Kanclerz Niemiec Angela Merkel podczas jednodniowej wizyty w Warszawie spotyka się z premier Beatą Szydło, prezydentem Andrzejem Dudą, liderami opozycji Grzegorzem Schetyną i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, a także z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. I to ostatnie spotkanie wywołuje najwięcej pytań. Dla magazynu Weekend.Gazeta.pl wizytę komentuje prof. Klaus Bachmann.
Michał Gostkiewicz: Czy ta wizyta jest sygnałem, że Warszawa jest potrzebna Berlinowi, by utrzymać porządek w Europie? Jak bardzo Niemcom zależy na stabilnej współpracy z Polską w obliczu osłabienia UE po Brexicie?
- Zależy, ale umiarkowanie. Nie przesadzałbym z tym. Wizyta Merkel w Polsce nie jest wielkim wydarzeniem w niemieckich mediach. Niemcy przełomu raczej nie oczekują. Kluczowe dla dalszego biegu wydarzeń są wybory we Francji. Jeśli Francja pozostanie partnerem Niemiec w UE, to Unia przetrwa jako organizacja zrzeszająca ponad 20 krajów. Jeśli nie, powstanie mała strefa euro (ale pewnie już poza strukturami UE) wokół Niemiec, z udziałem Austrii, Beneluksu, krajów skandynawskich, Hiszpanii, Włoch i Portugalii. Ale to zależy od Francji. Od Polski w tej chwili prawie nic nie zależy.
Kanclerz Merkel spotyka się - oprócz premiera i prezydenta - także z liderami opozycji. Oraz z szefem największej partii politycznej w Polsce, który formalnie nie sprawuje żadnej władzy. "Sueddeutsche Zeitung" komentuje, że ze strony Kaczyńskiego jest to efekt braku innych opcji, innych sojuszników. Po co Angeli Merkel spotkanie z Kaczyńskim? To spotkanie ewidentnie wykracza poza protokół dyplomatyczny, który przewiduje, że odwiedzających obcy kraj polityków przyjmują ich odpowiednicy. Inne spotkania są wyrazem pewnej woli politycznej.
- Kanclerz Merkel miała taka polityczną wolę. Nie jest facetem i na pewno nie jest samcem alfa, więc sprawy protokolarne mają dla niej drugorzędne znaczenie. Ona nie musi pokazywać, jaka jest silna, ona chce coś załatwić, coś osiągnąć. Na tym polega cała kariera Angeli Merkel. Kiedy jej męscy przeciwnicy urządzali sobie walki kogutów, ona po cichu załatwiła sobie poparcie, koneksje, instytucjonalne rozwiązania, które jej potem sprzyjały. W Turcji rozmawia i z prezydentem Erdoganem, i z opozycją.
Najwyraźniej uwierzyła w dwie rzeczy. Po pierwsze, że instytucje państwa w Polsce tańczą, jak Jarosław Kaczyński im gra, więc lepiej rozmawiać z nim, skoro on ma władzę. I po drugie - że jego władza jednak przeminie, wiec lepiej rozmawiać także z tymi, którzy być może potem będą rządzić.
Poza tym w Niemczech trwa kampania wyborcza, a tam nikt w elitach politycznych i medialnych nie przepada za polskim rządem, więc Merkel nie chciała się narazić na zarzut, że robi tylko realpolitik i nawet nie spotyka się z opozycją.
Wizyta Merkel w Polsce następuje po liście Donalda Tuska do unijnej 27-ki. List skrytykował polski rząd, a Kaczyński już deklarował, że nie poprze Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej. Wizyta przypada też na kilkanaście dni przed terminem, do którego polski rząd ma dać odpowiedź na dodatkowe rekomendacje KE w sprawie wdrożonego przez Brukselę postępowania kontroli praworządności. Czy to nie jest dobra okazja dla rządu w Berlinie, żeby niechętnego do współpracy sąsiada wreszcie do niej nakłonić?
