Krzysztof Kowalewski

Krzysztof Kowalewski (fot. Tomasz Urbanek / East News)

wywiad gazeta.pl

Krzysztof Kowalewski: Dobrze, że mamy jeszcze demokrację, choć PiS robi wszystko, żeby nam ją zabrać

W ?Smoleńsku? by nie zagrał. Nie kryje się ze swoimi antypatiami politycznymi. - Choć absolutnie nie mówię, że w PiS nie ma przyzwoitych ludzi. Jednego znałem i bardzo ceniłem, niestety już nie żyje - mówi Krzysztof Kowalewski.

Oglądał pan dziś telewizję?*

- Śledzę to, co się dzieje, na bieżąco, choć przyznam pani, że czasem już nie mogę tego słuchać. Uciekam wtedy, przełączam telewizor na jakiś program z dziedziny biologii czy techniki, żeby odpocząć od tego bełkotu. Bo to jest dla mnie bełkot. Nawet jak w telewizji jest jakaś rozmowa na konkretny temat, to ja się szybko orientuję, że w gruncie rzeczy nie ma czego słuchać. Szkoda mi na to czasu.

Co pana szczególnie denerwuje?

- Koncerty pani Pawłowicz. Jest odpychająca i uważam, że szkodzi partii, w której jest. Wie pani, ja jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby z jej ust padło coś rozsądnego. Nie, rozsądnego - to za dużo powiedziane. Coś normalnego. To bardziej odpowiednie słowo.

Ale chyba zdarza się, że coś pana zainteresuje?

- Ostatnio z zainteresowaniem słuchałem, co Piotr Kraśko mówił we wstępie do audycji w Radiu Tok FM. Opowiadał o przesłuchaniach kandydatów na sędziów w kongresie amerykańskim. Wie pani, że one trwają czasem po kilka dni? A poziom tych ludzi jest taki, że nic tylko uczyć się od nich języka i klasy. Polska polityka natomiast składa się głównie z ludzi spalonych. Takich, którzy uważają, że wszystko jest w porządku, nie mamy się czego wstydzić, jesteśmy wspaniali.

No i do tego 500 +... Ktoś słusznie powiedział, że program 500+ to największa afera łapówkarska ostatnich lat.

Jeszcze niech mi pan powie, że chodzi na marsze KOD-u.

- Żona chodzi. Ja nie, bo mnie boli noga, daleko bym nie zaszedł. Ale duchem jestem z protestującymi. Poglądy mam takie, jak ci, którzy uczestniczą w marszach. Denerwuje mnie właściwie wszystko, co się dziś dzieje w naszym państwie. Ta degrengolada, ten powszechny już brak kompetencji na ważnych stanowiskach. W polityce, w gospodarce, w kulturze. I jeszcze ideologia, która się wylewa zewsząd. Ideologia, która każe im mówić: my naprawimy historię, zmienimy ją.

Z kolei awantura wokół pomnika smoleńskiego bardziej mnie, wie pani, śmieszy niż denerwuje. Wygląda to tak, jakby ten biedny, nieżyjący brat został wynajęty jako rekwizyt. Bo tak się nim w gruncie rzeczy posługują. Tu postawimy. Nie, tam postawimy. Tu tablica i tam, Janie, tablica. Pomniki w Polsce rozmnażają się w jakiś tajemny sposób. Patrzę na to, słucham i myślę sobie - czego jeszcze nikt głośno nie powiedział - że to się skończy tak: zdejmijcie księcia, postawcie Lecha. I już.

Można by też Chopina wywieźć z Łazienek...

- Ależ oczywiście, że można. Można takie podmianki robić, że hej! Potem możemy przejść do sfery pomników alegorycznych. Marszałka Piłsudskiego zmienimy na przykład na Piłsudskiego dziękującego Jarosławowi. A co!

Krzysztof Kowalewski podczas próby w Teatrze 6.piętro (fot. KAPIF.PL) Krzysztof Kowalewski podczas próby w Teatrze 6.piętro (fot. KAPIF.PL)

Naprawdę pana to bawi?

- Chyba nie da rady inaczej. Ale pomniki są tak naprawdę nieważne. Bardziej istotne jest to, jak można zniszczyć gospodarkę. Oni są u władzy jeszcze za krótko, by kompletnie coś popsuć, ale już nadgryzają. Chociażby sprawa stadniny w Janowie. To jest coś zupełnie niebywałego. Nie wymagam od ministra rolnictwa, żeby był od razu hodowcą koni, i to w dodatku arabów, ale chciałbym, żeby miał jakiekolwiek pojęcie o specyfice tego procesu. A tu po prostu pada polecenie partyjne, wstawiamy swoich i już!

To, co się dzieje wokół Trybunału, też pana bawi?

- Nie, to jest wstrząsające. Na razie zwyczajnie szkodzi się Trybunałowi, ale wszystko zmierza w tym kierunku, żeby go zlikwidować. A wtedy społeczeństwo, czyli my, stanie się bezradne, bo nie będzie miało gdzie się odwołać. W tym przypadku liczę jednak na palec Boży, polegający na tym, że jesteśmy w Unii. I - to ważne - na razie jeszcze nie chcą nas wyrzucić.

Palec Boży zdaje się też mieć swój udział w pomyśle zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

- O rany, ale ich tu Kościół wpuścił! Choć nie wykluczam też kombinacji handlowej w postaci zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej jako wyrazu wdzięczności za poparcie PiS w wyborach. Jednak coś mi pachnie, że PiS sam się boi takiego kompletnego już radykalizmu. Myślę, że będzie odsuwać ten temat, bo bunt w społeczeństwie, szczególnie bunt kobiet, czemu się nie dziwię, jest bardzo silny. To ważne, że potrafimy zaprotestować przeciwko temu, co się dzieje.

Krzysztof Kowalewski z żoną Agnieszką Suchorą (fot. KAPIF.PL) Krzysztof Kowalewski z żoną Agnieszką Suchorą (fot. KAPIF.PL)

Widzi pan jakieś pozytywy w naszej rzeczywistości?

- Chyba jeszcze tylko fakt, że złotówka, nasza waluta, jakoś się trzyma. I że mamy jeszcze demokrację, choć oni robią wszystko, żeby nam ją zabrać. Myślę, że do końca nigdy się to im nie uda.

Czemu pan "ich" tak nie lubi?

- Nie lubię ich od samego początku, jeszcze od Porozumienia Centrum. Czułem w nich straszliwe chamstwo i potworną pazerność na władzę. Choć absolutnie nie mówię, że w PiS nie ma przyzwoitych ludzi. Jednego znałem i bardzo ceniłem, niestety już nie żyje. Przepraszam, ale ta partia od początku brzydko mi pachniała...

Nie jest pan przypadkiem uprzedzony?

- Nie miałem żadnego realnego powodu. Nikt z nich nic złego mi nie zrobił. Powoduje mną racjonalna ocena ich działania, na podstawie tego, co widzę i słyszę. Na przykład te zakusy na niezależność sztuki. One są zwyczajnie karykaturalne. Między Bogiem a prawdą jeszcze nikomu się nie udało stłamsić artysty! Owszem, można utrudniać, ale to wszystko!

I ten pomysł, wie pani, wzięty z kapelusza, żeby robić filmy bogoojczyźniane, jeszcze według amerykańskich receptur, jest idiotyczny. Jest chory.

Dlaczego?

- Na takie produkcje nie ma pieniędzy. Ja wiem, że jak nie ma, to się zabierze wszystkim innym i będą. Ale przecież sztuka nie rodzi się na komendę. To jest bardzo indywidualny proces. Oczywiście, można poprosić miernotę, by napisała konkretną książkę, albo wyreżyserowała taką czy inną sztukę. Miernota to zrobi, no i co z tego, skoro nikt tego nie będzie czytał na polecenie?

Prezes Jarosław Kaczyński i posłowie PiS w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta) Prezes Jarosław Kaczyński i posłowie PiS w Sejmie (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Nawet jak się to rozda w kościołach?

- Nawet. Nie bardzo wierzę w powodzenie takiego zabiegu. Zwłaszcza że ten polski katolicyzm jest, według mnie, strasznie płytki.

Na pokaz?

- Na pokaz przed samym sobą. Pójdę na mszę, wrócę do domu i dam w łeb żonie. W dużym, brutalnym skrócie. Kościół nie ma już takiej władzy nad mentalnością ludzi jak kiedyś. Za dużo jest w nim afer. A poza tym ludzie dostrzegają indywidualną pazerność księży, jeśli chodzi na przykład o opłaty za pogrzeby, śluby czy komunie. To dla nich ważne, bo ich dotyczy bezpośrednio.

Nie boi się pan mówić tego, co myśli.

- Nie. Nie bałem się i za komunizmu. Kiedyś z jednym z adeptów wydziału reżyserskiego wracałem z zajęć na Miodowej na Nowogrodzką. Po drodze mnie zaczął wypytywać, czy słucham Wolnej Europy. Wiedziałem, że on jest "ucho" i w pewnym momencie zaczęło mnie to bawić. Oczywiście bardzo namiętnie słuchałem Wolnej Europy, jak większość Polaków. Dokładnie zrelacjonowałem mu, co usłyszałem. Bardzo wiernie. Był zadziwiony, nie wiedział, jak ma się zachować. A potem nas na pęczki brali na przesłuchania.

Miałem świadomość, że powstają na mnie jakieś donosy czy meldunki, ale nigdy nie miałem z tego powodu problemów czy przykrości. Ale też nie byłem działaczem opozycyjnym. Nie należałem na przykład do KOR-u. Jego członkowie rzeczywiście byli dręczeni.

Dzisiaj spotykają pana jakieś przykrości?

- Na razie nie. To są zresztą inne czasy. Ale nawet wtedy można było sobie dać radę. Jak kogoś zabierali z ulicy do samochodu, to krzyczał, że go bezpieka bierze i głośno wykrzykiwał swoje nazwisko oraz adres. Dziś też można sprawę nagłośnić. Telefony jeszcze istnieją.

Jakiś czas temu zarzucono panu znieważenie Jarosława Kaczyńskiego.

- Tylko wie pani, ja nieświadomie użyłem takiego sformułowania, że "robi na mnie wrażenie obłąkanego". Robi wrażenie a jest - to różnica.

I nie pomyślał pan wtedy, że powinien pan czasem gryźć się w język?

- Skąd! Ja gryzę się w język, kiedy z moich ust mogłoby paść coś naprawdę obraźliwego. A nie chcę nikogo obrażać, bo to żadna satysfakcja.

Protest KOD-u (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta) Protest KOD-u (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

O polityce mówi pan chętnie. Choć niektórzy twierdzą, że aktorom nie wypada.

- A dlaczego by nie? Aktor też człowiek. Choć są i tacy, którzy albo się polityką nie interesują, albo boją się mówić. Tacy, wie pani, cykorzaści.

Pan do nich nie należy.

- Na ogół nie. Nie widzę powodu, żeby się bać.

Może jakby się pan czasem ugryzł w język, toby pan i w "Smoleńsku" zagrał?

- A to jest, wie pani, akurat moje ostatnie marzenie!

Rany boskie, grać w czymś, co opiera się na faktach, ale jest zakłamywane, to jakaś potworność. Mam na to za duże poczucie humoru.

Czyli wyśmiałby pan taką propozycję, o ile dobrze rozumiem?

- No tak. Ale nie padła, więc nie ma o czym mówić. A poważnie - nie, nie zagrałbym w "Smoleńsku".

A w jakimś innym filmie politycznym?

- Zależy w jakim. Pierwsze kryterium to dla mnie jakość, czyli jak rzecz jest napisana. Drugie - czy jeśli dotyczy faktu historycznego, jest zgodne z prawdą. I wtedy dopiero mógłbym się zastanowić. W ogóle gdybym miał wziąć udział w przedsięwzięciu, które miałoby znaczną część społeczeństwa ogłupić, to nie. Bardzo przepraszam, ale nie.

No tak, Sułek nie ogłupiał. Sułek bawił.

- Ten Sułek jest ponadczasowy. Gdyby go dzisiaj robić, realia by się nie zmieniły. Też mieszkałby przy torach, na skraju lasku polskiego. Eliza łatałaby tę biedę. Sułek dziś mentalnie byłby w tym samym miejscu. Na tym polegała jego groza i urok. Do dziś gramy Sułka z ogromnym powodzeniem, to znaczy czytamy nagrania radiowe.

Wracając do tego, że mówi pan, co myśli - nawet po tym, jak pan wspomniał o swoim żydowskim pochodzeniu, nie miał pan refleksji, że może nie trzeba było tak szczerze o sobie opowiadać?

- Przecież inaczej to w ogóle nie ma sensu. To moja zasada w życiu, od której nie ucieknę.

I nigdy jej pan nie zmieni?

- Nie ma mowy. Choć ja sam, od czasów kiedy miałem 20 lat, bardzo się zmieniłem. Mentalnie. Zawód mi w tym pomógł, zawód wybrany w gruncie rzeczy wbrew sobie. Nie miałem na siebie żadnego pomysłu, ale to żadnego. A ponieważ moja mama była aktorką, to pomyślałem, że i ja będę aktorem. No i się wpakowałem!

Na początku w szkole aktorskiej nie było łatwo, oj nie było. Chciałem zrezygnować.

Naprawdę?

- Tak. W dodatku byłem wtedy bardzo nieśmiałym chłopcem. Przemówić publicznie czy wziąć udział w jakiejś dyskusji - nie było mowy. Dostawałem obłędu ze strachu. Dziś na spotkaniach z publicznością mam niezwykłą łatwość nawiązania kontaktu, chęć zabawienia ludzi. Różnica jest kolosalna.

Z Piotrem Fronczewskim podczas próby w Teatrze 6.piętro (fot. KAPIF.PL) Z Piotrem Fronczewskim podczas próby w Teatrze 6.piętro (fot. KAPIF.PL)

Co panu jeszcze dał zawód?

- Utyłem! Mimo że przez lata czynnie zajmowałem się sportem. Regularnie i nie przymuszając się. Lubiłem pójść na siłownię, popływać. Bardzo.

I kiedy pan to zarzucił?

- W przyszłym roku będę miał 80 lat! Gdzieś między sześćdziesiątką a osiemdziesiątką zdarzają się różne sytuacje zdrowotne. Jedna operacja, druga operacja... To mnie trochę z niektórych konkurencji wyłączyło.

Wie pan, kompletnie nie mam wrażenia, że pan dobiega osiemdziesiątki.

- Bo ja jestem pogodny z natury!

I ma pan niesłychanie świeży umysł!

- Z alzheimerem na razie jeszcze nie mam nic wspólnego. Choć teraz będę robił film, w którym zagram alzheimerowca. Wystąpię u młodego człowieka, który dopiero zaczyna. Zdjęcia będą od końca kwietnia do połowy maja.

Czego jeszcze nauczyło pana aktorstwo?

- Bardzo możliwe, że nauczyło mnie względności w ocenach różnych faktów. I życiowych, i artystycznych. Ja się, wie pani, nie przejmuję do końca.

Tego się można nauczyć?

- Można. Pewnie, że jeśli coś dotyczy mojej rodziny, to jest zupełnie inna jakość. Ale jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to mam do nich naprawdę spory luz. To chyba po troszeczku samo przyszło. Zresztą zwykle pomaga mi poczucie humoru, a ja mam je dosyć duże. Ono mnie bardzo ratuje.

Nie nadaję się na gwiazdę. One mnie śmieszą! Jak już nie wiadomo, w którym miejscu ten gwiazdor d**ę ma. To jest bardzo śmieszne!

Rozmawia pan o tym z córką?

- Rozmawiam z nią o wszystkim. Mam córkę o wiele inteligentniejszą od siebie.

Dobre ma geny.

- Lepsze ode mnie!

Po żonie?

- Suchora [Agnieszka Suchora, żona Krzysztofa Kowalewskiego - przyp. red.] jest nadzwyczajna, prawdziwy mędrzec.

Córce, która ma teraz 16 lat, niczego nie narzucaliśmy. Ma swój własny punkt widzenia, choć tak się zdarzyło, że zbliżony do naszego. Wie pani, ja nawet czasami nie czuję, że mam dziecko. Bezproblemowa jest. I uczy się tak, że my ją czasem musimy hamować. Wyśpij się - mówimy. - Nie ucz się już, zostaw to.

Krzysztof Kowalewski z żoną Agnieszką Suchorą i córką Gabrielą (fot. KAPIF.PL) Krzysztof Kowalewski z żoną Agnieszką Suchorą i córką Gabrielą (fot. KAPIF.PL)

Ambitna?

- O Jezu! A jednocześnie ma przyjaciół, spotykają się. W szkole jest bardzo społeczna i niezwykle obowiązkowa.

Po panu?

- Uuu, o matko. Ja to stary leser jestem, przyznaję się do tego. Mówię jej: - Dziecko, jakie ty masz szczęście, że nie we mnie się wrodziłaś.

Pańskie marzenia są związane właśnie z przyszłością córki?

- Moje marzenia wiążą się z najbliższymi. Jestem stary, a moja córka i żona to młodzież. Jak już będę musiał odejść, chciałbym odejść tak, żeby one były zabezpieczone. Mam nawet pomysł, jak to zrobić. Jest w realizacji. No i wie pani, chciałbym, żeby ta moja córka nie trafiła na jakiegoś sukinsyna.

 

* wywiad opublikowany w kwietniu 2016 r.

Krzysztof Kowalewski. Jeden z najlepszych polskich aktorów. Syn aktorki żydowskiego pochodzenia, Elżbiety Kowalewskiej. Zagrał w ponad 120 filmach i serialach telewizyjnych. Popularność przyniosły mu role w filmach Stanisława Barei: "Nie ma róży bez ognia", "Brunet wieczorową porą" i "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" oraz w słuchowisku radiowej Trójki pt. "Kocham pana, panie Sułku". Jego żona, Agnieszka Suchora, też jest aktorką. Mają córkę Gabrielę.

Angelika Swoboda . Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (286)
Zaloguj się
  • pis_won_za_don

    Oceniono 659 razy 557

    Wszystkiego najlepszego Panie Krzysztofie.
    Za to co Pan zrobił i za to Pan mówi teraz.

  • efz

    Oceniono 404 razy 346

    Szanowny Pan Kowalewski w dzisiejszych czasach, jest zapewne "Polakiem gorszego sortu". Jestem szczęśliwy, że znalazłem się w takim towarzystwie. Pozdrowienia dla Pana Krzysztofa i Jego rodziny.

  • m_x_m

    Oceniono 336 razy 302

    Jest PAN fantastyczny!Żałuję,że nie znam Pana osobiście.Bardzo cenię Pana dokonania i ten niesamowity stosunek do życia.Pana książka była ostatnią,którą przeczytał pod koniec życia mój brat.Dostał ją ode mnie w prezencie i sprawiła mu wiele radości.Serdecznie Pana pozdrawiam i życzę wielu lat w dobrym zdrowiu!!!

  • ajottojotek

    Oceniono 346 razy 296

    Jakaż to satysfakcja być po tej samej stronie co PAN.

  • white_lake

    Oceniono 291 razy 261

    cudowny :) i jaka fajna rodzinka, choć lekko nietypowa ;)
    też nie wiedziałam, że pan Krzysztof to już prawie 80-latek

  • naz_niepoprawna

    Oceniono 294 razy 260

    >>Nie lubię ich od samego początku, jeszcze od Porozumienia Centrum<< - ja również. To była zawsze nienasycona wataha, gorsza od neoliberałów.

  • waznezdanie

    Oceniono 222 razy 198

    Uwielbiam Pana, Panie Sułku...
    Żonę też...
    Córka, mając takich Rodziców musi być wspaniała!
    Fajny z Pana Gość!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX