Co by się stało, gdyby - tak jak w kilku rozdziałach twojej książki, a poniekąd tak jak w piosence zespołu Kumka Olik - nie było już Polski? Przeszkadzałoby ci to? Świat zauważyłby to w ogóle?
- Francji! Kumka Olik śpiewał o Francji, cytując zresztą utwór "Może właśnie Sybilla" zespołu Madame.
Ale trafiłeś w dziesiątkę. Okropna piosenka. W 2011 roku strasznie za mną chodziła. Kiedy ją wrzuciłem na bloga, to jego bywalcy bardzo się obruszyli, że częstuję ich taką popeliną. Jeden napisał nawet: W następnym odcinku Happysad . Straszne snoby mieszkały na moim blogu. Ale ta fraza jest niezwykle mocna: Podobno nie ma już Francji i oczywiście aż się prosi, żeby ją sparafrazować, co też uczyniłem. Napisałem taki głupi wierszyk pt. "Podobno nie ma już Polski". A kilka miesięcy później siedziałem sobie na wakacjach all inclusive odcięty od internetu, patrzyłem jak Biurowa Klasa Średnia dokazuje w basenie i fantazjowałem, że zaraz wrócę do pokoju i obejrzę na PRO7, że nie ma już Polski.
Mam wrażenie, że ta myśl krąży jak jakiś duch. Kilka dni po "God Hates Poland" Wojciech Orliński wydał "Polska nie istnieje", opowieść z takiej zwrotnicy czasu, gdzie trwają rozbiory, bo nie było wojny. Podobnie jak w "Lodzie" Dukaja. Ziemowit Szczerek ostatnio też coś takiego zaczął pisać w odcinkach, że Polska zniknęła, zmieniając się w wielkie błoto, i sąsiedzi patrzą na to zdumieni. Michał Śledziński z kolei ma fajny rysunek, na którym Polska znika pod wodą. Pewnie Czesi by się ucieszyli z uzyskania dostępu do morza. Kiedyś w tym celu utrzymywali enklawę w Szczecinie.
A gdyby pójść jeszcze dalej jednym z tropów twojej powieści i założyć, że świat skończył się w 2012 roku, tak jak chcieli Majowie, a teraz żyjemy tylko w holograficznej halucynacji? Byłoby lepiej, gorzej czy tak samo, czyli najgorzej?
- Hashtag: najgorzej, oczywiście. W książce bawię się taką ideą, zgodnie z którą część ludzi przeczuwa, że ten świat się skończył, a teraz żyjemy w iluzji, w matrixie. Tak długo wierzyli w koniec świata, więc dlaczego mieliby przestać tylko dlatego, że nie nastąpił? Antyszczepionkowcy nie przestają przecież wierzyć w szkodliwość szczepionek nawet postawieni przed obliczem faktów i wyników badań, tylko przesuwają sobie chorągiewkę na inne pole.
Druga rzecz, to że ten koniec faktycznie nastąpił. Tak w każdym razie twierdzi grupa ekologów-pesymistów: przekroczyliśmy, jako ludzkość, punkt, w którym jeszcze da się powstrzymać katastrofę. Jedyne, co jeszcze można, to przygotować się na nowe czasy.
W twojej książce ludzie tworzą Boga, a nie odwrotnie. Na dodatek tworzą go w zasadzie na własne podobieństwo, więc jest mały i parszywy. Czy w takiego wszyscy uwierzą? Czy w takiego łatwiej jest uwierzyć?
- Odwrotnie niż w Biblii, owszem. Ale świat generalnie wygląda inaczej niż w Biblii. Jako ateista oczywiście uważam - mam nadzieję, że nie obrażę teraz niczyich uczuć - że to ludzie stworzyli Boga. I myślę, że ludzie uwierzą w cokolwiek, co przyniesie im pociechę i ukojenie. Jest w "God Hates Poland" taka scena, w której dziewczyna modli się do Czarodziejki z Księżyca. Nie pisałem tego ironicznie. Ludzie wierzą w najdziwniejsze rzeczy. W niewidzialną rękę rynku na przykład. Albo że wyniki Lotto ustala centralny komputer. Albo że Sailor Moon nas zbawi. Mnie zresztą trochę zbawiła.
No właśnie, bo nieco paradoksalnie w twojej książce im mniej jest w świecie Boga, tym bardziej wszyscy go poszukują i znajdują w zaskakujących miejscach. Skąd ta nieokiełznana potrzeba religii u twoich bohaterów?
- Bo to najłatwiej dostępne pocieszenie. Quantum of solace w puszce. Znam wielu wierzących, wierzą z rozmaitych powodów. Czasem dlatego, że tak nauczyli się od rodziców i na samą myśl, że może być inaczej, puchnie im głowa. Albo boją się piekła. Czasem nawracali się w obliczu tragedii, czasem szukali Boga, żeby wypełnić pustkę, albo zwyczajnie byli samotni. Bóg to istota, która się na ciebie patrzy, kiedy nikt się na ciebie nie patrzy.
Wydaje mi się, że ludzie tak naprawdę nie szukają Boga, tylko drugiego człowieka. Bliska mi osoba po przeczytaniu książki podzieliła się taką historią: przeżywała osobistą tragedię i poszła się w tej intencji pomodlić. I w czasie modlitwy, w kościele pełnym ludzi, zaczęła płakać. I nikt do niej nie podszedł. Uznała to za ostateczny znak, porzuciła wiarę. Jest taki żart o staruszku, który się modlił do Boga o ocalenie przed powodzią, odmawiając przyjęcia pomocy od strażaków. - Nie, nie, Bóg mnie uratuje. A potem się utopił, poszedł do nieba i miał do Boga pretensje, na co usłyszał: - Przecież trzy razy strażaków przysyłałem! No a tu nikogo Bóg nie przysłał.
Twoja powieść rozgrywa się w świecie nieprzystającym do naszego: niby jest identyczny, a jednak inny. Co to za świat, który stworzyłeś? Gdzie on istnieje i kiedy?
- Tak, drobne zmiany mogą wywoływać efekt doliny niesamowitości. To nasz świat, tu i teraz, tzn. rok temu. Tylko go sobie trochę ubarwiłem, żeby był fajniejszy. Taka fantastyka najbliższego zasięgu. Zresztą bardzo zabawne jest, że często czytelnik nie wie, co dokładnie jest zmyślone, a co istnieje naprawdę. Przy mojej pierwszej książce, "Jetlag", spotkałem się z odbiorcami przekonanymi, że furrysi [osoby przebierające się w zwierzęce futra, czasem także kopiujące zachowania zwierząt - przyp. red.] to wytwór mojej wyobraźni. Zabawniej jest jeszcze, kiedy coś zmyślę, a za tydzień to staje się prawdą. Ostatnio na Twitterze zaczął mnie obserwować japoński robot Toyoty, taki plastikowy chłopiec, bo przeszukując sieć zauważył, że coś o nim na Twitterze napisałem. Szaleństwo.
W "God Hates Poland" pojawia się również kilka interesujących rozwiązań. Zacząć trzeba od animatroników. Czy potrzebujemy ich, bo jesteśmy tak samotni i tak bardzo nie umiemy związać się z innymi ludźmi?
- Animatronik, czyli ruchoma kukła-android, jest tylko eleganckim frontem dla automatu. W McDonaldach pojawiły się już maszyny, za pośrednictwem których można sobie zamówić hamburgera, płacąc kartą, bez konieczności obcowania ze sprzedawcą - człowiekiem. Znam osoby, które się z tego cieszą, bo starają się unikać zbędnych kontaktów. Nie wiem, czy to kłopot współczesności. Odnoszę wrażenie, że przeróżne problemy istniały od zawsze, tylko nie były zdiagnozowane. Nie jest tak, że sporo moich znajomych korzysta z pomocy psychiatrów albo psychologów, bo współczesne trzydziestolatki szczególnie często zapadają na różne depresje i inne takie. To po prostu poprzednie pokolenia nie zostały przebadane. Podobnie jest z samotnością. Kiedyś odludek mieszkał za wsią, albo w chatce w lesie. Dziś może spokojnie funkcjonować, budując relacje w sposób, który nie sprawia mu przykrości i nad którym ma kontrolę. Czyli przez internet.
Inna sprawa, że ludzie ufają bardziej maszynom, bo wydają się niezawodne i bardziej kompetentne. Jechałem ostatnio Uberem, czego bym sam w życiu nie zrobił, ale zabrałem się ze znajomą, która jest jego wielką fanką. I jako jeden z powodów wymieniła wygodną apkę na telefon, dzięki której nie musi użerać się z osobami przyjmującymi zgłoszenia.
Maszyny oczywiście są niedoskonałe, ale to niedoskonałość zupełnie różna od ludzkiej. Mnie ludzka ułomność rozczula. Przerzucę się na automaty, jak nauczą się żartować: Pan Michał Wiśniewski? Myślałem, że ma pan czerwone włosy! Ha ha! Hm, w sumie taki dowcip zrobił mi bot Empiku, który utworzył podstronę tego bardziej znanego Wiśniewskiego i doczepił mu do dorobku moją powieść...
Kolejna rzecz: "Game of Life", gra, w której punkty zdobywa się za życie. Czy jesteśmy już tak bardzo znudzeni zwykłym życiem, w którym za nic nie dostaje się punktów?
- O, a to jest właśnie rzecz, której nie zmyśliłem. Istnieje taka gra, w której można dostawać punkty za czynności wykonane w realu, na przykład wyniesienie śmieci albo zrobienie zakupów. Troszkę ją tylko przypudrowałem na potrzeby fabuły.
To nie kwestia nudy. Jest takie brzydkie słowo "gamefication", jeszcze gorzej brzmi jego polski odpowiednik - "grywalizacja". Kapitaliści zauważyli, że pokolenie wychowane na grach komputerowych ma silną potrzebę wygrywania, więc używają mechanizmów z gier, żeby zmotywować do pracy albo korzystania z banku, albo czegoś tam innego. Wygodne, bo już nie trzeba sięgać po takie
przeżytki jak, nie wiem, premia pieniężna. Zmierzamy w stronę dystopii, w której się będzie płaciło lajkami.
Jeszcze jeden wynalazek: painstation - konsola do gry, w której aplikuje się innymi prawdziwy ból; połączenie gry video i eksperymentu Milgrama. Czyli nie potrzebujemy już nawet - jak w przypadku jego doświadczeń - autorytetu, namawiającego do zadawania bólu, żeby go zadawać?
- Tego też nie wymyśliłem! Wymyśliłem tylko zastosowanie modułu zadającego ból w innych grach. Painstation to projekt artystyczny, który stoi w berlińskim muzeum gier komputerowych; można samemu go wypróbować. Wydaje mi się, że poszukiwanie nowych doznań jest nieuniknione, a gry docierają powoli do granicy tego, co można osiągnąć. I zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał bardziej, prawdziwiej. Na razie jeśli komuś nie wystarcza "Need for Speed", urządza sobie rajdy w realu. Nie ma rozwiązania pośredniego. Ale pewnie prędzej czy później się pojawi.
I na koniec: agencja memetyczna, specjalistyczna firma generująca memy. Czy naprawdę zbliżamy się do momentu, w którym będą one jedynym budulcem kulturowej wspólnoty i narzędziem wymiany myśli, emocji i wrażeń?
- No halo, ten moment już dawno nastąpił. Memy, nie rozumiane jako "śmieszne obrazki z internetu", tylko jako metafora genów kultury, mają skłonność do mutowania do najprostszej formy. Szekspir się naspinał, żeby napisać "Hamleta", a po mutacji zostało z tego "być albo nie być". Rzeczywistość jest złożona i skomplikowana, prawda nieprzyjemna i nikogo nie interesuje, a zdjęcie z białym podpisem na czarnym tle jest proste i milusie.
