Krzysztof Stanowski (fot. Piotr Kucza)

Krzysztof Stanowski (fot. Piotr Kucza) (Krzysztof Stanowski (fot. Piotr Kucza))

wywiad Gazeta.pl

Stanowski: Dobro uzależnia. Mnóstwo ludzi wpłaca na pomoc innym naprawdę duże sumy. Dla nich to nowy narkotyk

Charytatywną akcję #dobrowraca Krzysztof Stanowski, dziennikarz sportowy, zaczął przypadkiem. Teraz co miesiąc angażują się w nią setki tysięcy właścicieli kont na Twitterze - od gwiazd sportu po anonimowych użytkowników. Stanowski opowiada nam o tym, jak zbierać pieniądze, dlaczego warto się tym chwalić i jak z całego morza ludzkich dramatów wybierać tych, którym trzeba pomóc.

Dobro wraca?

- To oczywiście tylko hasło. Ale coś w nim jest. Pieniądze mogą dawać ogromną frajdę, kiedy wydaje się je na przeróżne rzeczy: buty, koszulki, kino, wakacje, mecze, knajpy. Ale największa przyjemność jest wtedy, kiedy dasz je na cel charytatywny, a potem widzisz tego efekt. Może te słowa zabrzmiały jak banał, ale naprawdę uczucie, które temu towarzyszy, jest niepowtarzalne.

Uważam, że pomagając innym, inwestujemy w swoje samopoczucie. W swój mózg, w swoje zdrowie. Być może dla niektórych to jest zaprzeczenie całej idei pomagania i brzmi egoistycznie. Ale jeśli przekażesz jakiekolwiek pieniądze na operację, która ratuje komuś życie, a potem ten ktoś jest cały i zdrowy, masz poczucie, że zrobiłeś coś, co naprawdę wiele znaczy.

Brakowało ci robienia rzeczy, które mają znaczenie? Jesteś założycielem największego piłkarskiego portalu w Polsce, napisałeś kilka książek, czytają cię setki tysięcy ludzi. Ale lubisz też powtarzać, że wykonujesz najmniej potrzebną pracę świata, bo dziennikarstwo sportowe nie ma właściwie żadnego znaczenia.

- Nie, absolutnie nie czułem, że czegokolwiek mi brakuje. Żyłem sobie normalnie, z dnia na dzień. Starałem się po cichu angażować w różne akcje charytatywne, nie miałem potrzeby, żeby komuś o tym opowiadać. To wszystko, jak zresztą większość rzeczy, które robię, rozpoczęło się spontanicznie i bez żadnego planu.

Jak spontanicznie tworzy się najgłośniejszą akcję charytatywną w internecie?

- Nie wiedziałem, że powstanie z tego jakakolwiek regularna akcja. Dzień przed meczem reprezentacji Polski z Niemcami w Paryżu na Euro 2016 umówiłem się na kolację ze znajomymi. Na krótko przed spotkaniem jeden z czytelników napisał do mnie na Twitterze, że na siepomaga.pl kończy się zbiórka pieniędzy na pomoc dla chorego. Zostało pięć godzin, brakuje pół miliona złotych.

Uwierzyłeś, że jesteś w stanie zdobyć taką kwotę w tak krótkim czasie?

- Najpierw po prostu podałem tę wiadomość dalej na swoim Twitterze. Potem napisałem na ten temat kilka szybkich tweetów. Okazało się, że jest ogromny oddźwięk. Pierwszą wiadomość z prośbą o pomoc puściłem dalej, czekając na zmianę światła na zielone przy przejściu dla pieszych, a skończyło się tak, że przez cały wieczór w knajpie siedziałem i klikałem w telefon. Znajomi się wkurzali, więc im wytłumaczyłem, że teraz nie mogę się wycofać, bo akcja świetnie idzie, zbieramy pieniądze i muszę doprowadzić to do końca.

Udało się?

- Tak. Cel został osiągnięty. Poczułem ogromną satysfakcję. Ale też zdałem sobie sprawę, że jest jakaś siła w tych bezsensownych numerkach na Twitterze, w tych wyścigach na to, ile osób śledzi twój profil.

Twój śledzi prawie 150 tysięcy. To są bezsensowne numerki?

- Mam wrażenie, że te numerki generalnie nie przynoszą nic dobrego. Bo Twitter zabiera czas, wciąga w bezsensowne kłótnie, z których nic nie wynika. Ale wtedy poczułem, że jest w nim też ogromna siła. Bo jeśli morze ludzi idzie za kilkoma twoimi tweetami i wydaje 10 zł na coś dobrego, zamiast na piwo albo fajki, to siła tego jest ogromna.

