Ewa Berbeka pod Broad Peak

Ewa Berbeka pod Broad Peak ((fot. Stanisław Berbeka))

ludzie

Ewa Berbeka o życiu ze zdobywcą ośmiotysięczników. I o jego śmierci na Broad Peak

Po śmierci Macieja Berbeki to ona cierpiała najbardziej. Żona Ewa. Matka jego czterech synów. Wierna towarzyszka życia himalaisty. 5 marca 2013 roku świętowała zdobycie Broad Peak. Dwa dni później została wdową. 30 kwietnia 2018 r. Ewa Berbeka zmarła po długiej chorobie. Przypominamy wywiad z nią, który ukazał się w w trzecią rocznicę triumfu i tragedii.
Coś we mnie umarło. Jakaś część mnie nie żyje. Spokojnie mogłabym dzisiaj zamknąć oczy i odejść. Nie boję się śmierci. Wręcz przeciwnie, nawet na nią czekam, bo wiem, że w tym drugim życiu znowu będę z Maćkiem. (...) - To nieprawda, że czas leczy rany. W każdym razie u mnie ta terapia nie działa. Od wypadku Maćka minęło już półtora roku, a ja wciąż cierpię. I to coraz bardziej. Z każdym tygodniem jest gorzej. Czuję w sercu tak potężną pustkę, że gdyby nie dzieci, zwłaszcza Jaś, najmłodszy, z którym mieszkam i z którym się wspieramy, to mogłabym, a nawet chciałabym zasnąć i nigdy się już nie obudzić.

Tak Ewa Dyakowska-Berbeka, żona himalaisty Macieja Berbeki, zaczyna swoją opowieść. Opowieść pełną bólu i rozpaczy po stracie, ale też piękną, pełną wspaniałych wspomnień historię 30 lat wspólnego życia dwójki niezwykłych ludzi: zdobywcy najwyższych gór świata oraz silnej i pełnej ciepła kobiety, która wychowała czwórkę ich wspólnych dzieci i stworzyła im dom - prawdziwą bazę, ważniejszą od tych pod szczytami ośmiotysięczników. A on odwzajemniał się jak mógł - gdy wracał z gór, żył tak, by nadrobić okresy nieobecności w domu. Ale 7 marca 2013 r. zniknął z niego na zawsze. Został na Broad Peak.

Maciek śni mi się bardzo rzadko. A jeśli już, to ten sen jest zawsze taki sam. Siedzi odwrócony do mnie tyłem, więc obchodzę go, by spojrzeć mu w twarz, i wtedy widzę, że płacze, pytając: "Dlaczego oni nam to zrobili? Dlaczego powiedzieli, że zginąłem?". Krzysiowi z kolei śni się, że tata wraca, że jest w drodze do domu.

Z lewej: Ewa i Maciej Berbeka w Chorwacji, z prawej: Maciej w ścianie Dhaulagiri, 1986 (fot. archiwum Ewy Berbeki)Z lewej: Ewa i Maciej Berbeka w Chorwacji, z prawej: Maciej w ścianie Dhaulagiri, 1986 (fot. archiwum Ewy Berbeki)

Jak to jest być młodą kobietą z dziećmi, której mąż każdego roku znika na kilka miesięcy, by mierzyć się z nieprzyjazną człowiekowi naturą? Jak przez te wszystkie lata żyli w cieniu niezwykle bezwzględnych gór? - napisała we wstępie do swojej książki "Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak" Beata Sabała-Zielińska. I dodała potem: A kiedy nadejdzie najgorsze, jak to znieść? Kogo winić? Komu przebaczyć? Jak żyć? Ewa Dyakowska-Berbeka odpowiedziała na jej pytania, opisując 30 lat wspólnego życia z wielkim himalaistą. Oto fragmenty tej książki.

Z lewej ślub Berbeków, z prawej Maciej Berbeka podczas wyprawy na Manaslu, 1984 r. (fot. archiwum Ewy Berbeki)Z lewej ślub Berbeków, z prawej Maciej Berbeka podczas wyprawy na Manaslu, 1984 r. (fot. archiwum Ewy Berbeki)

O życiu z Maćkiem, gdy wracał z wypraw

Ewa Berbeka: - Przebywanie ze sobą, a nie zagadywanie rzeczywistości, tak wyglądało życie z nim. Rozmawialiśmy na różne tematy, o górach, sztuce, codzienności, ale te rozmowy nigdy nie miały charakteru nabożnych dysput. Nie zasiadaliśmy wieczorem na kanapie i nie omawialiśmy życia. Ono po prostu się toczyło. Na szczęście dużo razem pracowaliśmy, więc mogliśmy się sobą nacieszyć. (...) Oczywiście podczas wspólnej pracy były spięcia i nerwowe momenty, ale szybko nam przechodziło. Nigdy nie czułam przesytu Maćkiem, takiego zmęczenia jego osobą. A przecież jak już był, to BYŁ. Bardzo intensywnie, całym sobą. I przez cały czas. Uczestniczył w każdym domowym wydarzeniu, w zasadzie przejmował cały dom. Zajmował się dziećmi, uwielbiał gotować. W ostatnich latach wręcz odsunął mnie od kuchni. Stałam się podkuchenną (śmiech). Kiedy chłopcy byli mali, zabierał ich na długie spacery, ale też bez zbędnego ględzenia. To było BYCIE ze sobą w czystej postaci.

Powitanie po wyprawie na K2, podczas której Berbeka wszedł na Rocky Summit (8028), 1988 r. (fot. achiwum Ewy Berbeki)Powitanie po wyprawie na K2, podczas której Berbeka wszedł na Rocky Summit (8028), 1988 r. (fot. achiwum Ewy Berbeki)

Gdy wracał z wypraw, wycofywałam się. Przez pierwszy tydzień brałam dzieci i znikaliśmy z domu na kilka godzin. Chciałam, żeby w tym czasie Maciek spokojnie doszedł do siebie, wrócił do rzeczywistości. Nigdy nie wypytywałam go, co się działo w górach. Nie żebym nie była ciekawa, byłam, i to bardzo, ale nie chciałam być namolna. Czekałam, aż sam zacznie opowiadać. Niestety, zazwyczaj nie doczekiwałam się, więc z czasem zaczęłam uciekać się do podstępu. Miałam na niego dwa sposoby: przymuszanie i podsłuchiwanie.

Przymuszanie polegało na stawianiu go w sytuacji bez wyjścia, czyli robieniu kolacyjek dla przyjaciół i znajomych, na których Maciek na prośbę sporej grupy godził się na prelekcję. Rzecz jasna mówię to z przymrużeniem oka, bo tak naprawdę Maciek uwielbiał opowiadać, ale lubił mieć widownię. (...)

Drugą metodą zdobywania informacji było podsłuchiwanie. Gdy tylko pojawiali się u nas dziennikarze, by przeprowadzić z nim wywiad na temat wyprawy, natychmiast rosło mi ucho. Robiąc kawę czy herbatę, łapałam każde słowo, co szczerze Maćka bawiło. Znał ten mój fortel doskonale, nie mógł więc powstrzymać uśmiechu, widząc, jak w zwolnionym tempie gotuję wodę, przygotowuję kubki, szukam herbat i kręcę się po kuchni, wykonując rzeczy niecierpiące zwłoki.

Maciej i Ewa z małym synkiem Krzysiem (fot. archiwum Ewy Berbeki)Maciej i Ewa z małym synkiem Krzysiem (fot. archiwum Ewy Berbeki)

O zazdrości o towarzyszki wypraw

Ewa Berbeka: - Nigdy nie byłam o Maćka zazdrosna. (...) Ostatnio ktoś dokładnie o to samo zapytał moją przyjaciółkę Wandzię, dopytując także o uczucia Maćka. Bez namysłu odpowiedziała: "Oczywiście, oboje byli o siebie bardzo zazdrośni". Ciekawe, bo ja sama nigdy tak bym tego nie oceniła. Może dlatego, że chyba nie odczuwałam, a w każdym razie nieczęsto, jakiegoś dręczącego mnie w tej kwestii niepokoju. Choć owszem, był czas, że złościłam się na Maćka, że rusza w świat, podczas gdy ja ciągle jestem przywiązana do jednego miejsca.

Trudnym momentem były narodziny Jasia. Bardzo cieszyliśmy się z kolejnego dziecka, zwłaszcza że po Franiu znowu straciłam ciążę, Jaś więc był darem od Boga, ale co tu kryć, przytrafił nam się trochę "na starość" (śmiech). Gdy się urodził, miałam czterdzieści lat, a tu, jak to przy maluchu, wszystko zaczęło się od nowa. Pieluchy, wielkie piersi i kwilące przy nich dziecko, a w głowie wizje wysportowanych, zgrabnych klientek, z którymi Maciek wyjeżdża na całe tygodnie. No cóż, zaczęło mnie to trochę denerwować.

Ślub cywilny, 27.09.1980 r., (fot. archiwum Ewy Berbeki)Ślub cywilny, 27.09.1980 r., (fot. archiwum Ewy Berbeki)

O reakcji rodziny na plan powrotu na Broad Peak

To, że Berbeka na całe tygodnie znikał z domu, nie było dla rodziny dziwne. Zarabiał przecież na życie wspinaniem. W latach 90., gdy zrezygnował z narodowych wypraw himalaistycznych, zajął się wspinaczką komercyjną, z klientami. Dlatego cała jego rodzina była zaskoczona, gdy zdecydował się po latach przerwy wrócić pod Broad Peak, górę, od której zdobycia był kiedyś o krok, i omal również na niej nie zginął. Oto, jak nastrój w domu Berbeków opisała w swojej książce Beata Sabała-Zielińska:

Zaskakująca była reakcja Jasia, gdy dowiedział się, że Maciek wraca na Broad Peak. "Czy tata musi jechać na tę cholerną wyprawę!?", rzucił pewnego dnia ze złością. Co ciekawe, wcale nie oczekiwał odpowiedzi. W domu Berbeków bowiem nie zadawano pytań typu: "Czy musi? Czy chce? Dlaczego? Po co?". Tak samo jak nigdy nie omawiano planu B, czyli co się stanie z rodziną, jeśli Maciek nie wróci.
- Nigdy o to nie pytałam. - wyznaje Ewa, a widząc moje zdumione spojrzenie, szybko dodaje: - Być może z braku wyobraźni? Albo po prostu ze strachu, w obawie przed tym, co usłyszę. Może gdzieś tam podświadomie bałam się, że jeśli powiem głośno, że istnieje ryzyko, że stanie mu się coś złego, to wywołam wilka z lasu. Może to instynkt podpowiadał mi: "Lepiej nie pytaj". Zdaje się, że Ewa po raz pierwszy roztrząsała tę kwestię i to trochę pod przymusem, ze względu na dociekliwe pytania, a nawet niezbyt grzeczną reakcję z mojej strony:
- Jak to nie pytałaś? - Nie mogę powstrzymać się przed tym atakiem, zakładając, że każda kobieta, każda matka, każda żona właśnie ten temat nieustannie by drążyła. A nawet jeśli nie nieustannie, to przynajmniej raz w życiu zapytałaby o to. A tu nic! Przez trzydzieści trzy lata małżeństwa ani jednego pytania w tym stylu!
Jestem tak zaskoczona odpowiedzią, że nieprzyzwoicie się dziwię, Ewa z kolei wyraźnie jest zaskoczona moim zdziwieniem. - Pokochałam himalaistę - tłumaczy rozbrajająco szczerze. - Imponowało mi to, kim jest. Wiedziałam, jaką ma pasję, i nigdy nie chciałam tego zmieniać. Nie wiem, jakim człowiekiem byłby Maciek bez gór, doskonale za to wiedziałam, kim jest, mając je.

Maciej Berbeka po pierwszym zimowym wejściu na Manaslu (fot. archiwum Ewy Berbeki)Maciej Berbeka po pierwszym zimowym wejściu na Manaslu (fot. archiwum Ewy Berbeki)

O życiu rodziny po tragedii na Broad Peak

Ewa Berbeka: - Po wypadku świat nam się zawalił. Naszym sposobem na przetrwanie tego była izolacja, zamknięcie się tu w domu, okopanie się w bezpiecznej dla nas przestrzeni. Krzyś nie wrócił do Warszawy, do pracy, Staś nie pojechał do Gdańska, a Franuś i Jaś nie wrócili do szkolnych obowiązków. Owszem, przez nasz dom cały czas przewijało się sporo ludzi, ale były to wyłącznie najbliższe nam osoby, przyjaciele rodziny, z którymi mogliśmy dzielić się rozpaczą. To oni w tym najtrudniejszym dla nas okresie opiekowali się nami, donosili jedzenie, załatwiali niezbędne sprawy. Dali nam czas na niczym niezmąconą żałobę.

Niestety, w tych pierwszych tygodniach dramatu wpadłam w poczucie winy. Każdego dnia roztrząsałam, co zrobiłam źle, dlaczego temu nie zapobiegłam, jakie sygnały przegapiłam. Chłopcy zaś byli moimi terapeutami. Spokojnie rozsupływali każdą moją wątpliwość, cierpliwie tłumacząc, że nikt nie jest niczemu winien.(...) Czas oswajania się z tragedią trwał prawie miesiąc. Potem trzeba było zacząć żyć dalej.

Bałam się powrotu do teatru. Bałam się reakcji swojej i kolegów. Bałam się, że będę ich swoim nieszczęściem krępować. Nie wiem, dlaczego tak myślałam, zwłaszcza że byli ze mną od samego początku tragedii, wspierając mnie nie tylko swoją obecnością. A jednak wyjście z bezpiecznej przestrzeni domu stanowiło duże przeżycie. Wracanie po tragedii do życia sprzed niej było jak przejście z innego wymiaru do pozornie tylko znanego nam świata. Przecież ta rzeczywistość była już zmieniona. Czasami ludzie nie wiedzieli, jak się przy nas zachować, jak nas wesprzeć. Wszyscy musieliśmy się tego nauczyć. Tej rzeczywistości bez Maćka, ale z jego obecnością w nas.

Maciej Berbeka z dziećmi nad Morskim Okiem i w bazie pod Manaslu (fot. archiwum Ewy Berbeki)Maciej Berbeka z dziećmi nad Morskim Okiem i w bazie pod Manaslu (fot. archiwum Ewy Berbeki)

"Staram się być mocna tylko dla moich synów"

Ewa Berbeka: - Na szczęście jestem zadaniowcem, więc biorę się z życiem za bary, ale nie wybiegam już w przyszłość. Nie zastanawiam się, co będzie za miesiąc, dwa. Żyję chwilą, myślę o tym, co jest w tym momencie, choć i to bywa niezwykle trudne. Na przykład poranna kawa. Za każdym razem, kiedy siadam tu przy tym stole, widzę Maćka obok mnie. To jest jak tortura. Zaraz po wypadku byłam w szoku, choć nie do końca jest to dobre słowo, bo ja i moi chłopcy przez cały czas byliśmy bardzo spokojni. Może dlatego, że gdzieś tam głęboko nie wierzyliśmy w to, co się stało. Mieliśmy nadzieję, że lada moment Maciek zadzwoni albo wyśle esemes z informacją, że wszystko jest w porządku,że nie wydarzyło się nic złego.

Tak naprawdę chyba wciąż chcę w to wierzyć. Dalej mam telefon Maćka. (...) Jego komórka jeszcze czasami dzwoni, wtedy przypominam sobie nasze rozmowy: "Cześć, tu Maciek. Jesteśmy w Mandala. Jedziemy tam i tam, odezwę się za parę dni". Nieraz myślę, że za chwilę odbiorę właśnie taki telefon. Wiem, że to niedorzeczne, ale chyba wciąż czekam. Chyba.

(...)

- Życie bez Maćka jest niezwykle dotkliwe. Owszem, funkcjonuję, wokół mnie dzieje się mnóstwo rzeczy, dostaję dużo zleceń, sporo pracuję, ale to wszystko jest gdzieś poza mną. Staram się być mocna tylko dla moich synów. Mieszkam z najmłodszym z nich, z Jasiem. Kiedy widzę, że ma gorszy moment, mobilizuję wszystkie siły, bo on musi czuć, że ma moje wsparcie. To samo zresztą dzieje się, gdy ja upadam pod tym krzyżem. Jaś, mimo młodego wieku, jest już mężczyzną. Stał się nim w dniu wypadku. W ciągu kilku godzin z typowego czternastolatka zmienił się w mądrego, spokojnego, dorosłego człowieka, stając się moją opoką. Jest niezwykle mocny. Ale nie jest ze skały. Dlatego jestem.

Maciej Berbeka i okładka książki 'Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak' (fot. archiwum Ewy Berbeki/Whitney Justesen/Trevillion Image)Maciej Berbeka i okładka książki "Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak" (fot. archiwum Ewy Berbeki/Whitney Justesen/Trevillion Image)

Beata Sabała-Zielińska. Rodowita góralka. Dziennikarka radiowa, 10 lat pracowała w Radiu ZET. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim w Instytucie Dziennikarstwa i szlifuje nowe radiowe talenty w studenckiej rozgłośni UJOT FM. Autorka trzech książek - dwóch o Zakopanem i pozycji "Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego". Jej najnowsza książka "Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak" to rozmowa z Ewą Berbeką - wdową po himalaiście Macieju Berbece.

Komentarze (249)
Zaloguj się
  • adolfiutin11

    Oceniono 100 razy 86

    Hobby skrajnego ryzyka. Tutaj trzeba być przygotowanym na najgorsze.....

  • on37waw

    Oceniono 127 razy 75

    Pierwsze wyprawy w Himalaje, pierwsze wejścia na ośmiotysięczniki - to były rzeczy ryzykowne, ale istotne, jak zdobycie biegunów. Teraz jest to idiotyczne, ekstremalnie kosztowne, ekstremalnie niebezpieczne hobby, którego jedynym efektem są zaśmiecone góry i galeria zamrożonych trupów. Wejście po raz ..siąty, może setny na tę samą górę, tylko, że wtedy, gdy jest to bardziej niebezpieczne (zimą) jest takim samym osiągnięciem jak przejechanie na motocyklu z Sanoka do Gdańska bez kasku i samych gaciach (też zimą). Jeśli robią to dla przyjemności to super, ale niech nie zakładają rodzin. Romantyczny urok himalaizmu to tak naprawdę urok straceńczej nieodpowiedzialności. Kocham góry i kocham wędrówkę po nich. Himalaizmu nie trawię.

  • 7abc7

    Oceniono 90 razy 54

    nie wiem po co taki artykuł, przecież rodzina dobrze wiedziała ze jak się igra z ogniem to jest to niebezpieczne. Każdy ma jakieś hobby a on wybrał to jedno z najniebezpieczniejszych tutaj nikt nie jest winny śmierć jego wliczona jest w jego hobby.

  • krzepki.harry

    Oceniono 79 razy 51

    Niestety góry wiążą się z ogromnym ryzykiem... Niektórzy himalaiści rezygnują z podejmowania nadmiernego ryzyka ze względu na rodziny i już nie walczą o rekordy. Dlaczego osobiste ambicje Berbeki zwyciężyły z rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności?

  • june-of-44

    Oceniono 75 razy 49

    "Hobby" jednego człowieka, przynoszące traumę i spustoszenie dla całej rodziny.
    Wiadomo miał pasje i gonił za marzeniami....a teraz jego najbliżsi uciekają przed rozpaczą i smutkiem. I nie uciekną już nigdy...

  • Oceniono 76 razy 44

    Alpinizm wyczynowy to robota dla kamikadze.Trzeba miec mozg daleki od normalnosci,aby w kazdej minucie byc narazonym na smierc.Tylko paranoicy ida na K-2 zima.Wiem,ze Berbeka byl swiatowym pajakiem najwyzszych gor.Narobil dzieciakow.Mial wspaniala zone.Ale ten gen samobojczy zwyciezyl.Poszedl.Zostal.Znalem b.blisko Wande Rutkiewicz sporo lat temu.Byla kobieta ze stali,ale i wariatka himalajska.Prosilem przed jej ostatnim wejsciem w zyciu:Wando!Nie idz!Czuje,ze bedzie zle...Poszla.Machnela reka.Nawet grobu nie ma i nie bedzie,bo poleciala w przepasc w wieczna zmarzline.Po co?Dla satysfakcji zaliczenia kolejnego szczytu?Dla adrenaliny?Po cholere tam poszla...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX