Hospicjum Palium w Poznaniu. Otwarcie pokoju, który pomaga dzieciom znieść śmierć bliskiej osoby

Hospicjum Palium w Poznaniu. Otwarcie pokoju, który pomaga dzieciom znieść śmierć bliskiej osoby (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

Przyspieszony kurs żałoby. Poznańskie hospicjum uczy, jak przeżywać śmierć w XXI wieku

Nie chcemy spotykać ludzi smutnych. Sami też nie chcemy być smutni. Smutek nie jest dziś fajny. Tyle że jak się sobie na ten smutek nie pozwoli wtedy, kiedy jest na to czas, w trakcie żałoby, to możemy być niemal pewni, że już nigdy nas nie opuści - mówi Katarzyna Stachnik, psycholog i terapeuta z poznańskiego Hospicjum Palium.

Jest taki kolor, który pomaga przetrwać żałobę?

- Patrząc z punktu widzenia kulturowego, żałobę pozwala przetrwać kolor czarny. Społecznie, kiedyś, kiedy ludzie jeszcze nosili żałobę, był to też kolor ochronny. Taki, który mówił: „moja dusza jest poraniona, zostawcie mnie, potrzebuję czasu”. Ludzie o tym wiedzieli i to rozumieli, szanowali. W tej chwili kolor czarny uznawany jest za normalny, a to, że ktoś jest ubrany cały na czarno, może nie mieć nic wspólnego z żałobą. Taki strój może być na przykład symbolem przynależności do pewnej subkultury, choć z energetycznego punktu widzenia czarny nadal pozostaje kolorem ochronnym.

Wracając jednak do pytania, na początku żałoby często jest tak, że człowiek jest sam ze swoimi myślami, ze swoimi łzami. I to jest normalne i naturalne, bo żałobę trzeba przeżyć i wypłakać. Ale kiedy mija miesiąc, dwa, trzy... w miejsce czerni pojawia się potrzeba kolorów kojących, przynoszących nadzieję - zieleni, błękitu. Byle nie były to odcienie jaskrawe, bo każda jaskrawość będzie osoby w żałobie raziła. Chodzi raczej o takie barwy, jakie mamy w tym pokoju, w którym siedzimy. One faktycznie ukojenie przynoszą, potwierdzają to osoby, które tutaj do nas przychodzą, dzieci, które - jak już przyjdą - nie bardzo chcą wyjść.

No właśnie, ten pokój, w którym siedzimy, to Bajkowy Pokój. Miejsce otwarte nieco ponad miesiąc temu, o którym na stronie internetowej hospicjum napisano: „magiczny pokój dla dzieci osieroconych”. Na czym, oprócz kolorów, ta jego magia polega?

- Po pierwsze, kiedy dziecko tutaj wchodzi, widzi przepiękne miejsce, wyglądające jak las, magiczna kraina. Proszę spojrzeć chociażby na wykładzinę, wyglądającą jak trawa. Kiedy się po niej chodzi na bosaka lub w skarpetkach, czuć, że ona jest wytłaczana, imituje trawę nie tylko wizualnie, ale i poprzez dotyk. Jest też huśtawka, albo raczej podwieszony pod sufitem spory płat materiału, który może świetnie nadawać się na kryjówkę. Można się w niego owinąć jak w kokon, przybierając pozycję embrionalną, która jest przecież pozycją bezpieczną. W ten sposób ze świata bólu, zagrożenia, ze świata, w którym często nie radzą sobie nawet dorośli, dziecko może - na pięć, dziesięć, sześćdziesiąt minut - przenieść się w inny świat. Taki, w którym nie trzeba być smutnym.

Po drugie, kiedy dziecko tu przyjdzie, może spotkać się - tak jak zakłada projekt, który wkrótce zaczynamy realizować - z grupą rówieśniczą. Spotka się z dziećmi, których nie zna, a które też obawia się poznać. Boi się, bo dziecko, które traci kogoś bliskiego, jednego z rodziców, czuje się napiętnowane, oceniane przez otoczenie, przez kolegów. A my chcemy i doprowadzimy do spotkania dzieci mających podobne doświadczenia i stworzymy im przestrzeń do wymiany tych doświadczeń. Oczywiście to wymaga zbudowania pewnego zaufania i czasu, ale jest możliwe.

Trzecia rzecz jest natomiast taka, że dziecko w naszym pokoju spotyka też osobę lub osoby dorosłe, na przykład psychologa, wolontariusza, koterapeutę, które wiedzą, rozumieją i dają mu jasny komunikat: masz prawo do emocji, masz prawo płakać, nie ma w tym nic złego, nie musisz być silny czy silna dla mamy, dla taty, masz prawo nie wiedzieć, zadawać pytania, złościć się, jakoś tę żałobę manifestować, my to przyjmujemy. Mamy nadzieję, że dzięki temu dzieci poczują się bezpiecznie i zaczną o emocjach mówić.

Hospicjum Palium. To w tym pokoju dziecko m.in. spotyka się terapeutami, którzy wspierają go po starcie bliskiej osoby (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)Hospicjum Palium. To w tym pokoju dziecko m.in. spotyka się terapeutami, którzy wspierają go po starcie bliskiej osoby (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Ten pokój to pierwsze takie miejsce w Polsce. Wniosek, że ma coś zmienić, naprawić, nauczyć nas czegoś nowego, nasuwa się sam...

- To miejsce, nasz magiczny pokój, ma dać przestrzeń do przeżycia żałoby, do zmierzenia się z traumą. A z drugiej strony ma i będzie uczyć dzieci różnych umiejętności społecznych, które są bardzo przydatne w życiu. Mowa o pewności siebie, kreatywności, umiejętności odkrywania swoich talentów, czegoś, co pokaże dziecku, że mimo straty rodzica jest wyjątkowe. Bo każde dziecko faktycznie jest wyjątkowe.

To jest miejsce, które było przedmiotem naszych marzeń... nie, my nawet o nim nie marzyliśmy (śmiech). Naszym marzeniem było stworzenie grupy dla dzieci osieroconych. Chcieliśmy to zrobić tym bardziej, że takich dzieci co roku mamy coraz więcej, ponieważ chorują i umierają ludzie coraz młodsi. W tej chwili, biorąc pod uwagę jedynie dzieci podopiecznych naszego hospicjum, mamy ponad 40 dzieciaków. To już jest całkiem spora grupa. A dzieci przeżywają żałobę około czterech lat. Mało tego, mamy doświadczenia, z których wynika, że jeżeli człowiek nie przeżyje straty bliskiej osoby w dzieciństwie, to dożywotnio zwiększa się u niego ryzyko zachorowania na depresję.

Ale to nie wszystko. Podam przykład jednej z mam, mamy trójki chłopaków, która straciła męża pod naszą opieką. Kiedy ta kobieta skonfrontowała się z żałobą po partnerze, z żałobą własnych dzieci, a także z niemożnością codziennego funkcjonowania, bo jako wdowa została w bardzo trudnej finansowej sytuacji, to się jeszcze okazało, że ona sama ma własną, nieprzeżytą dotąd żałobę po własnej mamie, którą straciła jako nastolatka. Tak naprawdę to na tym - nastoletnim - etapie rozwoju była przez wszystkie kolejne lata zatrzymana. Tego właśnie chcemy zaoszczędzić naszym podopiecznym. Przeżycie żałoby jest konieczne, by człowiek mógł po stracie wrócić do codzienności i normalnie funkcjonować w dorosłym życiu.

Dlatego, kiedy przyszli do nas ludzie z Kulczyk Foundation i powiedzieli, że chcieliby pomóc nam otworzyć taki magiczny pokój, przyjęliśmy to z radością.

Pod koniec ubiegłego roku udało nam się zrealizować jeszcze jeden projekt - konferencję Jak pomóc dzieciom osieroconym, dla pedagogów i psychologów szkolnych, aby dzieci uzyskiwały pomoc również w miejscu, w którym one przebywają najczęściej - w szkole. Ale, co ciekawe, było też kilka osób z przedszkola, w sumie ponad 200 uczestników. Takie zainteresowanie uważam za najlepszy dowód na to, jak duża jest potrzeba uzyskania tego typu informacji i strategii pomocy.

Żałoba u dziecka traw około czterech lat (fot. pixabay.com)Żałoba u dziecka trwa około czterech lat (fot. pixabay.com)

Zwłaszcza że nie mówimy jedynie o sieroctwie związanym ze śmiercią jednego rodzica wskutek choroby. Zdarzają się też wypadki, rodzice się rozwodzą, jedno z nich przestaje utrzymywać z dzieckiem kontakt, wyjeżdżają za granicę, co powoduje tzw. eurosieroctwo. To nie jest obszar naszej pracy, ale problem w środowisku szkolnym często spotykany. Ludzie zaczęli nawet dzwonić, że chcieliby do nas, do hospicjum, dzieci przysłać, ale my nie mamy możliwości, żeby przyjąć wszystkich. Dlatego takich pokoi potrzeba więcej.

I będzie ich więcej?

- Wiele na to wskazuje. Nasza architektka, Magda Filcek, ma kolejne pomysły na rozszerzenie naszych działań. Po świętach się spotykamy, żeby je omówić. W planach Kulczyk Foundation jest stworzenie jeszcze sześciu takich pokoi w całej Polsce, ma powstać pewnego rodzaju sieć. Będą one nie tylko dla dzieci osieroconych, ale dla wszystkich, którzy ich potrzebują.

Słuchałam niedawno w sieci wykładu jednego z psychologów, który zatytułowano „Dzieci to osieroceni żałobnicy”. Zgadza się pani z taką tezą?

- Częściowo tak, choć ten problem nie występuje we wszystkich rodzinach.

W wielu jednak się pojawia.

- Kiedyś, kiedy mieszkały wspólnie rodziny wielopokoleniowe, dzieci automatycznie w takich wydarzeniach jak śmierć kogoś bliskiego brały udział. Było czuwanie przy zwłokach, bo zwłoki były przecież aż do pogrzebu w domu. Nieraz dzieci prowadzano do ciała zmarłego, z którym miały się pożegnać. Uczestniczyły też w pogrzebach. Trudno powiedzieć, jak te dzieci to przeżywały, ale bez wątpienia oswajały się ze zjawiskami, które są nieodłącznym elementem życia, radościami i smutkami.

Dzisiaj się wielu z tych rzeczy nie robi, tym samym pozbawiając niejako dziecko szansy na pożegnanie się z bliskim. Po prostu dana osoba znika, dziecko nie rozumie dlaczego. Ta niewiedza może być zresztą bardzo groźna, bo - na przykład - dzieci między 6. a 9. rokiem życia często biorą winę na siebie, uznają, że mamy, taty czy babci nie ma, bo one były niegrzeczne. I potem to ogromne poczucie winy niosą ze sobą przez lata, bo przecież po drodze nikt z nimi o tych emocjach nie rozmawia!

Dlaczego?

- Być może w ten sposób rodzice próbują je chronić, choć skutek jest odwrotny do zamierzonego.

Jak dzieci tę żałobę przeżywają?

- Bardzo specyficznie, na przykład płaczą przez chwilę, a potem idą się bawić. Ktoś, kto stoi z boku, a nie zna psychiki dziecka, powie „ono się tym wcale nie martwi”. Tymczasem dzieci tak właśnie mają, dla nich istnieją sekwencje - teraz jest smutek, teraz jest zabawa, potem sobie popłaczę, a potem będę się bał potwora. Nie musi to być taka manifestacja żałoby jak u dorosłego.

Dziecko przechodzi żałobę inaczej niż dorosły (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)Dziecko przechodzi żałobę inaczej niż dorosły (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Ponieważ jednak z dziećmi się o żałobie i stracie nie rozmawia, zamiast przeżywać takie chwile jako oczyszczające, dzieci zamykają się w sobie, na przykład płaczą, ale w poduszkę, nie chcą o tym, co czują, mówić, mają problemy z nauką, tracą apetyt, bywa, że popadają w anoreksję.

Wszystko dlatego, że tracą bliskiego i grunt pod nogami?

- I dlatego, że w konsekwencji tracą poczucie bezpieczeństwa. Jego zapewnienie jest rzeczą najważniejszą.

Pytanie - jak to zrobić?

- Poczucie bezpieczeństwa dotyczy kilku aspektów. Na początek powiedzmy o tym ekonomicznym. Jeżeli uda się utrzymać kwestie finansowe w ryzach po śmierci jednego z małżonków, rodziców, to mamy problem z głowy. Dalej jest poczucie bezpieczeństwa na gruncie społecznym albo rodzinnym - jeśli wieczorem ktoś czytał bajkę, to niech dalej tak będzie, jeśli dziecko ma jakąś grupę rówieśniczą i się w niej odnajduje, niech dalej ma z nią kontakt, niech wychodzi, wyjeżdża, jeśli tylko tego potrzebuje. Warto na to pozwolić tym bardziej, że dzieci, które czasem nie chcą rozmawiać z własnym rodzicem, szczerze porozmawiają z mamą kolegi.

Tak jest łatwiej?

- Może być tak, że one w ten sposób starają się chronić matkę czy ojca. Rozmowa z kimś obcym może być dobra, oczyszczająca, pod warunkiem że to jest osoba, która takie cierpienie dziecka jest gotowa na siebie przyjąć.

O poczuciu bezpieczeństwa mówię też dlatego, żeby podkreślić, że tylko gdy dziecko czuje się bezpiecznie, okaże emocje. Choć z drugiej strony - jeśli dziecko emocji nie okazuje, to nie znaczy, że ich nie ma. Ono je przeżywa, tylko że wewnątrz. Jak przeżywa je wewnątrz, to znaczy, że jest z nimi samo. Jak jest samo, to znaczy, że - być może - uczy się bezradności. Jak jest bezradne, popada w depresję. Takim potem staje się dorosłym.

Jak zatem przygotować dzieci na śmierć bliskich?

- Dzieci są w stanie przyjąć sytuacje o silnym emocjonalnym zabarwieniu o wiele łatwiej, niż nam się wydaje. My często dorabiamy ideologię, przekonujemy sami siebie, że one nie wiedzą, nie rozumieją. I może tak jest, że dzieci nie wiedzą i nie rozumieją pewnych słów, ale odczuwają emocje. Wyczuwają niepokój, wyczuwają, że coś w domu jest nie tak.

Z dziećmi trzeba rozmawiać. Rozmawiać konkretnie, choć adekwatnie do ich wieku, dokładnie o tej sytuacji, która ma miejsce. Jeżeli się z dzieckiem rozmawia, to ono samo zapyta: „czy tata może umrzeć”. A jeśli się z nim nie rozmawia, to nie zapyta, ale będzie się bało, że tata może umrzeć lub co się z nim po śmierci stanie.

W hospicjach pacjentów mogą odwiedzać dzieci, a nawet zwierzęta. I to jest widok! Kiedy pies wskakuje na łóżko pana... Ale do szpitala dzieci się nie przyprowadza. Babcia, dziadek, mama, tata idą do szpitala i nie wracają. Gdzie są? Nie wiadomo, nikt o tym dziecku nie mówi. Dziecko nie idzie na pogrzeb. Idzie się z nim dopiero na cmentarz, jak już emocje nieco opadną, i tam pokazuje się mu stertę piasku i mówi się: „tu jest tata” albo „tu jest babcia”. No to dziecko myśli sobie: pójdę po łopatkę i jego czy ją odkopię. A dorosły się denerwuje. Ale skąd dziecko ma wiedzieć, jak wygląda rytuał i że zmarłych się nie odkopuje?

Żałoba, przeżywanie trudnych sytuacji związanych ze śmiercią, jest rytuałem kulturowym. Gdybyśmy należeli do społeczności indiańskiej, to na znak żałoby moglibyśmy obciąć włosy o 30 centymetrów i całą noc rozmawiać o zmarłym przy ognisku, niekoniecznie wymieniając przy tym jego imię, tak by złe duchy nie przyszły.

Bardzo intensywnie stratę bliskiego człowieka przeżywają też Romowie, wiele innych kultur. A my, Polacy, często udajemy, że nic się nie dzieje, zwłaszcza dorośli mają taką tendencję.

Tracąc bliską osobę, dziecko traci poczucie bezpieczeństwa (fot. pixabay.com)Tracąc bliską osobę, dziecko traci poczucie bezpieczeństwa (fot. pixabay.com)

Miałyśmy jednak o dzieciach... Jak powiedzieć dziecku, że jego babcia może niebawem umrzeć? Jak to przekazać, żeby przy okazji na tę śmierć babci dziecko przygotować?

- Na przykład, jeśli dana osoba jest chora i znajduje się w domu, to właśnie od tego zaczynamy, od konkretów. Mówimy: „zobacz, babcia jest chora, dlatego nie ma siły wstać, leży w łóżku nawet w ciągu dnia, bierze leki, a kiedy przychodzisz i siedzisz u niej długo, to jest zmęczona, ale nadal bardzo cię kocha”. To, by dziecko o tej miłości zapewniać często, też jest bardzo ważne.

Dzieci chcą też być pomocne osobie chorej, mogą podać coś do picia, przynieść chusteczkę. Takie uczestniczenie pozwala aktywnie być przy bliskim. Jeśli w taki sposób będziemy dziecko angażować, tłumaczyć mu sytuację, to ono prędzej czy później zada pytanie o śmierć. I tu pojawia się kwestia tego, czy dziecko jest w stanie zrozumieć, czym jest śmierć. Wiele też zależy od tego, czy rodzice są wierzący, czy niewierzący.

Ci z rodzin wierzących bardzo często popełniają błąd, mówiąc: „Bóg zabrał twojego dziadka”. Co zrobi dziecko? Ma wroga numer jeden - Boga, który zabrał kochanego dziadka. Natomiast pamiętam taką sytuację, kiedy umierała babcia trzech dziewczynek, miały one kolejno trzy, cztery i pięć lat. Babcia była fantastyczną kucharką, taką, która aktywnie działała w kole gospodyń, organizowała przyjęcia. I mama powiedziała tym dziewczynkom tak: „Słuchajcie, Bóg robi w niebie przyjęcie i zaprosił babcię, żeby mu gotowała. Babcia się na to zgodziła. Będzie nam smutno, że jej nie ma, no ale z drugiej strony - kto ma babcię, która gotuje u Boga?”. Słyszy pani różnicę?

I dalej: zdarza się, że dzieci po śmierci bliskiego bawią się w pogrzeb. Dorośli, zamiast się oburzać, powinni usiąść koło nich i zapytać: „kto szedł za samochodem wiozącym trumnę, kto był, kogo nie było, kto płakał, kto go pocieszał?”. Śmierć jest końcem życia, ale nie końcem relacji. Ten zmarły wcale nie musi zniknąć z życia dziecka. To, w jakiej formie będzie w nim uczestniczył, zależy już od rodziców. I tak na przykład dla dzieci ważne jest, jeśli mogą otrzymać jakąś pamiątkę po zmarłym: medal dziadka czy chustę po babci, a nastolatek np. samochód taty.

To utrwala więzi między pokoleniami, umacnia rodzinę?

- Ja w pracy z dziećmi bardzo często używam też takiego argumentu: jak mam jedną kredkę, mogę ją złamać, ale kiedy ściskam w dłoni pęczek kredek, to nie dam rady złamać ich jednocześnie. A pęczek kredek to symbol rodziny, wsparcia. Ale dziecko mimo tych silnych więzi musi w rodzinie doświadczać i radości, i smutku, bo dzięki temu radzi sobie z emocjami, poznaje własne reakcje. I przede wszystkim o tym trzeba z dziećmi rozmawiać, towarzyszyć im.

Zwłaszcza że często to nie dzieci nie są przygotowane na rozmowę o śmierci. To rodzice nie są na nią gotowi.

Z tą żałobą mamy problem? Czy raczej ze śmiertelnością w ogóle i dlatego odkładamy ten temat na potem?

- Tak, na potem, często tak właśnie jest. Ale potem zwykle przychodzi nagle, gdy się okazuje, że już nie ma jednego kolegi z pracy. Pożegnaliśmy się, następnego dnia nie przyszedł, bo miał wypadek.

Życie jest nastawione na życie, ale śmierć jest od zawsze nieodłączną częścią życia. Mało tego - śmierć jest w życiu jedyną pewną rzeczą. Przed podatkami czasem uda się uciec, przed śmiercią nigdy.

Myślę, że problem dzisiejszych czasów jest nieco inny. Jesteśmy tak zabiegani, że życie przestaje być życiem. Powtarzamy, że jeśli nie mamy pracy, nie mamy z czego żyć, ale jak ją mamy, nie mamy czasu żyć. I tego najczęściej ludzie żałują pod koniec życia - że kogoś nie kochali, że nie powiedzieli o jakimś uczuciu, że nie wyjechali z kochaną osobą, że nie byli blisko, a nie tego, że nie wykonali jakiegoś zawodowego projektu. A efekt jest taki, że często zanim człowiek zdąży coś przeżyć, już przychodzi śmierć.

Zmarły wcale nie musi zniknąć z życia dziecka (fot. pixabay.com)Zmarły wcale nie musi zniknąć z życia dziecka (fot. pixabay.com)

A przecież kochamy życie, uśmiech, szczęście...

- No właśnie, może dlatego też bywa tak, że gdy człowiek konfrontuje się z żałobą, pojawia się pytanie, czy daje sobie przyzwolenie na to, by tę żałobę przeżywać. Bo my przecież nie chcemy spotykać ludzi smutnych. A z drugiej strony - sam człowiek zadaje sobie pytanie: czy ja chcę być smutny? Smutek nie jest fajny. Tyle że jak się sobie na ten smutek nie pozwoli wtedy, kiedy jest na to czas i nie przeżyje dobrze żałoby, to później jest niemalże pewne, że smutek nas nigdy nie opuści, że pojawi się u nas jakaś choroba somatyczna.

To jak ją w takim razie przeżyć? Jak przetrwać żałobę, żeby tego uniknąć?

- Dać sobie przyzwolenie i czas na smutek, na łzy. Wszystkie łzy, które często pojawiają się poza kontrolą, trzeba wypłakać. Nie wolno traktować tego jak słabości, a tylko jako pewien etap. Na chwilę - jeśli to jest realne - zrobić sobie wolne, niekoniecznie zaraz po pogrzebie wracać do pracy.

Kiedyś jedna z pań, która straciła bliską osobą, powiedziała mi: „ja pracuję w banku, mam ciągły kontakt z klientami, ładnie ubrana i uśmiechnięta, a w środku mam wielki lej, dziurę i chce mi się płakać”. Tak się nie da, czasem trzeba odpuścić. Oczywiście, jeśli pracodawca rozumie ten proces. Tak też powinno być. Niedawno spotkałam się z inną kobietą, przeżywającą żałobę po mężu, i ona mi powiedziała z kolei: „mój szef stracił żonę i sam mi powiedział, że na żałobę mam tyle czasu, ile potrzebuję, bo on wie, co to znaczy i wszystko rozumie”.

Bliscy mogą w tym procesie przeżywania żałoby pomóc?

- Mogą być obok. Nie wymuszać formy, nie narzucać, nie mówić, co ta osoba powinna czuć, nie wzbudzać poczucia winy związanego z tym, że ta osoba powinna już być na innym etapie żałoby. Bo etapy są różne i - choć opisano w wielu książkach ich chronologię i średni czas przeżywania - u każdego trwają różnie. Zwłaszcza że czasem dzieje się coś, co w żałobie przeszkadza, coś zostaje zahamowane.

Pamiętam taki przypadek, kiedy przyszła do mnie pewna starsza pani, choć jeszcze czynna zawodowo. Krótko przedtem pochowała swojego męża. A niedługo potem, w maju następnego roku, zachorowała jej 36-letnia córka. Dorota nie założyła rodziny, więc po pewnym czasie przeniosła się do mamy. Natomiast w grudniu w wypadku zginęła starsza córka tej kobiety, mężatka i matka trójki dzieci; wpadła w poślizg, jej samochód zderzył się z tirem.

Podsumowując: ta kobieta mając nie do końca przeżytą żałobę po mężu, powinna już zacząć przeżywać żałobę po córce. Nie mogła jednak tego zrobić, bo musiała opiekować się drugą córką, a jednocześnie pomagać zięciowi w opiece nad wnukami. Kiedy więc w maju kolejnego roku zmarła także Dorota, ta pani miała trzy żałoby do przerobienia. To się skończyło oczywiście depresją, lekami, choć na szczęście w tej chwili wszystko już jest dobrze.

Ale żeby było dobrze, każdemu potrzebne jest wsparcie. Jeżeli mamy wsparcie, to znaczy, że mamy siłę.

Nieprzeżyta żałoba powoduje, że człowiek zatrzymuje się na jakimś etapie - ubolewania, żalu (fot. pixabay.com)Nieprzeżyta żałoba powoduje, że człowiek zatrzymuje się na jakimś etapie - ubolewania, żalu (fot. pixabay.com)

Co to jest „nieodżałowana śmierć”?

- Nieprzeżyta żałoba powoduje, że człowiek zatrzymuje się na jakimś etapie - ubolewania, żalu. To powoduje, że organizm, chociażby z tego fizjologicznego, hormonalnego punktu widzenia, nie jest w stanie uzyskać równowagi. To działa tak jak stres, cały czas, nie ma odprężenia. A to w konsekwencji może doprowadzić do choroby somatycznej, i to się dzieje.

Pamiętam taką kobietę, której mąż zginął na przejściu dla pieszych, nagle i zupełnie bezsensownie. Przyszła do mnie cała na czarno, płakała, rozmawiałyśmy o tym. Ta czerń i rozpacz sugerowały mi, że mąż mógł nie żyć od powiedzmy dwóch miesięcy, ale kiedy ją o datę jego śmierci zapytałam, okazało się, że ten mężczyzna nie żyje już od trzech i pół roku. Ona codziennie rano w łazience rozpylała jego perfumy. W ten sposób nie pozwalała się zabliźnić ranom, rozdrapywała je. Czasem ludzie tak robią, bo to jedyne, czego są w stanie się w życiu trzymać. Bo poza tym jest próżnia, nie ma dzieci, wnuków, tylko pustka, więc usilnie próbują ją wypełnić, przywracając niejako zmarłego do życia.

Czas podobno leczy wszystkie rany...

- Leczy i nie leczy. Jeśli żałoba jest poprawnie przeżyta, leczy. Jeżeli powstrzymamy proces przeżywania smutku, nie pomogą dekady mijającego czasu.

Na okładce jednej z książek stojących na dole, w gablotce, przeczytałam przed chwilą, że ktoś, kto zmagał się ze smutkiem i strachem przed śmiercią, sens i radość życia odnalazł w jednym z hospicjów, w instytucji potocznie nazywanej „umieralnią”.

- Tu, także do nas, przychodzi się po to, by żyć godnie, póki życie trwa. Tu ważna jest każda chwila, bo za kolejną chwilę może nas nie być. Dlatego my w hospicjum bardzo często się śmiejemy, ale także, czasem po raz pierwszy w życiu, pacjenci odbywają tu szereg poważnych rozmów. My, pacjenci, wolontariusze, nie oceniamy się nawzajem. Wzajemnie się słuchamy. Mamy czas na to, by rozliczyć to, co było w przeszłości. Czasem próbujemy pogodzić ze sobą rodziny, wyprawiamy komuś huczne urodziny, pozwalamy na rozmaite rzeczy i bardzo staramy się, by ten człowiek stojący u progu śmierci nie był jedynie umierającym, ale żeby czuł się pełnoprawnym członkiem rodziny, spełnionym człowiekiem, żeby widział wiele swoich ról.

Ludzie boją się hospicjum, ale bezzasadnie. Najbardziej boją się ci, którzy nigdy tu nie byli. Ci, którzy przyszli, czasem nie chcą wracać do domu. To miejsce, potocznie zwane „umieralnią”, ma w sobie więcej życia niż życie.

I w którym życia można się nauczyć tuż przed śmiercią?

- Właśnie.

Katarzyna Stachnik. Psycholog kliniczny, psychoterapeuta systemowy, wykładowca. Od kilkunastu lat pracuje z pacjentami umierającymi w Hospicjum Palium, a także w terapii indywidualnej - dzieci i dorosłych - oraz terapii rodzinnej, przede wszystkim w momentach życiowo trudnych, choroby, żałoby. Absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii „Alimentare znaczy karmić” dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki „Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice”. Publikowała w toruńskiej „Gazecie Wyborczej”, dziale zagranicznym „Polska The Times” i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (2)
Zaloguj się
  • nastra

    Oceniono 14 razy 14

    Piękny i mądry artykuł o odchodzeniu, o umiejętności przeżywania żałoby, pokazujący jak daną sytuację przedstawić dziecku tak, by trauma, którą przeżywa się po śmierci bliskiej osoby, została oswojona...

  • mawik_net

    Oceniono 3 razy 1

    Nie jestem przekonana, dla mnie ta etapizacja żałoby to czysta teoria, każdy przeżywa żałobę inaczej, a niektórzy czują żal po zmarłym do końca życia nie dlatego, że nie przeszli jakiegoś etapu ale po prostu tak mają i już.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX