Beata Tyszkiewicz

Beata Tyszkiewicz (fot. Jacek Ufnal)

wywiad gazeta.pl

Beata Tyszkiewicz: Mimo małżeństw sama wychowywałam dzieci, tak jak moja mama

Mama powiedziała kiedyś, że nie zniosłaby, żeby ktokolwiek inny zabierał głos w sprawie wychowania mnie i mojego brata Krzysia. Samotne macierzyństwo to nie był wyraz jej poświęcenia, tylko świadomy wybór - mówi Beata Tyszkiewicz. W nawiązaniu do premiery albumów "Opowiedz mi, Babciu", "Opowiedz mi, Dziadku" wraca do swoich rodzinnych historii.

Tekst ukazał się w 2015 r.

Czy jako mała dziewczynka miała pani okazję poznać swoich dziadków?

- Jak się urodziłam, to naturalnie pokazano mnie dziadkom, taki był zwyczaj. Potem widziałam się z nimi może z dziesięć razy do piątego roku życia w Pałacyku na Litewskiej w Warszawie, gdzie mieszkali. Zachowałam też w pamięci jedną wspólną Wigilię, ale to musiało być w trakcie okupacji. W tamtych czasach, w mojej rodzinie, choć może trudno to sobie wyobrazić, dzieci nie miały dużego dostępu do świata dorosłych.

Pani babcia ze strony ojca po śmierci swojego męża wstąpiła do zakonu. Czy jako nastolatka utrzymywała z nią pani kontakt?

- Moja mama zdecydowała, że będziemy mieszkać niedaleko zakonu, żebyśmy ją poznawały i się z nią spotykały. Myślę, że to była naturalna potrzeba budowania więzi rodzinnych, zwłaszcza że po tym, jak mój ojciec został wywieziony przez Niemców, zupełnie straciliśmy z nim kontakt. Pamiętam, że co niedziela chodziliśmy do kościoła, a po mszy widzieliśmy się z babką.

Książki "Opowiedz mi, Babciu", "Opowiedz mi, Dziadku" składają się z serii pytań do samodzielnego wypełniania przez dziadków. O co chciałaby pani zapytać swoich rodziców, czy dziadków, gdyby jeszcze miała pani taką możliwość?

- Zawsze myślałam, że mało wiem o matce mojej matki. Niewiele się o niej mówiło, wiem, że moja mama bardzo przeżyła jej śmierć. Babka umarła młodo na zapalenie płuc. To były czasy, kiedy nie było jeszcze penicyliny. Moja mama studiowała wtedy w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale ani ojciec mojej matki, ani mama, ani Gaber, brat mojej matki, nigdy o niej nie wspominali, nie wiem dlaczego. A jak nikt o kimś czy czymś nie mówi, to się nie zadaje pytań. Przynajmniej tak mi się wydaje, tak byłam wychowana... Chętnie zapytałabym więc swoją mamę, jaka była jej mama.

Beata Tyszkiewicz (fot. Jacek Ufnal)Beata Tyszkiewicz (fot. Jacek Ufnal)

Są pytania, które boi się pani zadać swoim córkom?

- Nie mam chyba teraz potrzeby zadawania takich pytań, bo dużo o sobie wiemy. Bardzo czujnie wychowywałam swoje dzieci. Nigdy nie podniosłam na nie głosu, wystarczyło moje spojrzenie, żeby wszystko zrozumiały. Nigdy nie kłamały. Ta relacja między nami do dziś jest bardzo bliska. Jeżeli się zgaduje myśli, życzenia własnych dzieci przez całe życie, to nie trzeba już stawiać dodatkowych pytań. Mogą paść oczywiście jakieś zasadnicze pytania, ale takie czysto praktyczne.

Opowiada pani swoim wnukom historie rodzinne, kiedy spędzacie czas razem?

- Jestem babcią dwóch wnuków: Szymon ma w tej chwili osiem i pół, a Marcyś trzy i pół roku. Bardzo rzadko się z nimi widuję, ponieważ Wiktoria - ich matka - mieszka w Szwajcarii. Jak już przyjeżdżają do mnie, do Polski, zwykle na trzy tygodnie, to jest między nami dużo czułości. Dbam o to, staram się też, żeby wszystko mieli - jestem organizatorem ich życia. Siedzę z notesem i planuję im cały pobyt: kto ma kiedy przyjść, kogo przyprowadzić i odprowadzić, kiedy idziemy do teatru, do kina, kiedy zobaczymy stadion, szatnię Ronalda (uśmiech). Jestem wtedy wyłączona ze wszystkiego, ze swojego codziennego życia, po prostu mnie nie ma. Chcę też, żeby w tym czasie moja córka miała chwilę oddechu dla siebie.

Póki co nie zaobserwowałam u wnuków dużego zainteresowania historią rodzinną. Myślę, że to jeszcze nie jest ten etap w ich rozwoju. Na co dzień moje wnuki spędzają czas, grając w gry, bawiąc się telefonem, przed komputerem, to jest już inna generacja. Kupuję im Star Warsy i wszyscy są szczęśliwi. Ale może rzeczywiście, jak dorosną, rozbudzi się w nich ciekawość i wtedy takie albumy, jak "Opowiedz mi, Babciu", okażą się dla nich cenną pamiątką.

W książkach padają pytania o rodziców i dziadków. Pani ze swoimi dziadkami spędziła niewiele czasu, ale może ma pani jakieś szczególne wspomnienie z dzieciństwa?

- Pamiętam, jak z ojcem w domu na Krzywym Kole wklejaliśmy zdjęcia do albumu. To był szczególny dzień, odbywał się wtedy pogrzeb Kutschery. Niemcy wysiedlili całe Stare Miasto od strony Wisły. A ojciec mojej mamy, mój dziadek, powiedział, że nie opuścimy domu, co było dosyć odważne, ale i niebezpieczne. Siedziałam na parterze, okno miało takie ciężkie kraty, przed nim chodził niemiecki żołnierz, a myśmy siedzieli z ojcem i kleili zdjęcia. Właściwie w tym momencie wszystko mogło się zdarzyć, bo nie posłuchaliśmy rozkazu opuszczenia domu. To jedyna rzecz, którą pamiętam.

Beata Tyszkiewicz podczas udzielania wywiadu (fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta)Beata Tyszkiewicz podczas udzielania wywiadu (fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta)

Pani mama miała czas na wspólne zabawy z panią?

- Skąd! Moja mama cały dzień pracowała, żeby nas utrzymać. Jak Krzysztof, mój brat, miał chyba siedem lat, a ja jedenaście, to mama często nam czytała "W pustyni i w puszczy". Pamiętam jeszcze wspólne wakacje, w jakimś wynajętym pokoju w Sopocie, jak nas tym czytaniem usypiała. Niewiele więcej pamiętam. Moja mama poświęciła za to bardzo dużo czasu mojej pierwszej córce Karolinie. Nauczyła ją wszystkich piosenek wojskowych, drobiazgowo przerobiły wszystkie śpiewniki.

Jakie cechy swoich rodziców ceniła pani najbardziej?

- Taty nie miałam okazji dobrze poznać. Gdy go spotkałam już jako dorosła kobieta, okazał się bardzo uroczym panem, może tylko o słabym charakterze... Za to moja mama była fantastyczna, taka twórcza. Bardzo lubiłam, jak ludzie mówili do niej: -Basiu, jesteś nadzwyczajna!, a mama odpowiadała: - Wiem. Ona zawsze zgadywała, jak komuś można pomóc, zawsze była dalej, przed wszystkimi. Umiała odnaleźć się w każdej sytuacji.

Nie żałowała pani, że mama nie ułożyła sobie życia po odejściu pani ojca?

- Moja mama powiedziała kiedyś, że nie zniosłaby, żeby ktokolwiek inny zabierał głos w sprawie wychowania nas - mnie i mojego brata Krzysia. To nie był rodzaj poświęcenia, tylko świadomego wyboru. Rozumiem to doskonale - w moim przypadku również nigdy nie było mowy, żeby drugi mąż wtrącał się do wychowania mojego dziecka z poprzedniego związku.

Życie jest sprawą wyboru i trzeba wiedzieć, kim chce się być, to jest bardzo proste. Przyzwoitość bardzo ułatwia życie. Trudno ją tylko czasem dostrzec w innych ludziach.

Beata Tyszkiewicz (fot. Wikimedia.org / Cezary Piwowarski / CC BY-SA 4.0)Beata Tyszkiewicz (fot. Wikimedia.org / Cezary Piwowarski / CC BY-SA 4.0)

Swoją siłę i niezależność wyniosła pani właśnie z domu?

- Moja teoria jest taka, że życie naszych rodziców często warunkuje nasze - jak moja matka wychowywała nas sama, to ja mimo dwóch małżeństw, z których mam córki, też sama je wychowywałam. Podświadomie dążymy do analogicznych sytuacji.

To trochę błędne koło.

- Czy ja wiem, już przynajmniej wiadomo, jak w tym życiu postępować. Albo może przeciwnie, jak nie postępować... Mamy w każdym razie jakiś punkt odniesienia.

Na rynku jest sporo publikacji poświęconych pani osobie, udziela pani wywiadów, dostępne są filmy z pani udziałem - pani wnuki będą miały skąd czerpać wiedzę o babci. Ale czy jest jakaś inna twarz Beaty Tyszkiewicz, zarezerwowana tylko dla dzieci i wnucząt?

- Oczywiście, jestem gospodynią domową, kucharką, sprzątaczką. Jestem bardzo "domowa". Robię konfitury w wymyślny sposób, lubię się tym delektować i bawić, to jest cały rytuał. Robię też dla wnuków swetry na drutach, jak typowa babcia.

Jesteśmy tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Czy ma pani jakieś szczególne wspomnienia związane z tym okresem?

- Mam takie wspomnienie śmieszno-straszne, ze świąt w Krakowie, jak mama wywróciła choinkę. Wtedy choinki miały prawdziwe świeczki, więc nasze drzewko zaczęło się palić. Na szczęście świąteczny pożar udało się szybko ugasić.

Czy zna pani rodziny, dla których wspólne wypełnianie albumów "Opowiedz, mi Babciu", "Opowiedz mi, Dziadku" pozwoliło odkryć cenną i ciekawą historię rodzinną?

- Z pewnością jest wiele takich rodzin, dla których był to dobry pretekst do spisania wspomnień i do poszperania w historii własnej rodziny, a proszę mi wierzyć, czasem można odkryć naprawdę niesamowite historie! Te albumy mogą stać się w przyszłości wspaniałą pamiątką dla dorastających dzieci. Listów już właściwie nikt nie pisze dzisiaj odręcznie, więc te na pewno po nas nie zostaną, komputery z kolei wciąż jeszcze nie są dla wszystkich - zwłaszcza dla osób z mojego pokolenia. Te książki idealnie wypełniają tę niszę. Nawet wśród moich przyjaciół jest kilka osób, którym chętnie je sprezentuję.

Jak najlepiej uzupełniać te książki? Samemu, czy wręcz przeciwnie, z rodziną - dziećmi i wnukami, na przykład przy świątecznym stole?

- To wspaniały pomysł na wspólne spędzanie czasu, właśnie świąt z rodziną. Zamiast siedzieć przed telewizorem, można pochylić się nad książką i razem ją wypełniać, tocząc dyskusje i słuchając opowieści. To może być zresztą bardzo zabawne, a momentami nawet i wzruszające.

Te albumy są trochę jak puzzle, które trzeba poskładać i ułożyć w jedną całość, w historię naszej rodziny. Przy okazji pisania, wypełniania ich odżywają wspomnienia, które są znacznie bogatsze niż te, o które pyta autorka książek. Myślę, że taki też był jej zamiar - obudzić w nas uśpione dzieci, zapomniane przygody, ukryte lęki, słodkie tajemnice...

Pani zdaniem brakuje w tych książkach jakichś pytań?

- Gdybym ja mogła dopisać własne pytania, byłyby one równie szokujące, co zabawne. Na przykład: Babciu, a czy to jest prawda, że twoja mama miała taką klapę w majtkach. Jak szła spać i jak chciała zrobić siusiu, to musiała ją otwierać? Babciu, a czy to jest prawda, że wy pod łóżkiem miałyście nocnik i on tak stał całą noc? Babciu, czy ty też wierzyłaś, że od przeciągu ma się dziurę w zębie? Babciu, czy to prawda, że jak chodziłaś do dentysty, to rwali ci nerw na żywo, a maszynka do wiercenia była na pedał? Babciu, czy przelewali nad tobą jajko? Babciu, ty się bałaś duchów? A byłaś kiedyś w nocy na cmentarzu? To są takie opowieści, które dzieci kochają najbardziej.

(fot.  Mariusz Przygoda)(fot. Mariusz Przygoda)

Beata Tyszkiewicz. Legenda kina polskiego, pierwsza dama filmu i ... wielkich salonów, "Catherine Deneuve Wschodu", "gwiazda stylowego kostiumu", "caryca kina słowiańskiego". Pochodzi z rodziny hrabiowskiej, pieczętującej się herbem Leliwa, jest córką Krzysztofa Marii Tyszkiewicza i Barbary z Rechowiczów. Ma na swoim koncie ponad 100 kreacji filmowych i telewizyjnych. Debiutowała w 1957 roku rolą Klary w ekranizacji "Zemsty" w reżyserii Antoniego Bohdziewicza i to właśnie ta rola sprawiła, że zamiast weterynarzem została aktorką. Olbrzymi zysk dla kina, z pewnością niepowetowana strata dla polskiej weterynarii... Jej magnetyzm do dziś nieodparcie przyciąga rzesze wielbicieli, nie sposób oprzeć się jej wrodzonemu urokowi. Czaruje i zachwyca nie tylko na scenie. Telewizyjne talent show z jej udziałem zmieniają się w prawdziwą ucztę dla widza. Prywatnie matka dwóch córek Karoliny (z małżeństwa z Andrzejem Wajdą) i Wiktorii (z małżeństwa z Jackiem Padlewskim), babcia ośmioletniego Szymona i trzyletniego Marcysia.

Patrycja Narożna i Bogna Piechocka. Doświadczone menadżerki kultury. Na co dzień promują książki, filmy, podróże i ważne tematy społeczne. Jak same mówią, lubią to, co robią, ich praca to nie tylko zawodowa satysfakcja, ale sposób na życie, a przede wszystkim spotkania i rozmowy z niesamowitymi ludźmi.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (30)
Zaloguj się
  • aga12.9

    Oceniono 3 razy 3

    Zaden wzor do nasladowania dzieci skazała na samotnosc nie pokazała wzorca rodziny bo wiązała sie z źonatymi facetami rozbijała ich związki a pózniej I tak zostawała sama Dzieki takim podchodą obsadzano ją w roźnych rolach a teraz zasiada w yuri jak by nie było innych inteligentnych,wraźliwych a nie pustych bab

  • Oceniono 1 raz 1

    Pamiętam czasy DW- Ministerstwa Sprawiedliwości w Karpaczu, lata 50, 60. W lasku nieopodal, Mieszkałem i mieszkam w tej okolicy od wieków do dzisiaj, na ulicy Zagajnik. W tym lasku z kolegami często bawiliśmy się wtedy w wojnę, była to nasza najlepsza zabawa. Któregoś letniego dnia na ulicy ówczesnej Armii czerwonej, na zakręcie w okolicy słupa ogłoszeniowego kolega Adaś Kontor pokazał mi młodą spacerującą z białym pieskiem kobietę, a raczej przystojną wysoką dziewczynę w jasnym płaszczyku. Dziewczyna zmierzała szosą do owego przybytku Ministerstwa Sprawiedliwości. Wiesz kto to jest?; spytał mnie prowokacyjne Adaś… - Jasne że wiem, to ta młoda aktorka, która oglądaliśmy przed wczoraj w kinie Śnieżka, zdaje się, że ma Beata na imię, chociaż w kinie inaczej się nazywała… fajna babka.

  • rowi

    Oceniono 1 raz 1

    *****

  • de_ent

    Oceniono 5 razy -1

    To nawet widać że ona sama te dzieci wychowywała, jedna córunia zamieszana w zabójstwo ;)

  • jslonko

    Oceniono 7 razy 7

    brak ojca dla syna to tragedia (na starcie). Chodziłem do szkoły podstawowej w latach 60 i brak Taty pozbawił mnie wielu odczuć (nie umiem tego nazwać) do moich synów, ale wiem że nie potrafiłem być dla nich takim ojcem jak powinienem.

  • ainahd

    Oceniono 12 razy 4

    Jak się chce aby dziecko po rozwodzie mało kontakt z ojcem i żeby on się starał, to niestety ale kobieta musi tego zabraniać,tak aby on walczył o te kontakty.W przeciwnym razie,gdy kobieta po rozwodzie uważa,że ojciec jest potrzebny i dobry,a rozwód to rozwód tylko rodziców i niczego nie zabrania,a wręcz buduje na codzień pozytywny obraz ojca,to wtedy to dziecko zostaje bez ojca.Bo to co łatwo przychodzi nie jest pożądane.Ja tego doświadczyłam a właściwie mój syn,ma 33 lata i niestety żadnych kontaktów z ojcem,który tego nie chce.Tylko przez jakieś 5 lat po rozwodzie utrzymywał kontakt z synem,a potem rzadziej,rzadziej aż nigdy.Nie było żadnych ograniczen z mojej strony,uważałam że jest dobrym ojcem a syn go kocha.Miał wtedy 13 lat.Myślę o tym nieraz i uważam,że gdybym zabraniała byloby inaczej,lepiej dla syna.Może miałby dziś ojca,za którym tęskni,czuje się porzucony.Ojciec nie przyszedł na ślub ani nie wie że ma wnuczkę.Sama wychowalam syna,chociaż bardzo chciałam aby miał ojca.Tak to wygląda.

  • frotte18

    Oceniono 25 razy -3

    To jest historia dla psychologa i socjologa. Patologia powielana przez kolejne pokolenia.

  • alojsp

    Oceniono 18 razy -8

    >>Są pytania, K T Ó R Y C H boi się pani zadać swoim córkom? << Co to za język ?!?!?!?!?!?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX