(fot. pixabay.com)

wywiad gazeta.pl

Dla lekarzy to halucynacje, dla niej - metafizyka. "Moja siostra poczuła obecność ojca na chwilę przed jego śmiercią"

Patricia Pearson po śmierci bliskich próbowała udowodnić, że doświadczenia umierających - przebywanie poza ciałem, spotykanie zmarłych, świetliste wizje - mogą być naszą szansą na to, żeby zajrzeć na drugą stronę. Choć aż osiem milionów Amerykanów przyznaje, że miało takie epizody, przeżycia graniczne wciąż są objęte bardzo silnym tabu.

Zaczęła pani pracę nad książką "Drzwi do nieba" z pozycji sceptyczki, a dochodzi pani do wniosków bliskich mistykom. Udało się pani przekonać samą siebie?

- Po śmierci bliskich, a w szczególności po doświadczeniu mojej siostry Katherine, która poczuła obecność naszego ojca w chwili, gdy umierał, choć była od niego oddalona o setki kilometrów, postanowiłam napisać książkę o pograniczu życia i śmierci, eksterioryzacji [wrażeniu bycia poza ciałem - przyp. red.] i o tym, czy świadomość może przeżyć śmierć ciała. Nie spodziewałam się, że znajdę jednoznaczne odpowiedzi na moje pytania, zwłaszcza że nauka, tłumacząc te doświadczenia halucynacjami, nadmiernym wydzielaniem endorfin czy też zaburzeniami pracy mózgu, próbuje ostatecznie odrzeć śmierć z metafizyki.

Wiedziałam, że muszę napisać "Drzwi do nieba", ale nawet bliskim przyjaciołom nie mówiłam o pomyśle na książkę, bo bałam się, że mogą mnie wyśmiać, a nawet uznać, że oszalałam, uwierzyłam w duchy albo stałam się specjalistką od zjawisk paranormalnych. Bo przecież inaczej niż obłędem nie wypada tłumaczyć ani poczucia obecności zmarłego, ani Nearing Death Awareness, czyli świadomości nadchodzącej śmierci, ani też Near Death Experience, czyli doświadczenia granicznego. Niestety, moje przewidywania się sprawdziły. Spotkałam się z ostracyzmem. Część przyjaźni nie przetrwała wydania "Drzwi do nieba".

Spotkała się pani też ze sprzeciwem środowiska dziennikarskiego?

- Nowy Jork mnie odrzucił. Dziennikarze z "The New York Times", z którymi wcześniej współpracowałam, nie chcieli tej książki czytać, nie chcieli jej recenzować ani nawet o niej rozmawiać. Uznali, że się wygłupiłam, poruszając temat rodem z przedpołudniowych talk-show albo słabych seriali.

A jak zareagowała pani rodzina?

- Moja mama, choć bardziej sceptyczna niż ja, przypomniała sobie doświadczenie, które wcześniej wyparła. Kiedy miała dwadzieścia lat, umarł ktoś jej bliski, a ona odczuła jego obecność w czasie, gdy odchodził. Poszukiwanie duchowe zbliżyło też mamę do Katherine, mojej zmarłej siostry.

Ale już moja druga siostra kazała się z książki wykreślić. Uznała, że ośmieszę siebie i ją.

Z kolei moja córka uczestniczyła w odchodzeniu Katherine, odwiedzała ją w hospicjum do ostatnich dni, nie bała się jej umierania. Zaproponowała potem, żeby książka nazywała się "YOLO?" ["You Only Live Once?" - Żyje się tylko raz - przyp. red.].

(fot. screen YT / bit.ly/1M5kK4S)(fot. screen YT / bit.ly/1M5kK4S)

Pisze pani o świadomości odrywającej się od ciała, o świetlistych aniołach, o duszy. Jest pani osobą wierzącą?

- Zostałam wychowana w rodzinie protestanckiej. W dzieciństwie chodziłam do kościoła, ale chrześcijańskie rytuały wydawały mi się puste. Ateistką bym się jednak nie nazwała. Do niedawna nie poświęcałam po prostu sprawom ducha zbyt wiele uwagi.

W religii nie znalazła pani pocieszenia po śmierci bliskich? Przecież Biblia składa obietnicę zbawienia, życia wiecznego, nieba.

- Pracując nad książką, często sięgałam do Biblii. Uderzyło mnie to, że przed tysiącami lat pisano o aniołach, cudach i zmartwychwstaniach. Choć dzisiaj uznajemy, że twórcy Biblii posługiwali się metaforami, oni traktowali duchowość bardzo dosłownie. Dzisiaj wstydzimy się doświadczeń granicznych. Nie chcemy o nich rozmawiać.

Bo są tabu?

- Śmierć stała się tematem tabu, bo bezgranicznie zawierzyliśmy medycynie. Elisabeth Kübler-Ross, jedna z uczennic Carla Gustava Junga, przeprowadziła w latach 50. w Szwajcarii badania na temat doświadczenia śmierci. Przyjrzała się ponad tysiącu przypadkom. Nie mogłam jej książek, w tym "Życiodajnej śmierci", znaleźć w bibliotece. Wyciągnięto mi je w końcu zakurzone z piwnicy, jakby trafiły na indeks ksiąg zakazanych. To przewrotne, prawda?

Medycyna zastąpiła boga?

- Tak. Jeszcze sto lat temu większość ludzi żyła zgodnie z przykazaniami katechizmu. Dziś miejsce książeczek do nabożeństwa zajęły magazyny o zdrowiu. To one decydują o tym, co jest grzechem - objadanie się, brak ruchu, zła dieta.

Twórcy Biblii traktowali duchowość bardzo dosłownie - mówi Patricia Pearson (fot. pixabay.com)Twórcy Biblii traktowali duchowość bardzo dosłownie - mówi Patricia Pearson (fot. pixabay.com)

Nawet doświadczenia metafizyczne opisujemy językiem medycyny.

- Medycyna zawłaszczyła metafizykę. Mój syn oglądał ostatnio "Dr House'a" i zapytał mnie, dlaczego opisuję doświadczenia śmierci jako duchowe, tajemnicze, transcendentalne. Przecież House nazywa je halucynacjami. Cóż, czujemy się bezpiecznie, mogąc każdemu stanowi ducha i ciała przypisać konkretną medyczną jednostkę.

Jeśli doświadczenia śmierci nie są halucynacjami, jak je inaczej zdefiniować?

- Nie wiem, ale nie muszę wiedzieć. Nie mamy języka, żeby je opisać. To, co House i wielu prawdziwych lekarzy nazywa halucynacjami, ja uznaję za przeżycia transcendentalne. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że moja siostra, oddalona od mojego ojca o tysiące kilometrów, poczuła jego obecność na chwilę przed śmiercią?

Hormony, podświadomość, sny?

- A nie możemy przyjąć, że jest cień szansy na coś więcej? Doświadczeniom obecności zmarłego w jednym przypadku na dziesięć towarzyszą obrazy. Niektórzy słyszą też głosy. Najczęściej bliscy przychodzą w snach.

Częste są także Out of Body Experience, czyli doświadczenie eksterioryzacji. Pacjenci są wtedy w stanie dokładnie opowiedzieć, co się z nimi działo podczas operacji, opisując ją z perspektywy obserwatora, a nie podmiotu. To akurat zdarza się nie tylko podczas choroby. Moja znajoma, gdy dowiedziała się, że zdradził ją mąż, dosłownie wyszła z siebie. Opowiedziała mi potem, że patrzyła na siebie z góry, z sufitu.

W Stanach prowadzi się teraz badania nad pacjentami, którzy przeżywszy operację, opowiadają o eksterioryzacji. Sprawdza się ich świadectwa, umieszczając w sali operacyjnej rysunki, które mogliby zobaczyć tylko z góry, a nie z perspektywy leżącego. Nie mogę doczekać się wyników.

Pisze pani nie tylko o poczuciu obecności umierających albo zmarłych bliskich, ale także o doświadczeniu śmierci, odczuciach, które mogą być udziałem osób w stanie śmierci klinicznej albo na granicy życia i śmierci.

- Tak, zajmuję się byciem w stanie liminalnym, między życiem a śmiercią. Uważam, że najwyższy czas przestać podważać, że takie doświadczenie naprawdę jest udziałem ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Trzeba zacząć zastanawiać się, jak zaklasyfikować powtarzające się motywy w opowieściach ludzi. Jedna z kobiet, z którą rozmawiałam, przeżyła doświadczenie śmierci w latach 50. w trakcie porodu. Przyznała, że najdziwniejsze jest to, że dziś ludzie muszą odpowiadać na te same pytania, na które ona odpowiadała pół wieku temu.

