża spełnia tę samą rolę co byle jaki wieżowiec, zamknięty dla NIE-pracowników, obcy, wygrodzony i pod okiem pedela, pokazujący fuck you obywatelom za których kasę go wybudowano.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX