Wira z synem Georgem

Wira z synem Georgem (fot. archiwum prywatne)

ludzie

Syn Danuty "Wiry" Szlachetko: Gdyby nie powstanie, mama nie poznałaby taty i ja bym się nie urodził

Danuta "Wira" Szlachetko jest jedną z ostatnich żyjących uczestniczek powstania warszawskiego. Jako nastolatka walczyła z bronią w ręku, przedzierała się kanałami, przenosiła meldunki, odkopywała i opatrywała rannych. Wojna zabrała jej rodziców i starszą siostrę. Po klęsce powstania została wywieziona do obozu jenieckiego w Oberlangen. Po jego wyzwoleniu emigrowała do Wielkiej Brytanii. Tam rozpoczęła nowe życie. Po latach powiedziała synowi, że powstanie towarzyszyło jej każdego dnia. Ukazała się ich wspólna książka "Wira z Powstania. Wspomnienia".

Danuta Szlachetko, pseudonim Wira, miała 16 lat, gdy poszła do powstania. Wspomina, że do dziś prześladują ją koszmary. Widzi w nich wiszące ciała chłopców z Szarych Szeregów, zwłoki leżące na ulicach. Ta książka jest formą terapii?

George Szlachetko: - Myślę, że gdy skończyliśmy książkę "Wira z Powstania. Wspomnienia", mama poczuła ulgę. Spędziłem z nią setki godzin. Rozmawialiśmy, a ja spisywałem te wspomnienia. Jeśli tylko pojawił się wątek, który mnie szczególnie zainteresował, od razu za nim podążałem, dosłownie jak pies za kością. Gdy okazywało się, że mama czegoś nie pamięta dokładnie, robiliśmy przerwę i wracaliśmy do pisania po kilku godzinach, czasem tygodniach. Przecież wydarzenia, które opisujemy, wydarzyły się ponad siedemdziesiąt lat temu.

To, że jestem jej synem, dawało mi możliwość zadawania pytań, na które ghostwriter nie mógłby sobie pozwolić. Mogłem też dopytać o szczegóły, gdy coś wydawało mi się nie całkiem jasne.

Od lewej: Wira w wieku dziewięciu lat, 1938 rok; w wieku 14 lat, po przystąpieniu do ruchu oporu, 1944 rok; w Londynie, lata 50. (fot. archiwum prywatne)Od lewej: Wira w wieku dziewięciu lat, 1938 rok; w wieku 14 lat, po przystąpieniu do ruchu oporu, 1944 rok; w Londynie, lata 50. (fot. archiwum prywatne)

Czemu jeszcze służy ta książka? Uczeniu młodych?

- Jakieś cztery lata temu pomyślałem, że chciałbym spisać historię mojej mamy, ponieważ moje dzieci są jeszcze za małe, żeby się tego wszystkiego dowiedzieć od niej. Moja najstarsza córka ma dziś 17 lat. Wiem jednak, że pewnego dnia będą chciały poznać losy swojej babci. Przyznam, że spisując te wspomnienia, wpadłem w prawdziwą obsesję. Z każdym dniem chciałem dowiedzieć się więcej i więcej.

Czytając książkę, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Wira miała w jakimś sensie obsesję powstania.

- Nie wydaje mi się, żeby moja mama miała obsesję samego powstania. Było jednak tak, że Polacy, którzy na emigracji zamieszkali w Londynie i bardzo się wspierali, mieli obsesję przeszłości. Mam na myśli ciężkie doświadczenia z czasów wojny. U mojej mamy miały one nierozerwalny związek właśnie z powstaniem, ale też z tym, co wydarzyło się przed nim, czyli z dołączeniem do ruchu oporu i z tym, co ją spotkało po nim, czyli z pobytem w obozie jenieckim. Zresztą moja mama do dziś działa w organizacji, która zajmuje się polskimi weteranami wojennymi.

Wira z rodziną. Po lewej: Andrew i jego żona Edyta, po prawej George z żoną, Jacqui. Czwórka wnuków stoi z tyłu, od lewej: Oskar, Emma, Alice i Edward (fot. archiwum prywatne)Wira z rodziną. Po lewej: Andrew i jego żona Edyta, po prawej George z żoną, Jacqui. Czwórka wnuków stoi z tyłu, od lewej: Oskar, Emma, Alice i Edward (fot. archiwum prywatne)

Kiedy pan się dowiedział, że pana mama walczyła w powstaniu?

- Miałem wtedy dziewięć lat. Dowiedziałem się, że mama walczyła w powstaniu warszawskim, ale nie miałem pojęcia, co to właściwie było i jaki był jej w nim udział. Rok później zmarł mój tata i rozmowy o czasach wojny zeszły na drugi plan. Mama musiała zapewnić nam byt i na tym się głównie skoncentrowała.

Była samotna?

- Byliśmy silnie związani z polską wspólnotą w Londynie. Ja miałem w niej mnóstwo ciotek. Traktowały mnie jak własne dziecko, zwłaszcza że niektóre z nich, tak jak ciocia Jadzia, straciły w czasie wojny swoje dzieci. Ale moja mama przyznała w pewnym momencie, że jest bardzo samotna. Bardzo brakowało jej siostry, która zginęła w sierpniu 1944 roku. Zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby były razem. Mama jednak potrafiła sobie z tą samotnością radzić. Nigdy nas nią nie obciążała.

Boże Narodzenie w Doddington Park, 1946 rok. Wira na pierwszym planie (fot. archiwum prywatne)Boże Narodzenie w Doddington Park, 1946 rok. Wira na pierwszym planie (fot. archiwum prywatne)

Mama Wiry nie wiedziała, że ta poszła do powstania. Razem z siostrą Wiry wróciły spod Warszawy na Nowy Świat, by ją zabrać z rejonu walk. Obie zginęły od bomby niedaleko domu. Jak pana mama radziła sobie z tą traumą?

- To kwestia skrywana w umyśle mojej mamy gdzieś głęboko. Rzeczywiście istnieje związek między śmiercią mamy mojej mamy i jej siostry a wyborami, których dokonała. Być może uznała, że to element koniecznej ofiary, związany z tym, co przecież musiała zrobić.

Dopiero niedawno mama złamała się i powiedziała, że jej bliscy zginęli z jej winy. Nie wiem, czy dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę, czy też ukrywała tę kwestię przed sobą przez lata. Zresztą o tym, co ją bezpośrednio nie dotykało, mogła opowiadać bez końca. Czasami zdarzały się jednak momenty, kiedy coś dotyczyło jej emocjonalnie i musieliśmy na jakiś czas przerywać.

Na przykład wtedy, kiedy pana mama opowiada o zjedzeniu kota czy psa?

- Kiedy mama opowiadała mi o zjedzeniu psa i kota, było to dla mnie zabawne. Większość ludzi oceniłaby to pewnie jako okropne. Moja mama natomiast przyznała, że kot nie smakował tak dobrze jak pies.

Wstrząsające były dla mnie wspomnienia z obozu w Oberlangen, do którego mama trafiła po powstaniu. Tam stale cierpiała głód. Wtedy pojawiła się ciocia Hania, która sama była potwornie głodna, a mimo to podzieliła się z mamą kawałkiem suchego chleba. Niestety, dowiedziałem się o tym krótko po tym, jak ciocia Hania zmarła.

Po lewej: Maria Banaszak, mama Wiry; po prawej: spotkanie przyjaciółek po 60 latach. Od lewej: Wira, Hania, Celina i Stefa (fot. archiwum prywatne autora)Po lewej: Maria Banaszak, mama Wiry; po prawej: spotkanie przyjaciółek po 60 latach. Od lewej: Wira, Hania, Celina i Stefa (fot. archiwum prywatne autora)

Wira nie miała i nie ma najmniejszych wątpliwości, że powstanie było potrzebne.

- Dzisiaj młodzi, którzy rozmawiają o powstaniu, wiedzą, jak ono się skończyło i ile osób w nim zginęło. Często zastanawiają się więc, czy było zasadne. Z perspektywy mojej mamy wyglądało to inaczej - nigdy nie miała wątpliwości, że powstanie powinno było wybuchnąć. A może bardziej precyzyjnie byłoby powiedzieć, że ona musiała wziąć w nim udział. Musiała wziąć udział w walce z okupantem, z najeźdźcą, który starał się zniszczyć cały polski naród. Dla mojej mamy było więc zupełnie naturalne, że przyłączyła się do konspiracji, a potem poszła do powstania.