To wynika z tego, że odrzuciliśmy duchowość, zawierzając oświeceniowemu racjonalizmowi?

- Tak, ale wydaje mi się, że do duchowości powrócimy. Ja zrozumiałam, że duchowość nadaje życiu kierunek, tłumaczy cierpienie, ustawia wobec wieczności. Chociaż chcemy być racjonalni i uważamy się za postępowych, wciąż doświadczamy niewyjaśnionych naukowo stanów. A wraz z rozwojem medycyny paliatywnej i wydłużaniem ludzkiego życia temat doświadczenia śmierci będzie coraz bardziej aktualny.

Dusza opuszczająca ciało (rys. Luigi Schiavonetti) i niesiona do nieba (obraz pędzla William-Adolphe Bouguereau)Dusza opuszczająca ciało (rys. Luigi Schiavonetti) i niesiona do nieba (obraz pędzla William-Adolphe Bouguereau)

Piszę teraz broszurę dla kanadyjskich hospicjów o tym, co jest udziałem umierających pacjentów. Mowa w niej m.in. o tym, że kiedy przeczuwają śmierć, proszą bliskich, żeby spakowali ich w podróż. Albo o spotkaniach z "trzecim człowiekiem", którego kiedyś nazwalibyśmy aniołem. Albo o poczuciu obecności bliskich zmarłych, do których niedługo ma się dołączyć. Pracownicy hospicjów opowiadali mi, że rodzinom z takim trudem przychodzi akceptacja śmierci najbliższych (notabene z największą pokorą akceptują śmierć dzieci i starcy, najgorzej osoby w średnim wieku), że w ogóle nie słuchają tego, co odchodzący mają do powiedzenia. Prędzej się pokłócą, a nawet pobiją, niż dadzą umierającemu prawo do metafizycznych przeżyć. Podejście do nich instytucji na szczęście się zmienia. W Kanadzie śmierci ludzi towarzyszą teraz wykwalifikowane osoby, które pomagają umierającym i ich rodzinom.

Stereotypowi lekarze raczej dyskredytują doświadczenia pacjentów.

- Winna jest temu po części neurobiologia. Moja znajoma, która wykłada tę naukę na Harvardzie, musi tłumaczyć studentom pierwszego roku, że nie dowiedziono wcale, że świadomość jest umiejscowiona w umyśle. Oni uznają powiązanie świadomości i mózgu za pewnik. Dla mnie smutne byłoby przyjęcie poglądu, że człowiek składa się wyłącznie z ciała.

Czyli należy uznać, że nauka ma swoje ograniczenia i zaakceptować, że są obszary, nad którymi nie mamy kontroli?

- Przecież subiektywnych świadectw, które zebrałam w mojej książce, nie można jednoznacznie ocenić. Mam nadzieję, że dzięki niej ludzie pozbędą się strachu przed zwierzaniem się ze swoich doświadczeń. Nie mamy problemu z mówieniem o tym, że jesteśmy zakochani czy w depresji. Opowiadamy o stanach emocjonalnych, których istnienia nie możemy sprawdzić bez szczegółowych badań. Dlaczego więc nie opowiedzieć o obecności kogoś, kogo nie możemy zobaczyć? Odrzucając sferę metafizyki, stajemy się niewiernym Tomaszem, który musiał zobaczyć, żeby uwierzyć.

Rodzinom z trudem przychodzi akceptacja śmierci najbliższych (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)Rodzinom z trudem przychodzi akceptacja śmierci najbliższych (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Ludzie się przed panią otwierają?

- Tak, stałam się niejako specjalistką od śmierci, przewodniczką po zaświatach. Może dlatego, że zbudowałam wokół siebie bezpieczną przestrzeń, dopuszczającą takie zwierzenia. Mój szwagier, mąż zmarłej siostry, mówił mi, że pojechał na jej grób na motorze. Wracając, poczuł jej obecność. Siedziała na tylnym siedzeniu, obejmując go w pasie, jakby go chroniła. To było jedno z najpiękniejszych doświadczeń w jego życiu.

Wczoraj ktoś się rozpłakał, rozmawiając ze mną. A w moim klubie dyskusyjnym o książkach sześć na dziesięć kobiet chce rozmawiać o doświadczeniach podobnych do tych, które opisałam. Porównałabym tę falę do feminizmu w latach 60. Osoby, które miały doświadczenia graniczne, wreszcie wychodzą z szafy. Nigdy wcześniej nie dostały przyzwolenia na rozmowy o tych przeżyciach.

Twierdzi pani, że mamy uwierzyć w duchy?

- Poczucie obecności zmarłego bliskiego nie ma nic wspólnego z popkulturowym wyobrażeniem o poszukujących zemsty duchach. Zazwyczaj widujemy starszych krewnych, jakąś figurę ojca, wujka albo dziadka, którzy się o nas troszczą. Może dlatego, że w najtrudniejszych chwilach potrzebujemy wsparcia patriarchy.

Opisuje pani też spotkanie z medium, osobą, która twierdzi, że rozmawia ze zmarłymi. Powszechnie uważa się, że media to sprytni hochsztaplerzy - stosują psychologiczne sztuczki i wykorzystują naiwność ludzi w żałobie.

- W Arizonie prowadzone są teraz badania na temat tego, w jakim stopniu wiara w to, że medium naprawdę rozmawia ze zmarłymi, może pomóc w żałobie. Ja doświadczyłam tego na własnej skórze. Umówiłam się na spotkanie z medium, która skontaktowała się z moim ojcem. Wiedziałam, że to on, bo swoim zwyczajem rozśmieszał ją do łez. Powiedziała też, że otacza mnie tłum ludzi, a ja wtedy badałam historię mojej rodziny, zakopana po uszy w drzewach genealogicznych. Skąd miała to wiedzieć? Przecież nie opłacało się jej zrobić dochodzenia ani researchu.

A psychologowie nie służą pomocą w żałobie?

- Psychologowie często nawet na wiarę reagują alergicznie. Mój przyjaciel kilka lat temu się nawrócił. Tak wielką zmianę w życiu przypłacił depresją. Gdy poszedł do psychologa, ten traktował go jak wariata, któremu jak najszybciej trzeba przepisać psychotropy. To, że powiedział, że wierzy w Boga, w oczach psychologa czyniło go szaleńcem. Podobnie jest z opowiadaniem o doświadczeniu obecności zmarłej osoby.

A dlaczego boimy się śmierci? Czy strach przed nią jest naturalny?

- Boimy się utraty naszego ego, nas samych, ale przede wszystkim relacji, które łączą nas z innymi ludźmi. A śmierć bliskich nas przeraża, bo uważamy, że nic po nich nie zostanie. Że śmierć to koniec.

Pani też się tego boi?

- Już nie, ale oswajanie się ze śmiercią było dla mnie długotrwałym procesem. Pogodziłam się z nią, gdy pochowałam ojca i siostrę. Pomogła mi też praca nad książką, bo zasiała we mnie ziarno wątpliwości. Teraz, gdy ktoś pyta mnie, czy nasza świadomość może przetrwać śmierć, choćby na jakiś czas, odpowiadam, że to możliwe. Zaakceptowałam to, że są rzeczy, których nie rozumiem. I stałam się dla siebie bardziej wyrozumiała.

Książka "Drzwi do nieba" Patrici Pearson do kupienia w Publio.pl>>>

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Patricia Pearson. Ur. w 1964 r. Kanadyjska dziennikarka, publikowała m.in. w "The New Yorker", "The New York Times" i "The Guardian". Mieszka w Ontario z mężem i dwójką dzieci. W książce "Drzwi do nieba" pisze o doświadczeniu śmierci (NDE, z ang. Near Death Experience).

Anna Konieczyńska. Sekretarz redakcji magazynu "InStyle", jedna druga agencji kreatywnej ThinkFashion.pl, połowa duetu serialowego Qkmal, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Lubi pisać, pracować, plotkować.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (30)
Zaloguj się
  • zewszad_i_znikad

    Oceniono 76 razy 40

    Chciałam bardzo pogratulować szukania spolszczeń. W środowiskach, w których się o takich doświadczeniach rozmawia, zwykle niestety używa się angielskich pojęć bez żadnej adaptacji. A ja absolutnie nie jestem żadną przeciwniczką angielskiego - znam dobrze ten język i doceniam jego elastyczność, ogromną łatwość budowania złożonych pojęć mimo ubogiej warstwy słowotwórstwa ściśle rozumianego. Ale jednak "nie gęsi, a swój język mamy" - brak możliwości nazwania czegoś w swoim języku (choćby oczywistym latynizmem takim jak "eksterioryzacja", który jednak ma tę zaletę, że inaczej niż "out of body experience" daje się odmieniać) sprzyja poczuciu obcości, poczuciu, że to jakieś wymysły, które nie mają nic wspólnego z naszym życiem.
    A co do meritum... Ja nikomu nie chcę narzucać poglądów. Ale kiedy fora dyskusyjne są zdominowane przez wojujących ateistów, którzy chcieliby wyeliminować wszelką religijność czy wręcz jej zakazać (wpis przeczytany w ostatnich dniach), robić pranie mózgu ludziom przekonanym, że świat materialny nie jest jednym (możliwym), którzy nie widzą nawet możliwości niekościelnej, niekościółkowej i niesformalizowanej metafizyki - odpowiadam: non possum.
    Wolność waszej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność mojego nosa. I vice versa.
    Żyjcie i dajcie żyć innym.

  • royal_ease

    Oceniono 52 razy 24

    Jeśli halucynacja jest zjawiskiem tak powszechnym wśród ludzi, to racjonalizm też może być halucynacją.

  • david321

    Oceniono 45 razy 9

    Najlepsze, ze przekretasy z tej "branzy" uzywaja sformulowan jak metafizyka czy fizyka kwantowa a nie umieja wytlumaczyc naukowo zjawisk na jakie sie czesto powoluja, za to bardzo chetnie opowiadaja banialuki o duchowosci, energii kwantowej, transformacji duchowej.

  • ochujek

    Oceniono 30 razy 6

    Dlaczego te dusze na obrazkach są w ubraniach? Ubrania też mają swoje dusze przypisane do konkretnego człowieka?

  • nie_alicja

    Oceniono 5 razy 5

    Pani Patricia wspomina o Elisabeth Kübler-Ross, a zapomina o Raymondzie Moody, który też jest lekarzem (i psychologiem), a w swoim słynnym "Życiu po życiu" dawno temu już pisał o podobnych doświadczeniach.

    całe rzesze ludzi z różnych kręgów kulturowych miewały i miewają tego rodzaju przeżycia, czy się to komuś podoba, czy nie. paradoksalnie, to właśnie racjonalizm każe przypuszczać, że jeśli coś powtarza się po wielekroć, to chyba jednak warto się nad tym pochylić.

    a w końcu - prędzej czy później - każdy osobiście zweryfikuje te informacje.

  • zawodnik.zdzisiek

    Oceniono 15 razy 5

    "Moja znajoma, gdy dowiedziała się, że zdradził ją mąż, dosłownie wyszła z siebie. Opowiedziała mi potem, że patrzyła na siebie z góry, z sufitu."

    o, to ciekawe, w końcu się dowiedziałem skąd się wzięło powiedzenie "wyjść z siebie", widocznie ludzie od dawna doświadczali tego typu przeżyć w stanie wielkiego wzburzenia

  • nautic

    Oceniono 21 razy 5

    Wiara czyni czlowieka wielkim. Nie nalezy bac sie swojej wiary, gdyz tylko ludzie slabi, ulegaja naciska innych.
    Ktos kto nie wierzy, zamyka sie w sobie, bo boi sie samego siebie.

  • episkopatszatana777

    Oceniono 2 razy 2

    1. Prawie od trzech tysięcy lat starożytni Grecy, dając wyraz naturalnej inteligencji Homo sapiens, zadawali pytania, na które nie dało się odpowiedzieć bez zastosowania odpowiednich narzędzi i metod, aż do XIX wieku. Stąd średniowieczna metafizyka, w którą uciekali filozofowie, traktując rzeczywistość jako nieodgadnioną, i w tym kontekście skonstruowano wiele abstrakcji, w charakterze tematu zastępczego, a pokutują one jako dogmaty, prawdy objawione, obyczaje uświęcone tradycją. Niestety, do dziś dla wielu takie postawienie sprawy jest bliskie bluźnierstwu, a prawda jest taka, że mamy do czynienia ze straconymi dwoma tysiącami lat, w czasie których z rzadka komuś udało się powiedzieć coś zgodnego z prawdą, ale najczęściej tylko przypadkiem. Dopiero postęp technologiczny pozwolił wrócić do uprawiania prawdziwej filozofii, czyli "umiłowania mądrości".

    2. Rzeczywistość najprawdopodobniej jest wielowymiarowa (patrz np. teoria strun), choć nasze mózgi rekestrują ją tylko w czterech wymiarach. Inne zwierzęta nie rejestrują upływu czasu, ale nie znaczy to, że on nie istnieje. To, że rysunek na kartce jest dwuwymiarowy, nie znaczy, że istnieje trzeci wymiar. Dobry przykład może stanowić rysunek na pogniecionej kartce. Nasz rejestrujące cztery wymiary mózgi funkcjonują w wielowymiarowej rzeczywistości, i nie jest powiedziane, że w jakiś sposób na nas to nie oddziałuje. Być może nie zdajemy sobie sprawy z tego, że możemy obcować z rzeczywistością w sposób pełniejszy. Nie jest też powiedziane, że możemy.

    3. Perseweracje, czy halucynacje rzekome, inaczej "głosy", to objaw związany ze zjawiskiem podobnym do nadpisywania w komputerze, stworzeniem dodatkowych pętli i pobudzeń zwrotnych w układzie nerwowym, być może czasami w mechanizmie podobnym do epilepsji. To zwyczajne przesłużenie mózgu, jak "przepalenie obwodów" u R2D2 albo Terminatora, czyli objaw chorobowy ogólnego "zmęczenia mózgu", a nie żadne nadnaturalne zdolności, czy kontakt z wielowymiarowymi bytami. Zbyt wiele osób to dotyka, dlatego rozpowszechnianie na ten temat bzdur jest niebezpieczne. Dobrze, jeśli chodzi o natrętną melodyjkę kołacząca się pod sklepieniem czaszki, albo przetrawianie jakiejś przykrej rozmowy, sugestywnych kwestii, ale w pewnym momencie dochodzi do uaktywnienia struktur związanych z nieświadomością, a przyznanie tym wrażeniom obcego pochodzenia może się zakończyć tragicznie.

    4. Pobudzenia w układzie nerwowym podczas jakichś krytycznych sytuacji dotyczą również ośrodków sensorycznych, zapewne da się dostrzec w tym jakiś wzorzec, i to cała historia z tzw. "stanami z pogranicza".

    5. Po ucięciu nogi ludzie zazwyczaj zachowują zdolność do przeprowadzania wszystkich operacji umysłowych, natomiast po rozmaitych operacjach wykazano, że brak konkretnych struktur ośrodkowego układu nerwowego wiąże się z deficytami intelektualnymi, emocjonalnymi, kognitywistycznymi. Oczywiście, nie można mówić o jednym ośrodku związanym ze świadomością, raczej o czymś na podobieństwo schedulera przyznającego priorytety różnym procesom, które przebiegają równocześnie w dość dużej liczbie. Tak zwana wolna wola to zdolność modyfikowania zachowań instynktownych dzięki zdobytym informacjom, im ktoś więcej wie, tym łatwiej mu w bezpieczny sposób zaspokoić potrzeby, czy na przykład zastosować zasadę odroczonej korzyści, jest więc coś w powiedzeniu przypisywanym Jezusowi z Nazaretu: "prawda was wyzwoli". Też tak myślę, nie można być wolnym nie znając prawdy.

  • xan-ti

    Oceniono 54 razy 2

    Polecam tej pani książkę "W poszukiwaniu Spinozy: radość, smutek i czujący mózg" Antonia Damasio, który w sposób niezwykle przystępny i w bardzo prostych słowach (zrozumiałych nawet dla ludzi bazujących na urojeniach, i subiektywnych odczuciach, widujących "świetliste anioły" :P) wyjaśnia i obala wiele głupich mitów, dotyczących ludzkiego umysłu. Ta książka kastruje wszystko co "duchowe, tajemnicze, transcendentalne" i budzi sceptycyzm, który jest pierwszym krokiem na ścieżce do racjonalizmu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX