Rozmowa
(fot. Paweł Zanio)
(fot. Paweł Zanio)

Wierzysz w Boga?

- Jestem wierzący, choć nierzadko wątpiący. Ale potrzebuję transcendencji. Boję się nihilizmu i wszechobecnego cynizmu. Jednocześnie czuję ogromną wdzięczność za te wszystkie wspaniałe sprawy, które spotkały mnie w życiu. Choćby za to, że trafiłem na świetnych ludzi, których pokochałem. Wydaje mi się jednak, że słowo ''Bóg'' dość często jest nadużywane, niekiedy wyprane ze znaczenia, a przecież wizje tego, kim jest Bóg są różne.

Powiedziałeś kiedyś, że w porównaniu ze spowiedzią pierwszy występ na scenie to była przyjemność. Trudniej szepcze się do księdza w konfesjonale, niż śpiewa do tłumu?

- Kiedy uczyłem się formułki wymaganej przy spowiedzi, nie postrzegałem tego obrzędu jak czegoś ważnego i osobistego. Była formalnością do zaliczenia. Obrzędowość wiary katolickiej mnie przerażała, a jej żałobny klimat przytłaczał. Chrystus przybity do krzyża nie był łatwym widokiem dla wrażliwego dzieciaka. W rzeczywistości szkolnej spotkanie z katechezą było zawsze trochę jakby z innego świata. W dodatku nie trafiałem na dobrych katechetów. Pamiętam, że przygotowania do komunii odbywały się w barakach przy kościele i prowadziła je siostra, która lubiła wychowywać, dając linijką po łapach. Nie rozumiałem tego. Spotkałem później wspaniałych, mądrych księży, chociaż generalnie "czynnik ludzki" raczej mnie wypędził z Kościoła jako instytucji, niż do niego przyciągnął.

(fot. Paweł Zanio)

Katolicyzm wpłynął na ciebie jako człowieka i artystę?

- Tak. Jestem przesiąknięty tą melancholią, co słychać zarówno w przypadku ''Dronów'', jak i poprzedniej płyty. Wcześnie w życiu zacząłem myśleć śmierci.

Dlaczego?

- To naturalne. Nie wiem, dlaczego pytania o koniec istnienia kojarzone są głównie z ludźmi starszymi. Moje dzieci też pytają o śmierć. Wiele osób narzeka, że nasza duchowość jest taka żałobna, ale dzisiaj to doceniam, bo dotykamy w niej sfer, które są zazwyczaj tabu. Jako dorosły człowiek inaczej już patrzę na krzyż, który uważam za najpiękniejszy symbol religijny. To przeplatanie się cierpienia i nadziei, bólu i radości jest mi bliskie. Szkoda, że to znak dzisiaj tak nadużywany i że pod tym symbolem uprawia się ''wygibasy'', które z religią, skupieniem i refleksją nie mają nic wspólnego.

A przecież kiedy wchodzi się do kościoła, miejsca wolnego od bodźców współczesnego świata, reklam i komercji, czuje się tę atmosferę spokoju, sacrum.

Zresztą wielu moim znajomym ten dziś tak krytykowany Kościół bardzo pomógł, naprawdę zmienił ich życie. Nie chodzą tam przecież dla księdza, nie chodzą z przywiązania do tradycji czy jakiegoś dość podejrzanego poruszenia patriotycznego. Chodzą tam nie tylko dla samego spotkania z Bogiem - także ze sobą, ze swoimi słabościami.

A jak jest z twoimi słabościami? Zauważyłem, że często jesteś pytany, czy lubisz ludzi. Określasz siebie jako introwertyka. Jednocześnie jesteś osobą znaną, człowiekiem sceny. Kłopotliwe połączenie?

-

Niedawno czytałem wywiad z Kazikiem, który mówił, że też ma z tym problem, bo jest nieśmiałym introwertykiem, a często postrzegany jest jako totalny kabotyn i bufon. Ja wiele razy spotykałem się z podobną opinią. Żona mnie często upomina w tej kwestii, bo niejednokrotnie nie zdaję sobie sprawy, jak mogę być odbierany. Na przykład nie potrafię za bardzo rozmawiać o pogodzie, pogawędka z taksówkarzem bywa dla mnie kłopotliwa.

 

To także kwestia temperamentu. Lubię ludzi, ale wzbraniam się przed wszelakimi ''grupowymi uniesieniami'' czy tzw. owczym pędem.

Grupowymi uniesieniami?

- Nie rozumiałem nigdy artystów, którzy deklarują ze sceny miłość do swoich fanów na zasadzie ''kochamy was'', ''jesteście najwspanialsi na świecie'' i takie tam. Ja tak naprawdę nie znam ludzi, którzy przyszli na mój koncert. Co nie znaczy, że nie zdarzają się świetne i napędzające do działania spotkania przy okazji tras koncertowych.

To jak wygląda sytuacja, w której podchodzi fan i mówi, że ten czy inny twój numer jest dla niego ważny. Jesteś dumny? Speszony?

- To jest miłe. Ale choć w połowie czuję frajdę, to w połowie jednak zakłopotanie. Przyznam, że takie sytuacje często mnie onieśmielają. Chyba zbyt dosłownie odbiera się moje słowa, słuchacze przypisują im zbyt dużą wagę. Z drugiej strony nigdy nie dostałem ''w czapę'', chodząc po mieście, jeżdżę sobie spokojnie metrem czy tramwajami w Warszawie i jestem ''niewidzialny''.

Ale chyba był taki moment, że raper z łatką intelektualisty przyciągał uwagę różnych ludzi?

- Były zaczepki, ale głównie w świecie internetowym, i to dość nudne i przewidywalne, w stylu ''synek tatusia''. Pojawiało się wiele głosów, że to, co robimy z ''Emade'', to nie hip-hop, że ja nie jestem prawdziwy w tym, co tworzę, bo nie jestem ''z ulicy''- cokolwiek by to miało znaczyć. Byliśmy traktowani jak dziwolągi, tylko jedną nogą zanurzone w hip-hopie. Ale nie miałem z tym problemu.

(fot. Paweł Zanio)

Obecnie scena hiphopowa jest bardziej różnorodna i otwarta na eksperymenty, ale na początku wieku, kiedy debiutowaliście w duecie z bratem, bywało różnie. Hermetyczni i konserwatywni w podejściu do tej kultury byli zarówno słuchacze, jak i artyści.

-  Miałem często wrażenie, że dość bezmyślnie kopiowało się u nas scenę amerykańską. Wiedza o tym, jak szerokim pojęciem jest hip-hop i jakie ma korzenie, była naprawdę niewielka. Stąd przez wiele lat panował na naszym podwórku ''kult ulicy''.

My opowiadaliśmy w utworach o sobie. Mieliśmy przyjaciół w środowisku hiphopowym, ale cechowało nas własne podejście, lubiliśmy różne dźwięki. Kiedy zobaczyliśmy Beastie Boys, okazało się, że mamy do czynienia z rewolucją. Moje pokolenie doczekało się swojego, naturalnego języka muzycznego. To nas naprawdę wciągnęło. Gdyby nie hip-hop, nie zajmowalibyśmy się muzyką. Mieliśmy swoje pomysły na życie. Ja studiowałem grafikę, Piotrek chciał realizować dźwięk.

Piotrek, czyli ''Emade''. Poza jedną płytą z producentem o pseudonimie ''Envee'' cała twoja dyskografia opiera się na współpracy z bratem. Nie macie siebie dość?

- Nie (śmiech ). Powracanie do braterskiego duetu jest świetne i tak wygodne... Choć nie mieszkamy już razem i nie mamy jednego magnetofonu na spółkę, ta młodzieńcza więź ciągle w nas jest. Teraz mamy wspaniały okres we współpracy. W okolicach płyty ''Piątek 13'' były jeszcze między nami ''przepychanki''. Piotrek był purystą hiphopowym, najbardziej interesowało go brzmienie. Teraz odpowiada za taneczny charakter naszych niektórych numerów, otworzył się na harmonię i melodię. Myślę, że od płyty ''Kim Nowak'' [rockowy projekt braci Waglewskich - przyp. red.] kompromisów między nami jest bardzo mało. Obecnie obaj chcemy eksplorować połączenie elektroniki, hip-hopu i piosenki. Kończąc album ''Mamut'' wiedzieliśmy, że nie wyczerpaliśmy tej formuły. Po ''Dronach'' mamy jednak inny pomysł na kolejną płytę. Wydaje mi się, że to będzie album bardzo akustyczny.

 

Pomimo nowoczesnej oprawy muzycznej wasze kawałki z ''Dronów'' przypominają klasyczne pieśni. Uproszczona budowa tekstu, częste refreny, poważna tematyka...

- Samo słowo ''pieśń'' jest mi bliskie. Myślę, że dobrze oddaje specyfikę utworów na nowej płycie. Jest to forma bliska muzyce ludowej, z jej opowieściami o śmierci, stracie, duchowości. Ubolewam, że dziś klasyczne pieśni radzą sobie słabo. Szkoda, bo muzycy ludowi, nie myląc ich z cepelią, potrafią mówić w sposób ponadczasowy, często poetycki.

Takie są również twoje ambicje? W wywiadach lubisz cytować księdza Józefa Tischnera, który powiedział, że Kościół powinien się interesować tylko ''władzą duchową''. Czy w przypadku artysty nie jest podobnie?

- Zależy od indywidualnego podejścia. Muzycy po socjologii, jak Kazik, nigdy nie bali się publicystyki w tekstach. Przychodziła im naturalnie. Mnie zaś nigdy to nie bawiło, choć przecież nasłuchałem się bardzo dużo muzyki zaangażowanej, bo hip-hop od zawsze był podszyty walką. Ale nie rozumiem nieustających konfliktów o Okrągły Stół czy rząd Jana Olszewskiego. To nie są moje wojny. Myślałem, że moje pokolenie będzie już miało ten etap za sobą. Niestety, nie doczekaliśmy się innego sposobu uprawiania polityki.

Bardzo sobie cenię wolność, którą przyniosły obecne czasy, bo pamiętam jeszcze poprzedni system. Jednak nikt nie mówi o tym, co dzieje się tu i teraz, co naprawdę ludzi boli. Nikt z obecnych polityków nie ryzykuje i nie odpowiada wprost na kluczowe pytania.

Skoro mowa o kluczowych pytaniach: uważasz, że technologia jest problemem naszych czasów? Konflikt ''człowiek kontra maszyna'' jest jednym z tematów przewodnich w twoich nowych tekstach.

- Nie do końca problemem, bo ja też używam technologii. Bardziej chodzi mi o fetysz z nią związany, który odciąga nas od samych siebie i relacji z innymi ludźmi. Akurat wróciłem ze wsi, gdzie lubię jeździć raz na jakiś czas. Kiedy jestem odłączony od internetu, telefonów komórkowych, samochodów, zostaję sam ze sobą. Nie jest to jednak sytuacja komfortowa, bo wtedy pojawiają się te wszystkie pytania, które zadaję na płycie. Mam nadzieję, że na ''Dronach'' uniknąłem moralizatorstwa, ale wydaje mi się, że jesteśmy zasypywani gadżetami, które tworzą pewnego rodzaju złudne poczucie szczęścia, przyjaźni, bycia w relacji. I przy okazji po prostu wciągają. Możemy się tutaj puszyć i udawać mądrzejszych, ale nie jesteśmy od tego wolni.

Wojciech Waglewski, Fisz i Emade uhonorowani złota płytą na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach w 2009 r. za album ''Męska muzyka'' (fot. Radosław Drożdżewski / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 )

Czytałem, że rząd w Japonii myśli o wydzielaniu ścieżek, podobnych do rowerowych, dla korzystających ze smartfonów, żeby nie wpadali na siebie chodząc z nosami w telefonach. Nasuwają się pytania, do czego to wszystko zmierza, pytania o granicę naszej wolności, o etykę. Rozwój technologiczny bardzo zmienia i nas, i środowisko, w którym żyjemy. Odrywamy się od natury, chociaż podświadomie gdzieś do niej tęsknimy. Myślę, że podobnie jest z duchowością. A przed nami kolejny wielki wynalazek - sztuczna inteligencja. To wszystko może się dla nas skończyć tragicznie.

Nie chciałbyś dorastać w obecnych czasach?

- Wydaje mi się, że dziś ludzie są bardziej narcystyczni. Kiedyś mieliśmy duże poczucie obciachu. Nie rozmawialiśmy o kasie, a robienie zdjęć swojego brzucha w windzie byłoby czymś nie do pomyślenia. Niby sprawy małe, ale podwórko uczyło, gdzie są granice... Temu, co dziś się dzieje, na razie tylko się przyglądam, bo moje dzieciaki są jeszcze małe. Internet wprowadza zupełnie inny język. Z kultury obrazkowej przenosimy się dość gwałtownie w kulturę ogromnego skrótu. Nie jesteśmy już w stanie skupić się na dłuższym tekście. Poza tym internet kreuje obraz - dość utopijny - człowieka zanurzonego w luksusach, zawsze pięknego, szczupłego i otoczonego drogimi gadżetami. Młodzi ludzie są dzisiaj pod ogromną presją, chcąc szybko wiele osiągnąć.  Rzeczywistość jest przecież dużo bardziej skomplikowana. Tym bardziej że ciągle jesteśmy dość ubogim krajem, co potwierdzają różne statystyki.

Mieszkam znowu na Ursynowie i jeździłem ostatnio po osiedlu, gdzie dorastaliśmy. Zaraz po lekcjach rzucaliśmy plecaki w kąt i od razu szliśmy na podwórko. Wszystkie przygody muzyczne to były również historie podwórkowe. Jedna ekipa słuchała punk rocka, druga Depeche Mode, ale jak trzeba było się zmobilizować przeciwko dzieciakom z sąsiednich blokowisk - nie było problemu (śmiech ). Albo te nasze wycieczki na teren budowy metra i łapanie tam kijanek, pożyczanie sobie kaset. Nie wiem, czy takie historie mają dziś miejsce.

 

Chciałbyś, żeby twoje dzieci podobnie spędziły dzieciństwo?

- Puszczam swoje dzieciaki na dwór, bo bez tych doświadczeń ciężko wejść w życie. To one uczą pokory. Przesiadywanie na podwórku z rówieśnikami ma wielką moc w procesie dorastania. Posłałem też dzieci do zwykłej, państwowej szkoły. Sam też do takiej chodziłem.

Mam dużo różnych doświadczeń i dzięki nim nigdy nie oderwałem się od rzeczywistości. Pamiętam też poprzedni system, załapałem się na jego końcówkę. Znam naprawdę skromne życie. Pierwsze płyty mojego ojca - który był uważany za awangardowego artystę - nie były, niestety, przebojami, co wiązało się z bardzo niestabilną sytuacją finansową naszej rodziny.

Mówiłeś o ''poczuciu obciachu'', który w życiu młodzieży przesunęły social media. Podobnie jest w przypadku artystów?

- Tak, choć artyści z założenia powinni coś kreować. Jednak za kreacjami Prince'a, Dawida Bowiego czy Public Enemy krył się talent i jakaś opowieść, która tych ludzi wyniosła na scenę. Dzisiaj niekoniecznie tak musi być.

Jaka opowieść kryje się za tobą?

- Nowy album jest łagodny muzycznie, ale tekstowo dość pesymistyczny. We wcześniejszych latach nie przyznawałem się otwarcie do pesymizmu (śmiech ).

Fisz na Coke Live Music Festival, 2012 r. (fot. Piotr Drabik / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)

Dlaczego?

- To się wiąże z nadzieją. Wydawało mi się zawsze, że istnieją równolegle dwa światy. Pierwszy - zachłyśnięty liberalizmem, komercyjny. Zaś drugi - pełen ludzi w kontrze, nagrywających płyty, piszących książki etc. Myślę, że ten drugi świat ma coraz mniejszą siłę przebicia. Nasza rzeczywistość obfituje w budzące się demony, które sądziłem, że nie powrócą już nigdy. Kiedy rodziło się nasze pierwsze dziecko, nie miałem wątpliwości, że przychodzi na świat w doskonałym momencie. Będzie dorastało w Europie bez wojen, z otwartymi granicami, z coraz to równiejszymi szansami na rozwój, pracę. Dzisiaj ten świat się chwieje. Wszędzie wracają nastroje nacjonalistyczne, ludzie bywają coraz bardziej agresywni. Mamy do czynienia z przemysłem pogardy - nienawiścią, ksenofobią, dyskryminacją, przemocą. Nie chcę tu wchodzić w rolę eksperta od wszystkiego, ale uważam, że tak agresywnego, pełnego cynizmu języka w polityce, publicystyce i w internecie jeszcze nie mieliśmy.

W singlu ''Biegnij dalej sam'' pytasz słuchacza: ''O jaki świat teraz walczysz? Jaki świat ci się marzy?''. Jak ty byś odpowiedział, na te pytania? Wiem, że to patetyczne, ale...

- Ta pieśń jest na granicy patosu, więc rozumiem. To są pytania, które przychodzą naturalnie, bo świat zmienia się ostatnio dość dynamicznie... Przez dłuższy czas umieliśmy ze sobą rozmawiać. Ale w tym momencie, pomijając nasze polskie "pęknięcie", mam wrażenie, że dzieje się jakaś rewolucja. Nie bardzo jednak wiem, o jaką walkę chodzi, kto ma być wrogiem. Kim są ci ''my'', a kim ''oni''. Pytania, które cytujesz, kieruję do ludzi, którzy tworzyli kiedyś idee, są mądrzejsi ode mnie, chcą zmieniać świat. Tylko jakie mają wizje? Dla mnie dzisiaj to zupełnie niejasne. Zwłaszcza że coraz częściej w naszej debacie publicznej pojawiają się nastroje. Ja tego nie kumam i o tych obcych mi ideach też śpiewam w singlu ''Biegnij dalej sam''. Nigdy nie rozumiałem nacjonalistycznej koncepcji wystawiania narodu na ołtarz. Jest mi obca. Nacjonalizm to dla mnie taki konserwatyzm w krzywym zwierciadle.

Czasy są niepewne, świat się chwieje.

Może kapitalizm nas zepsuł? Na nowej płycie słuchacz znajdzie utwór ''Bzyk'', w którym stawiasz znak równości pomiędzy zarabianiem pieniędzy a uprawianiem z nimi seksu . Nie było pokusy, by wybrać go na singiel i wzbudzić trochę kontrowersji?

- Nienawidzę wybierać singli, bo to dla mnie zawsze treść wyrwana z kontekstu. A już w ogóle obca mi jest ''kontrowersja'' jako sposób na przyciągnięcie słuchacza. ''Bzyk'' jest o sytuacji, którą wszyscy przeżywamy, czyli o boomie mieszkaniowym oraz kryzysie gospodarczym wynikającym z nadmiernej konsumpcji. Ludzie dzisiaj zostają po godzinach w biurze, żeby spłacać kredyty. Kiedyś to robili, by zarabiać na luksusowe życie z reklam. Nie jestem wrogiem kapitalizmu jako takiego, ale jest różnica między zarabianiem pieniędzy dzięki kreatywności, talentowi a ''bzykaniem pieniądza''. On też stał się fetyszem - lekiem na nasze kompleksy, na nasze szare, smutne życie.

 

Swoją drogą ''Bzyk'' jest dosyć starym tekstem i ktoś mi nawet powiedział, że niesie spóźnioną diagnozę. Napisałem ten utwór po obejrzeniu filmu ''Wilk z Wall Street''. Pamiętam ludzi w kinie - byli bardzo zadowoleni z tego, co się dzieje na ekranie. Hedonistyczne orgie szemranych maklerów zdawały się spełniać marzenia widzów. Nie było krytycznego spojrzenia, a raczej myślenie: "Też bym tak chciał". Po filmie Jordan Belfort pojawił się także w Polsce i popisywał się sztuczkami marketingowymi. Na spotkania z nim wszystkie bilety zostały sprzedane...

Na wasze koncerty chętnych też nie brakuje. Na poprzedniej płycie porównywałeś się do Woody'ego Allena. W jego filmie ''Bierz forsę i w nogi'' pada zdanie: ''Przestępstwo popłaca. Godziny pracy są dobre, spotyka się interesujących ludzi, dużo się podróżuje''. Podobnie jest z życiem muzyka?

- (śmiech ) Na pewno tak. Często podkreślam, jak duże szczęście mnie spotkało, że wykonuję ten zawód. Muzyka dostarcza adrenaliny, wielu pozytywnych bodźców. Podróże, przyjaźnie, wreszcie wychodzenie na scenę, które sprawia, że jesteś poza czasem tak długo, jak trwa koncert... Nie wyobrażam sobie robienia czegokolwiek innego. Noszę w sobie ogromną wdzięczność za tę chwilę, którą mam.

Bartosz "Fisz" Waglewski. Wokalista, raper, autor tekstów, instrumentalista, prezenter radiowy i malarz. Członek zespołów Tworzywo Sztuczne, Bassisters Orchestra i Kim Nowak. W 1999 roku debiutował razem z bratem Piotrem ''Emade'' Waglewskim w grupie RHX albumem ''Opowieści z podwórkowej ławki''. Rok później ukazał się pierwszy solowy album ''Fisza'' - ''Polepione dźwięki'' z muzyką autorstwa ''Emade''. Bracia od tego czasu wydali ponad dziesięć wspólnych płyt, nagrywając również dwa albumy z ojcem Wojciechem Waglewskim, założycielem Voo Voo. ''Fisz'' jest laureatem Paszportu ''Polityki'', Fenomenu ''Przekroju'', wielokrotnie nominowanym do Fryderyka. Żonaty, ma trójkę dzieci.

Bartłomiej Strowski. Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Przeprowadzał wywiady dla CGM.pl, Enter the Room.pl oraz na antenie Trójki Polskiego Radia w audycji ''Soul Muzyka Duszy'' Hirka Wrony. Prowadzi fanpage Discmen .