Jeden z recenzentów "God Hates Poland" napisał, że Bóg jest memem. Pewnie miał rację. W demotywatorach można odnaleźć to samo ukojenie jak to, które obiecuje religia.
Sam chętnie żonglujesz cytatami. Czy to trochę nie to samo, co share'owanie memów, tylko z nieco bardziej intelektualną podbudową?
- Nie, no ja tu jestem jak Kanye West albo Girl Talk. Robię bardzo profesjonalne miksy i mash-upy. Cała kultura to tylko zbiór memów - rozumianych jako metafora genów kultury itd. - więc cała sztuka to jedno wielkie szerowanie memów.
Używam języka zbudowanego z medialnego streamu, do którego jestem podpięty, odkąd trzy dekady temu zacząłem oglądać telewizję. Najbardziej się cieszę, jak jakaś fraza z piosenki przychodzi mi do głowy w zupełnie nieoczekiwanym kontekście. Uwielbiam echa i powidoki. Albo jak mogę zacytować Britney Spears, tłumacząc, na czym świat stoi. Kiedyś przyłapałem Douglasa Couplanda na tym, że użył zdania z piosenki The Smiths, w zupełnie przezroczysty sposób, strasznie mi się to spodobało. Myślę, że wielu ludzi tak robi, posługuje się cytatami na prawach frazesów, tylko może nie pamięta źródła.
Ale widziałem wiele razy to, o czym mówisz, takie prawie facebookowe szerowanie memów w filmach czy literaturze. To jest wina tzw. kultury nerdowskiej. Rzucanie cytatu z jakiegoś filmu s.f. jest jak sekretny uścisk dłoni. Rety, fani Monty Pythona - oni są najgorsi. Rzuć jakimś nawiązaniem, to spadnie huragan cytatów, bo trzeba pokazać, że tak, tak, znam . Czytałem książkę, w której postać najpierw odtwarza scenę z "Batmana", a potem mówi: - No co, nie oglądaliście Batmana? Zero subtelności. Fuj.
Jak daleko jest od "głupiej", jak piszesz Siri - smartfonowego "inteligentnego pomocnika" - do bezwzględnej, wszystkowiedzącej Carol - sztucznej inteligencji z twojej książki. Czy chcemy i czy powinniśmy iść tą drogą?
- Podobno taka prawdziwa sztuczna inteligencja pojawi się już w 2030 roku, tak sądzi futurolog Ray Kurzweil. To samo twierdzą autorzy anime "Ghost in the Shell", więc może być coś na rzeczy. Scenarzystę serialowej wersji GITS spytałem zresztą kiedyś, po co właściwie budować inteligentne roboty. Odpowiedział, że żeby lepiej poznać człowieka.
Czy chcemy? Chcemy. Wychowaliśmy się w kulturze nasyconej obrazami sztucznej inteligencji, robotów, androidów i tak dalej, to dlaczego nagle mielibyśmy nie chcieć? Czy powinniśmy? Cóż, nikt nas nie pyta o zdanie. Gdy korporacjom znudzą się cyborgi, czyli ludzie połączeni z maszynami, na przykład magazynierzy, którym pady mówią, co mają robić i jak szybko się przemieszczać, to zatrudnią roboty i drony. I to jest problem na najbliższe lata, i powód, dla którego w końcu będzie trzeba wyjść na ulicę. Fuck androids. Potężnymi AI na razie się nie przejmuję, to jeszcze nie ich czas.
"God Hates Poland" to być może pierwsza powieść na świecie, w której pojawia się słynny już motyw martwego dziecka imigrantów, wyrzuconego na brzeg morza. Dlaczego zdecydowałeś się umieścić go w książce?
- To, że w wątku "Biurowa Klasa Średnia na wakacjach" pojawi się problem konfliktów w turystycznych rajach, zaplanowałem dawno temu. Kiedy to było? Po zamieszkach w Egipcie? Chyba tak. Przedstawiciel jakiejś polskiej organizacji turystycznej powiedział wtedy, że wszystkie wojny i niepokoje w zagranicznych "destynacjach" to - serio tak powiedział! - "szansa dla Polski", bo nad Bałtykiem nie ma zamachów.
Uchodźcy topili się przecież od dawna, przed tymi zdjęciami z Facebooka. Ale teraz było inaczej, bo raz, że jak w piosence Rogera Watersa, umarli w telewizji , dwa - problemem uchodźców nagle zaczęła żyć cała Polska. I z ludzi powyłaziło tyle obrzydliwości, że mnie to autentycznie przeraziło. Przeraziło mnie, że na wielu osobach zdjęcia dziecka w ogóle nie zrobiły wrażenia, w przeciwieństwie do wszystkich pozmyślanych historyjek o tym, że idzie fala niewdzięcznych pożeraczy zasiłków, i do tego terrorystów. Wybrali tego demotywatora, który potwierdził ich uprzedzenia.
Hayao Miyazaki, japoński mistrz animacji, przez trzynaście lat rysował komiks o postapokaliptycznej Ziemi, "Nausicaa z Doliny Wiatru". W stworzonym przez niego świecie ludzie prawie wymarli, ale nadal toczą wojny. I kiedy akurat rysował maszerujących uchodźców, włączył telewizję i zobaczył relację z Bałkanów. Takie same obrazy jak te, które tworzył. Nic się nie zmienia. Asian Dub Foundation nagrali "Fortress Europe" w 2003 roku i jest wciąż aktualna.
Jeszcze coś o Polsce: Polacy to u ciebie "minogi bez kręgosłupów. Wszyscy myślą, że są tacy mili, a oni tylko uciekają przed konfliktami. Przed sytuacjami, kiedy trzeba zająć stanowisko". Dlaczego tak jest?
- Nie wszyscy Polacy, ale ta moja ukochana Biurowa Klasa Średnia - z pewnością. Dlaczego? Żeby się nie wychylać. To są ludzie-demotywatory. Rzeczywistość, jak wspomniałem wcześniej, jest skomplikowana i nieprzyjemna, więc nie należy o niej za dużo myśleć. Pozostają frazesy, te wszystkie prawdy leżące pośrodku.
Myślę, że to pomaga trzymać Polaków za, brzydko powiem, mordy. Jak się ich wytresuje, żeby się nie wychylali, to nie będą tego robić. Miałem kiedyś taką fantazję, że na przykład większość BKŚ nie jest homofobiczna, ale nie zwraca uwagi komuś opowiadającemu homofobiczne żarty, żeby nie wyjść na tego, który się przy***prza i psuje atmosferę. Ale to było przed facebookową eksplozją nienawiści do uchodźców. Teraz się ich boję. Jak szli naziści, to było wiadomo, że idą, bo stukali obcasami o bruk. A Biurowa Klasa Średnia przyszła w kapciach.
Książka Michała R. Wiśniewskiego "God Hates Poland" jest dostępna w Publio.pl
Michał R. Wiśniewski. Ur. 1979, pisarz, publicysta, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Był redaktorem naczelnym magazynów "Kawaii" i "Anime+" . Nominowany do Nagrody Conrada za debiut roku. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", w magazynach "Pulp", "Nowa Fantastyka", "Kmag", a także w książkach "Bond. Leksykon", "Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej" i "Berlin - Pascal Lajt". Stały felietonista magazynów "Pixel" i "Arigato". Autor powieści "Jetlag" (2014, Wydawnictwo Krytyki Politycznej) i zbioru felietonów "Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę" (2014, Bookrage). Prowadzi blogi: Pattern Recognition oraz jetlag.com.pl .
Przemysław Gulda . Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.