Społeczeństwo
(fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

To dudnienie było jak widmo. Budynek na tyłach dawnego urzędu wojewódzkiego wyglądał na zamknięty. Z wyblakłych szyldów można się było jedynie dowiedzieć, że kiedyś była tu restauracja Anna. Brudne firanki i ciemność wypełniająca wnętrze wskazywały, że cokolwiek tu było, czas świetności ma za sobą. W sumie jakikolwiek czas. A jednak to stąd dochodziło dudnienie przerywane niekiedy burza oklasków. Trudno było w nie uwierzyć. Biała Podlaska, deszczowe, piątkowe popołudnie. I ten przytłumiony jazgot.

Znalazłem jakieś drzwi. Za nimi była ciasna i zakurzona klatka schodowa. Dudnienie dobiegało z góry, było wyraźniejsze. Wszedłem na piętro. W rozświetlonym jarzeniowym światłem korytarzu wisiała pożółkła mapa województwa bialskopodlaskiego. Obok, na stojącej w kącie paździerzowej mównicy, ktoś przykleił kartkę z napisem "Tylne wyjście". Dalej, w głębi korytarza, wyżelowany facet we fraku majstrował coś przy balowej kiecce jakiejś dziewczyny.

- Jarek, pospiesz się na miłość boską - cedziła przez zęby, patrząc w sufit. - Zaraz wychodzimy.

(fot. Filip Springer)

Zza ściany dobiegała wrzawa rozentuzjazmowanego tłumu.

Zostawiłem ich i ruszyłem w tamtą stronę, przez ciasny korytarzyk, między ustawionymi w stosy krzesłami.

(fot. Filip Springer)

Za kolejnymi drzwiami stali ludzie. Nieprzebrany tłum ludzi. I to dudnienie. Stąd dobiegało. Przepchałem się w stronę świateł. I oto stoję tuż pod sceną, patrzę na Asię oraz Igora.

On jest instruktorem tańca. Ona nauczycielką sztuki w miejscowym gimnazjum.

Zanim zatańczą, oglądamy film z przygotowań do ich występu.

embed

Trenowali kilka tygodni. Na ekranie Asia w rozciągniętych dresach i T-shircie okleja sobie palce plastrami. Publiczność reaguje śmiechem na wszystkie kiksy i potknięcia uwiecznione przez kamerę. Film się kończy, punktowe reflektory oświetlają parkiet. Ta część sali, w której siedzą uczniowie Asi, po prostu szaleje. A potem milknie. Bo już po pierwszych taktach wiadomo, że ich pani od plastyki zmieni się tu nie do poznania. Taniec trwa niecałe dwie minuty, ale to wystarcza, by temperatura na sali skoczyła o kilka dobrych stopni do góry. Jest gorąco, tak gorąco, że z przemęczonego klimatyzatora prosto na parkiet kapie woda. Będzie ją wycierał papierowymi ręcznikami sam prowadzący.

Muzyka się kończy, Asia i Igor zamierają w wystudiowanej pozie, a publiczność z rykiem zrywa się z miejsc. Na parkiet wkraczają prowadzący, a za ich plecami wyświetla się napis: "Dance with me - zatańcz ze mną!".

(fot. Filip Springer)

Bo to jest talent show - taki sam jak w TVN czy Polsacie, tyle że w Białej Podlaskiej. Zamiast celebrytów z pierwszych stron kolorowych pism czy programów śniadaniowych występują ich lokalne odpowiedniki - oprócz nauczycielki sztuki jest jeszcze rzecznik prasowy komendy policji, anglista z podstawówki, kulturysta, pielęgniarka i instruktorka tańców afrykańskich. Ale są też kolorowe reflektory, konfetti, dym, muzyka. Jest rozwrzeszczana publika, rysowani grubą krechą prowadzący i jurorzy. Zdyszana ona i spocony on, wtuleni w siebie. W napięciu oczekują na werdykt. Tyle tylko, że to wszystko dzieje się w sali plenarnej byłego urzędu wojewódzkiego (dziś powiatowego). W mroku nikną paździerzowe okładziny ścian i fakt, że stanowisko realizatorów światła i dźwięku urządzono na podeście z ustawionych obok siebie biurek (wchodziło się po krześle). W mroku giną też powieszone na ścianach herby gmin tutejszego powiatu.

Przeszłość się tu nie liczy. Nie liczy się teraźniejszość. Tamta cisza na ulicach i deszcz. Ważny jest tylko taniec.

embed

Wszyscy dziś robią talent show. W Gostyniu zorganizowano go przy okazji "największej imprezy plenerowej w gminie - Dnia Mleka". W Starzynie koło Pucka patronat nad II Festiwalem Artystycznym "Talent Show Starzyno 2016" objął nie wiedzieć czemu Mistrz Polski w Lekkiej Atletyce Rafał Kownatke.

W Rawie Mazowieckiej lokalny talent show zorganizowano po prostu pod hasłem "Pokaż się!". Przerwy Ćmielowskiego Talent Show wypełniali swoimi występami harcerze z drużyny Ignis Piaski. Bywa i tak, jak w Siedlcach - uczniowie tutejszych szkół tańca regularnie docierają do finałów najważniejszych programów tanecznych w największych polskich telewizjach.

(fot. Filip Springer)

W imprezach typu talent show rozmiłowali się studenci. "Masz dystans do siebie i lubisz się dobrze bawić? Twoim talentem jest opowiadanie żartów czy też jesteś baletnicą? To już połowa sukcesu!" - piszą przy okazji olsztyńskiego "The Talent Show" studenci z Erasmus Student Network. Swoją imprezę tego typu mają też żacy z warszawskiej SGGW. W Opolu zaś lokalny dodatek do "Gazety Wyborczej", pisząc o talent show na Uniwersytecie Opolskim, pyta, po co studentom taka impreza.

Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

(fot. Filip Springer)

W Lesznie talent show zorganizowano w Miejskim Ośrodku Kultury pod hasłem "Rozwinąć skrzydła". To miało być nawiązanie do lotniczych tradycji miasta słynącego z szybownictwa. Atrakcją wieczoru ma być występ Grzegorza Hyżego, gwiazdy telewizyjnego "X-Factora". Akurat trwa próba. W środku kłębią się dziewczynki z jakiejś lokalnej grupy tanecznej. Mają wręczać nagrody. Wyglądają jak papugi. Ciężko się je fotografuje, bo gdy tylko podnoszę aparat do oka, wszystkie, jakby na umówiony sygnał, zwracają twarze w stronę obiektywu i uśmiechają się w wyćwiczony sposób. Nie umieją odpuścić. To silniejsze od nich.

- Nie chodzi o odkrywanie talentów, ale o to, by program wygrała osoba, na której telewizje zarobią najwięcej - mówił kilka lat temu "Newsweekowi" nieżyjący już Robert Leszczyński, juror "Idola", czyli pierwszego talent show w Polsce gromadzącego przed telewizorami miliony Polaków. - Publiczności się wydaje, że głosuje i wybiera swojego kandydata - dodawał Leszczyński, sugerując, że w telewizyjnych superprodukcjach zupełnie nie o to chodzi.

embed

Tu, w Białej Podlaskiej czy w Lesznie jest inaczej. Tu żadnych pieniędzy nie ma, a jeśli są, to trafiają na jakiś charytatywny cel. Tu są zabawa, emocje. Tu jest po prostu coś, co wyciągnie ludzi w piątkowy wieczór z domów.

- Siedzą ludzie przed telewizorem, oglądają ten Polsat i chcą być cz ęścią tamtych wielkich emocji. Ja też siedziałem, oglądałem, ale mi ta szklana szyba przeszkadzała - mówi mi Damian Trzpil (ten od wycierania parkietu ręcznikami), gdy pytam go, po co mu to wszystko. Z zawodu jest kucharzem, ale to on zaczął przenosić telewizyjne formaty programów rozrywkowych na scenę ośrodka kultury w Białej Podlaskiej. - Pomyślałem, że nie jesteśmy gorsi, że sami możemy sobie takie emocje zorganizować. W telewizji to jest na skalę całej Polski, a my możemy to zrobić na skalę miasta. Bo tak naprawdę nie jest ważna skala, a przeżycia. Możemy się poczuć gwiazdami i poczuć te emocje.

(fot. Filip Springer)

Jego imprezy to już prawdziwe superprodukcje, nieznajdujące odpowiednika w całym kraju. Zaczynali w 2012 roku od "Moja twarz brzmi znajomo". Do drugiej edycji udało mu się namówić wiceprezydenta miasta, dyrektora muzeum i dyrektora centrum kultury.

Potem była "Bitwa Bialska" (wzorowana na "Bitwie na głosy"), a jeszcze później "Tylko nas dwoje". W końcu zorganizował "Dance with me". Sam przeraził się rozmachem. Ale poza tym problemem z klimatyzatorem wszystko poszło świetnie.

(fot. Filip Springer)

- Ludzie, którzy mi przy tych imprezach pomagają, prędzej czy później stąd wyjeżdżają - mówi. - Tak to już jest z miastami tej wielkości. Warszawa czy Lublin wydają się o wiele ciekawsze.

- A ty? - pytam. - Nie chciałeś wyjechać?

- Te imprezy mnie przekonały, że nie. Dzięki nim mam mnóstwo przyjaciół w całym mieście. Mam też co robić, ciągle jestem zajęty - odpowiada. - Tu jest tyle pozytywnej energii, że doszedłem do wniosku, że lepiej się nią zająć, niż stąd uciekać.

embed
(fot. Filip Springer)

Zdjęcia do tekstu powstały w Białej Podlaskiej i Lesznie. Tekst powstał w ramach projektu dokumentalnego "Miasto Archipelag" poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Organizatorem jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, tygodnik "Polityka", Instytut Reportażu. Projekt realizowany przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na miastoarchipelag.pl oraz na Facebooku .

Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), "13 Pięter" (Czarne) i "Księgi zachwytów" (Agora SA). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

(fot. Publio.pl)