Ludzie zresztą sami zaczęli szybko domagać się kolejnej zbiórki. Spodobało im się, nie chcieli, żeby akcja była jednorazowa. Dobro uzależnia. Widzę to po osobach, które w niej uczestniczą. Jeśli raz wrzucą informację o swojej wpłacie na Twittera, w ogromnej większości meldują się w kolejnym miesiącu. Jest też mnóstwo ludzi, którzy wpłacają naprawdę duże sumy. Nie rozgłaszają tego, ale ja o tym wiem. I dla nich to jest jakiś nowy narkotyk w życiu. Zawsze mieli pieniądze, ale nigdy nie wydawali ich na pomaganie. Nie wiedzieli, że to smakuje tak dobrze.

Aż musiał przyjść Stanowski i im powiedzieć?

- Po tej akcji zobaczyłem, że w Polsce są ogromne, większe niż sądziłem, pokłady chęci udzielania pomocy. Ale bardzo często ludzie nie wiedzą, jak to zrobić. Ktoś musi ich ukierunkować, potrzebują bodźca. Też mi się wydawało, że jak człowiek ma wolne środki na koncie i dobre chęci, to po prostu sam znajdzie na ulicy albo w internecie kogoś, kogo wesprze. Ale okazuje się, że ludzie potrzebują wskazania palcem i zaproszenia do tańca.

Organizujesz #dobrowraca raz w miesiącu. Nie kusiło cię, żeby zrobić z tego bardziej regularną kampanię?

- Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby cały miesiąc siedzieć i zbierać pieniądze. Uważam, że ludzie obserwują to, co piszę w sieci, nie dlatego, że organizuję akcję charytatywną, tylko dlatego, że dostarczam im treści sportowych. Gdybym dzień w dzień zarzucał ich akcjami charytatywnymi, nie byłbym tak skuteczny. A jednodniowa kampania jest też bardziej intensywna. W dodatku dzięki niej więcej osób próbuje zbierać pieniądze. Właściwie każdego dnia ktoś stara się mobilizować innych w sprawie jakiejś zbiórki. Dzisiaj Twitter służy w dużej mierze do zbierania pieniędzy na fundacje. I bardzo dobrze, bo przecież w samej Fundacji Się Pomaga potrzebujących osób jest mnóstwo.

Wybieranie tych, dla których w danym miesiącu będziecie zbierać, to najtrudniejszy moment?

- Dzisiaj 90 proc. wiadomości, jakie dostaję, to prośby o pomoc od zrozpaczonych rodziców, zdjęcia chorych dzieci, opisy ludzkich dramatów. Czasami, wstyd przyznać, boję się otwierać skrzynkę odbiorczą na Facebooku czy Twitterze, bo mam świadomość, że wszystkim nie pomogę.

Ale kilku osobom możesz. I jakoś musisz je wybrać.

- Trudno jest o tym mówić. Mieliśmy historię z Łukaszem, który chorował na ciężki nowotwór. Zdecydowałem, że będziemy zbierać na niego, bo zwykle zbiera się na dzieci. A to był facet, 35 lat, ojciec, mąż i nikt specjalnie nie kwapił się, żeby mu pomóc. Potrzeba było ponad miliona złotych na specjalistyczne leczenie w Stanach. Nie tylko my zbieraliśmy te pieniądze, ale my tę akcję dokończyliśmy. Szczerze mówiąc, od początku miałem wątpliwości, czy Łukasz jest w stanie przetrwać leczenie w USA. Ale uznałem, że nie jestem lekarzem i nie jest moją rolą w to ingerować.

A Łukasz w Stanach zmarł.

- Tak. I dlatego dzisiaj staram się, patrząc na zbiórki, wybierać te, gdzie jest większa nadzieja na skuteczną pomoc. Jak robię, co brzmi okrutnie, wstępną selekcję, to wybieram akcje, które mają szansę na szczęśliwe zakończenie. Ostatnio zbieraliśmy na protezy nóg dla młodego chłopaka. Tu sprawa jest prosta: jeśli zbierzemy pieniądze, on po prostu wstanie i pójdzie przed siebie.

Niestety, prawda jest taka, że success stories napędzają kolejne zbiórki. Jeśli będziemy organizować akcje, które mają małe szanse powodzenia, idea szybko się wyczerpie. Dlatego jak widzę osobę, której medycyna nie daje szans, jakkolwiek brutalnie to brzmi, wolę, żebyśmy zbierali na pomoc komuś, kto będzie mógł się cieszyć nowym sercem, nogami czy kręgosłupem. Wiem, że to, co mówię, jest nieprzyzwoite. Samo mówienie o tym jest trudne. Ktoś zaraz może powiedzieć, że bawię się w Pana Boga i decyduję, komu pomagać, a komu nie, ale to nieprawda. Po prostu przyjąłem pewne kryteria i staram się zebrać jak najwięcej pieniędzy.

W #dobrowraca aktywnie uczestniczą znani sportowcy. Wpłacają duże sumy, przekazują na aukcję koszulki, piłki i sportowe pamiątki. Któryś ze sportowców zaimponował ci najbardziej?

- Imponuje mi każdy. Ten, kto wpłaca dwa złote, i ten, kto wpłaca grube tysiące. Sportowcy to często bogaci ludzie, a mi do ich świata jest o tyle blisko, że od lat zajmuję się sportem i wielu po prostu znam. Akcja kręci się wokół piłki, bo moja publika na Twitterze jest piłkarska. W zbiórce pieniędzy regularnie biorą udział prezes PZPN Zbigniew Boniek, piłkarz Sebastian Mila, ale i koszykarz Marcin Gortat. I wielu innych, o których nikt nie mówi. Krzysztof Kamiński, bramkarz, który na co dzień gra w Japonii, wpłacił już w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych, ale jest o tym cicho, bo w Polsce dla wielu to wciąż anonimowa postać. Bogusław Leśnodorski, prezes Legii, wylicytował pójście ze mną na mecz Barcelony za 24 tysiące złotych. Wiadomo, że mógłby na taki mecz wybrać się sam i zapłacić góra 2 tysiące. Ale chodzi o zabawę i o to, żeby zaangażować w nią jak najwięcej ludzi.

Dlatego namawiasz każdego, kto wpłaca pieniądze, żeby publikował na swoim profilu informacje o swoich wpłatach? To zaproszenie do tańca dla całej reszty?

- Tak. Chodzi o to, żeby się pozytywnie nakręcić. To napędza innych. Zdarza się, że ktoś wklei mi cytaty z Pisma Świętego o tym, że nie należy chwalić się pomaganiem. Ale Pismo Święte powstawało w czasach, w których nie było Twittera i tego rodzaju akcji charytatywnych. Nie trzeba przecież chodzić dumnym jak paw po sąsiadach i opowiadać o swoim dobrym sercu. Ale po cichu to można bąka puścić. Gdyby te wpłaty odbywały się bez szumu i nakręcania całej spirali pomagania, robienia mody na tę akcję, zbieralibyśmy może jedną czwartą pieniędzy. Chodzi o to, żeby stworzyła się społeczność, która ma wspólny cel, dobrze się z nim czuje i pokazuje swoim znajomym, że mogą robić to samo.

Znany piłkarz, który chwali się swoją wpłatą, ciągnie za sobą swoich fanów?

- Tak, chociaż nie wszyscy chętnie to robią. Na jedną z akcji pieniądze wpłacił na przykład Kamil Grosicki, ale nikomu się tym nie chwalił. Mariusz Piekarski [były piłkarz reprezentacji, dzisiaj menedżer wielu piłkarzy, m.in. Artura Jędrzejczyka czy Macieja Rybusa- przyp. red.] też chciał swoją wpłatę ukrywać. Musiałem namawiać ich, żeby to upublicznili. Wytłumaczyć, że wtedy pomogą podwójnie, bo nie tylko wpłacą pieniądze, ale zmobilizują kolejnych kilkuset darczyńców. Nawet jeśli kilka sfrustrowanych osób będzie im wyrzucać, że robią to dla PR-u.

Dużo jest takich komentarzy?

- Zdarzają się. Zbieraliśmy pieniądze na operację dla małego Antosia, dzięki której będzie mógł chodzić. Brakowało jeszcze sporej kwoty. Marcin Gortat z wrodzonym sobie wdziękiem zapytał, ile potrzeba, a potem, siedząc nad basenem, po prostu zrobił przelew na brakujące 125 tysięcy złotych i wrócił do opalania się.

Piękny gest.

- Ale znaleźli się tacy, którzy pisali, że przecież zarabia tak dużo, że dla niego to kieszonkowe. Pamiętajmy, że dla każdego, i biednego człowieka, i bogatego sportowca, 5 tysięcy złotych to konkretne pieniądze, za które można zrobić wiele rzeczy. Polecieć na wakacje, kupić sobie dwa telewizory, utrzymać się przez jakiś czas. Ale dla każdego to realna kwota. Gortat zarabia bardzo dużo, ale to była po prostu olbrzymia wpłata. Mógł sobie za to kupić kolejny samochód do garażu, kawalerkę w Warszawie albo wydać to na 100 innych sposobów. Ale przekazał choremu dziecku. To samo robi co miesiąc przy każdej akcji wielu mniej lub bardziej znanych piłkarzy czy działaczy i setki nieznanych osób.

Najfajniejsze jest to, że przy okazji robienia czegoś dobrego przez chwilę stajemy się na siebie bardziej otwarci. Kibice wrogich klubów przez jeden dzień, zamiast rywalizować o to, kto głośniej zaśpiewa, że drużyna rywala to ladacznica, ścigają się, kto pierwszy wpłaci potrzebującemu pieniądze. Przy okazji spuszczamy nieco powietrza z przesadnie napompowanego balonu napięć między nami. Ludzie robią się sobie bliżsi i sami ze zdziwieniem odkrywają, jak bardzo tego potrzebują.


Krzysztof Stanowski.
Urodzony w 1982 r. w Warszawie. W wieku 14 lat zaczął pracę w "Przeglądzie Sportowym", gdzie po paru latach został szefem działu piłka nożna. Potem pracował m.in w "Dzienniku" i założył portal weszlo.com. Autor biografii Wojciecha Kowalczyka "Kowal", Andrzeja Iwana "Spalony" i Grzegorza Szamotulskiego "Szamo" oraz książki "Stan futbolu". Prywatnie mąż, ojciec Leona i wielki kibic FC Barcelony.

Bartosz Janiszewski. Dziennikarz i scenarzysta. Przez wiele lat członek redakcji tygodnika "Newsweek", potem "Wprost". Pisze przede wszystkim reportaże i teksty społeczne. Laureat festiwalu scenarzystów Script Fiesta, nominowany do nagród Grand Press i MediaTory. Zakochany w Warszawie, zafascynowany podróżami, szczególnie Ameryką Południową.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • zuantanecho

    Oceniono 13 razy 3

    Brawo Krzysiek. Nie dość że mądry chłopak to jeszcze jedna z niewielu osób w Polsce która wie co zrobić ze swoją popularnością. Tzw elyty powinny mu teczkę nosić.

  • qwerfvcxzasd

    Oceniono 5 razy 1

    Stanowski bardzo pomógł wygrać PIS. Jak mawiaja kibice - CH....

  • prawdziwykatolik1

    Oceniono 3 razy 1

    Im sławniejszy donator tym bardziej upubliczniać.
    Może zamiast 100 najbogatszych stworzyć listę stu najchojniejszych by sukces miał nowe imię.
    Mała medialna gala i stworzymy modę na pomaganie .
    Jak to się rozrośnie to spełnią się moje marzenia i choć kasy brak to zawsze jest sposób by pomóc bez pieniędzy np. pracą , wiedzą ,

  • mimikra1975

    Oceniono 9 razy 1

    Tak sobie poczytałam artykuł i stwierdziłam: nie no, klasa gość! Ale jak przeczytałam o tym Lisie, coś mnie zaniepokoiło no i weszłam na fejsa tego pana. No i tam mi się nie spodobało: hejt, a pan Stanowski nie przebiera w słowach w odpowiedziach. Eeeee, nie spodobało mi się, nie idzie w parze z czynieniem dobra, o jakim pan pisze.

  • submarine18976

    0

    Zaczął się sezon wakacyjny. Dla dzieci i młodzieży to między innymi czas wyjazdów nad morze , w góry. Niestety nie wszystkie dzieci wyjadą w tym roku na wymarzone wakacje.
    Fundacja Szlachetny Gest zbiera pieniądze nie tylko dla małych dzieci, ale także dla młodzieży szkolnej, by zorganizować wyjazd na wakacje życia.
    Ja już wsparłam ,,wdowim groszem'' tę fundację, może ktoś z Państwa będzie miał ochotę to samo uczynić.

  • cezar85

    0

    rydzyk też stworzył 'dobro wraca'

    mu na konta

  • isiah.thomas

    Oceniono 2 razy 0

    Ten gość to bohater - nie piszę tego szyderczo. Facet mi imponuje.

  • prawdziwykatolik1

    Oceniono 2 razy 0

    O d... Maryny komentarzy by było więcej , oj Wolszczanie załamka ale tacy jak Krzysztof może was czegoś nauczą .

  • almagus

    0

    Wybór niepoczytalny, ale boży, przyparafialny.

    Egotyczny altruizm.
    Więź między komórkami.
    Jednego boga egoizm.
    Wyrywność nowotworami,

    Komórki włosa, kości.
    Przeżywają organy.
    Nawet w skamieniałości.
    I żywot skomplikowany.

    Raj umiłowanych w wierze.
    Gorszego boga przegrana.
    Ziemia i wolność w ofierze.
    Ludność wybita, przegnana.

    Pasożytnicza sekta.
    Egoizm na tolerancji.
    Wszędzie swoich wetka.
    I koniec demokracji.

    Z altruizmu pożyjesz.
    Egoizm budżetu, posad.
    Z pewnością nie utyjesz.
    U parafialnych obsad.

    2017-02-19 almagus
    almagus.blox.pl/html

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX