Społeczeństwo

Studium przypadków

Wiadomo, że to był zwykły zbieg okoliczności, ale akurat tego dnia, kiedy oddawała służbowy telefon, laptop i samochód, nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. I to właśnie wtedy dotarło do niej, że coś się skończyło, choć o tym, że zostanie bez pracy, wiedziała od czterech miesięcy.

Dlaczego nie szukała niczego nowego? Od września, kiedy wszystkich pracowników poinformowano, że firma została wykupiona przez większy koncern i w związku z tym szykują się grupowe zwolnienia, do świąt Bożego Narodzenia, kiedy wygasały im umowy o pracę, bez zmian wykonywała wszystkie swoje dotychczasowe zadania. A jak ktoś ma co robić, ma pracę, to nie szuka nowej - taki był tok myślenia Karoliny*. Na głowie miała miesięczne opłaty w wysokości 2500 złotych, w tym 1700 złotych raty kredytu na mieszkanie. Na koncie oszczędności, które spokojnie pozwoliłyby jej przeżyć przez cztery-pięć miesięcy, a w domu partnera, który w tym samym czasie co ona stracił zatrudnienie. Pracy nie miała przez osiem miesięcy.

Hanka odeszła z pracy na własne życzenie. Dostała propozycję podpisania kontraktu w Wielkiej Brytanii, którą przyjęła. Po dwóch latach umowa wygasła i Hanka wróciła do Polski. Była pewna, że jej CV i brytyjskie doświadczenie będą przepustką do błyskawicznego, nowego etatu. Nie były.

Wysyłała zgłoszenia, po których zapadała głucha cisza. Nie przychodziła nawet autoodpowiedź. Na początku myślała, że popełniła błąd w danych, że pomyliła cyfry w numerze telefonu i dlatego nikt nie oddzwania. Sprawdzała. Błędu nie było. Potem zaczęła myśleć, że jej doświadczenie nie pokrywa się z wymaganiami. Następnie, że może jest niewystarczające. Na kolejnym etapie zaczęła wykreślać z CV datę urodzenia, a była tuż przed czterdziestką.

(fot. pexels.com)

Kiedy czas poszukiwania pracy zbliżał się do 12 miesięcy, przestała wierzyć we własne umiejętności. Mimo że kłóciło się to z faktami, bo firmom, w których pracowała, dostarczała wyniki, dotrzymywała terminów, miała świetne oceny roczne i regularne premie. W głowie kiełkowała myśl, że może jednak mało potrafi?

Piramida

Utrata pracy znajduje się w pierwszej dziesiątce najbardziej stresujących zdarzeń w życiu. I to nie powinno dziwić, bo kiedy spojrzymy na piramidę potrzeb stworzoną przez Abrahama Maslowa, to poza tymi podstawowymi, czyli fizjologicznymi, wszystkie pozostałe zostają zaburzone.

Najpierw potrzeba bezpieczeństwa, bo tracimy środki do życia - co tym bardziej istotne, jeśli mamy na utrzymaniu rodzinę albo jesteśmy samotni. Potem również potrzeba przynależności - w tym wypadku do grupy zawodowej czy konkretnego miejsca pracy, w którym spędzaliśmy znaczną część naszego codziennego życia, a także potrzeba szacunku, uznania i samorealizacji. W rezultacie stan psychiczny osoby bezrobotnej pogarsza się, a nastrój będzie tym bardziej obniżony, im wyższe miejsce w naszej indywidualnej hierarchii wartości zajmowała praca. Jeśli dla kogoś była całym światem, to taki człowiek ląduje na emocjonalnym dnie.

- Osoby, które po stracie pracy myślą o sobie pozytywnie, należą do mniejszości, to promil - mówi dr Paweł Pawłowski, psycholog biznesu. - Większość boi się utraty pracy, nie myśli o jej zmianie w kategoriach przygody. Dla nich to sytuacja, która upokarza i niszczy, przede wszystkim płaszczyznę zaufania do samego/samej siebie, do własnych sprawności. Na głębokim poziomie związane jest to z brakiem wiary w siebie. Nie ufają swoim umiejętnościom, wiedzy, boją się, że w nowym miejscu spotkają ludzi, z którymi się nie dogadają. Myślą o sobie w kategoriach: "Sam bym siebie nie zatrudnił".

Większość ludzi zaraz po zwolnieniu widzi jednak dla siebie perspektywę szybkiego zatrudnienia. Mają dużo werwy i zapału do szukania nowego zajęcia. Dla Michała pierwsze tygodnie po stracie pracy niczym nie różniły się od tych spędzonych w biurze. Wstawał wcześnie rano, wychodził z psem, potem szedł biegać. Po wyjściu żony i dzieci z domu sprzątał po nich i o 9.00 siadał przed komputerem, żeby przeglądać portale z ogłoszeniami pracy. Odpowiedzi na jego maile właściwie nie przychodziły. Pojawiła się za to frustracja.

(fot. pixabay.com)

Okazało się, że najbardziej twórczym i kreatywnym zadaniem w ciągu całego dnia było wyjście z psem i porządkowanie po domownikach. Bo ile razy można redagować CV, skoro to i tak nie przynosi żadnych efektów? Michał nie miał pracy przez trzy lata.

Rejestracja

Monika była bezrobotna rok dłużej niż Michał. Po kilkunastu miesiącach poszukiwań stanęła przed gmachem urzędu pracy. Przekroczenie jego progu było jak przyznanie się do całkowitej porażki, ale nie miała wyjścia, bo potrzebowała ubezpieczenia.

- Dla osób z wyższym statusem powiedzenie sobie "nie pracuję, jestem bezrobotny" jest szokujące, to klęska - komentuje prof. Sylwiusz Retowski z SWPS. - Szczególnie w sytuacji, kiedy człowiekowi dobrze się powodziło albo zajmował wysokie czy prestiżowe stanowisko. W takich momentach włącza mechanizmy obronne, racjonalizuje sobie sytuację, że to przejściowe, że zaraz coś znajdzie, więc po co ma się rejestrować. Gorzej, kiedy te poszukiwania się przedłużają i trwają całymi miesiącami. Dlatego tak ważne jest wsparcie bliskich, którzy pomogą racjonalnie ocenić sytuację, czy rzeczywiście są szanse na szybkie znalezienie pracy, czy osoba, która ją straciła, znajduje się na trudnym, lokalnym rynku, bez alternatyw, i w związku z tym warto szybko się zarejestrować jako bezrobotny. Tym bardziej że w urzędzie pracy możemy dowiedzieć się o programach pomocowych. Na przykład kilka lat temu na Pomorzu dla ludzi z mniejszych miejscowości, oddalonych kilkadziesiąt kilometrów od Trójmiasta, zorganizowano darmowy transport do Gdańska, gdzie znajdowali zatrudnienie. Bez finansowego wsparcia z urzędu podjęcie jakiejkolwiek aktywności w tak odległym od miejsca zamieszkania mieście byłoby niemożliwe ze względu na koszty dojazdu, a dzięki wsparciu ludzie wrócili na rynek pracy i stanęli na nogi.

Lepiej nie mówić o sobie jak o bezrobotnym. To etykietuje i ustawia z góry na gorszej pozycji. Lepiej myśleć i mówić o sobie jak o człowieku, który chwilowo nie ma pracy i jest w trudnej sytuacji, choć też nie beznadziejnej i nie bez wyjścia.

- Kładźmy nacisk na nasze zasoby - dodaje dr Pawłowski. - Pamiętajmy, że jesteśmy człowiekiem, który ma jakąś historię, ale przed którym jest też kawał dobrego życia i będą w nim okazje do podejmowania licznych decyzji i prób. Z takim podejściem, z otwartą przyłbicą, możemy śmiało wyjść do ludzi i powiedzieć, w jakiej chwilowo jesteśmy sytuacji, nie wstydząc się jej. Unikanie kontaktów towarzyskich dlatego, że czujemy się mniej atrakcyjni z powodu braku pracy, powoduje, że tracimy szansę na spotkanie z kimś, kto może akurat coś wie, o czymś słyszał.

Ludzie

Hanka nie była zbyt towarzyska. Głównie dlatego, że nie mogła już słuchać niekończących się pytań znajomych: I jak? Ruszyło się coś? Masz już pracę? Wiedziała, że wynikały z troski i wcześniej pewnie sama zadałaby takie komuś, kto znalazł się w jej sytuacji. Teraz jednak wiedziała, że jedynym ich efektem jest to, że przypominają o położeniu, w którym się jest; a to, czego potrzebowała najbardziej, to normalność . Dlatego mile widziani byli znajomi, którzy nie zadawali żadnych pytań, za to wyciągali ją do kina albo na spacer.

Unikanie kontaktów towarzyskich powoduje, że tracimy szansę na spotkanie z kimś, kto może akurat coś wie, o czymś słyszał - mówi psycholog (fot. pexels.com)

Rodzice martwili się na swój sposób, zachęcając, żeby zaczęła szukać intensywniej pracy, co robiła bezustannie. Wstydziła się przed nimi, bo zawsze była bardzo samodzielna i niezależna finansowo. Swój pierwszy kontrakt podpisała w wieku 14 lat, jako zawodniczka klubu sportowego. Nigdy więc nie musiała prosić o kieszonkowe. Między wierszami padały też aluzje, że nie można być finansowo zależnym od osoby, z którą się jest w związku. Tym bardziej że tą osobą była kobieta, a nie mężczyzna. Żonę przy mężu każdy widział, ale kto w Polsce widział żonę przy żonie? Tymczasem Hanka od swojej "żony" dostała akceptację i wsparcie. Żadnych pretensji czy wyrzutów.

Karolina czasem zmuszała się, żeby wyjść do ludzi, ale kiedy już była na spotkaniu, marzyła jedynie, żeby wrócić do domu i leżeć w łóżku, bo towarzystwo ją męczyło. Jej partner uciekał do swoich rodziców. Każdego dnia brał laptop i jechał do nich na kilka godzin tylko po to, żeby grać na komputerze. Dzięki wirtualnym światom dni mu szybko mijały i problem z brakiem pracy znikał. Chciał, żeby Karolina jeździła razem z nim. Chciał, żeby była uśmiechnięta, żeby przestała mieć o wszystko pretensje i żeby miała na cokolwiek ochotę, jeśli już nie na spotkania ze znajomymi, to chociaż na seks. Nie miała ochoty ani na jedno, ani na drugie. On się wściekał, czuł się odrzucony, a ona jedyne, czego chciała, to rozmawiać o sytuacji, w której się znaleźli.

Kilka miesięcy później Karolina leżała już na łóżku w swoim mieszkaniu, za które spłacała kredyt, patrzyła w sufit, a jej spakowane po wyprowadzce od partnera rzeczy leżały w kartonach. Zanim nabrała sił, żeby je rozpakować, minęły ponad dwa miesiące. Rodzice martwili się o nią, a swój niepokój przelewali na córkę. I im bardziej oni się denerwowali, tym bardziej ona czuła rozdrażnienie. W niczym nie pomagały ich pytania: Kiedy będziesz mieć pracę? Czy uda ci się ją znaleźć? Co zrobisz, jeśli jej nie dostaniesz?

Czarny pies**

W głowie Karoliny coraz częściej pojawiały się myśli, że: Może ja się w ogóle nie nadaję do pracy? Może to moja wina, że tyle czasu jej nie mam? Z przerażającej wizji wylądowania na bruku albo konieczności sprzedania mieszkania i powrotu do domu rodziców pomału krystalizował się plan B. Założenie było proste. Któregoś dnia nie obudzić się. Już nigdy więcej nie musiałaby myśleć o problemie. Jedyne, co ją powstrzymywało przed realizacją, to niepewność, czy i kto zajmie się jej psem. Pies był zresztą jedynym powodem, dla którego wstawała z łóżka od czasu, kiedy rozpadł się jej związek. Ktoś musiał wyprowadzić go na spacer i dać mu jeść. Ona nie jadła nic. W ciągu ośmiu miesięcy schudła dziesięć kilo.

(fot. pixabay.com)

- Przy depresji wynikającej z utraty pracy cios jest podwójny - tłumaczy dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta. - Z jednej strony tracimy zajęcie i środki do życia, a z drugiej często także pojawia się poczucie, że utraciliśmy równocześnie poczucie własnej wartości i przydatności. I w ten sposób we własnym mniemaniu lądujemy na marginesie społeczeństwa. Taka depresja jest trudniejsza do terapii, bo możemy, a w niektórych przypadkach musimy, leczyć ją farmakologicznie, a z drugiej strony często osoba leczona mówi, że wszystkie objawy minęłyby wraz z przywróceniem do pracy .

I tu pojawia się paradoks. Depresja jest niemocą do działania. A żeby znaleźć nową pracę, konieczny jest wysiłek, bo trzeba napisać CV, listy motywacyjne, podzwonić, spotkać się z ludźmi, popytać, porozmawiać.

- Porównuję tę sytuację do jazdy samochodem - kontynuuje dr Murawiec. - Nawet jeśli auto ma mocny silnik, to bez kierowcy nie ruszy. Leki antydepresyjne są tym silnikiem, one dadzą moc, pomogą wyciszyć trudne emocje, nabrać dystansu, ale bez inicjatywy osoby leczonej nic się nie zmieni. Nie wystarczy łyknąć tabletkę, usiąść na kanapie i czekać. Pełna skuteczność leków jest tylko wtedy, gdy pacjent wychodzi do świata, konfrontuje się z nim. Do tego może być potrzebna pomoc psychologiczna, tym bardziej że część pacjentów wpada w pułapkę rozżalenia i wszystkie siły, które zyskują dzięki lekom, pakują w autodestrukcję, na zasadzie: "skoro oni mnie tak pognębili, to ja im teraz pokażę i sam się zniszczę".

Michał mimikrę opanował do perfekcji. Kiedy wymagało się od niego, żeby był radosny i pogodny, przyklejał sobie uśmiech. Nic jednak nie dawało poczucia prawdziwego szczęścia i ukojenia. Gdy jeździł na rowerze albo na rolkach, żeby zabić wolny czas, zastanawiał się, czy właśnie w tej chwili nie omija go informacja o jakiejś pracy. To już nie była myśl, która tkwiła z tyłu głowy. Zaprzątała ją całą. Odbierała poczucie godności. Już nie chodziło nawet o pieniądze, a o zaspokojenie żądzy sukcesu, głodu bycia potrzebnym. Był gotów podjąć jakąkolwiek pracę. Nawet poniżej swoich kwalifikacji. Na ten sam pomysł wpadły Karolina i Hanka. Zaczęły myśleć, żeby zatrudnić się jako ekspedientki, kasjerki. Ktokolwiek. Ale i w tym wypadku zostały odrzucone, bo okazało się, że ich CV jest za dobre, mają zbyt wysokie wykształcenie i kwalifikacje.

Wyjście

- Kiedy dyrektor aplikuje na stanowisko młodszego specjalisty, zawsze to będzie wyglądać podejrzanie - mówi Katarzyna Knopp, headhunterka w firmie Devonshire. - O ile kandydat nie chce całkowicie zmienić branży, w której pracuje, zatrudnienie go poniżej kwalifikacji wiąże się z ryzykiem, że po zaspokojeniu podstawowej potrzeby finansowej szybko zrezygnuje i zacznie szukać pracy, która zaspokoi również jego ambicje. Nie warto też pisać nieprawdy w CV. Pytania zadawane przez osobę rekrutującą prędzej czy później wykryją kłamstwa lub zatajenia, a to całkowicie dyskwalifikuje kandydata .

Kiedy dyrektor aplikuje na stanowisko młodszego specjalisty, zawsze to będzie wyglądać podejrzanie (fot. Ricardo Thaler / istockphoto.com)

Jak więc skutecznie szukać pracy? - Kandydaci bezrobotni powinni skupić się na wyborze odpowiednich ofert - radzi Knopp. - Przecież nic tak nie demotywuje i nie obniża poczucia własnej wartości jak brak odpowiedzi na wysłane CV. Często powodem tego jest niedopasowanie własnej kandydatury do potrzeb poszukującego pracodawcy. Trzeba się więc zastanowić, jak możemy wykorzystać nasze dotychczasowe doświadczenia i umiejętności i aplikować na adekwatne stanowiska. Warto przygotować CV pod kątem konkretnej oferty i podkreślić w nim nasze doświadczenie zgodne z wymaganiami ogłoszenia. Trzeba się też dobrze przygotować do rozmowy. Zaprezentować się w kategoriach sukcesów i mocnych stron, a poza oczywistą motywacją, czyli potrzebą znalezienia źródła dochodu, wskazać na chęć własnego rozwoju. I nie mówmy źle o byłym pracodawcy, skupiajmy się na faktach, a nie własnych emocjach wiążących się z rozstaniem.

Karolina, Hanka, Monika i Michał znaleźli nową pracę. Wnioski wyniesione z czasu, kiedy byli bezrobotni?

Hanka: - Sytuacja zawsze może się odwrócić i jeśli się jest razem, to trzeba się wspierać, w pełnym szacunku .

Michał: - Najważniejsza jest rodzina, która daje wsparcie.

Karolina: - Strach w człowieku zostaje, ale gdyby taka sytuacja znów miała mnie spotkać, inaczej bym do niej podeszła. Już nie byłabym aż tak przerażona, bo wiedziałabym, że kiedyś to minie. I nie doprowadziłabym do tak głębokiego stanu depresji, który trwał jeszcze przez rok od momentu, kiedy dostałam nową pracę.

Monika: - Do końca życia zostanę już z piętnem strachu o pracę.

- Ważne jest, ile czasu człowiek nie miał pracy i w jaki sposób ją odzyskał - komentuje prof. Retowski. - Jeśli wynikało to z naszego działania i zaradności, to możemy być dumni z siebie. Taka sytuacja nas wzmocni, pokaże, że mamy kompetencje. Gdy jednak nie mamy pracy przez wiele lat, a wszystkie oferty, które w tym czasie do nas spływały, były bardzo słabe, i w końcu dostajemy pracę dzięki interwencji znajomych czy rodziny, to o wzmocnieniu własnego poczucia wartości trudno mówić, bo możemy czuć i myśleć, że gdyby nie wsparcie osób trzecich, sami nie poradzilibyśmy sobie z tą sytuacją.

Jest jeszcze jedno. Zazwyczaj, kiedy zamykają się jedne drzwi, otwierają się drugie. Dla wielu osób utrata pracy może być początkiem przygody z własnym biznesem, szansą na rozwinięcie skrzydeł. W końcu Steve Jobs też kiedyś stracił pracę...

*Wszystkie imiona osób, które były przez pewien czas bezrobotne, zostały zmienione na ich prośbę

**Określenie depresji

Nina Harbuz-Karczmarewicz . Dziennikarka Polskiego Radia. Reporterka, wydawca, prowadząca audycję "Problem z głowy" w radiowej Jedynce. Publikowała w "National Geographic Traveler" i "Magazynie Coaching". Absolwentka Gender Studies w IBL PAN. Po godzinach, w garażu na Saskiej Kępie, przeprowadza renowację starych mebli. Efekty można oglądać tutaj .