Rozmowa
Tomasz i Włodzimierz Cimoszewiczowie (fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl)
Tomasz i Włodzimierz Cimoszewiczowie (fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl)

Często się pan styka z takim chamstwem, jak w Sejmie?

- Zdarza się. Ale to, co się w Sejmie stało, to był tego chamstwa skrajny przejaw. Dlatego ostro zareagowałem. To nie jest miejsce na takie gesty jak pokazywanie środkowego palca. W ogóle nie powinno być miejsca na takie zachowania wśród kulturalnych ludzi. Posłów ocenia pozytywnie około 20 proc. społeczeństwa. A tacy jak poseł Pyzik sprowadzają tę ocenę do dna.

Rąbnął pan z nerwów tabletem w pulpit?

- Nie tyle rąbnąłem, ile go, hmmm..., dość mocno i niefortunnie odłożyłem na miejsce. Zagrzechotał o drewno. Nie godzę się na to, że społeczeństwo może być przez władzę traktowane...

...jak stado baranów?

- Generalnie tak. Poseł kilkukrotnie pokazuje środkowy palec, a wicemarszałek, jego kolega partyjny z PiS, twierdzi, że monitor mu zasłaniał i nie zauważył. To niebywałe, jak Joachim Brudziński kpił sobie z tej sytuacji. Miliony ludzi zobaczyły PiS-owskiego polityka pokazującego ten prostacki gest. To pokazuje, z czego są ulepieni.

Gest posła Piotra Pyzika na obradach Sejmu (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Łatwo panu oskarżać, bo to poseł z przeciwnego obozu.

- Jeżeli coś takiego zrobiłby poseł z mojego klubu, byłbym pewnie pierwszym, który by go zrugał, że powinien przepraszać za to do końca życia i jeden dzień dłużej. Przecież jesteśmy w parlamencie! Czterysta sześćdziesiąt osób, przedstawiciele prawie 40-milionowego kraju. Jesteśmy wybrani  jako jego elita polityczna kraju ! A mam wrażenie, że spora część posłów nie zdaje sobie sprawy z tej wyjątkowości. Chciałbym, aby Polacy mieli świadomość, że powinni wymagać od polityków dużo, dużo więcej.

Czego powinni wymagać?

- Że, do licha ciężkiego, to my jesteśmy dla nich, a nie oni dla nas! Niektórym nowym posłom uderzyła do głów woda sodowa. To przejdzie, ale u tych bardziej doświadczonych to po prostu wyrafinowanie, wyrachowanie. Dochodzi do tego, że i oficjalne, i mniej oficjalne formy współpracy z PiS-em stają się niemożliwe. "Cokolwiek zrobi opozycja, to my ją butem". Bez śladu szacunku.

W dodatku w społeczeństwie i mediach jest gigantyczna znieczulica. Skandaliczne zachowania są piętnowane, owszem, ale przez krótki czas!

A potem jest nowy temat w mediach.

- Zgadza się. Tymczasem za takie zachowania w USA polityk co najmniej wylatuje z obiegu na dobrych kilka lat.

Właśnie, mieszkał pan sobie spokojnie w USA, miał pan swój biznes. Polityką się pan nie zajmował. Aż tu nagle...

- Gdy poczułem spełnienie zawodowe, chciałem zacząć robić coś dla innych. Przez ojca polityka była w moim życiu obecna. Kusiła mnie od lat. Mój start w nią się opóźnił z powodu spraw osobistych i konieczności "zakończenia" tamtego życia: zamknąłem jeden biznes, inny przekazałem pracownikom. Ale nie chciałem się angażować w politykę, póki mój ojciec się z niej nie wycofa.

Żeby nie było dwóch Cimoszewiczów naraz?

- To by było bardzo niestosowne. Jeśli jednocześnie funkcjonowalibyśmy w polityce, choćby na nie wiem jak dalekich od siebie biegunach, i tak nosiłoby to znamiona nepotyzmu. Wchodzilibyśmy sobie też w drogę. Ja początkujący, on doświadczony.

Właśnie, żółtodziób z pana.

- Częściowo, ale proszę pamiętać, że miałem w domu polityka rzuconego na głęboką wodę od początków jego kariery.

Ponoć przez tę politykę rzadko w domu bywał.

- To prawda. Ale i tak nie uniknąłem bycia blisko najważniejszych wydarzeń. Miałem ponadprzeciętną wiedzę i orientację w kwestiach politycznych. I się tym interesowałem.

Tomasz Cimoszewicz i Włodzimierz Cimoszewicz (fot. archiwum prywatne T. Cimoszewicza)

Ojciec zwierzał się rodzinie z politycznych wyzwań i kłopotów?

- Rzadko. To książkowy przykład samotnego wilka.

Zabolało, kiedy ojciec zasugerował panu zmianę nazwiska na "Nowak", żeby nie było, że "na nazwisku się pan promuje"?

- Już wiele na ten temat powiedziałem. Odbyliśmy poważną rozmowę pół roku przed wyborami. Był nastawiony negatywnie, ale mimo wszystko konstruktywnie. Chyba uważał mnie po prostu za tego żółtodzioba.

Zdaje pan sobie sprawę, że nazwisko radykalnie mogło zwiększyć pana szanse na mandat? 14,5 tys. ludzi na pana zagłosowało.

- 8 proc. tego, co mój ojciec w najlepszych czasach osiągnął. "Efekt nazwiska", o który byłem oskarżany, miał ograniczony wpływ na wynik.

Mówił pan, że z powodu nazwiska całe życie musiał się pan trzy razy bardziej starać.

- Zgadza się.

Na przykład?

- W kraju moje życie było zawsze pod wpływem działalności politycznej ojca. Wchodziłem w dorosłość, gdy pełnił najważniejsze funkcje państwowe. Ciężko było w takich warunkach odnaleźć się i działać na własną rękę. A dla mnie niezależność była ważna. Ameryka dawała mi sporą anonimowość i możliwość działania bez wpływu "elementów zewnętrznych". To się sprawdziło. Na wszystko w moim życiu zapracowałem sam. Ceną było życie z dala od ojczyzny.

W Sejmie przez ostatnie pół roku mógł pan pokazać, co pan potrafi. Co pan zrobił?

- Przygotowuję duży, ważny projekt infrastrukturalny, który - mam nadzieję - poprawi życie tysięcy ludzi na osiedlach domów jednorodzinnych. Na razie nie chcę zdradzać szczegółów. Liczę, że ruszy w 2017 r. Ale pierwsze, czym się od października zająłem, to temat Puszczy Białowieskiej. Założyłem zespół parlamentarny. Działamy.

Wchodzi pan w buty ojca z tą ochroną puszczy.

- To prawda. Jemu się to zresztą podoba. Sam mnie teraz motywuje.

Ale dlaczego właśnie puszcza?

- W oczywisty sposób przez miłość do natury - to raz. A dwa - potrafię sobie zdać sprawę z tego, jak ważny dla tego regionu jest rozwój turystyki. Zagraniczni turyści przyjeżdżali tu dotychczas ze względu na dobrą promocję. Obecnie, po fali artykułów w prasie światowej o wycinaniu puszczy, wielu z nich może pojechać gdzie indziej. A to w efekcie pozbawi społeczność lokalną sporej części dochodów.

Macie do obronienia najcenniejszy las w Europie.

- Zgadza się. Musieliśmy poznać ludzi będących w temacie, nawiązać współpracę z Greenpeace i innymi organizacjami. We wrześniu ruszamy z ofensywą w obronie puszczy.

Puszcza Białowieska, wycięte drzewa na "Szlaku Dębów Królewskich" (fot. Agnieszka Sadowska/AG)

Żeby wam jej do tego czasu nie wycięli.

- Na razie trochę zwolnili. Usuwają tylko zainfekowane drzewa przy szlakach turystycznych. Ja nie zgadzam się na większą wycinkę.

Obecna władza chce zrobić na Puszczy po prostu czysty biznes, nie dając nic w zamian. Poprzedni rząd zaplanował 130 mln dotacji dla regionów okołopuszczańskich. Nowy rząd obciął tę kwotę do 9 mln zł.

Na co przesunięto te miliony?

- Nie wiem. Ale nowy rząd ma przecież gigantyczne potrzeby, np. 500+. Dziś przyznają, że brakuje im 5 miliardów. Tymczasem lokalni mieszkańcy regionu puszczy są robieni - delikatnie mówiąc - w konia. Te obcięte ponad 100 mln zł przełożyłoby się przecież na rozwój infrastruktury, turystyki, przedsiębiorstw.

Jakich na przykład?

- W tym regionie nie ma możliwości rozwoju ciężkiego przemysłu. To dobre miejsce dla "zielonych" technologii. A lokalizacja sama w sobie byłaby właściwie promocją.

A czy jeśli ci mieszkańcy dostaną pieniądze z 500+, to nie wpłynie pozytywnie na ich sytuację? 500 zł dostaje każdy, a pieniądze na turystykę czy przedsiębiorczość trafiłyby tylko do niektórych.

- Z 500+ też korzystają wybrani. PiS dopuścił się segregacji dzieci. Jeszcze gorszym problemem są przypadki niewłaściwego użytkowania tych środków przez rodziców. To pokazuje, jak wiele pracy u podstaw jest do wykonania. I jak ważne jest, żeby politycy dawali dobry przykład.

Ojciec przekonał się do pana jako posła?

- Nasze relacje przez lata nie układały się tak, jak powinno być między ojcem a synem. Nie mieliśmy czasu dla siebie. Jako dorośli podchodziliśmy do siebie z rezerwą. Nasze więzy były słabsze, niż powinny być. Ale w tej chwili często mnie wspiera. Rozmawiamy dużo o polityce. Ja mu mogę zaoferować punkt widzenia człowieka nieskażonego politycznym zepsuciem. Bo każdy polityk, nawet najlepszy i najuczciwszy, najbardziej doświadczony, w jakimś stopniu podlega temu zepsuciu, charakterystycznemu dla klasy politycznej.

Jakie są oznaki tego zepsucia?

- To kwestia zdolności wyciągania szybkich wniosków z otaczającego nas świata. Te instynkty po zbyt długim czasie w polityce ulegają osłabieniu.

Co pan zrobi, jak zauważy pan, że zepsucie i pana dopadło?

- W moim głębokim przekonaniu Polacy wyczują, którzy politycy poświęcili się swojej działalności z potrzeby serca, a nie dla prywaty. I ocenią ich pozytywnie. Taki polityk będzie mógł "przenosić góry" i pchnąć nasz kraj ku dalszemu rozwojowi w kierunku wspólnoty wolności wyznaniowej i wolności obyczajowej. Taki polityk wygra. Bo potrzebne są żywe i prawdziwe reakcje na zło, które zaczęło się dziać w kraju po ostatnich wyborach. Polityka nie może się opierać w całości na kalkulacji i kombinacji. Nie w takim stopniu jak obecnie.

Tomasz Cimoszewicz (fot. archiwum prywatne)

Ale się opiera. Po pół roku w Sejmie się pan nie przyzwyczaił?

- Nie. Można próbować z tym walczyć. Zimne polityczne kalkulacje wybiegają często tak daleko, że gdzieś po drodze gubi się obywatel. Zmiany w wyborach, choćby ostatnie, dowodzą tego, że obywatele chcą mieć na władzę wpływ.

Wstąpił pan do PO już po przegranych przez nią wyborach.

- Zrobiłem swój bilans rządów Platformy. Wyszło in plus .

Zaraz, zaraz, po prostu "wyszło", że bilans rządów PO jest pozytywny i hop - idziemy akurat do tej partii?

- Po tym jak poznałem osobiście swoich kolegów z ław sejmowych, wiem, że nie ma obecnie lepszego zespołu, który mógłby reprezentować Polaków. Ja jestem liberałem. Zwłaszcza w kwestiach gospodarczych. Dlatego tak mi się nie podoba to, co PiS robi w naszym kraju. Działają o 180 stopni wbrew kierunkowi, jaki marzy mi się dla Polski.

Czyli?

- Oczywiście nie ma systemu idealnego, ale ja jestem zwolennikiem wolnego rynku. Mieszkałem w kraju, który jest dobrym tego wolnego rynku przykładem. I mam nadzieję, że i u nas będzie podobnie: kraj rozwinie się gospodarczo, będzie wspierać obywatela i dbać o niego, a ludzie zaczną się bardziej szanować.

Wie pan, ja sądziłem, że czasy segregacji dawno minęły. A tu PiS czyni z niej oręż walki politycznej. To  partia etatystyczna, pragnąca większej centralizacji. Można wyliczyć dziesiątki jej grzechów. Kwestia uchodźców? Słucha się wypowiedzi władzy i ma się wrażenie, że to ksenofobi. Czyta się o polityce historycznej - i na myśl przychodzą partie antysemickie. Słucha się szefa MSWiA i myśli: dlaczego oni są takimi homofobami?

Rozważał pan start w wyborach z jakąś formacją lewicową?

- Nie. SLD? Tam nastąpiła polityczna degrengolada. Lewica padła ofiarą prywaty i wewnętrznych konfliktów. To pokazuje, że nie jest poważnym partnerem. Jej propozycje socjalne wykorzystał PiS. Z obecnym otoczeniem nazywanym lewicowym łączy mnie otwartość światopoglądowa, spojrzenie na kwestie uregulowania związków partnerskich, dostępność antykoncepcji czy edukacja seksualna w szkołach.

To ma pan problem, bo wielu w PO myśli inaczej niż pan.

- To chyba dobrze, że mamy pluralizm.

Ale bardzo niedobrze, jeżeli chcecie coś przeforsować jako partia.

- Nie staniemy przed tym wyzwaniem przez najbliższe 3,5 roku. W tej kadencji musimy bardziej się skupiać na obronie już obowiązujących praw - jak np. kompromis aborcyjny. Tymczasem opozycja sama sobie kłody pod nogi rzuca. Mamy dwa projekty zmiany prawa aborcyjnego. Jeden skrajnie prawicowy, drugi skrajnie lewicowy. PiS nie zaryzykuje poparcia skrajnie prawicowego projektu, bo walczy teraz o elektorat bardziej liberalny. Ale obawiam się, że wykorzysta projekt lewicowy do pokazania swoim potencjalnym wyborcom, że jest bardziej ludzki, niż się wydaje. Na inicjatywach lewicy kapitał polityczny zbije PiS.

I tak zbija. Na podzielonej opozycji, która nie potrafi go skutecznie zaatakować.

- Przez opozycję rozumiem PO, Nowoczesną i PSL. Z  Kukizem nigdy nic nie wiadomo. Nowoczesna zdecydowała się na dziwny ruch - ataki na Platformę.

Ryszard Petru, Grzegorz Schetyna i Władysław Kosiniak Kamysz (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Przecież walczycie o życie. Jedni i drudzy.

- Oni muszą się uwiarygodnić.

A wy po tych ośmiu latach to nie?

- My jesteśmy dużą i stabilną formacją. W obecnym parlamencie łączymy doświadczenie ze świeżym spojrzeniem nowych posłów.  Nowoczesna jest politycznym pasożytem Platformy.

Zaraz wojnę pan wywoła.

- Stwierdzam fakty. Znam się i lubię z wieloma ludźmi z Nowoczesnej. Mamy zbieżne poglądy na wiele kwestii. Staram się ich przekonać, że te ataki nie mają sensu. Oni musza jeszcze się odnaleźć. Określić się. Jeżeli ich głównym pomysłem na politykę jest atakowanie przyjaznej im formacji, to nie wróżę świetlanej przyszłości. Ich i nasi wyborcy wyraźnie dają do zrozumienia, że oczekują od nas współpracy i  maksymalnej jedności w walce z PiS-em niszczącym w straszliwym tempie kraj.

A jeśli za cztery lata przegracie?

- Wie pan, patrzę na to z dystansem. Jeśli za cztery lata wyborcy nie przedłużą mi mandatu, mogę robić wszystko. Taka zmiana myślenia wyzwoliłaby wielu posłów. Przestaliby się bać o następną kadencję i nie podejmowali dziwnych decyzji. Polecam im takie myślenie. Wolność psychiczna w polityce jest bardzo ważna. Nigdy nie byłem i nie będę niczyim zakładnikiem.  W tej chwili jestem zawodowym posłem. Ale za cztery lata mogę być na drugim końcu świata, robić coś zupełnie innego, mógłbym nawet jako misjonarz pracować.

Jest pan wierzący?

- Tak.

A z takiego lewicowego domu...

- Byłem ateistą. W wieku 18 lat wstąpiłem do Kościoła katolickiego, zostałem ochrzczony i bierzmowany, przyjąłem komunię. To była moja własna decyzja. Po dwóch latach namysłu. Osobiste spotkanie z Janem Pawłem II przypieczętowało tę sprawę. Ale jestem "mniej praktykujący". Zbyt często spotykam się w polskim kościele z sytuacjami, których nie akceptuję.

To znaczy?

- Mój kolega żegnał ojca. Stoi trumna, kolega przy niej, a ksiądz ruga go publicznie przed 200 osobami, że wybrał główną salę kościoła, a nie malutką salę w podziemiach świątyni. Albo te  pozbawione empatii kazania na ślubach. Czy notoryczne upominanie się o datki od wiernych.... Z tym się w katolickim kościele w USA nie spotkałem. Miałem bardzo fajny kościół na Wschodnim Wybrzeżu, blisko Charleston. Chodziłem do niego od czasu do czasu. Z mszy człowiek wychodził z pozytywnym nastawieniem. U nas wychodzi z dziwnym uczuciem "kaca". Z myślą: "Wy macie nas pobudzać do bycia lepszym człowiekiem, a nie dobijać".

Tomasz Cimoszewicz w Sejmie (fot. Kuba Atys/AG)

A jest coś w Polsce, co pana do lepszego życia pobudza?

- Jestem Polakiem, tu się urodziłem. Czuję wyjątkowość miejsca, z którego pochodzę. Chyba każdy z nas czuje dumę, płynącą z korzeni i historii swojego kraju. Zwłaszcza z tego, jak bohatersko wychodziliśmy z największych opałów. Co mnie do lepszego życia pobudza? Nie ma lepszej kompensacji niż dobry uczynek i pomoc drugiemu człowiekowi.

Tomasz Cimoszewicz. Poseł Platformy Obywatelskiej. Przez kilkanaście lat prywatny przedsiębiorca w USA. Syn byłego premiera Włodzimierza Cimoszewicza.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze i Instagramie .

r e me de la cr e me