Donald Trump pozdrawia swoich zwolenników

Donald Trump pozdrawia swoich zwolenników (fot. Carlo Allegri/Reuters)

wywiad Gazeta.pl

Były ambasador RP w USA: Dla Polski wygrana Trumpa oznacza niepewność jutra. Jego podziw dla Putina niepokoi

Całą cywilizację zachodnią gnębi rak. Rak populizmu. W USA ma twarz Donalda Trumpa - mówi Ryszard Schnepf. Były ambasador RP w USA przewiduje, że wybór Trumpa do Białego Domu będzie niekorzystny dla naszego kraju.

Ku Klux Klan poparł Donalda Trumpa...

- A on natychmiast się od Klanu odżegnał. Wie, jaki wpływ na jego wizerunek może mieć związek z organizacją, która ma na sumieniu mordy na tle rasowym i linczowanie ludzi.

Ale wcześniej zrobił wszystko, żeby ten swój wizerunek zdyskredytować. I co? I nic. Dawno nie było tak wyrównanego wyścigu do Białego Domu.

- To przewrotność współczesnej kultury. Myślę, że gdyby nie media społecznościowe i pogoń za najtańszą popularnością, takich zjawisk jak Trump by nie było. Rok temu liderzy Republikanów wykluczali, że to on będzie ich kandydatem. Pomylili się.

Republican presidential candidate, Donald Trump, speaks during a campaign rally, Saturday, Nov. 5, 2016, in Denver. (AP Photo/ Evan Vucci)Donald Trump przemawia w Denver, 5.11.2016 r. (fot. Evan Vucci/AP)

Dlaczego?

- Trump sprytnie nakręcił kampanię medialną. Im bardziej kontrowersyjnie mówił, tym więcej mediów podawało jego słowa dalej. A ludzie nie zawsze wnikają w treść komunikatów, które dostają. Często kierują się poziomem popularności człowieka, pomijając kontekst jego wypowiedzi, i nie zauważają, że w atrakcyjnym opakowaniu dostają treści ksenofobiczne, szowinistyczne, agresywne.

Trump swoje słowa kieruje głównie do Amerykanów rozczarowanych. Sfrustrowanych. Wściekłych.

- To zjawisko nie tylko amerykańskie. Całą cywilizację zachodnią gnębi rak. Rak populizmu. Wywołanego oczekiwaniami tej części społeczeństwa, która czuje się zmarginalizowana. W USA ten rak ma twarz Donalda Trumpa.

Co on im mówi?

- Mówi tak: - Ja was widzę, odpowiem na wasze potrzeby. Haczyk polega na tym, że nie mówi, w jaki sposób. Mówi: - Chcę przywrócić wielkość Ameryce. Na pytanie: "jak?" odpowiada: - Budowałem najwyższe budynki świata, to potrafię przywrócić wielkość temu gmachowi, jakim są Stany Zjednoczone.

Osiem lat temu ludzie witali Obamę jak zbawcę. Teraz jako zbawca przedstawia się Trump. To skuteczna taktyka wyborcza.

- U źródeł tego zjawiska leży zaniedbanie sektorów społecznych, które zostały w tyle za modernizacją. W USA to jest bardzo wyraźne. Ten kraj ma enklawy najnowszych technologii i największego bogactwa, jakie istnieje na świecie. A tuż obok żyje Ameryka zapuszczona, zaniedbana, bezrobotna...

Ta, która mieszka w miastach z przyczep kempingowych...

- Ta, która wierzy, że gdyby nie podpisanie np. umowy NAFTA o wolnym handlu z Meksykiem i Kanadą, to jej w życiu byłoby lepiej. To są złudzenia, ale łatwo takim złudzeniom ulegamy. Do tego Trump miał słabą konkurencję we własnej partii. A teraz jego asem w rękawie jest jego przeciwniczka.

Hillary Clinton?

- Bogata prawniczka. Żona gubernatora Arkansas, potem pierwsza dama. Senator. Sekretarz stanu. Członkini zamożnej, wykształconej elity. Elity ze świata obcego zwłaszcza dla amerykańskiego Midwestu - rolniczego środkowego Zachodu - i dla byłych pracowników zniszczonego obecnie, a niegdyś kwitnącego amerykańskiego przemysłu. W takim Detroit, dawnym Motor City, centrum przemysłu samochodowego, Clinton nie jest nielubiana. Jest po prostu nienawidzona.

U.S. Democratic presidential nominee Hillary Clinton stands with her husband, former President Bill Clinton, after accepting the nomination on the final night of the Democratic National Convention in Philadelphia, Pennsylvania, U.S. July 28, 2016. REUTERS/Mike Segar/File PhotoHillary Clinton i jej mąż Bill, były prezydent USA (fot. Mike Segar/Reuters)

I te emocje mogą okazać się decydujące.

- To, co jest kluczowe, żeby zrozumieć wybór wielu Amerykanów, to właśnie skala tych uwolnionych, także przez kryzys finansowy, emocji. Choć bezrobocie w USA spadło i jest wzrost gospodarczy, niechęć zmieniła się w nienawiść.

Tylko co tym bezrobotnym, przegranym, którzy wiedzą, że bogaci zafundowali sobie ich kosztem miękkie lądowanie po kryzysie, mówi Trump, bogacz z elity, że oni mu wierzą?

- A pamięta pan Stana Tymińskiego? Jak dużej rzeszy Polaków zawrócił w głowie? To jest ten mit self made mana - Trump, choć większość swojej fortuny odziedziczył, skutecznie przedstawił się jako ten, który wie, jak zrobić siebie i innych bogatymi. Który wie, jak przywrócić Amerykę z lat 60. XX wieku - gdy klasa średnia przeżywała okres prosperity. Teraz elity się bogacą, a upadek klasy średniej trwa. Dlatego miraże, jakie roztacza Trump, docierają do ludzi, którzy nienawidzą establishmentu.

Clinton może przegrać.

- Głosowanie już trwa. Na razie podsumowanie głosów z tych stanów, gdzie od lat wygrywa dany obóz, wskazuje jednak na zwycięstwo Clinton. Decydują o tym stany takie jak Kalifornia, która ma ogromną liczbę elektorów, czyli ludzi, którzy faktycznie wybierają prezydenta USA. Jeżeli w jakimś stanie większość ludzi wybierze danego kandydata, przypadają mu wszystkie głosy elektorów z tego stanu. Do zwycięstwa potrzeba 270. W Kalifornii przewaga Clinton to ponad 20 proc. Ale Trump, sugerując, że elity "ustawiły" elekcję Hillary, wzywa do udziału w wyborach tych Amerykanów, którzy nie chodzą głosować. Jeżeli uda mu się zmobilizować choćby około 7 proc. z nich, Hillary może być w opałach. W noc wyborczą będą emocje. A jeśli różnica będzie niewielka, może dojść do ponownego przeliczenia głosów i ogłoszenie wyniku może się przeciągnąć.

Zabawmy się w political fiction. Wygrywa Hillary. Implikacje dla Europy Wschodniej i samej Polski?

- Bez strachu. Hillary jest politykiem stabilnym, niebywale pracowitym, konsekwentnym, twardym. Kobieta, która chce zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, musi mieć naprawdę mocny charakter, bo przeszła ciężką szkołę. Nic dziwnego, że nie ma powierzchowności sympatycznej cioci. Do tego zna i rozumie problemy naszego regionu. Aż za dobrze wie, kim jest Władimir Putin. Są poważne sygnały, że miała miejsce ingerencja służb internetowych Federacji Rosyjskiej na komputerach Demokratów.

Możemy się spodziewać dotrzymania umów i deklaracji ze szczytów NATO w Newport i w Warszawie?

- Co do tego w przypadku Clinton nie ma żadnych wątpliwości.

U.S. presidential candidates Donald Trump and Hillary Clinton attend campaign rallies in Ambridge, Pennsylvania, October 10, 2016 and Manchester, New Hampshire U.S., October 24, 2016 in a combination of file photos.    REUTERS/Mike Segar/Carlos Barria/FilesDonald Trump i Hillary Clinton na kampanijnym szlaku (fot. Mike Segar/Carlos Barria/Reuters

To samo pytanie, tylko wygrywa Trump.

- Wyborcy Trumpa nie interesują się tak bardzo polityką zagraniczną. Obchodzą ich sprawy bezpośrednio przekładające się na ich życie. Pytania do doradców Trumpa z prośbą o doprecyzowanie kierunków jego polityki zagranicznej na ogół nie znajdowały odpowiedzi.

Kariery tych doradców orbitują niebezpiecznie blisko rosyjsko-ukraińskiej oligarchii, zwłaszcza byłego doradcy Janukowycza.

- Mam zbyt małą wiedzę, by cokolwiek tu przesądzać. Niemniej jednak ślady wskazują na to, że np. pewne doświadczenia z "rebrandingu" Wiktora Janukowycza przed wyborami na Ukrainie, które wygrał, zostały przeszczepione na rynek amerykański w kampanii Trumpa. Sam Trump myśli jak biznesmen. I świat też tak pojmuje: ja wam to, wy mi tamto. Zamienimy mydło na mąkę i odejdziemy od stołu zadowoleni.

Zamienimy bezpieczeństwo Europy Wschodniej i Polski na...?

- No właśnie. Tu pojawiają się znaki zapytania. Choćby sympatia Trumpa dla Putina, wyrażana wielokrotnie. Ona niepokoi. Potencjalne porozumienie Waszyngtonu z Moskwą mogłoby być dla nas niekorzystne. W tle byłyby oczywiście interesy gospodarcze.

Brzmi ponuro.

- Pocieszające jest, że ktokolwiek będzie prezydentem USA, będzie podlegał naciskowi aparatu waszyngtońskiej administracji. A ta jest dosyć stabilna. W Waszyngtonie działają thinktanki, grupy lobbystyczne, kluby polityczne. W tym tyglu ścierają się interesy i punkty widzenia, a kompromis, który z nich wychodzi, to polityka amerykańska. Więc sytuacja, w której nieodpowiedzialny prezydent wywraca politykę zagraniczną światowego mocarstwa, jest raczej trudna do wyobrażenia.

Czy to nie zbytni optymizm?

- W społeczeństwie USA jest głęboko zakorzeniona filozofia służenia innym. Amerykanie są dumni, że walczą o demokrację i wolność na wielu frontach. Ludzie z krajów, gdzie były prześladowania, uciekali z nich do Ameryki, a nie odwrotnie. To państwo urosło w siłę, ponieważ przybysze znajdowali w nim przestrzeń życiową i poczucie bezpieczeństwa. Amerykanie nie odrzucą tego sposobu myślenia nawet, jeśli wygra człowiek, który atakuje elity i mówi, że nie wie, czy uzna wybory, bo mogą je sfałszować, wietrzy spisek mediów i tak dalej.

Ameryka podzielona. Z lewej wyborcy Clinton, z prawej - Trumpa (fot. Ross D. Franklin, Gerald Herbert/AP)Ameryka podzielona. Z lewej wyborcy Clinton, z prawej - Trumpa (fot. Ross D. Franklin, Gerald Herbert/AP)

To brzmi podobnie do retoryki niektórych polskich polityków.

- Inteligentny czytelnik sam zrozumie.

Mój wykładowca od prawa dyplomatycznego, prof. Sawicki, mówił, że dobry dyplomata to jest taki człowiek, który dwa razy pomyśli, zanim nic nie powie.

- Ładne!

Właśnie teraz pan tak dwa razy pomyślał i nic nie powiedział.

- Na końcu niektórych zdań niekoniecznie trzeba stawiać kropkę. Wierzę w inteligencję społeczeństwa polskiego. Wierzę w jego ducha. Zresztą widać, że ten duch w narodzie nie ginie.

Ale budzą się inne duchy. Porównał pan teksty prawicowej prasy na swój temat do nagonki marca '68.

- Tak. Ale nie chciałbym, aby moje zmagania o obronę dobrego imienia rodziny przesłaniały szerszy kontekst, a więc to, do czego może prowadzić rozpętanie kampanii nienawiści.

Czyli?

- Publikacje prawicowych mediów dotyczące mnie i mojej rodziny ugodziły tak naprawdę w interesy Polski - a tylko przy okazji we mnie.

W jaki sposób?

- Prezydent Duda jechał wtedy do Waszyngtonu. Obrzucanie błotem dyplomaty w trakcie intensywnego działania związanego z jego wizytą szkodziło ogromnie.

Jak pan tłumaczył w Departamencie Stanu USA tę sprawę?

- Próbowałem pokazać, że Polska to stabilny kraj. Że nie ma nagonek za pochodzenie. Że to, co mi się przytrafiło, jest incydentalne.

Uwierzyli?

- Oficjalnie tak. Ale złe wrażenie musiało pozostać. I mam tylko jedno pytanie do państwa autorów tekstów o mojej rodzinie, autorów "Resortowych dzieci" i internetowych hejterów: czy mieli chociaż odrobinę świadomości, jak szkodzą własnemu krajowi. Jak burzą opinię o Polsce, którą latami budowali moi poprzednicy i ja.

Rok 2012, pierwszy z prawej Ryszard Schnepf, wówczas w MSZ (fot. Sławomir Kamiński/AG)Rok 2012, pierwszy z prawej Ryszard Schnepf, wówczas w MSZ (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Jaka to była opinia?

- Taka, że Polska to stabilny lider regionu, gdzie są przestrzegane prawa człowieka. Aż tu nagle Amerykanie widzą, że na ich oczach, na przykładzie przedstawiciela Polski właśnie w Ameryce, są one podważane.

Trudniej tłumaczyć się we własnej sprawie?

- Tak. Zawsze w takich sytuacjach pojawia się po stronie partnera z innego kraju podejrzenie, że dyplomacie może chodzić o jego własny interes. Ja jestem odporny, umiem z tym żyć. Natomiast wymazanie złego wrażenia u ludzi, którzy są nam bardzo przychylni, ale zaczynają przestawać rozumieć, z kim mają de facto do czynienia, to problem. Duży.

Według dokumentów opublikowanych przez prawicową prasę pana ojciec był nie tylko dyplomatą, ale pracował też w wywiadzie.

- Autorzy tych dosyć obrzydliwych tekstów przekłamali fakty, i to mocno. Mam świadomość, że atak na moich rodziców - metodą żywcem wyjętą z gadzinowej prasy marcowej - jest w gruncie rzeczy atakiem na mnie. I o to tu chodzi. Smaku sprawie dodaje fakt, że w latach 70., kiedy ja przemycałem egzemplarze podziemnych publikacji na Zachód, jeden z autorów tych paszkwili, mój młodszy "kolega" z Wydziału Historii UW, należał do grona agresywnych hunwejbinów PZPR. To jest prawdziwy chichot historii.

To przypomnijmy fakty. W 1968 r. pobili pana milicjanci...
-
Dokładnie to ZOMO. Miałem 16 lat.

Oddziały MO przed Collegium Novum w Krakowie, Marzec 1968 r., reprodukcja zdjęcia (fot. Michał Łepecki/AG)Oddziały MO przed Collegium Novum w Krakowie, Marzec 1968 r., reprodukcja zdjęcia (fot. Michał Łepecki/AG)

Syn attaché wojskowego w Waszyngtonie ma kłopoty ze zbrojnym ramieniem władzy ludowej. Niedobrze.

- Sęk w tym, że nie było żadnego attaché wojskowego. Moja rodzina nigdy na tę placówkę do USA nie wyjechała.

Nie?

- Nie. Gdybyśmy wyjechali do Stanów, to, proszę mi wierzyć, ja bym o tym wiedział.

To jaka jest prawda?

- Taka, że mój ojciec nigdy nie został dyplomatą. Miał zostać. Już nawet miał dokument z tą nominacją na attaché wojskowego. Ale nigdy nie wyjechał.

Co się stało?

- Padł ofiarą oskarżeń.

Jakich?

- To był 1953 rok. Oskarżenia były typowe dla tej epoki. Brak lojalności wobec władzy ludowej. Został "elementem niepewnym".

I dlatego jego nominacja została cofnięta?

- Tak. Dostał areszt domowy. Miałem wtedy 2 lata.

Co robił potem?

- Już nigdy nie awansował. Do 1969 roku był kierownikiem Studium Wojskowego przy UW. Odstawili go na boczny tor. Nigdy z niego nie zjechał.

O studium wojskowym krążą legendy. Przeszło je wielu późniejszych dziennikarzy, pisarzy, intelektualistów, opozycjonistów.

- A w 1968 r. mój ojciec próbował tych aresztowanych studentów jakoś wybronić. Wystawiał im lewe zaświadczenia, że byli na zajęciach, a nie na strajku, i tak dalej.

Zaatakował pan w swoim tekście sposób myślenia, według którego dzieci odpowiadają za czyny rodziców, a pochodzenie określa drogę życiową.

- Wie pan, jak pochodzenie określiło moją drogę życiową? Tak, że po pobiciu przez milicję napisali o mnie w opinii w szkole, że "ulegam wpływom" i "miewam zachowania aspołeczne". To wtedy uniemożliwiało dostanie się na studia. Na cały rok.

Od lewej: Ryszard Schnepf, Hillary Clinton i ówczesny ambasador USA w Polsce, Stephen Mull (fot. archiwum prywatne)Od lewej: Ryszard Schnepf, Hillary Clinton i ówczesny ambasador USA w Polsce, Stephen Mull (fot. archiwum prywatne)

Ale siedzieć pan nie poszedł.

- I właśnie dlatego nie chcę robić z siebie bohatera i wywnętrzać się jako "biedny poszkodowany". Ani wtedy, ani teraz. Na dziedzińcu UW protestowałem, bo po prostu było dla mnie naturalne, że ja, uczeń warszawskiego Liceum nr 37, jestem ze studentami, a nie z władzą. Później też nie byłem żadnym liderem, choć publikowałem w podziemnej prasie i chodziłem na demonstracje i dyżurowałem na blokadzie ronda w Warszawie.

Polując na "resortowe dzieci", prawicowi dziennikarze wyciągnęli dokumenty ukazujące przeszłość pana rodziców w organach bezpieczeństwa PRL.

- Zgodnie z tym sposobem myślenia ja muszę być złym człowiekiem. Absurd. Powiem tylko jedno: moi rodzice nie zrobili nic, czego ja, ich syn, mógłbym się wstydzić. Wręcz przeciwnie. Mój ojciec był żołnierzem. Pod Lenino nie walczył za Związek Radziecki, tylko za wolną Polskę. To jego oddział pierwszy przeszedł ze wschodniego na zachodni brzeg Wisły. Był dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari. Brał udział w zdobyciu Berlina. Nie mam powodu, by się tego wstydzić.

Brał też udział w akcjach przeciw antykomunistycznemu podziemiu.

- Sprawa tzw. Żołnierzy Wyklętych nie jest taka prosta. Trzeba znać jej kontekst. Od 1944 r. w Polsce trwała właściwie wojna domowa. Ludzie różnie wybierali. Dziś historię tę opisuje się jednostronnie. Wyklętych pokazuje się wyłącznie jako patriotów, którzy do końca nie złożyli broni.

Bo wielu tak właśnie zrobiło. To był inny wybór niż Ludowe Wojsko Polskie.

- Ale wiemy, ze źródeł historycznych, że prawda była bardziej skomplikowana. Ktoś, kto dla jednych był bohaterem, dla miejscowej ludności jakiejś wsi był na przykład postrachem. To był też czas, gdy ludzie młodzi garnęli się do wojska. Wielu, nawet jeśli potem wykonywali kontrowersyjne rozkazy, wcale z nimi nie sympatyzowało. Z kolei moja mama, którą oskarżają o działanie w aparacie bezpieczeństwa, była sekretarką i maszynistką w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. I to krótko! Żeby ją posądzać o to, że mogła mieć wpływ na coś więcej poza parzeniem herbaty, trzeba mieć dużą wyobraźnię. Nie mogę tu nie zakpić: moja rodzina była tak strasznie "resortowa", że nigdy - nigdy! - w domu nie miałem problemów z moją działalnością opozycyjną. Swobodnie rozmawialiśmy z rodzicami.

O polityce też?

- Też. Mimo upływających lat zachowałem całkiem niezłą pamięć i szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, aby moje dzieciństwo w jakikolwiek sposób różniło się od codzienności moich rówieśników. W domu jadło się skromnie, pajda chleba ze smalcem musiała często wystarczyć, a pomarańczę na święta dzieliliśmy na kawałki. Bawiliśmy się fajerką prowadzoną na pogrzebaczu, a posiadanie roweru było luksusem. My, kumple z okolicznych podwórek, byliśmy sobie równi niezależnie od statusu społecznego, a jeśli ktoś dostał "bańki", to nie dlatego, że ojciec zajmował wyższe albo niższe stanowisko. Nie miałem pojęcia, że należę do uprzywilejowanej grupy "resortowych dzieci", bo to pojęcie jest z gruntu fałszywe.

W karierze łatwiej nie było?

- Karierę dyplomatyczną zacząłem dopiero w 1991 roku, w czasach transformacji i właściwie dzięki niej. Wcześniej przez blisko 20 lat byłem skromnym nauczycielem akademickim, który musiał dorabiać, udzielając korepetycji. Pierwsze mieszkanie spółdzielnia przyznała mi, mężczyźnie grubo po trzydziestce, mężowi i ojcu dziecka, po 14 latach oczekiwania. Pierwszy samochód, Skoda, pojawił się też nie z przydziału, lecz z oszczędności zgromadzonych podczas pracy na uczelni amerykańskiej. Czy tak wygląda start życiowy "resortowego dziecka"?

Nie kłócił się pan z ojcem?

- Często się nie zgadzaliśmy. Ale to właśnie te rozmowy inspirowały mnie, by działać w opozycji. Mało tego, rodzice mnie chronili.

To znaczy?

- Gdy byłem poszukiwany, ukrywali mnie u znajomych. Mieli świadomość, że sami żyli w innych realiach. Młodzi ludzie nie pamiętają dziś, że jeszcze w latach 80. wydawało się, że ten podział, ten ustrój - to już tak na zawsze. Dzisiaj łatwo być bohaterem, stając naprzeciw policjanta. Wtedy to było ryzyko zupełnie innej kategorii.

Chcesz wiedzieć więcej o Hillary Clinton i Donaldzie Trumpie? Sprawdź ich biografie >>

Ryszard Schnepf przemawia na konferencji thinktanku Atlantic Council (fot. archiwum prywatne)Ryszard Schnepf przemawia na konferencji thinktanku Atlantic Council (fot. archiwum prywatne)

Ryszard Schnepf. Dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych, były ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Urugwaju, Ameryce Środkowej, Hiszpanii i w Stanach Zjednoczonych. Prywatnie mąż dziennikarki Doroty Wysockiej-Schnepf, ojciec trójki dzieci. W październiku, po 25 latach służby, zrezygnował z pracy w MSZ. Obecnie wykłada politykę zagraniczną, współczesną dyplomację i politykę USA na Uniwersytecie Warszawskim.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

Ku Klux Klan poparł Donalda Trumpa...
-
A on natychmiast się od Klanu odżegnał. Wie, jaki wpływ na jego wizerunek może mieć związek z organizacją, która ma na sumieniu mordy na tle rasowym i linczowanie ludzi.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)

Komentarze (302)
Zaloguj się
  • blue911

    Oceniono 264 razy 148

    PIS to faszysci. I do tego przebrane aparatczyki PZPR. Polska zaplaci wysoka cene za rzady Jarka.

  • thegosc

    Oceniono 140 razy 86

    Czuję zażenowanie że Pan Schnepf tłumaczy się, między innymi mi, ze swego życiorysu. Ja na to nie zasłużyłem niczym i on sobie nie zasłużył. Mam nadzieję że okres rządów postPZPRowskich skończy sie w Polsce jak najszybciej.

  • agnrodis

    Oceniono 136 razy 60

    Idiotow nigdy nie zabraknie, stad ta popularnosc Trumpa. A Trump, klamie, oskarza i intymiduje. Sam zbankrutowal 6 razy, ale to nie przeszkadza glupim, zeby wierzyc w jego zdolnosci menadzerskie. Przez 8 lat Trump klamal z premedytacja, ze Obama urodzil sie w Kenii (poza granicami USA) i dlatego nie nalezy mu sie fotel Prezydencki. 30% Republikanow wierzylo w te bzdury, a teraz w dalszym ciagu glosuja na tego oszusta, chociaz przyznal, ze Obama urodzil sie w USA! ..... ale nie zapomnial oskarzcl Hilary, ze to ona pierwsza mowila o Kenii! Po prostu CYRK!!!

  • stachud

    Oceniono 96 razy 52

    Trump dogada się z Putinem a polskie rusofoby zostaną z ręką w nocniku.

  • kotwkaloszach

    Oceniono 105 razy 43

    To, ze Trump nie jest korzystny dla Polski, powinno byc jasne dla wszystkich. Clinton rowniez nie jest dobrym kandydatem, ale z dwojga zlego wybiera sie mniejsze zlo...

  • dave1919

    Oceniono 66 razy 38

    .

    .JAK WSTYD ..
    CO ONI WYPRAWIAJĄ Z POLSKĄ
    :(
    SPRAWDZANIE CZY KTOŚ JEST OBRZEZANY CZY NIE
    to chyba jakiś koszmarny sen

    .

  • spoter

    Oceniono 90 razy 32

    Ameryke nie gnębi proszę Pana rak popolizmu: Ameryke gnębi rak korupcji politycznej. Populizm amerykański to jest reakcja obronna organizmu. Ten rak korupcji panoszy sie od dziesięcioleci. Jedyna metoda walki z tym rakiem to zakazanie finansowania polityków i partii politycznych przez biznes i dopuszczenie dotacji tylko od osób prywatnych z ograniczeniem np. 100-200 dolarów na miesiąc. Wtedy to się będzie nazywało demokracja. W tyj chwili ustrój panujący w Ameryce opiera się na władzy pieniądza i tylko pieniądza. Trzeb być ślepym politycznie albo należeć do tego korupcji politycznej, żeby tego nie dostrzegać. Oba Clintony to symbol obecnej amerykańskiej korupcji politycznej.

  • ibrylowska

    Oceniono 51 razy 31

    Atak prawicowych mediów na ambasadora Polski w USA pana Ryszarda Schnepfa i jego rodzinę był pozbawiony sensu i w ogóle niepotrzebny. To jest brak szacunku dla polskich dyplomatów, którzy pracowali z sukcesem na dobry wizerunek Polski za granicą. "Dobra zmiana" wstając z kolan burzy wszystko co zostało zbudowane przez lata w ramach dobrej międzynarodowej współpracy. Bardzo doby wywiad pana Schnepfa, ponieważ trzeba wyjaśniać takie sprawy do końca. Żal tylko, ze prawicowe media zaatakowały także żonę ambasadora i dzieci.

  • sobiepan11

    Oceniono 60 razy 28

    Czy w tej Gazecie nie ma jakiegoś moderatora? Pisiesyny ujadają, że aż uszy puchną.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX