Jest panu przykro?
- Pewnie, że jest. Ale jeżeli kapłan organizujący drogę krzyżową uważa, że ja nie powinienem nieść krzyż a, to nieść go nie będę.
A uważa tak, bo obiecał pan podczas czarnego protestu, że sfinansuje in vitro z kasy miasta.
- Nie tylko obiecałem, ale i zacząłem to robić. Na ostatniej sesji rady miejskiej wnioskowałem o upoważnienie do przygotowania uchwały o finansowaniu in vitro dla mieszkańców Chojnic. A ściślej dla par, które leczą się na niepłodność.
I wywołał pan burzę.
- Rozgorzała dyskusja, a ksiądz Janusz Chyła, proboszcz parafii Matki Bożej powiedział, że burmistrz, który promuje in vitro, nie powinien nieść krzyża podczas drogi krzyżowej. Taka jest u nas tradycja, że różne osoby, strażacy czy samorządowcy, ten krzyż niosą. Ja co roku przez 19 lat też ten krzyż nosiłem.
Co pan teraz zrobi?
Wezmę udział w drodze krzyżowej i poniosę sobie swój krzyż, bo każdy z nas taki symboliczny krzyż przecież ma. Musiałem na wypowiedź księdza zareagować, bo powiedział, że nie mogę krzyża nieść, chyba, że się poprawię. Że się pokajam.
Coś mi się wydaje, że to nie nastąpi.
- Nie, bo musiałbym zmienić swoje poglądy. A ja ich nie zmienię. Przy czym uważam, że trzeba czytać, rozmawiać, rozwijać się. 15 lat temu o in vitro nie słyszałem, ale teraz już wiem, co to jest. Zresztą Platforma zaczęła in vitro finansować za późno, bo dopiero w ostatnim roku swoich rządów, a PiS, propagując naukę Kościoła, nie wiedzieć dlaczego, od razu je uciął. Ludzie powinni korzystać ze zdobyczy nauki. Jeżeli je odrzucimy, to zaczniemy się cofać.
A ma pan poparcie rady miasta?
- Mam 16 głosów za i dwa głosy wstrzymujące. Teraz komisja społeczna razem ze mną będzie przygotowywać uchwałę rady miejskiej w obszarze profilaktyki i procedur medycznych leczących niepłodność, w tym in vitro. Niepłodność jest chorobą społeczną, więc czemu ludziom nie pomóc?
Wbrew Kościołowi?
- Dyskusja o in vitro była i będzie. Ale moje zdanie różni się od stanowiska Kościoła, bo uważam, że samorząd ma charakter świecki. Jeżeli Kościół twierdzi, że in vitro jest złe, to przecież może przekonywać katolików, żeby go nie stosowali. Natomiast każdy, będąc katolikiem, ma wolną wolę i może podjąć decyzję. Na tym opieram swoją argumentację związaną z in vitro.
Czy mieszkańcy Chojnic myślą podobnie?
- Trafia do mnie wiele głosów poparcia, wielu mieszkańców myśli tak, jak ja. Poza tym podkreślam, że to jest dobrowolna kwestia. Wie pani, mam nadzieję, że pociągniemy do działania inne mniejsze miasta. Z małego miasta trzeba do kliniki dojechać, to nie jest jak w dużej aglomeracji, że można się dostać do szpitala tramwajem. Tym bardziej trzeba ludziom pomóc, bo dziesięć wizyt w klinice to już konkretny wydatek. Nie mówiąc już o opłaceniu całej procedury.
Ile miasto zamierza przeznaczyć na finansowanie in vitro?
- Gdańsk na przykład przeznacza 700 tysięcy zł rocznie. My, jako mniejsze miasto, chcemy dać 200-300 tysięcy. Ale jak uchwała będzie gotowa, zweryfikuję tę kwotę. Uruchomimy adresy klinik, do których będą się mogli się zgłaszać chętni chojniczanie, oczywiście przy zachowaniu pełnej anonimowości. Jednak żyjemy w takim społeczeństwie, że przyszli rodzice nie chcą się ujawniać.
Widzę, że wszystko pan już przeanalizował.
- Po kilku miesiącach będę dokładnie wiedział, czy chętnych jest kilkanaście par czy też kilkadziesiąt. Z badań wynika, że około 20 procent par choruje na niepłodność i się leczą. Ale nie wiem ile z nich zdecyduje się wypróbować in vitro. Bo przecież prawdopodobieństwo zajścia w ciążę przy pomocy in vitro za pierwszym razem to około 40 procent. Ale jest! Jest nadzieja!
Kiedy ona się ziści?
- 30 maja mamy przedstawić projekt uchwały, mam nadzieję, że wojewoda jej nie uchyli. Wtedy mogłaby zacząć obowiązywać już w czerwcu, czyli wtedy zacząłby w Chojnicach obowiązywać nasz program.
Ma pan świadomość, że przez niektórych może to być odebrane jako działalność antyrządowa?
- Mam, choć antyrządowo to ja podchodzę do proponowanej ordynacji wyborczej. Mam wystąpienia razem z Jackiem Karnowskim (prezydent Sopotu - red.), Pawłem Adamowiczem (prezydent Gdańska - red.) i Mieczysławem Strukiem (marszałek województwa pomorskiego - red.). I tu działam "antyrządowo", oczywiście w cudzysłowie.
Nie podzielam poglądu, że prawo może działać wstecz. Nie zgadzam się w tym, żeby wprowadzać partyjne listy w małych miastach, gdzie dominują bezpartyjne komitety. Mój opozycjonista w Chojnicach zarzucił mi, że wyskoczyłem z in vitro, bo prowadzę kampanię wyborczą.
A prowadzi pan?
- Jestem burmistrzem Chojnic od 20 lat. Mam się teraz promować in vitro? Zbudowałem w Chojnicach wiele rzeczy, które mnie promują. To na tej podstawie ludzie zdecydują, czy mam pozostać na stanowisku. 1570 jest takich ja w Polsce, którzy urzędują dłużej niż dwie kadencje. Czy Jarosław Kaczyński ma nas grupowo zwolnić z pracy? Nie możemy się temu poddać.
Pewnie są też tacy, którzy pana krytykują?
- Pojawił się głos, że chcę być bogiem, który daje życie. Nie mam takich aspiracji. Życie daje in vitro, a nie ja. Miasto pomaga na przykład w budowie hospicjum. To też jest problem społeczny. Pomagamy szpitalowi w zakupie sprzętu. Kiedy kupujemy wóz strażacki, to też ma to wymiar społeczny. Jeżeli państwo polskie finansowało on vitro, a potem się z tego wycofało, to samorząd mający własne środki może wejść w tę sferę życia społecznego i rozwiązywać problemy razem z mieszkańcami.
Nie ma w mieście innych problemów?
- Padła ostatnio kwestia wsparcia leczenia stomatologicznego dzieci. Odpowiadam, że mamy przecież Kartę Dużej Rodziny. Nie można przecież pomagać we wszystkich obszarach, ale mamy też dom dziennego pobytu, dom samopomocy społecznej, warsztaty terapii zajęciowej, bank żywności.
Sporo.
- Nie jest tak, że nic nie robimy w innych obszarach i nagle skaczemy rzucając się na in vitro. Poza tym ja nie patrzę na nie politycznie, tylko społecznie. Ono z polityką nie ma nic wspólnego.
Przyzna pan jednak, że popieranie in vitro jest ostatnio niepopularne.
- Ja je popieram, bo znam ludzi, którym in vitro pomogło, zmieniło ich życie na lepsze. Gdyby nie in vitro, żyliby zupełnie inaczej, powiem wręcz, że nawet zmagaliby się z depresją. A dzięki in vitro mają dzieci i są szczęśliwi.
I nie kłóci się panu in vitro z wiarą katolicką?
- Jestem wierzący, ale in vitro mnie nie gryzie. Tak samo jak przeszczepy czy transfuzja. A przecież kiedyś Kościół też podchodził do tych osiągnięć medycznych konserwatywnie. Zresztą głęboko wierzę, że kiedyś zmieni też podejście do in vitro.
Swoją drogą w Chojnicach mieszkają też baptyści, zielonoświątkowcy, ateiści. Musimy spojrzeć szeroko i każdemu dać swobodę wyboru. Nie bądźmy zaściankiem i ciemnogrodem. Gdyby patrzeć konserwatywnie, to dalej byśmy jeździli konno, a nie samochodem.
Wywrotowiec z pana. Nie obawia się pan, że ktoś to wykorzysta przeciwko panu?
- Zdaję sobie sprawę z pewnego ryzyka, ale zawsze miałem liberalne poglądy. Boleję nad tym, że nasz kraj z kraju gospodarce wolnorynkowej zmienia się w państwo narodowo-katolickie. Nie chciałbym tego jako Polak. Wolałbym, żebyśmy dalej byli krajem demokratycznym, o kapitalistycznej gospodarce wolnorynkowej. I nie zamierzam zmieniać poglądów.
Naprawdę pan myśli, że inne miasta pójdą za przykładem Chojnic?
- Mam taką nadzieję. Wie pani, to nie jest tak, że prezes Jarosław Kaczyński, mówiąc, że przestaniemy być włodarzami, daje nam więcej odwagi. Przecież i tak ocenią nas mieszkańcy za to, co zrobiliśmy. Poza tym każdy z nas ma też inny pomysł na życie.
Ta odwaga musi być odwagą cywilną, a nie polityczną. A in vitro, tak jak wspomniałem, jest dalekie od polityki. A przynajmniej powinno. Choć gdy minister zdrowia mówi w telewizji, że tabletka "dzień po" jest tabletką poronną, to ja się z tym nie zgadzam i te poglądy wyrażam.
W ogóle ta sytuacja samorządowa, która nas dotknęła, spowodowała, że spotykamy się na różnych forach i rozmawiamy. Kiedy jednak wejdzie w życie nowa ordynacja wyborcza, przejdziemy do fazy protestowania. Bo ja sobie tego nie wyobrażam. Nie ma kraju, w którym by wprowadzono dwukadencyjność do tyłu (czyli przepis uniemożliwiający kandydowanie na urząd osobie, która przed wprowadzeniem tego prawa sprawowała już ten urząd dwie kadencje lub właśnie sprawuje drugą -red.) Przez połowę życia żyłem w PRL-u, połowę w III RP. Gdzie mam przeżyć jego trzecią część? W kraju, gdzie prawo działa do tyłu?
Arseniusz Finster. Inżynier, nauczyciel i wykładowca, samorządowiec. Od 1998 roku jest burmistrzem Chojnic. Działa społecznie. Twórca i prezes Chojnickiego Banku Żywności.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.