Interesowało mnie, jak wyglądało życie w Polsce tuż przed wybuchem powstania. Pytałem o to mamę. Życie Polaków było wtedy naprawdę bardzo trudne. Dziś łatwo jest powiedzieć, że powstanie było niepotrzebne, bo nie udało się go wygrać. Moim zdaniem to nie jest właściwa perspektywa. To, że coś nie zadziałało, to nie znaczy, że nie powinno się było wydarzyć.

Trudno także oceniać, jak potoczyłaby się historia, gdyby powstanie nie wybuchło. Jak wtedy wszystko by się rozegrało? Jestem gotów przyznać tym, którzy rozpoczęli powstanie, pewien kredyt zaufania, że w ich sytuacji nie mogło być inaczej.

Powstańcy udzielili kredytu zaufania aliantom. Wierzyli, że przyjdą im z pomocą.

- Wielu Polaków rzeczywiście oczekiwało, że Rosjanie w jakiś sposób wezmą udział w powstaniu, że wspomogą je. Moja mama nie wierzyła w to zupełnie, oczekiwała za to pomocy z Zachodu. Oczywiście, były zrzuty jedzenia i broni, ale Zachód mógł postarać się bardziej, mógł zrobić więcej. Na przykład zrzucić polską brygadę, która liczyła około pięciu tysięcy ludzi, dobrze wyszkolonych i dobrze uzbrojonych. Mogli wspomóc powstanie, a zamiast tego zostali skierowani na inny teren wojenny.

Uważam też, że Zachód mógł bardziej nacisnąć na ZSRR i starać się go przekonać, by samoloty z Zachodu mogły lądować na terytoriach opanowanych przez ZSRR. Na tym etapie Związek Radziecki był jeszcze zależny od Zachodu. Dostawał bowiem z Zachodu chociażby sprzęt wojskowy.

Wira z synami w dniu obrony dyplomu przez Andrzeja, 1986 rok (fot. archiwum prywatne)Wira z synami w dniu obrony dyplomu przez Andrzeja, 1986 rok (fot. archiwum prywatne)

Brytyjczycy znają historię powstania warszawskiego?

- Mało osób wie, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Kiedy byłem dzieckiem, w zasadzie nie wiedzieli nic, słyszeli jedynie o powstaniu w getcie. Mam nadzieję, że z mojej książki dowiedzą się więcej o powstaniu. Zainteresowała się nią wytwórnia z Londynu. Film na jej podstawie jest już na wczesnym etapie produkcji.

Co pan czuje, gdy pan przyjeżdża do Polski?

- W Warszawie czuję się zrelaksowany i spokojny. Zupełnie jakbym był w domu. I choć Warszawa nie jest moim domem, bo urodziłem się i mieszkam w Wielkiej Brytanii, odczuwam głęboki związek emocjonalny z tym pięknym miastem.

Pierwszy raz byłem na Nowym Świecie 57, gdzie mieszkali moi przodkowie, gdy miałem dwa lata. Ale dobrze tego nie pamiętam. Pamiętam za to rok 2004, gdy przyjechałem z mamą na obchody 60. rocznicy wybuchu powstania. Odwiedziłem wtedy Muzeum Powstania i dopiero tam, słuchając komentarza nagranego do jednej z ekspozycji, dowiedziałem się, jak zginęły moja babcia i ciocia. Patrzyłem potem na budynek 57 i choć to nie jest ten sam dom, byłem wstrząśnięty. Uświadomiłem sobie, że kilkaset metrów od tego miejsca rozegrała się nasza ogromna rodzinna tragedia.

Zastanawiał się pan wtedy, jak wyglądałoby życie pana i pańskiej mamy, gdyby nie wojna i powstanie? Po powstaniu mama trafiła do obozu, a stamtąd wyjechała do Wielkiej Brytanii ze swoim późniejszym mężem.

- Gdybyśmy ściśle trzymali się faktów, to wychodzi mi, że gdyby nie powstanie, mama nie poznałaby taty i ja bym się nie urodził. W pewnym sensie mogę więc przyznać, że tym koszmarnym wydarzeniom zawdzięczam swoje istnienie. Gdyby założyć, że i tak przyszedłbym na świat, tylko gdzie indziej, to choć kocham Londyn i Wielką Brytanię, byłbym zwykłym człowiekiem, który urodził się w Polsce. I też byłbym szczęśliwy.

Wira, w pierwszym rzędzie po lewej, wraz z kolegami i koleżankami z AK podczas uroczystości na cmentarzu w Gunnersbury. W środku Marta (w sukience) i Hania po prawej (fot. archiwum prywatne)Wira, w pierwszym rzędzie po lewej, wraz z kolegami i koleżankami z AK podczas uroczystości na cmentarzu w Gunnersbury. W środku Marta (w sukience) i Hania po prawej (fot. archiwum prywatne)

Ma pan trójkę dzieci. Opowiada im pan o losach polskich dziadków?

- Najbliżej związana z powstaniem i historią jest moja najstarsza, 17-letnia córka Emma. Także dlatego, że moja mama widzi w niej swoje własne odbicie. Okładka brytyjskiego wydania książki jest zresztą projektu Emmy, i to jej twarz jest na okładce.

Dwa lata temu byliśmy z żoną i dziećmi na wakacjach w Polsce. Spędziliśmy kilka dni w Warszawie, wzięliśmy udział w celebracji wybuchu powstania, zwiedziliśmy Powązki.

Pana córka jest w podobnym wieku jak pana mama, gdy szła walczyć.

- Emma jest bardzo podobna do babci. Jest tak samo mądra, tak samo odważna. Uważa, że kobiety powinny być silne. Na zdjęciu promującym film o powstaniu, który powstaje na podstawie mojej książki, Emma stoi na ulicy z koktajlem Mołotowa w ręku. Wygląda jak moja mama w czasach powstania. Myślę, że gdyby Emma znalazła się w podobnej sytuacji, dokonałaby takiego samego wyboru jak jej babcia w 1944 roku.

A pan co by zrobił?

- Ja jestem tylko mężczyzną, nie mam dość odwagi. Trudno mi to sobie wyobrazić, ale wydaje mi się, że nie potrafiłbym działać tak instynktownie jak moja mama.

Wywiad powstał we wrześniu 2016 roku.

Książka "Wira z Powstania" jest dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl

Danuta Danuta "Wira" Szlachetko i George Szlachetko na obchodach 60. rocznicy powstania warszawskiego, 2004 rok (fot. archiwum prywatne)

George Szlachetko. Urodził się w 1964 roku w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka i pracuje. Jest młodszym synem Wiry. Przez trzy lata spisywał wojenne i powstańcze wspomnienia mamy. Ma żonę i troje dzieci.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

(fot. Publio.pl)(fot. Publio.pl)

Komentarze (123)
Zaloguj się
  • mrjarwit

    Oceniono 75 razy 47

    A ja mam coraz więcej wątpliwości czy przy ocenie istniejących szans ,decyzja o rozpoczęciu powstania była słuszna! Wiadomo było jedno,że niemieccy dowódcy nie będą przestrzegać żadnych konwencji i tym bardziej oszczędzać ludności "cywilnej" czy miasta! To był krok samobójczy i coraz bardziej przypomina mi decyzję o lądowaniu Tupolewa na "lotnisku" Smoleńskim!!!

  • gojaga1

    Oceniono 49 razy 37

    Całe życie w cieniu powstania - niepotrzebnie wywołanego ! Przecież wojna się kończyła, wszystkie ustalenie dotyczące granic zapadły. Trzeba było tylko spokojnie czekać - a tak to potraciliśmy tysiące ludzi, którzy tak jak Wira mogliby dziś zasiadać w gronie wnuków...

  • kapitandragan

    Oceniono 32 razy 32

    Kolejna osoba wierząca w bajeczkę o możliwości zrzucenia nad Warszawą polskiej brygady spadochronowej. Wiele rzeczy można zachodnim aliantom zarzucić, ale akurat ten pomysł był oderwany od rzeczywistości. Mało osób wie, że straty alianckich samolotów w lotach nad Warszawę były procentowo jednymi z największych w II W.Ś. (pomimo wykonywania lotów nocą i w małych grupach lub pojedynczo). Większe ponosili jedyne Japończycy w trakcie niektórych bitew na Pacyfiku (np. wyspy mariańskie). Aliantom brakowało samolotów transportowych do wykonania zrzutu brygady nad warszawą. Nawet, gdyby je zgromadzili, nie miały one wystarczającego zasięgu na tak długi lot (z W. Brytanii). Wreszcie podczas lotu nad Niemcami i okupowaną Polską samoloty te po prostu w dużej części zostałyby zestrzelone.

  • jurek.k4

    Oceniono 41 razy 27

    Kurcze, że takich normalnych ludzi, którzy poświęcieli coś dla ojczyzny. WIedzą co to okropność świata, więdzą czym są problemy....
    ... traktowani są przez polityków jak zero, których my wybieramy jako naród.

    Nieludzkie jest traktowanie wielkich ludzi jak szmaty. Od Wałęsy przez Powstańców...
    Kaczyński rządził 2 lata. Zasłynął dzięki sędziemu Hurasowi, potem było gorzej.
    Na Wawelu pochowany. Ja nie wiem gdzie mamy chować wielkich ludzi, którzy przelali krew, zmienili kraj...

    Swoją drogą poruszony ciekawy problem, że gdzieś jedzą konie, psy, koty. To normalne człowiek je zwierzę. Część skupia całą energię życiową by walczyć z tym. Gdy są rzeczy, które faktycznie są okropne - tylko trzeba je przeżyć, zobaczyć.

  • e50504

    Oceniono 65 razy 23

    Ten wywiad to kolejny taniec na grobach, coś w stylu kompletnie chorego kultu Wyklętych. Ja rozumiem, że trzeba w jakiś sposóļ upamiętnić tę całą "Inkę", ale robienie z niej bohaterki (?) walczącej o "wolną Polskę" (w jaki sposób?) to jest już gruba przesada. Pogrzeb "Inki" powinien być okazją okazją nie do manifestowania najgorszego rodzaju biedapatriotyzmu, a chwilą poważnej zadumy nad faktem, że w 1946 roku kraje jak ZSRR czy USA przygotowywały się do podboju kosmosu, Francja miała miejsce w RB, Włochy zakończyły wojnę praktycznie nie zniszczone, a u nas nastolatki jadły trawę z ziemią i biegały po lasach. Jak dla mnie jest to strasznie smutne i nie widzę powodu do dumy.

    Tutaj sytuacja jest niemalże identyczna. Mamy być dumni, bo jakaś biedna kobieta jadła koty, cierpiąc w kompletnie bezsensownej walce, która byłą gwoździem do trumny powojennej historii Polski? O co chodzi?

    "Brytyjczycy znają historię powstania warszawskiego?"

    98% nie zna, 2% szydzi z naszej bezbrzeżnej głupoty. Tyle.

  • az555

    Oceniono 23 razy 21

    5 karabinów(w tym 3 niesprawne) i 10 tys. ludzi którzy chcieli sobie robić z nimi zdjęcia.Nie ma co narzekać.Większość zdjęć wyszła.

  • romikus

    Oceniono 26 razy 18

    Odnoszę wrażenie że w historii Polski było tylko jedno powstanie warszawskie i nic więcej. A było przecież listopadowe,styczniowe, wielkopolskie,śląskie.Może tamte są mniej ważne bo nie walczyły o wolność Polski tak jak warszawskie, albo nie były tylko Warszawie?

  • probelpl

    Oceniono 32 razy 16

    Im więcej lat od powstania tym więksi bohaterowie a gdzie zdrowy rozsądek i kalkulacja

  • kocurxtr

    Oceniono 13 razy 13

    no, a gdyby nie Powstanie i ten głupek niedźwiadek-okulicki z jego nad-ambicjami, to 250 000 ludzi by żyło - nie mówiąc już o zachowanej Warszawie - pięknej, jak dzisiejsza Praga...
    a tak - mamy kolejny etos głupiego Polaka który z motyką na słońce byle go podpuścić ...
    cóż...
    teoria względności ...
    i doboru naturalnego ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX