W Polsce na tysiąc pacjentów przypada około pięciu pielęgniarek. To jeden z najsłabszych wskaźników w Europie. A niedługo będzie jeszcze gorzej. W najbliższych latach około 50 tys. pielęgniarek wejdzie w wiek emerytalny .
Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, podkreślała w rozmowie z Newserią , że brakuje nie tylko ludzi - ale też pomysłu na rozwój tego zawodu tak, aby przyciągał młodych. Bo teraz nie przyciąga. Dlaczego? Oto dlaczego. Kilka miesięcy temu spędziliśmy jeden dzień na OIOMie. Naszą przewodniczką była pielęgniarka Dorota.
Kiedy ma dyżur, na sen zostają jej zaledwie cztery do pięciu godzin. Z pozostałych dziewiętnastu szesnaście poświęca na pracę. Dla dzieci ma tylko godzinę, tuż przed położeniem ich spać. Zarabia 1400 złotych miesięcznie.
Jest niedziela, godzina 6.40. Spotykamy się przed drzwiami oddziału, na którym obowiązuje bezwzględny zakaz używania telefonów komórkowych. Dorota rozpoczyna właśnie swój 12-godzinny dyżur. Ma 30 lat i od dwóch lat pracuje jako pielęgniarka na oddziale anestezjologii i intensywnej opieki medycznej w jednym ze szpitali na Mazowszu. Wcześniej przez siedem lat była ratownikiem medycznym. Dziś wstała o 4.30, czyli tak jak zawsze, kiedy ma dzienną zmianę. Mimo to jest uśmiechnięta i wygląda na wypoczętą. - Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić, choć na początku było bardzo trudno. Dla mnie 4.30 to jak dla innych 7.00 rano - stwierdza Dorota.
Do pracy jedzie 30 kilometrów, ale zanim wsiądzie do samochodu, musi jeszcze przygotować swoim dzieciom - 7-letniemu synowi i 1,5-rocznej córce - wszystko, co będzie im potrzebne w ciągu dnia. Zobaczy je dopiero po 20.00.
Po wejściu na salę wita się z koleżankami, podpisuje listę obecności i wysłuchuje raportu z nocnego dyżuru. Pielęgniarkom towarzyszą lekarze, którzy podobnie jak one rozpoczynają dyżur o godzinie 7.00 rano. Dzięki temu wszyscy wiedzą, co w nocy działo się z pacjentami i że kilka godzin temu na oddział trafił mężczyzna z zapaleniem mózgu.
Po odebraniu raportu Dorota i jej koleżanka dostają zlecenia lekarskie, w których mają rozpisane, jakie leki mają podać pacjentom i jakie badania wykonać. Każda pielęgniarka idzie do swojej sali (siostry dzielą się nimi same). To klimatyzowane, jasne, sterylne pomieszczenia wypełnione komputerami, monitorami i najlepszym sprzętem dostępnym w szpitalu. Przez okno wpadają tu niewielkie, ale ciepłe promienie słońca.
***
Dorota ma dziś jednego pacjenta. To 42-letni mężczyzna z zapaleniem mózgu. Przywieziono go w nocy. Leży zaintubowany, nieprzytomny, podpięty do aparatury wydającej charakterystyczne dźwięki. To przy nim pielęgniarka spędzi cały dyżur.
Zaczyna od toalety pacjenta. - Chorzy, którymi się tutaj opiekujemy, są nieprzytomni, więc każdego dnia musimy zrobić przy nich wszystko - od kąpieli całego ciała, poprzez mycie i nawilżanie oczu, higienę jamy ustnej, ocenę stanu skóry, aż po zmianę pościeli - wymienia Dorota. - Pilnujemy też, żeby nie zrobiły się im odleżyny i zmieniamy opatrunki - dodaje.
Po porannej toalecie czas na kontrolę parametrów życiowych pacjenta. Dorota sprawdza na monitorze mierzone stale: temperaturę, ciśnienie, saturację, i wpisuje dane do karty obserwacji. Będzie powtarzać tę czynność mniej więcej co godzinę. Na sali pojawia się dyżurujący lekarz, by sprawdzić stan pacjenta. - Chory szybko ustabilizował się po podaniu leków, parametry są prawidłowe - ocenia. - Miejmy nadzieję, że z każdą chwilą będzie tylko lepiej. Rokowania są dobre - dodaje krótko.
Dorota idzie do gabinetu zabiegowego, w którym stoi szafa z lekami. Na szafie jest napis: Zanim podasz, sprawdź trzy razy . - To nie jest wymysł naszego oddziału czy szpitala. Taki napis jest na wszystkich szafach z lekami w Polsce - wyjaśnia. - Chodzi o to, żeby upewnić się, czy bierzemy dobry lek, odpowiednią dawkę dla danego pacjenta. Zwłaszcza kiedy na oddziale jest kilkunastu lub kilkudziesięciu pacjentów - dodaje.
Bierze potrzebne leki i podłącza kroplówkę. Wszystko, co robi, notuje w karcie obserwacji i wprowadza do komputera. Dochodzi 8.00. O tej godzinie na anestezjologii, która jest częścią oddziału, zaczynają się przygotowania do pierwszych planowych operacji i zabiegów. - Kilka razy w miesiącu zdarza mi się dyżur anestezjologiczny w dzień lub w nocy - mówi Dorota. - Do moich obowiązków na anestezjologii należy przygotowanie stanowiska oraz opieka nad pacjentem w trakcie zabiegu, czyli kontrola parametrów i rozmowa, jeśli pacjent jest znieczulany zewnątrzoponowo - tłumaczy.
***
Przy komputerze Dorota może chwilę odpocząć. Korzystam z okazji i pytam, jak godzi pracę z opieką nad dziećmi. Jej mąż jest zawodowym kierowcą i wyjeżdża na trzy tygodnie w trasę. Wraca na tydzień i znowu nie widzą się przez kolejne trzy. W tym czasie w opiece nad dziećmi pomagają jej mama i siostry. - Gdyby nie one, nie wiem, jak dałabym radę pogodzić pracę zawodową z macierzyństwem - przyznaje.
Tym bardziej że oprócz pracy i domu ma jeszcze inne obowiązki. Dorota ciągle się dokształca. W kwietniu skończyła studia podyplomowe z gerontologii i geriatrii oraz zarządzania opieką długoterminową. Jest na drugim roku pielęgniarstwa drugiego stopnia i niedługo uzyska tytuł magistra. - To trudna praca i kiepska płaca, ale lubię to zajęcie, spełniam się, pomagając ludziom i uwielbiam to uczucie satysfakcji, kiedy tak bardzo chory człowiek wraca do zdrowia i do domu - podkreśla. - Zarabiam 1400 złotych na rękę, mając czternaście 12-godzinnych dyżurów w miesiącu, mniej więcej po równo dziennych i nocnych. Dobrze, że mąż pracuje, bo w przeciwnym razie ledwo wystarczyłoby nam na czynsz i opłaty, a przecież trzeba też jeść i zadbać o potrzeby dzieci - dodaje.
Wynagrodzenie Doroty nie jest wyjątkowo niskie wśród pielęgniarek. To raczej przeciętna płaca. Jej koleżanki z kilkunastoletnim, a nawet dłuższym stażem pracy zarabiają nieco więcej, około 2100 złotych na rękę. - To jest maksimum za lata pracy, całe dni poświęcone pacjentom zamiast dorastającym dzieciom, za wysłuchiwane każdego dnia pretensji, że robimy za mało, choć większość z nas w czasie dyżuru może tylko pomarzyć o chwili odpoczynku i tej mitycznej kawce z pogaduszkami w dyżurce - mówi Dorota. - Zarabiamy tyle, co kasjerki w markecie, a przecież na naszych barkach spoczywa znacznie większa odpowiedzialność. W końcu odpowiadamy za ludzkie zdrowie i życie - dodaje rozgoryczona.
***
Przerywamy rozmowę, ponieważ nadszedł czas na ponowne sprawdzenie i zanotowanie parametrów pacjenta. Po wypełnieniu karty i wprowadzeniu wyników do komputera Dorota musi odessać zgromadzoną w rurce intubacyjnej wydzielinę i opróżnić worek na mocz. Później siada przy biurku i wypija kilka łyków kawy. - Wystygła - stwierdza, śmiejąc się. - To normalne. Zawsze na początku dyżuru parzę kawę i nigdy nie udaje mi się jej wypić ciepłej .
Na szczęście od rana dyżur jest spokojny, nie dzieje się nic nieprzewidywalnego, ale pracy i tak jest dużo. - Zobaczymy, co będzie dalej. Oby było dobrze, ale tutaj wszystko może zmienić się w każdej chwili - mówi pielęgniarka.
Na oddziale panuje cisza zakłócana jedynie dźwiękami dochodzącymi z aparatury. Pytam, co dla Doroty jest najtrudniejsze w jej pracy. - Mówienie o śmierci i milczenie, kiedy wiadomo, że pacjent nie rokuje - odpowiada bez wahania. - Jednak swój najtrudniejszy dyżur przeżyłam jako ratownik medyczny. Wezwali nas do potrącenia. Na moich oczach umarł 21-letni mężczyzna, który osierocił dwumiesięczne dzieciątko - dodaje wzruszona.
Do końca życia nie zapomni też dyżuru, na którym na OIOM trafiła para z wypadku samochodowego: - To byli młodzi ludzie, mieli 19 i 20 lat. Chłopak, który prowadził auto, był w gorszym stanie, towarzysząca mu dziewczyna w 25. tygodniu ciąży rokowała dobrze. Niedługo po przyjęciu chłopak zatrzymał się i konieczna była resuscytacja. Mimo naszych wysiłków zmarł. Dwie godziny później umarli też dziewczyna i jej dziecko...
Nawet po takim dniu stara się, aby emocje związane z pacjentami zostały w szpitalu. - Czasami wchodzę do domu przygnębiona, ale kiedy widzę witające mnie dzieciaki, cieszące się na mój widok i krzyczące: "mama!", wszystko odchodzi - uśmiecha się, mówiąc te słowa.
***
Mija kolejna godzina, karta obserwacji wypełnia się danymi. Na szczęście wszystko jest w normie. Znowu trzeba odessać wydzielinę z rurki i podać następną kroplówkę.
Panującą tu od rana ciszę przerywa nagły przyjazd nowego pacjenta. Ma niewydolność oddechową w przebiegu przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Trafia pod opiekę Doroty, która podpina mu monitoring, rozbiera, a następnie asystuje lekarzowi przy intubowaniu pacjenta i zakładaniu wkłucia. - Przy przyjęciu nowego pacjenta, tak jak w każdej nagłej sytuacji, np. przy zatrzymaniu krążenia, pracujemy zespołowo. Zostawiamy pracę, którą właśnie wykonujemy, i walczymy o chorego wszyscy razem - tłumaczy Dorota.
Mężczyzna, jak wszyscy chorzy na tym oddziale, ma także zakładany cewnik i zgłębnik żołądkowy do karmienia dojelitowego. Lekarz zleca badania, więc Dorota pobiera wymazy, krew i mocz do analizy, a następnie robi przyłóżkowy RTG. Od tej pory opiekuje się dwoma pacjentami. Na oddziale jest ich już czterech na dwie pielęgniarki. - To i tak nieźle - podkreśla. - Na innych oddziałach bywa tak, że na dwie pielęgniarki przypada 20 pacjentów i kobiety muszą biegać z badaniami i lekami między salami przez cały dzień - dodaje.
Po przerwie związanej z przyjęciem nowego chorego Dorota wraca do pierwszego pacjenta i sprawdza jego parametry. Tak jak poprzednio notuje je i wprowadza do komputera. Teraz ma chwilę na kilka łyków herbaty i zjedzenie paru kęsów przygotowanej w domu kanapki. Jest południe. Do pierwszego pacjenta przychodzi w odwiedziny żona, w obowiązkowym na oddziale jednorazowym fartuchu ochronnym. Zamieniła z pielęgniarką kilka zdań. Stan męża jest stabilny, więc może posiedzieć przy jego łóżku, trzymając go za rękę. Nikt nie będzie jej stąd wyganiał, ani jej pospieszał. Obecność bliskich jest ważnym elementem leczenia chorych.
***
Na sali obok zapada decyzja o przeniesieniu jednej pacjentki na inny oddział. Kobieta w średnim wieku zaczęła samodzielnie oddychać i ma prawidłowe wyniki gazometrii, którą lekarz zlecił rano, więc nie musi być już pod opieką OIOM-u.
Pora na zmianę kroplówki drugiego pacjenta, a przy okazji sprawdzenie jego parametrów, które pielęgniarka wpisuje w kartę obserwacji i wprowadza do komputera. Chwilę później wypełnia kartę obserwacji pierwszego pacjenta.
Czas mija dość szybko. Zbliża się godzina 15.00. Wszyscy pacjenci na oddziale są stabilni, więc Dorota wzywana jest na blok operacyjny. Jest na nogach już od prawie 11 godzin, w tym osiem w szpitalu. Ja jestem zmęczona samą obserwacją jej niekończącej się pracy, a przed nią jeszcze cztery ciężkie godziny. Dorota będzie uczestniczyć w operacji, ale przed jej rozpoczęciem musi przygotować stanowisko. Nie wiadomo, kiedy wróci na OIOM, prawdopodobnie dopiero na następny dyżur. Jej pacjentami zajmuje się teraz koleżanka z drugiej sali, która będzie musiała dzielić swoją uwagę i czas między trzy osoby.
***
Pielęgniarki kończą zmianę o godzinie 19.00. Wtedy przychodzą ich koleżanki na nocny dyżur i przejmują pacjentów po wysłuchaniu raportu. Dorota może iść wreszcie do szatni, przebrać się i wracać do domu. - Dzisiejszy dyżur był wyjątkowo spokojny, ale i tak jestem zmęczona, śpiąca i strasznie głodna. Chciałabym być już w domu - mówi prawie szeptem.
Z niecierpliwością czeka na spotkanie ze swoimi dziećmi, które około 21.00 będą szły spać. Po powrocie do domu zdąży je tylko wykąpać, zapytać, co robiły przez cały dzień i przeczytać im bajkę na dobranoc. Sama położy się spać jak zwykle około północy, bo musi jeszcze posprzątać w domu i przygotować obiad na jutro. Na sen zostanie kilka godzin.
Anna Tomczyk-Anioł . Dziennikarka i freelancerka. Publikowała m.in. w lokalnych mediach w Krakowie i Stalowej Woli. Współpracowała z PAP oraz Interia.pl. Lubi, kiedy jej praca przekłada się na pomoc innym.