- Polski rząd ulega naciskom UE - a szczególnie Komisji Europejskiej - ale nie w sprawach związanych z utrzymaniem władzy w Polsce. Jeśli rząd stanie przed wyborem: czy pozwalać na okrojenie władzy, którą zdobywał po ostatnich wyborach, czy mieć konflikt z KE, to się zdecyduje na to drugie. Ustąpić może w sprawach podatku dla handlu i opłaty audiowizualnej, bo to władzy PiS nie zagraża, ale nie w sprawie Trybunału Konstytucyjnego i upartyjnienia prokuratury. W tych kwestiach Erdogan też nie ustąpił. I rząd niemiecki polskiego rządu też do niczego nie nakłoni. To najlepszy dowód na to, jak bardzo popularna na prawicy narracja neokolonialna mija się z rzeczywistością. Jeśli w Polsce coś się zmieni, to nie dlatego, że rząd niemiecki coś robi, lecz dlatego, że elity rządzące wpadną w panikę z powodu ogólnej sytuacji międzynarodowej i zdecydują się, by razem z Niemcami i Francją być w środku UE. I uciec przed tą szarą strefą w środku Europy, którą nowa administracja amerykańska - chcący albo niechcący - nam szykuje.
Co wtedy?
- Wtedy rządy Francji i Niemiec będą pod naciskiem swojej opinii publicznej, aby do tego grona nie dopuścić kraju, który ma poważne problemy z demokracją i praworządnością i toczy go głęboki konflikt wewnętrzny. To w tej dynamice jest potencjał, który może coś zmienić w Polsce, a nie w dążeniu rządu Niemiec do tego, aby rząd polski do czegokolwiek skłonić.
Na razie jednak tylko malutka część mediów, polityków i intelektualistów niemieckich w ogóle interesuje się sytuacja wewnętrzną w Polsce. A to bardzo ułatwia Merkel prowadzenie realpolitik i negocjowanie z Polską o migracji, bezpieczeństwie i reformie UE bez oglądania się na to, co polski rząd robi z sądownictwem.
Jaka z punktu widzenia interesów Berlina powinna być polityka Niemiec wobec Polski w sytuacji ochłodzenia stosunków bilateralnych oraz rosnącego populizmu w Europie?
- To polskie władze chcą coś załatwić w stosunkach bilateralnych. Ale wątpię, czy w ogóle o tym będzie mowa. Niemcy nic nie chcą załatwić, Niemcy zajmują się tematami o szerszym zasięgu: Brexit, Trump, Erdogan, kryzys migracyjny, przyszłość strefy euro. Tymczasem zgodnie z deklaracjami polski rząd chciałby więcej nauki języka polskiego w Niemczech - co zresztą popieram, jak i wielu, wielu ludzi w Niemczech i to niekoniecznie Polaków. Ale ta sprawa leży w gestii krajów związkowych i nie wygląda na to, aby premier Szydło planowała objazd po 16 niemieckich landach. Miałaby słabe karty w tych negocjacjach wobec tego, co jej rząd robi w Opolu. Kiedyś polski rząd chciał też negocjować ws. Ukrainy - ale od dawna nie słyszałem, by do tego wrócił. A dokładnie - odkąd wiadomo, że Ukraina tego nie chce. Rząd polski chciał też większej obecności wojskowej NATO w Polsce. Niemiecki rząd tego nie blokował. Ale teraz trzeba jeszcze przekonać Donalda Trumpa, aby nie wycofał żołnierzy.
Reszta to tematy, które trzeba omówić w ramach UE albo jeszcze szerzej, a nie tylko z Niemcami. Chodzi m.in. o politykę klimatyczną, sankcje wobec Rosji i reformę UE.
Na jakich kluczowych kwestiach w relacjach z Polską powinna się pana zdaniem skupić kanclerz Merkel w rozmowach z polskimi władzami, co powinna skutecznie "załatwić"?
- Nie sądzę, aby Merkel leciała na parę godzin do Polski, żeby coś konkretnego załatwić. Kanclerz chciała się rozeznać w sytuacji w Polsce. Chciała zobaczyć, czy sojusze dotyczące Brexitu, nowej administracji amerykańskiej, Europejskiej Polityki Obronnej, polityki migracyjnej, strefy Schengen i strefy Euro można budować z Polską, czy bez niej.
Prof. Klaus Bachmann. Historyk, politolog, profesor nauk społecznych, dziennikarz, publicysta, autor wielu książek o tematyce europejskiej, polsko-niemieckiej i polsko-ukraińskiej. W 1988 osiadł na stałe w Polsce. Od 1989 oficjalnie akredytowany jako korespondent zagraniczny w Polsce. Był kierownikiem katedry politologii w Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy Brandta na Uniwersytecie Wrocławskim. Wykłada też w Instytucie Studiów Międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim. W 2013 r. prezydent Bronisław Komorowski nadał mu tytuł naukowy profesora.
Michał Gostkiewicz . Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, specjalizuje się w sprawach zagranicznych. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze .